Romantyczny weekend z mężem? Uważajcie, bo to wcale nie jest takie proste, pułapki czyhają wszędzie

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 listopada 2017
Fot. iStock / vgajic
Fot. iStock / vgajic
 

Spędziłam fantastyczny weekend z mężem. A co! W końcu – po tysiącach ustawek, zmianach planów, przesunięć, nietrafionych zupełnie terminów – wyjechaliśmy.

Wiecie, jak wygląda organizacja wolnego weekendu wyjazdowego tylko dla rodziców, w dodatku kiedy jesteś rodzicem dwójki dzieci?  Jakaś masakra! W jeden weekend mają turniej, w inny jakieś zawody, dodatkowy trening, urodziny kolegi, na które trzeba ich zawieźć. Nagle przypominają ci o obiecanym kinie, lodach i wizycie (o matko) w muzeum. Wszystko na raz. Po drodze trafią ci się ferie, wakacje, święta. I jeszcze opieka nad dzieciakami, które zostawiasz, choć co prawda to już nie maluchy, ale jednak ktoś nad nimi czuwać musi, żeby im się zwoje mózgowe nie przepaliły, jak rodzice wyjeżdżają, a oni wszystkie zaległości w grach nadrabiać będą i tylko sprawdzają, czy baterie w padach aby na pewno nowe. A jak do tego dołożysz swoją pracę i obowiązki oczywiście razy dwa, bo w końcu w dwójkę jedziecie, to planując wyjazd tylko we dwoje 28 kwietnia, wyjechaliśmy 28 października. Niezły rozstrzał. Żeby nie było – babcia, która z domową rozpierduchą zostać postanowiła – gorączka, słabość i inne takie. Myślałam tylko – dobra masz jeszcze siostrę, jakby się waliło i paliło. Nic już nie było w stanie nas zatrzymać.

A przecież ja tak chciałam spontanicznie i już. Że się pakujemy, wsiadamy do auta i jedziemy, gdzie nas oczy poniosą. D*pa blada. Tak się nie da. I jeszcze musiałam to przyjąć na klatę, ja, która jest w stanie zaplanować sobie maksymalnie najbliższe trzy tygodnie, a i tak nigdy nie wiem, czy coś jednak mi nie wypadnie i wszystkie plany się nie wykopyrtną. I szczerze mówiąc, w ogóle mi to nie przeszkadza. Mam znajomą, która kiedyś usiadła z kalendarzem – w telefonie oczywiście otwartym i mówi: „No dobra, to zaplanujmy coś wspólnie”. Jakiś weekend, wyjazd, świąteczny wypad. Przytakiwaliśmy, ale ja dzisiaj połowy z tych planów nie pamiętam, a nie wiem, czy w ich miejsce w mojej głowie nie pojawiły się już nowe… Zobaczymy, jak będzie. Zresztą my nawet jadąc na wakacje potrafimy już w podróży zmienić cel i nigdy mi to nie przeszkadzało. Właściwie to do teraz nigdy się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam.

No, ale nie o tym miało być. Wyjazd zaplanowany, ważne, żeby wyjechać w piątek. Tja, w piątek. Jeszcze dzień wcześniej mieliśmy ambitny plan urwać się od razu po tym, jak dzieciaki wrócą ze szkoły, ale… jak to jest z planami – nigdy nic nie wiadomo. Mimo, że wydawało się, iż wszystko mamy pod kontrolą, wyjechaliśmy z jakimś czterogodzinnym opóźnieniem. Ale kto by się tam przejmował. Jak już wsiedliśmy do samochodu, nic się nie liczyło… No może oprócz rosnącej temperatury silnika, kiedy to wskazówka niebezpiecznie zaczęła iść w górę. Nożeż ku*wa. Na wszelki wypadek nie rozmawialiśmy ze sobą przez kilkadziesiąt kilometrów wolniejszej jazdy, bo po co wszczynać kłótnię w tak łatwo zapalnej atmosferze… Czułam się trochę jak emeryt na wakacjach, który nie ma siły docisnąć gazu, a jedynie maksymalnie 80-tką się porusza.  No dobra, stacja po drodze, uzupełnione płyny w chłodnicy i nastrój pozytywny wrócił, nawet siąpiący (słabo powiedziane) deszcz nie był w stanie popsuć nam nastrojów.

Cel wyprawy – nasze ukochane miasto studenckie, gdzie spędziliśmy kilka cudownych lat i też tam się poznaliśmy. Pierwszy raz akurat tam w hotelu, bo tak to zawsze znajomych odwiedzaliśmy. Ale to w końcu miał być nasz weekend i nikomu nic do tego.

I wiecie co? To była świetna decyzja. Jeśli zastanawiacie się, czy warto w wyjechać w dwójkę, to nie ma się nad czym myśleć, tylko czas najwyższy zacząć to planować. Najlepiej pół roku wcześniej zarezerwować pokój w hotelu, kupić bilety na koncert (ja tak zrobiłam, żeby tylko ewentualnie rodzinna jelitówka powstrzymała nas przed tym wyjazdem) i pojechać. I w dupie, że pogoda nie była taka, jaka miała być w kwietniu, że jednak lało i wiało, ale jakie to ma znaczenie. Upiliśmy się, potańczyliśmy, odwiedziliśmy stare kąty, spotkaliśmy znajomych niewidzianych od niemal 15-tu lat. I mogliśmy skupić się w końcu na sobie, nie ma co ukrywać, że to był cel naszej podróży. Połazić na golasa tak długo, jak nie będziemy się chcieli ubierać, leżeć w wyrze, ile tylko będzie się nam chciało. A podczas orgazmów nie przejmować się, że ktoś za ścianą usłyszy, w końcu zaraz i tak nas już tu nie będzie.

I Nic nie musieć. Cudowne jest mieszkanie w hotelu, kiedy wracasz do pokoju, masz czyste ręczniki, umyte filiżanki po herbacie, gdzie nie myślisz o tym, że łóżko trzeba pościelić, śniadanie zrobić i wszystkie domowe zwierzaki nakarmić.

Eh, możesz wybrać knajpę, w której chcesz zjeść coś dobrego, nie patrząc czy dzieciaki aby na pewno będą miały dla siebie jakiś wybór. Wypić nalewkę w samo południe siedząc na przystanku autobusowym i nie przejmować się tym, że masz mokre buty od łażenia po starówce.

Słowem wszystko masz w d*pie, oprócz tej osoby, która z tobą ten weekend spędza i z którą bawisz się wyśmienicie, kiedy płacząc ze śmiechu nad ranem lądujecie w hotelu.

Zdecydowanie polecam. Choć lądowanie jest dość trudne, kiedy wracasz (obserwując nerwowo wskaźnik temperatury silnika w aucie) i kiedy dostajesz w pysk tym wszystkim: „mama, a on”, „mama, a wiesz”, „słyszeliście, że”, „musimy wam coś pokazać”, „co jemy?”, „zrobisz herbatę?”. O f*ck, to za diabła nie jest łatwe. Szybko się można od dzieci odzwyczaić, a do dobrego przekonać. No nic, planujemy kolejny weekend, znając nas… pewnie co najmniej za pół roku.


Po śmierci Hanki Mostowiak nic już nie jest takie samo… Tak, obejrzałam popularne seriale i… słów mi brak

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 listopada 2017
smierc ww kartonach
 

Wiecie, jaki dzisiaj jest dzień?  7. listopada, pamiętna data, kiedy jadąca z siostrą samochodem Hanka Mostowiak wjeżdża w ułożony na poboczu (jakim cudem?) stos kartonów. Ale nie ma co tu się śmiać i sięgać po sarkazm. To wcale nie kartony – jak większość memów w Internecie chciała nam wmówić, to tętniak w głowie Hanki pękł, a ukochana przez tłumy bohaterka jednego z najpopularniejszych polskich seriali, zmarła nie mając szans na pożegnanie się z najbliższymi.

Co to się działo, co to się działo. Pół Polski przez noc całą płakało. Za to dzisiaj ja chcąc uczcić pamięć po Hance Mostowiak, bo niestety miesięcznic nikt na jej cześć nie urządza, a w necie można jedynie wzmianki o kolejnej rocznicy znaleźć, postanowiłam zajrzeć do polskich seriali. I teraz z góry was przepraszam, jeśli zacznę dalej bełkotać, ale przedarcie się przez kilka odcinków popularnych tasiemców, to jak na mój mózg zdecydowanie za dużo. Ale cóż, postawiłam sobie wyzwanie, przyjęłam, to i plan wykonałam, choć i tak mam wrażenie, że z marnym rezultatem.

Wiecie – ja kochałam „M jak miłość”, w nosie miałam te wszystkie przytyki do bliźniaków, że aktorzyny marne, ale chłopaki przecież dostali szansę i wyrobić się mogli. Za Hankę trzymałam kciuki, żeby zło ją opuściło, bo tak bardzo wierzyłam, że w gruncie rzeczy, to dobra dziewucha. A teraz? Ja pierdzielę, włączam ostatni odcinek, a tu Magda – miłość jednego z bliźniaków, w romansie z mężem albo niemężem tej córki prawniczki (to jeszcze kojarzę, bo ten aktor szalenie mi się podoba, więc pamiętam, że kilka odcinków z nim obejrzałam, ale nie mogłam znieść, jak ta Marta go traktuje). Szok.

Moja mama widząc, co oglądam mówi: „No, bo ona się rozwiodła z tamtym lekarzem”. Jakim lekarzem? „Co to jego kochanka jej mieszkanie zdemolowała”. Ja cież nie mogę. Starszy bliźniak (nie wiem, czemu zawsze wydawał mi się starszy, teraz się na tym złapałam) nadal nie ma szczęścia w miłości, bo go właśnie żona w rogi walnęła i jeszcze w ciążę zaszła. Głupia. Bo może on nadal gra marnie (cóż, czas mu nie sprzyja, a może to wina kwadratowych dialogów), to jednak poczciwe chłopisko i firmę nawet jakąś ma, a wydawało się kiedyś, że źle skończy. Jak widać – dla każdego jest szansa, byleby tętniaka w głowie się nie miało.

Niestety nie wiem, co u reszty bohaterów, bo cofać się w czasie nie sposób, zresztą i po co. Tylko pamiętam moje zdziwienie, kiedy córki Hanki zobaczyłam, takie duże i ładne i przez to grające na nosie tym, co mówili, że takie szkarady w takim serialu grać nie powinny. Ha – widać szefostwo wiedziało co robi i przewidziało, na jakie piękne kobiety wyrosną. Zawoalowana przypowieść o brzydkim kaczątku – jest? Jest. Zawsze można marzyć, że z mało atrakcyjnej dziewczyny mieszkającej na wsi wyrośnie cudowna kobieta. Kobiety też mogą marzyć, że może przyjdzie taki czas, kiedy spotkają tego jedynego. Bo tu nikt nie pokazuje, że życie trzeba brać we własne ręce. Broń Boże, jeszcze ktoś zechce wziąć przykład.

Całkiem jak u bohaterek „Przyjaciółek”. Ja cież  pierdzielę. To jest dopiero mix. Cztery, po 30-tce, a właściwie przed 40-tką i każda z bałaganem w głowie. Jedna zdradza, druga pozwala się trzaskać po policzku – ciekawe, co będzie dalej, trzecia dała się uwikłać w rolę kury domowej, co to od kieliszka nie stroni w wyniku frustracji, choć teraz mąż ją zaczął zauważać, a czwarta chyba już nie pamiętam. A wiem, czwarta w ciążę zachodzi i nie wie z kim. Nożeż. I wszystkie zawsze tak ładnie ubrane, mające czas na wspólną kawę przed pracą. I pomimo wewnętrznych rozterek i kłopotów – czy do zdrady się przyznać, czy też nie, wiodących beztroskie zupełnie życie.

Bo beztroskiego życia, to raczej nie mają bohaterowie „Pierwszej miłości”, choć tytuł wskazuje na sielankę. Tu się połapać proszę państwa nie ma szans. Nawet jak ktoś chce mieć o czym rozmawiać z koleżankami z pracy i przez to zacząć oglądać ten serial… Próżna nadzieja na zrozumienie. Tam się żenią, później zdradzają, pojawiają się byłe żony, jedni mają dzieci z romansu, inni z przypadku. Są tacy, którzy na nowo się schodzą i znowu biorą ślub i tacy, którzy wracają do siebie po kilka razy. I wszystko dusi się we własnym sosie, bo ma się wrażenie, że tam to już chyba każdy z każdym spał, jak to się ładnie mówi – wszyscy są szwagrami. Masakra jakaś.

Tak wiem, są jeszcze „Barwy szczęście” mój kolega gra tam jednego z gejów, wiem tylko, że ostatnio niemal nie zginął, ale czy władze telewizji długo będą tolerować gejów w popularnym serialu… Kto to wie. A „Na Wspólnej”? Jakby mogła zapomnieć, w końcu to na tej ulicy rodziły się gwiazdy i ich rozpoznawalność. Pamiętacie jeszcze początek? Kiedy to dwóch przyjaciół stworzyło spółdzielnię mieszkaniową? Ile tam ludzi zdążyło się rozwieść i na nowo związać. Ile intryg zostało utkanych, ile zmian nastąpiło, ilu alkoholików wyszło z nałogu.  Na Wikipedii są nawet opisani: bohaterowie dawni, i bohaterowie obecni, co by nikomu się nie myliło i jak włączy przez przypadek telewizję, żeby nie szukał Lichoty (którego uwielbiam z mojej ukochanej „Watahy”), bo jego to już kamery tego serialu nie widziały od lat. Chyba zaginął, z tego co pamiętam, ale moja pamięć w tej kwestii może mnie zwodzić.

Ostatnio siedzę w szatni po siłowni, ledwo ruszając członkami, widzę jak jedna z dziewczyn się szybko ubiera i nie mogę wyjść z podziwu. Chyba zobaczyła mój wzrok, bo usłyszałam: „Lecę, bo już „Barwy szczęście/”Na Wspólnej”/”M jak miłość (wybierz co chcesz) się zaczęło”. Niezła motywacja, pomyślałam będąc szczęśliwą, że seriale, które mnie wciągają mają raptem po kilka odcinków i nie wymagają ode mnie skupienia, kto z kim się przespał, kto czyją jest teraz kochanką i czy dziecko przypadkiem nie urodzi się czarnoskóre. A jak już się trafi fajny facet, to czy ona będzie zachowywała się jak rozkapryszona dziewczynka  ukrywając przed nim jakieś tajemnice. Ja pierd**e. To dla mnie zdecydowanie za dużo. Zdecydowanie.

I tak naprawdę po śmierci Hanki Mostowiak już nic nie jest takie samo. Ja kiedyś się zastanawiałam, co za idiota uparcie na telegazecie próbuje mi wmówić, że oglądam „Na dobre i na złe”, skoro ani aktorzy nie ci sami, a szpital też zgoła inny. Eh.

Cóż, po bardzo powierzchownym przeglądzie, czym współcześnie polski serialowy taśmowiec stoi stwierdzam, że okej – zdrady się zdarzają, jakieś afery również, ale na miłość boską, to jest kompletnie oderwane od rzeczywistości.

Można się tylko zdołować widząc, jak te kobiety w tych serialach wyglądają, jakie mają mieszkania, domy, no przecież łeb spada i tylko pociąć się można. I chociaż pokazywane są jako mądre – nawet te złe – jednak są sprytne, to serio panie scenarzysto? Dorosłe kobiety nie mają pojęcia o antykoncepcji? Nie wiedzą, jak się zabezpieczyć przed przypadkową ciążą, zwłaszcza jak jednorazowo lądują w łóżku ze znajomym fotografem? Serio muszą wyskakiwać od razu z majtek, kiedy tylko nawinie się jakiś dla nich interesujący facet? Porzucają rodziny, wdają się w romanse, a później płaczą nad rozlanym mlekiem błagając o zrozumienie i litość. Normalnie kulka w łeb. I te sceny, kiedy ona sztywno mu siedzi na kolanach, jakby odliczali chwile do momentu, kiedy ktoś im szepnie „kamera JUŻ poszła”. Rety… No tak, ale tłum chce igrzysk, to je ma. Miłość, płacz i tajemnice. I czas. Wiecie, że właściwie, jak o 18:00 zasiądzie się przed telewizorem oglądając „Pierwszą miłość”, to 40 minut po zakończeniu odcinka – akurat czas, żeby dzieciom kolację zrobić i lekcje sprawdzić, zaczyna się maraton – najpierw dwa odcinki „Barw szczęścia”, potem „M jak miłość”, z którym można spędzić czas nawet do 21:30, a w międzyczasie nagrać „Na Wspólnej”, bo, co za pech, godziny się emisji się nachodzą. Ale właściwie, jak uwiniemy się szybko z sobotnim sprzątaniem i zakupami, to powtórki w soboty można zobaczyć. Gorzej pod koniec tygodnia, kiedy „Przyjaciółki” i „Barwy szczęścia” kurczę no jak na złość o tym samym czasie lecą…

Tak, po śmierci Hanki Mostowiak już nic nie jest takie samo…. Trudno wszystkie seriale na raz oglądać… Ale na szczęście – przez pół roku można nie oglądać ulubionego serialu i wystarczy jeden zabłąkany odcinek w jakąś sobotę, by wiedzieć, co się wydarzyło. Nie polecam tym, podatnym na serialowe uzależnienie. Dobra, ja wiem, że odmóżdżacz, ale serio, są lepsze.

P.S. O rety, a „Klan” jeszcze leci???


„Jestem szczęśliwa, ponieważ mój Przemek jest szczęśliwy”. Ożeż w mordę, to wyznanie zwaliło mnie dosłownie z nóg

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 listopada 2017
Fot. iStock/cipella
Fot. iStock/cipella
 

Dla odmóżdżeni przełączam kanały w telewizji. Trudno ostatnio znaleźć coś ciekawego, poza filmami na kilku filmowych kanałach. Ale nie poddaję się. Nie mam niestety programu telewizyjnego, więc na oślep walę kciukiem w pilota. A może Darek Stolarz się pojawi lub innych ciekawy i z poczuciem humoru facet.

Tja, jasne. No to mam: „Jestem szczęśliwa, ponieważ mój Przemek jest szczęśliwy” – wygłasza złotą myśl pewna młoda pani, na tle nowocześnie urządzonego domu. Myślę sobie „ja pie*dole, co takiego musiało się wydarzyć, że on taki szczęśliwy, że ona aż tak się cieszy”. Na co trafiłam? Na osławiony program o sprzątaniu, który zrobił kobietom więcej krzywdy niż pożytku. Takie jest moje zdanie. Ale nie chcę zagłębiać się w temat, kto ma większy burdel w domu. Bardziej uderzyły mnie smutne oczy pani, która mówiła o szczęściu po tym, jak wysprzątała mieszkanie, tak, że z podłogi można było w nim jeść, a za radą Perfekcyjnej nawet pasek do odkażania nakleiła w kiblu, to znaczy w środku kibla. No jak nic uszczęśliwiła swojego męża, a jak się okazało i przy okazji siebie, chociaż kompletnie nie rozumiem tego fenomenu odczuwania szczęścia szczęściem kogoś innego. Pełna symbioza… Pytanie tylko, gdzie szczęście owej pani, bo coś nie wydaje mi się, że w czystej łazience.

Inna sytuacja – dyskusja, a jakże – w telewizji – o tym, czy w małżeństwie śpimy osobno. Pamiętam wyznanie Kory sprzed dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat, kiedy powiedziała, że z Sipowiczem mają osobne sypialnie i ona nie widzi w tym nic złego. To już wtedy wywołało rozmowy w tak zwanych kuluarach – czy to ma sens, po co i na co komu, wiadomo Kora wariatka, kto by z nią co noc w jednym łóżku wytrzymał i inne takie. Nie inaczej było w rzeczonym programie. Tak, jak obecne panie uważały za nic gorszącego spanie osobno, tak już wyświetlające się komentarze widzów były pełne oburzenia. Że po co to wychodzić za mąż, skoro spać chcemy osobno, że jak budować bliskość, jeśli ze sobą nie śpimy.

No nic, złapałam się za głowę zastanawiając się, kiedy my w końcu wyjdziemy z tego średniowiecznego myślenia, że a) kobieta tylko przy mężczyźnie, którego uszczęśliwi będzie szczęśliwa, b) jak już masz męża, to się go trzymaj pazurami nie oddalaj choćby na krok, bo jak nie to pójdzie do innej. Nożeż ja cię pierdykam, ale jak on ma kołdrę grzać innej, to i tak to zrobi, bez względu na to czy jako ta przykładna żona pierzesz mu skarpetki, gotujesz, a wieczorem rozkładasz nogi.

I być może jeszcze bym to przegryzła, olała, pomyślała: „Zrób sobie kobieto herbatkę z miodem i energię wpakuj w coś innego”, ale nie. Jak na złość trafił mi się gdzieś komentarz o tym, że już dość pieprzenia o tym samorozwoju kobiet, że jak odchodzą od facetów, to powinny żałować, a nie tylko myśleć o sobie. Kto był autorem? Facet, choć to wcale nie takie oczywiste, bo kobiety też często piszą w podobnym tonie wzorując się na poetyce swoich babć i matek zapewne: „Miejsce kobiety jest przy mężu”. A gdzie jego miejsce? Zawsze mnie zastanawiało, czemu nie ma drugiej części tej „życiowej” mądrości.

No i tak sobie myślę, że tego pieprzenia o tym, że kobieta jest ważna nigdy dość, bo jak widać, najlepiej, żebyśmy swojego zdania nie miały, facetów po jajkach głaskały i nie daj cię Boże odważyły się pomyśleć, że to czy tamto nam się jednak nie podoba.

No bo skoro ona jest szczęśliwa, bo jej Przemek jest szczęśliwy, to zastanawia mnie do jasnej Anielki, gdzie ona swoje prywatne szczęście znajduje? Czy ona w ogóle je posiada, czy dla niej to kompletne abstrakcja, bo wraz z założeniem obrączki na palec, odpadła jej od mózgu część zwana „JA”. Teraz to już tylko my, wszystko wspólnie, wszystko razem.

A ja na przykład uwielbiam spać od czasu do czasu sama. Rozłożyć sobie wcale nie nogi, a kanapę w salonie i uwalić się nie walcząc o kołdrę, nie wkurzając się, że mi za ciepło czy za zimno. I nijak nie mam poczucia, że mój związek się przez to rozsypie. Wręcz przeciwnie, z przyjemnością wracam później do wspólnego łóżka.

Czy my naprawdę wszędzie tego chłopa musimy ciągnąć ze sobą? Serio, nie potrafimy już nic same, cyrograf podpisany, dusza sprzedana małżeństwu i koniec, po prostu: mnie tu nie ma, a w sumie to nigdy nie było.

Mam swoją teorię na temat dobrych związków. Dobry związek to taki, w którym ty – kobieto możesz sobie wyobrazić, że zostajesz sama, że on odchodzi, a tobie świat się nie zawala, on nie pozbawia się połowy serca, mózgu i wątroby. Jest draniem, fiutem i najgorszym chamem, ale to jego strata. Niech on żałuje, a może lepiej niech nie żałuje tylko idzie swoją droga i tobie więcej głowy nie zawraca, skoro nie potrafił cię docenić.

Serio. Uważam, że tylko kobieta, która czuje się wolna i jest sobą może żyć w świetnym związku. Dlaczego? Bo nie zawiesza się na tym facecie, bo nie patrzy na niego maślanymi oczami odliczając dni od momentu, kiedy ostatni raz dostała od niego kwiaty, zastanawiając się, czy on jeszcze ją kocha, czy może ona za mało o tę miłość się stara.

Kiedy w końcu zrozumiemy, że nawet w związku mamy prawo do własnego szczęścia, do robienia czegoś dla siebie, bez współuczestnictwa w życiu tej drugiej strony. Okej, wspólne życie już jest, czemu aż tak bardzo je zespalać. Ja na przykład nienawidzę horrorów, to teraz co? Mam zacząć je oglądać, bo on lubi? I być szczęśliwa jego szczęściem? A może on nie lubi jeść makaronów, a ja uwielbiam – to teraz mam się tylko na mięso przerzucić? I jeśli on nie chce biegać, to ja mam z nim siedzieć w domu, zamiast iść na jakąś małą lub większą przebieżkę? No litości. Zobaczcie do jakich absurdów potrafi dojść, tfu – na jakie my sobie pozwalamy.

Dlatego dzisiaj z tego miejsca leżącego na kanapie apeluję do was wszystkich kochane i drogie: wrzućmy na luz. Kochajmy siebie, bądźmy szczęśliwe ze sobą, za nikogo nie przeżyjemy życia i nikt za nas go nie przeżyje! I tak, będę pieprzyć o samorozwoju i miłości do siebie tak  długo, jak długo będę słyszeć publicznie wygłaszane opinie, że jak już mąż, to zawsze pod jedną kołdrą, co noc, że inaczej się nie da szczęścia zbudować. No  ja tu bardzo przepraszam – słabe to, jeśli stałość i stabilność związku widzimy jedynie przez pryzmat wspólnej pościeli.