Nie wierzę w instytucję małżeństwa. Jest ono mocno przereklamowane

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 maja 2018
Fot. iStock / Valery Kudryavtsev
 

Pod swoim ostatnim tekstem o tym, że presja pierścionka i wyjścia za mąż mnie przeraża, znalazłam komentarz, że są kobiety, które chcą założyć rodzinę i nie ma w tym nic złego. I jasne, że nie ma. Zło pojawia się, jeśli chcą to zrobić za wszelką cenę i jedynym dla nich źródłem szczęścia staje się: mąż, dzieci i mieszkanie na kredyt. Nie ma nic więcej. Tylko to. Nikt mi nie powie, że taka kobieta już na wieki wieków amen będzie szczęśliwa. No za diabła nie będzie, zwłaszcza gdy dzieci pójdą w świat, a ona zostanie z facetem, którego zaciągnęła pod ołtarz, bo marzyła o rodzinie.

Małżeństwo jest przereklamowane. Takie jest moje zdanie. Szczerze zazdroszczę parom, które nigdy na ślub się nie zdecydowały i żyją razem bez potrzeby sankcjonowania związku, z pełnym poczuciem zaufania, że nie muszą mieć na papierze potwierdzenia, jak bardzo się kochają. Tyle, że do tego trzeba cholernej dojrzałości. W końcu, która z nas mając 20 kilka lat nie poczuła się wyjątkowo, gdy on o rękę poprosił. Pomyślałaś: „Matko, jak on mnie kocha, traktuje mnie poważnie, chce ze mną spędzić resztę życia”. Ale, że my na to dowodu potrzebujemy? To tylko świadczyło o naszej szczenięcej naiwności, która podpowiadała: „No teraz, to będziecie szczęśliwi na zawsze razem”. Ja pierdolę, a potem rach ciach – zdrada, kłamstwa, przemoc, nuda, rutyna, romans, rozwód. No dobra, może nie jest to aż takie proste, ale to scenariusz wielu małżeństw, w których nie zawsze dochodzi do rozwodu, bo przecież w imię dobra dzieci, poświęcamy własne szczęście. Czekamy aż będą większe, same stworzą patologiczne jak nasze związki. I wcale nie chodzi mi o alkohol i agresję, tylko brak zrozumienia, akceptacji i faktycznej radości z bycia razem. Trzyma nas raczej poczucie obowiązku, niż to, co wydawało się na początku, esencją każdego „bycia razem”.

Spotkałam się jakiś czas temu z przyjaciółką, która stwierdziła: „Wiesz co, obligatoryjnie powinno być tak, że pary z 10-letnim małżeńskim stażem, weryfikują swoje uczucia i określają, czy chcą być razem czy nie. I żeby odbywało się to bez żadnego ostracyzmu, po prostu – naturalna kolej rzeczy”. Hmm, mi osobiście bardzo się ten pomysł spodobał, bo przecież to często zmora każdego małżeństwa. Poznają się, zakochują się w sobie, a raczej są pod wzajemnym swoim urokiem, idą ze sobą do łóżka i wydaje im się, że to już twarda podstawa do tego, by spędzić ze sobą resztę życia. A gdzie czas na to, żeby siebie poznać, żeby sprawdzić, czy mamy taki sam pomysł na życie, bo choć on deklaruje, że za tobą pójdzie na koniec świata, to później tym końcem staje się kanapa przed telewizorem, z której nie można go ruszyć.

I okej, nie ma tu potrzeby permanentnego wybielania się i oszukiwania, że jestem lepszy czy lepsza niż w rzeczywistości. Jednak każdy z nas stroi się w barwne piórka, puszy jak paw, byleby pokazać się z jak najlepszej strony, bo to ja chcę być tą wybraną i on chce, żebym była jego.

Tylko co to ma wspólnego z prawdziwym życiem? Otóż kompletnie nic. To zwykła biologia, potrzeba prokreacji, utrzymania gatunku, tak naprawdę niewiele różnimy się pod tym względem od zwierząt. Chcemy kopulować, bo tak podpowiada nam natura. Ale nie, my od razu ubieramy to w szumne uczucia, wielkie emocje i deklaracje na resztę życia. Po kiego diabła, ja się pytam? Nie możemy po prostu pobyć razem? Sprawdzić czy naprawdę jest nam po drodze i nie wmawiać sobie, że on czy ona się zmieni albo (jeszcze lepiej), żeby my go zmienimy jak już tylko zostaniemy małżeństwem?

Małżeństwo jest iluzją obrośniętą przekonaniami, że do tego, by być żoną i mężem zostaliśmy stworzeni. Serio w to wierzycie? Teraz, po 15-tu, czasami 20-tu latach małżeństwa? Że to jedyna droga, którą powinniśmy kroczyć?

Obserwuję moich znajomych – kobiety i facetów i wiecie, co najczęściej widzę? Nudę i rozczarowanie, do którego nikt się nie chce przyznać. Bo nadal udajemy, że jest cudownie. Okej, powiem, że on mnie wkurwia, a ona doprowadza do szału i brak jej luzu i dystansu, ale na pytanie, które często zadaję: „A co będzie, jak dzieci już wyjdą z domu?”, zapada krępujące milczenie. Bo czy będziemy potrafili odnaleźć siebie nawzajem? Czy nadal będziemy dla siebie atrakcyjni? Czy może tak skupimy się na dorosłym życiu dzieci, że ominiemy ten niewygodny temat, bo przecież lepiej zająć się wnukami, niż zmierzyć z trupami pochowanymi głęboko w szafie.

I niech mnie piorun jasny strzeli, jeśli kogokolwiek namawiałabym do porzucenia w tym momencie małżeństwa. Bardziej chodzi mi o refleksję, w którym miejscu jesteśmy? Czy to małżeństwo naprawdę jest nam do szczęścia niezbędne. Już dawno porzuciłam myśl, że coś jest nam dane na zawsze, zwłaszcza jeśli chodzi o drugiego człowieka. Ten pojawia się w naszym życiu i może też zniknąć, w każdym momencie. Pytanie, z czym my zostaniemy?

Małżeństwo nie jest receptą na szczęśliwe życie, co więcej uważam, że tworzy szczęście iluzoryczne, a my chętnie tej iluzji ulegamy, bo nie musimy nic więcej. Mam męża, dzieci, dom – jestem szczęśliwa. Jakby to było takie łatwe. Definicja szczęścia w wydaniu prospołecznym. Gdyby tak faktycznie było, to przecież wszyscy bylibyśmy zadowoleni z życia, uśmiechnięci i radośni, a żadne problem by nas nie przytłaczał. A przecież tak nie jest. Matki powtarzają: „Musisz znaleźć sobie męża”, a ojcowie mówią: „Znajdź sobie miłą i spokojną, nie taką jak twoja matka”. Tyle, że oni najczęściej te matki znajdują. A my chętnie w tę rolę wchodzimy.

Małżeństwo jest przereklamowane. Jest martwą skorupą, w której zostajemy zamknięci i gdzie niczego więcej poza praniem, sprzątaniem, zdawkową rozmową i seksem, który daje minimum satysfakcji, nie musimy. Bo w końcu jesteśmy razem. Do końca życia. A że każde ze swoim pomysłem na szczęście w wieku 40 lat, to już zupełnie inna sprawa. O tym się nie mówi. Stan rzeczy się milcząco akceptuje, jakby nie można było inaczej. Tylko, że można i ta świadomość boli najbardziej. Jak macie ochotę, pomyślcie o tym.


Samiec alfa? A któż to taki? Taki typ nie istnieje, chyba, że jest jego kiepską podróbką

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
8 maja 2018
Fot. iStock/-Robbie-
 

Jest pewien typ facetów, którzy działają na mnie trochę jak płachta na byka. Znacie ich na pewno. Napuszeni, wyprostowani, jakby ktoś kij im w tyłek wsadził, z pozą pod tytułem: „Do pięt mi nie dorastasz”. Lubią rozsiewać poczucie wyższości nad innymi. Spotykam takich – czasami przebranych w garnitury, czasami udających luz w jakimś cool T-shircie. Łączy ich jedno – są przekonani o swoim alfa samczym uroku. „Wiesz maleńka, ja mogę wszystko, tobie ewentualnie pozwolę usiąść obok mnie i obdarzę cię łaskawie spojrzeniem”. Brrrr. Straszny typ. Do takich, to mam ochotę podejść, wetknąć szpilkę, żeby spuścić z nich trochę powietrza, żeby pokazali jacy są naprawdę. Bo pewnie pełni kompleksów i lęków, że ktoś odkryje, że nie są takimi, na jakich chcą wyglądać.

Samiec alfa – och niedościgniony ideał damskich serc i męskich wyobrażeń. Nawet nie wiem, czy taki istnieje, bo chyba nigdy w życiu prawdziwego nie spotkałam. Więcej tych podrabianych w markowych ciuchach, co to myślą, że jak kupią auto droższe od naszego mieszkania, to już świat oniemieje z zachwytu. A tfu. Wiecie, najgorsze jest to, że pod tą skorupą rzadko kiedy kryje się coś wartościowego. Tacy faceci często są szowinistami mającymi kobiety za nic i budujący swoją wartość kosztem innych, mniej pewnych siebie ludzi. Lubią czuć się lepsi, dlatego otaczają się tymi, którzy pewnego poziomu osiągnąć nie mogą, bo też pewnie nie chcą albo nie mają takiej potrzeby.

Przyjaciółka umówiła się kiedyś z takim jednym. Sama nie wiedziała dlaczego. Może z ciekawości? A może miała nadzieję, że to nie poza, ale prawdziwy samiec alfa, co to da jej poczucie bezpieczeństwa, szacunek i czułość. Tja… jasne. Przewiózł ją swoim wypasionym autem, zabrał do jednej z najdroższych restauracji i myślał, że ona od razu mu do łóżka wskoczy. Był oburzony, kiedy zamówiła taksówkę i odjechała w siną dal, zostawiając buca samego. Dlaczego buca? Bo mówił tylko o sobie, przechwalał się, kim on nie jest, kogo nie zna, co ma. Pomijam fakt, że co drugie zdania słyszała ile, co kosztuje, na co wydał jaką kwotę. Mogło zemdlić nawet przy najbardziej wytwornej kolacji.

Dlaczego o tym piszę? Bo pewnie nierzadko po tym pozoranctwem kryją się fajni faceci – to jedno. Po drugie – panowie nigdy nie chciejcie być samcami alfa. My wolimy zwyczajnych z krwi i kości którzy potrafią się przyznać do błędu i uznać czyjąś rację zauważając, że sami się mylą. I nie chodzi wcale o to, że akurat nasza racja ma być na górze. Chcemy, żebyście potrafili powiedzieć: „Przepraszam”, wtedy gdy jest to potrzebne i żeby to nie były tylko puste słowa. Fajnie by było, gdybyście co jakiś czas zauważali, jakie jesteśmy dla was ważne i ile wnosimy do waszego życia.

Nie, my nie jesteśmy idealne. Oj, daleko nam do tego. Ale wy też ideałów nie udawajcie, a przynajmniej się za takich nie uważajcie.

Drogie panie, jeśli zauważycie, że jakiś z panów pretenduje do zostania samcem alfa, rzućcie mu w twarz listą rzeczy, które takiemu mężczyźnie nie przystoi, może od razu mu się odechce.

Samiec alfa nie narzeka, nie marudzi. Nawet 38 stopni gorączki znosi z godnością, a katar to dla niego pikuś.

Samiec alfa nim coś powie czy zrobić, najpierw dwa razy pomyśli i zastanowi się czy warto i czy nikogo nie skrzywdzi swoimi słowami.

Samiec alfa kompletnie nie dba o to, co o nim myślą inni. Potrafi przyjść w dresach na domówkę, bo czuje się dobrze ze sobą i nikomu nie musi udowadniać, że jest samcem alfa.

Samiec alfa doskonale zna swoją wartość, ale nie po to, by wywyższać się nad innymi. On wie, jakie są jego mocne, ale też i słabe strony. Ma tego świadomość i dobrze mu z tym.

Samiec alfa ma dystans do świata i do siebie. Potrafi z siebie żartować i śmiać się z dowcipów na swój temat. Nie bywa złośliwy, jeśli ktoś chce mu dopiec. Ma klasę i wie, jak umiejętnie wybrnąć z takiej sytuacji.

Samiec alfa z nikim nie rywalizuje, bo on po prostu jest zwycięzcą.

I co wy na to? Poznałyście kiedyś prawdziwego samca alfę? Czy może lepiej docenić to, co mamy, niż oglądać się z ideałami, które nie istnieją. A panowie może spojrzą jednak na siebie z większym dystansem i pobłażliwością. Bo umówmy się – nie ma idealnych facetów, tak jak nie ma takich kobiet. Hmm, ciekawe, jakie by były samice alfa. Muszę o tym pomyśleć.


Baby, wrzućmy na luz. Serio do szczęścia potrzebujemy obrączki na palcu i sakramentalnego „tak”?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
1 maja 2018
Fot. iStock / mailtobee

Spotykam dawno niewidzianą znajomą. Wiadomo – pytam, co u niej i słyszę, że właśnie rozstała się z facetem, z którym była prawie 10 lat. 10 lat życia w dupie. Gość był ogólnie mega dupkiem, ona odsunęła się towarzysko, bo przecież miłość, życie we dwoje. Każdemu na początku związku na mózg pada i obiadki z dwóch dań robi, żeby później usłyszeć: „Nie tak widziałem swoje życie. Wybacz, odchodzę. Zawsze będę cię kochał”. (pie*dolenie)

No dobra, ale nie o tym. Pogratulowałam znajomej, że w końcu uwolniła się od tego typa, co to jednak bardziej ją unieszczęśliwiał niż dawał powody do radości. I co usłyszałam: „Jestem starą panną, rodzina patrzy krzywo, matka mówi, że już męża sobie nie znajdę”. Patrzę i nie wierzę. Laska ma 34 lata, piękna, mądra kobieta, a ona, że jest nikim, bo pierścionka na palcu nie ma?

Matko – ja swój zaręczynowy zgubiłam, obrączka nie wiem, gdzie leży i nigdy nie przyszło mi do głowy, że to ma jakieś znaczenie. Owszem przed ołtarzem (z synem na ręce) stanęłam, przysięgę złożyłam, ślub okazał się nieważny (o tym, kiedy indziej), ale to nijak mnie nie definiuje i czasami lubię poudawać nawet, że męża nie mam i sama dygam przez życie. Wiecie, co wtedy widzę – zazdrość w umęczonych oczach innych kobiet, które co rano pozwalają sobie na zbieranie jego skarpetek w łazience

Szczerze, gdybym miała cofnąć czas – nie wzięłabym ślubu. Mówi się, że on podobno niewiele zmienia, przecież się znamy, już trochę ze sobą za rączkę chodziliśmy, ba często nawet seks był, a nawet dziecko czy chociażby ciąża się po drodze przytrafiła. My – mężowie i żony, dobrze wiemy, że to gówno prawda. Małżeństwo zmienia wiele. Oczywiście nie tylko na gorsze, bo to nieprawda, wiele dobrego można z niego wyciągnąć, jeśli oboje tego chcemy (zwłaszcza dwie pensje, za które łatwiej się utrzymać i spłacać kredyt). Fatalnie jednak, gdy obrączka na palcu to znak mojej przynależności, zależności i braku wolności – a tak chyba dzieje się najczęściej.

Dlatego też kompletnie nie rozumiem presji „pierścionka”. Tylko, gdy ktoś cię chce ze żonę, to jesteś coś społecznie warta, zamienisz swoje życie na niezbędną do przetrwania gatunku najważniejszą komórkę społeczną, czyli rodzinę. No ej, bez przesady. Naprawdę, jedyne na czym kobietom powinno najbardziej zależeć w życiu, to założenie białej sukni, a wcześniej powiedzenia „tak”, gdy on klęka na jedno kolano (jeśli w ogóle klęka albo raczej razem z tobą odczytuje wynik testu ciążowego).

Przyjaciółka, kilka lat ode mnie młodsza, mówi: „Jeny, bo ja nie usłyszałam jeszcze, że jestem dla niego ważna”. Zdębiałam i wyliczam: „Piżamę ci kupił, żebyś miała u niego? Auto zatankował? Na wesele rodziny zaprosił? SMS-y w ciągu dnia wysyła, choć jeden na trzy dni?”. Okazuje się, że tak, więc o co chodzi? O przynależność, o to, żeby powiedzieć: „Mój ci on”. Albo, że ja jestem jego. I to nie przed samą sobą, bo kurde, jak ci facet piżamę kupuje i twoje zdjęcia pokazuje przyjacielowi, to sorry – no chyba traktuje cię poważnie, co nie? Nieee, my musimy całemu światu ogłosić: „ON MNIE CHCE. JESTEM JEGO”. Wcale nie zostałam wybrakowana, nie jestem trudna, ciężka, brzydka, za gruba, za chuda. Jestem coś warta, bo jakiś facet założy mi w końcu na palec obrączkę.

Ja pie*dole. No dobra, może ja jestem stara, może spaczona własnym i innych doświadczeniem, może zbyt sceptyczna w podejściu do miłość długotrwałej i na wieki wieków amen, ale do cholery jasnej, serio? Serio małżeństwo i wiązanie się w pary jest szczytem naszych marzeń, czy może stereotypów, które każą nam wierzyć, że jak już raz facet mnie do łóżka zaciągnął, to skoro dałam się przekonać, znaczy, że kocham?

Baby, wrzućmy na luz. Tego kwiata pół świata, jak mawiała babcia mojej przyjaciółki. Czy nie lepiej dobrze się bawić? Założyć sobie, że ślub, jak coś, to wezmę po 35-tym roku życia. Zobaczcie, jak by było zajebiście, o ile mniej rozwodów, o ile więcej świadomych i dojrzałych związków. A nie szczyli, którzy chajtnęli się w wieku 23 lat (sama miałam niedużo więcej) i byli święcie przekonani, że ta miłość co ich dzisiaj uskrzydla, będzie ich niosła przez resztę życia. No nie będzie. Raczej pozwoli rozbić się na pierwszym lepszym zbyt wysokim drzewie.

Nie lepiej pożyć sobie razem, poznać się. Mieć świadomość, że to ja wybieram tego faceta, a nie że ona wybiera mnie, bo już za stary jest na życie pod skrzydłami matki i teraz musi znaleźć tę, która go opierze, nakarmi i po plecach wieczorem posmyra. I bierze – sorry – pierwszą, lepszą, naiwną, której rodzice, dziadkowie tłuką do łba, że starą babą będzie, a przyjaciółki – jedna po drugiej stają na ślubnym kobiercu? I rach ciach – pierścionek, w zdrowiu, szczęściu i chorobie i się nie obejrzysz, a lądujesz u boku faceta, który za 10 lat będzie cię wku*wiał do granic możliwości, a ty będziesz z nim „dla dobra waszych dzieci”. Słabe.