Żel intymny – słowo grozy. Halo, nie ma się czego wstydzić! Przecież chodzi o dobry seks i komfortowe życie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
6 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

Żel… jaki? Żel intymny? Ciiii. Przecież o tym się głośno nie mówi! To nic, że „Badania naukowe wykazały, że około 30% kobiet ma problemy, do których oficjalnie wstydzi się przyznać”. Lepiej o tym nie mówić. Od okolic intymnych niedaleko do seksu, prawda? No właśnie. Seks nie jest już tematem tabu. A problemy intymne kobiet – jak najbardziej tak, temat zakazany, wstydliwy. Chodzimy ze sobą do łóżka, ale panicznie się siebie wstydzimy, a co dopiero „ktoś obcy”?

Hola, hola drogie Panie! Nasza intymność wymaga takiej samej dbałości, jak reszta ciała. I co roczna kontrola podwozia u ginekologa z cytologią w pakiecie – wcale nie zamyka tematu. Pora dowiedzieć się czegoś więcej. Żel intymny, to nie tylko seks zabawka.

Nie tylko do łóżka

Żel intymny – a raczej żele, bo jest ich naprawdę wiele rodzajów – nie służy tylko łóżkowych igraszek. Wybierając wyrób medyczny można zyskać nieco więcej. Na co działa taki żel?

Prawie każda kobieta w swoim życiu doświadcza jakiegoś intymnego dyskomfortu. Obtarcia, stany zapalne, uszkodzenia, uczucie suchości. Czasem mogą być efektem urazu lub zabiegu ginekologicznego, innym razem są związane z naszą kobiecą fizjologią – na przykład po porodzie. Nawet stosowanie antybiotyku może prowadzić do zaburzenia równowagi w intymnych okolicach i przykre dolegliwości nas nie ominą. Warto właśnie wtedy nieco sobie ulżyć.

Kiedy żel okaże się pomocny?

• po antybiotykoterapii,
• po leczeniu, któremu towarzyszy także suchość
pochwy,
• w nawracających podrażnieniach,
• w zaburzeniach hormonalnych,
• w okresie menopauzy,
• po porodzie i zabiegach,
• w przypadku bolesnych stosunków,
• przy suchości śluzówki pochwy spowodowanej stresem,
jak również wiekiem i niedoborem estrogenów,
• w stanach zanikowych błony śluzowej oraz niedostatecznego nawilżenia lub
jego braku w tym w dystrofii po usunięciu przydatków, po chemio- i radioterapii.

Jednym ze składników „aptecznych” żeli intymnych jest kwas hialuronowy – ułatwiający odnowę komórek nabłonka.

Jednym z głównych czynników decydujących o zdrowiu intymnym każdej kobiety jest odpowiednie nawilżenie pochwy. Wówczas stanowi ona zrównoważone środowisko życia wielu rodzajów bakterii. Najliczniejszą grupą mikroorganizmów tworzących prawidłową florę bakteryjną okolic intymnych są bakterie mlekowe, które ograniczają rozwój bakterii wywołujących infekcje.

Suchość pochwy jest tematem tabu – co jest dość zaskakujące, bo nęka nas bardzo często – bez względu na wiek. Może nawet występować, jako nieprzyjemny skutek uboczny antykoncepcji hormonalnej. O dziwo, jest to tak naprawdę nie tylko kobiecy problem – również panowie odczuwają skutki (nie tylko fizyczne) tej przypadłości. Oprócz dyskomfortu czy nawet bólu podczas współżycia, panowie zwyczajnie tracą pewność siebie. Nasi partnerzy traktują sprawę bardzo ambicjonalnie – odnoszą wrażenie, że nie potrafią pobudzić swojej ukochanej.

Seks-klasówka

A kiedy zaprosić żel intymny do sypialni? Po pierwsze – jeśli mamy intymne dolegliwości, będzie on naturalnym gościem. Ale żele można stosować również jako seksualny gadżet.
Jakie jeszcze żele (poza tymi medycznymi) można znaleźć w sklepach i jak działają?

Pobudzające (rozgrzewające)

Nie da się ukryć, że ten rodzaj może podgrzać temperaturę w sypialni. Jednak ostrożnie – mogą też dać popalić. Ponieważ rozgrzewają mocno – mogą wpłynąć na przyspieszenie miłosnej akcji (uwaga panowie – może warto najpierw wypróbować sam na sam).

Przedłużające stosunek

Tu sprawy mają się wręcz odwrotnie. Żel ma za zadanie przedłużyć łóżkowe przyjemności. Jak działa? To dość proste – delikatnie znieczula. Może to być nie do końca efekt pożądany dla pań. Lepiej, gdy partner użyje go wewnątrz prezerwatywy.

PS: Nie stosujcie do seksu oralnego 😉

2 w 1 i smakowe

To typowe żele zabawowe. Do masażu i seksu oralnego. Do wyboru, do koloru. To już świat seks-zabawy.

Babskim okiem

Z damskiego punktu widzenia – chyba zawsze lepiej po żel intymny udać się do apteki, a nie seks shopu. A już na pewno, gdy kupujemy go z potrzeby, a nie chęci zabawy ;). Jeżeli stosowanie żelu jest dla ciebie bardzo krepujące – ułatw sobie życie, przy zakupie zwróć uwagę chociażby na zamknięcie opakowania – zdecydowanie łatwiej użyć żelu zamykanego na „klik”, niż z tradycyjną zakrętką.


Artykuł powstał we współpracy z FEMINUM.pl


Ile jest w stanie znieść kobieta, żeby zostać matką?

Magdalena Modlibowska
Magdalena Modlibowska
7 października 2015
Fot. iStock
Fot. iStock

„Nie ma sensu starać się o dziecko w nieskończoność”, „Trzeba umieć odpuścić”, „Dlaczego dla niektórych urodzenie dziecka staje się obsesją?”, „Przecież wystarczy jedno”. Wyrzucamy z siebie słowa, opinie. I nie akceptujemy dwóch rzeczy. Każda kobieta ma prawo sama decydować, ile jest w stanie poświęcić, żeby urodzić. I każda kobieta sama wie, kiedy poczuje się spełniona jako matka.

Nasza autorka wprowadza nas w świat niepłodności. I walki o dziecko. Swoją i innych kobiet.

Niepłodność dotyka co piątą kobietę. Ile one są w stanie znieść, żeby stać się matkami? Idę z tym pytaniem do ekspertów. Kobiet, które w mojej ocenie „nacierpiały się”, zanim wzięły w ramiona swoje dziecko.

– „trzy lata badań, wizyt, kontroli”
– „dwa lata monitorowania i zapisywania każdego dnia cyklu”
– „jedenaście prób in vitro”
– „cztery lata czekania na telefon z ośrodka adopcyjnego, nie licząc procedury”
– „sześć straconych ciąż”
– „szesnaście lat współżycia bez zabezpieczeń i po prostu czekania”.

Patrzyłam w oczy każdej z nich. Słuchałam tonu głosu, gdy podawały mi dokładne rozmiary swoich „ciężarów”. I wciąż nie znajduję odpowiedzi na pytanie, ile kobieta jest w stanie znieść? Każda ma swoją sztangę, przygotowaną przez swojego trenera, którym najczęściej jest ona sama. Po każdym podrzuceniu sztangi same zadają sobie pytanie „ile jeszcze udźwignę?”. Silniejsza jest ta po 11 próbach, czy po sześciu poronieniach? A jeśli te doświadczenia się kumulują? Nikt nie zna odpowiedzi. Każda chciałaby wiedzieć, że granica wytrzymałości dla kobiety to tyle i tyle. Dochodzisz do granicy i odpuszczasz. Jesteś wolna od presji, zmagań, decydowania, bo przecież nie możesz więcej, tu jest granica. Wielu chce związać tę granicę wytrzymałości z wiekiem kobiety. Wielu faktycznie to robi. Refundacja in vitro, zegar biologiczny, wiek w procedurze adopcyjnej. Ale i tutaj są wyjątki, 60-latka rodzi bliźnięta, 42-latka adoptuje niemowlę, a zegar biologiczny tyka  każdej z nas inaczej. Zatem granicy wytrzymałości postawić się nie da. Przecież fakt, że ja udźwignęłam swój ciężar nie oznacza, że ty udźwigniesz taki sam. Może dasz radę większemu, a może odpuścisz przy mniejszym.

Mam trójkę dzieci. Mam za sobą i cierniste krzaki, i spacer po plaży

Zaczęło się 20 lat temu, ślubem i marzeniami o czwórce dzieci. Potem było ostro pod górkę. Ciąży nie ma, lata mijają. Wpadłam w wir badań, jedno za drugim, miesiąc za miesiącem, wciągnęłam w nie męża. Razem łatwiej było żyć nadzieją, bo żaden lekarz mnie nie wspierał. Po kilku latach badań usłyszałam gratulacje i bezradność w jednym. Superzdrowa, a niepłodna. Powiedziałam: dość! Przecież jest adopcja, chcieliśmy jej obydwoje. Procedura była jak bajka, wreszcie mogłam działać, no i wiedziałam, że prędzej czy później, ale wezmę swoje dziecko w ramiona. Zadzwonił telefon. Szał radości i ból trudnej decyzji. Było ciężko. Wygrałam bitwę o dziecko, ale teraz musiałam stoczyć walkę o jego zdrowie. Rok, drugi, szpitale, operacje, rehabilitacje, a w tle jak Dzwon Zygmunta biła nadzieja. Ktoś powiedział dawno temu: „Adoptowałaś, ale byłaś zdrowa, zobaczysz, zaraz zajdziesz w ciążę”. Nie zaszłam, ale marzenia o czwórce dzieci też nie pamiętałam. Cieszyliśmy się z mężem, że należymy do elitarnego klubu pod nazwą „mamy dziecko”. Życie zwolniło, kolejną walkę wygraliśmy. I znów coraz częściej zaczynały mnie drażnić ciężarne koleżanki, cedziłam gratulacje przez zaciśnięte zęby, ze sztucznym uśmiechem. Nadzieja była tylko we mnie, mąż miał „córeczkę tatusia”.

Znów powiedziałam: dość! Druga procedura adopcyjna. Poznałam najmroczniejszą wersję czekania… Mija rok, telefon nie dzwoni, mija drugi i nic. Córka patrzy głęboko w moje oczy i z ufnością sześciolatki pyta: „Mamo, czemu nasze dziecko ciągle się nie odnajduje?”. Dwa razy w tym czasie dostaję oferty świetnych kontraktów. Twardo negocjuję warunki, wychodzę zwycięsko z rozmów, ale potem zamykam się w biurowej toalecie i zapłakana skarżę się mężowi do słuchawki: „A  jeśli rano podpiszę kontrakt, a po południu zadzwoni telefon?”. Jeśli dzwoni telefon z ośrodka, to dwa tygodnie i jesteś na macierzyńskim. A ja chciałam tego macierzyńskiego, ale nie chciałam bezwolnie czekać, kariera była moją terapią.

Najgorsza w tym czekaniu jest codzienność

Ta milcząca nadzieja, gdy każdego ranka otwieram oczy z wiarą, że dzisiaj zadzwonią, a każdego wieczora zamykam z żalem, że dzisiaj nie zadzwonili. Trzeci rok, można zwariować. Ciało działa jak matka, kobieta, żona, bizneswoman, ale dusza wrzeszczy z rozpaczy i bezczynności. Wreszcie zadzwonili. A ja poczułam w końcu spokój. Wiem, która to jest moja droga. Będzie ciężko adoptować kolejne dziecko. Nie szkodzi, mam dwie wspaniałe córki. Ciężarne kobiety już mogą liczyć na moją sympatię.

Wytrzymałam rok we względnym spokoju. Znów odezwał się Dzwon Zygmunta. Przecież marzyłam o czwórce! Ośrodek adopcyjny, rozmowy z mężem. Kiepsko, nawet jak chcemy dwójkę rodzeństwa, nawet jak trójkę. Piętrzą się schody biurokracji. Słyszę m.in. taki argument: „Są czekający, którzy nie mają jeszcze w ogóle dzieci, Wy macie już dwoje”.

Poddaję się. Wchodzę w żałobę po moim marzeniu o czwórce. Jest październik. W grudniu zachodzę w ciążę. Boję się uwierzyć. Nawet, gdy mój kolega ginekolog drukuje mi po kilka zdjęć USG, z pięknie rozwijającym się pęcherzykiem. Nawet, gdy słyszę bicie serduszka. Brzuch rośnie mi szybko, ale i tak boję się, że to urojenie. Pamiętam, jak w ostatnim miesiącu stałam pod prysznicem i myłam ogromną powierzchnię brzucha z myślą: „czy to jest naprawdę? chyba mam ten brzuch, przecież nie zwariowałam”. Rodzę w domu, spokojnie, bezboleśnie i szybko.  Mam trzecie dziecko. Radość wielka, wdzięczność, że dane mi było, po tych ciernistych drogach, pospacerować po plaży. Ale jest druga strona medalu. Przecież ja jestem matką adopcyjną, miało nie być ciąży i brzucha, rozstałam się z nim na zawsze. Dzwon Zygmunta wali z całą siłą we mnie, rozbudzając marzenie o kolejnym dziecku.

Wyobraź sobie, że test pokazuje dwie kreski, nie pierwszy raz je widzę. Czułam, że się pojawią. Tak jak trzy miesiące temu, jak rok temu, i jak jeszcze wcześniej… ale już po tym, gdy urodziłam biologiczne dziecko. Za każdym razem czułam, że czas zrobić test. Wiem, że jestem w stanie przyjąć kolejną stratę, ale rozkwita we mnie coraz silniej nadzieja, że tym razem nie będę musiała, że właśnie teraz dopełni się marzenie. Każdego ranka sprawdzam listek papieru z drżeniem serca. W ciągu dnia jest gorzej, bo sto razy wydaje mi się, że czuję, jak zaczynam krwawić. Biegam do toalety z walącym sercem. W biurze patrzą na mnie coraz dziwniej, gdy w trakcie strategicznego spotkania bezczelnie wychodzę z grobową miną. Wracam po chwili z radosnym uśmiechem. Po kilku dniach jestem zmęczona, żeby się zrelaksować pomiędzy schizofrenicznymi wizytami w toalecie, zaczynam obliczać. Wszystko co tylko się da obliczyć. Daty porodu na kilka wersji długości cykli, prawdopodobną datę poczęcia, kiedy będzie już po I trymestrze, umawiam wizytę u ginekologa za tydzień. Najbliższe poranki zacznę wizytami w laboratorium, żeby sprawdzić bHCG… Czuję mdłości, ale nie umiem rozpoznać czy czuję je fizycznie, czy mentalnie. Żyję w amoku. Kolejny raz. Czy jest mi ciężko? Tak, ale godzę się na to, chcę podrzucić tę sztangę raz jeszcze. Nie wiem jednak, jak długo to zniosę. A co, jeśli znów…

W takiej sytuacji potrzebuję skupienia, ale nie chcę skupiać niczyjej uwagi na sobie. A jednak słyszę kłujące komentarze: „Trójka dzieci, to już przesada”, „Macierzyństwo po 40 jest fanaberią”. Największe ciosy padają z ust… kobiet!

Gdy zaczynam krwawić i wrzeszczę wniebogłosy z łazienki, wrzeszczę, że to koniec, że tracę kolejne dziecko, jest ze mną moja Mama. Dobrze, że jest przy mnie, dobrze, że mnie przytula. Później wieczorem przytula mnie moja najstarsza córka, to działa jak najsilniejsze remedium. Ten ból minie, i fizyczny i psychiczny. Wiem. Ale co dalej?  Nie wiem.

Wracam do moich ekspertek

Gdy wyrecytowały mi te wszystkie liczby, pytałam: „I to było dla Ciebie najtrudniejsze?”. Odpowiedź była za każdym razem taka sama, a tym samym bardzo dla mnie zaskakująca: KOMENTARZE OTOCZENIA. Jedna mówiła o nich z oburzeniem, inna spokojnie, jeszcze inna, zmieszana poczuciem składania skargi. „Dlaczego jeszcze nie masz dziecka, czekasz, aż się zestarzejesz?”, „Po co tak walczysz, możesz przecież adoptować?” „Te wszystkie badania medyczne to przesada, po prostu wyjedź, wyluzuj”, „Czekałaś do tego wieku, to teraz masz”, „Adoptowałaś, to teraz zajdziesz w ciążę”, „Powinnaś być wdzięczna za tę trójkę!”…

Świadomie, nieświadomie, wypowiadane ogólnie w towarzystwie albo wprost. Każda doświadczyła ich wiele. Ja również. I bardzo wpłynęły na moje starania. Nie ułatwiały ich niestety.

Chcesz wiedzieć, ile zniesiesz, aby zostać matką? Zrozumiesz to dopiero na końcu drogi. Ja jeszcze nie dotarłam do końca. Może to będą kolejne dwie kreski, może dziecko, a może menopauza. Moje starania, to nauka przyjmowania z pokorą tego, co spotykam na drodze.


Małżeństwo z terminem ważności. Warto odświeżać związek

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
5 października 2015
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain

„I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci…” Nawet przymierzając ślubną kreację, przyszłe panny młode powtarzają w myślach jak mantrę słowa przysięgi. Przeżywają to bardzo, bo nie da się myśleć obojętnie o tym, co z założenia obiecuje się partnerowi na resztę życia. A jaką to ma na początku moc! W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w biedzie… Tyle optymistycznych założeń, bo życie po swojemu weryfikuje, ile warte były te słowa.

Aż do śmierci (miłości)

To, co na początku wydaje się być rzeczą, która was nigdy nie będzie dotyczyć, staje się i waszym udziałem. Zdejmujesz różowe okulary, znasz już ból życia i szarą codzienność, w której o fajerwerkach możesz jedynie pomarzyć przy okazji Sylwestra. Zamiast tego masz pakiet wkurzających „przyjemności”. Bo on chrapie, zostawia okruchy na stole i zachowuje się tak, jakby obsługa odkurzacza była zupełnie ponad jego intelektualne możliwości. Nijak nie przypomina tego uroczego przystojniaka, który bił się o ciebie pod szkołą.

Ostrzegała babka i matka, ale machałaś ręką na takie gadanie, w końcu ty miałaś mieć lepiej. A teraz? Nawet łóżko bywa poligonem nie tyle miłosnym, co walki o wpływy. Kto uczyni  komu przyjemność i jak często? Koniec końców, on szuka pornografii w internecie, a ona  funduje celibat, bo jakoś trzeba ukarać męża. Lub na odwrót. No i kończy się miłość, a wtedy zamiast liczyć czas od rocznicy do rocznicy, odliczacie dni do rozprawy rozwodowej.

To przykład ekstremalny, ale biją po oczach dane w badaniach dr. Piotra Szukalskiego, demografa z Uniwersytetu Łódzkiego, że co trzecie polskie małżeństwo kończy się rozstaniem. Policz po sąsiadach z założeniem, że wy przetrwacie, to ci spod trójki, szóstki, dziewiątki, statystycznie nie mają szans. Dużo? A pomyśl jeszcze, że nikt z decydujących się na małżeństwo nie staje przed ołtarzem z myślą, że przecież i tak weźmie rozwód. Na logikę, poza marnowanym czasem, nawet pod kątem ekonomicznym, szkoda kasy na taką imprezę, bo do najtańszych ona nie należy. Kiedyś przysięga zobowiązywała, normy społeczne były bardziej konserwatywne, kobiety mniej niezależne, więc i skala rozstań była mniejsza. Przykłady pokazują, że  podziękować sobie zaledwie po kilku latach, to żaden problem. „Nie, bo nie” i niech obrączką pierwszy rzuci ten, kto choć raz nie chciał pójść na łatwiznę.

„Termin ważności” nieokreślony

Jeśli nie przyłożycie się do tego, aby dostrzec pierwsze objawy zepsucia, możecie się poważnie zatruć i bardzo ucierpieć. Zapytajcie swoich rozwiedzionych znajomych, od kiedy zaczęło się wszystko pieprzyć. Idę o zakład, że to raczej nie stało się w ciągu jednego dnia. A takich historii bez happy endu jest całe mnóstwo – Był ślub i huczne wesele – wspominała Anka, uczestnicząca w terapii małżeńskiej – Piękni, młodzi, choć niebogaci mieliśmy siebie i to wystarczyło. Przyszły problemy z brakiem pracy, pieniędzmi. Serio, miałam dość, bo on zamiast ruszyć się do pracy, wolał szlajać się z kumplami. Nie tylko wydawał resztki pieniędzy, ale znalazł sobie pocieszenie na boku. W sumie mogłabym kopnąć go za to co zrobił, ale nie umiem tak tego zamknąć. Szkoda mi wspólnych lat. Czy się uda? Nie wiem.

U innych też zaczyna się niewinnie. Brak czasu, rozmowy o niczym, bo przecież nie da się ze sobą gadać, jeśli w tle brzęczy telewizor. Kłótnie o dzieci, zajęcia na basenie i te cholerne okruchy. A zamiast realnego życia internet, z którego ty się dowiadujesz, co słychać u ślubnego na ścianie Fb. Znak czasów? Nie sądzę, nikt nie broni wam żyć. A nie chce się już wielu wysilać w realu, wystarczy w wirtualu pościemniać, jak macie fantastycznie.

Czas na odświeżenie związku

I nie chodzi o wyścig do kościoła, by odnawiać przysięgę małżeńską, choć w sumie dlaczego nie? Wy wiecie, co sprawia wam przyjemność. A czy wiecie, jak sprawić radość partnerowi ? Kawa z rana, śniadanie, zwykłe czułe „dzień dobry skarbie”, gdy wyskakujecie z łóżka spóźnieni o godzinę. Zależy od nastawienia, chcieć to móc, naprawdę. Ci, którym udało się reanimować związki, dziwią się, jak niewiele do szczęścia trzeba – kwiaty, sms w ciągu dnia, wyjście wieczorem bez dzieci, nawet jeśli to wymagało proszenie teściowej o pomoc. „Czułam się jak idiotka wychodząc z mężem na randkę poza domem, a to zupełnie inny klimat, niż zamówiona kolacja z pizzerii. I zamiast siedzieć w gaciach i podomce przy stole,  oboje musimy się postarać”, albo  „kurcze, szlajaliśmy się po mieście nocą, znów czuliśmy się jak nastolatki” – to można usłyszeć od wielu kobiet, a one już wiedzą, o jakiej różnicy mówią. Korona z głowy nie spadnie, za to takie drobnostki, randki jak za szczenięcych lat dodadzą uroku, a także rumieńców na twarzy, bo przecież jeśli macie piękne wspomnienia sprzed ślubu, nic nie stoi na przeszkodzie, abyście nad takimi pracowali po ślubie. Tak aby było tak pięknie jak w tej ślubnej przysiędze „i że cię nie opuszczę aż do śmierci.”


Zobacz także

mózg brzuszny

Mózg brzuszny. Twoje drugie, tajemnicze centrum dowodzenia

Fot. iStock

Wytrwałaś na diecie? 4 podpowiedzi, jak ominąć efekt jo-jo i utrzymać efekty na stałe

Fot. iStock / MilosStankovic

10 nawyków osób, które mają dobrą relację z… jedzeniem!