Otwarty związek. Czy to w ogóle może się udać?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
2 czerwca 2016
Fot.Splitshire / Daniel Nanescu / CC0 Public Domain
 

– Wiesz, mamy otwarty związek. – Jak to otwarty?!? – trudno mi było ukryć zdumienie. Nie widziałyśmy się kilka lat, nasze dzieci w tym czasie urosły. Z małych bobasów, które woziłyśmy w wózkach na wspólnych spacerach, a później bawiłyśmy na placach zabaw, stali się uczniami. Przyjaźniłyśmy się. Same w obcym mieście, poznałyśmy się w szkole rodzenia i tak jakoś zaraz przypadłyśmy sobie do gustu.

Sześć lat temu wyprowadziliśmy się, a Agata została, z mężem, synem i córką, która zdążyła się urodzić, nim wyjechałam na stałe. Jeszcze na początku widywaliśmy się raz na jakiś czas. Oni wpadali do nas w weekend, my do nich. Raz nawet wyjechaliśmy wspólnie na wakacje. A później Agata wróciła do pracy. Ja urodziłam drugiego syna i jakoś czasu zaczęło nam brakować. Musiały wystarczyć telefony, trochę Facebook – zawsze mogłyśmy popodglądać, co u której słychać.

Agata miała fajny związek. Jakoś tak do siebie pasowali, nie trzeba było wiedzieć, że są razem, wystarczyło na nich spojrzeć i wszystko było jasne. Zazdrościłam jej, gdy on zajmował się dzieciakami. Z moim wiecznie o to była wojna. Ja na fitness, a po 15 minutach telefon,  gdzie mleko, czy jest kaszka i czy na pewno ta pidżama jest Janka, a nie Stasia. Wrrrr. Ale wiadomo. Dzieciaki wywołują w nas mordercze instynkty względem partnera. Dzieci rosły, my się dogadywaliśmy, zażegnaliśmy kryzys i dobrze nam razem.

I kiedy Agata zadzwoniła, że wpadnie z dzieciakami za trzy tygodnie i czy może, to w ogóle nie było o czym mówić: – Jeny, dawaj. Marzę o winie z tobą. Nawet fajki kupię, choć nie palę. Ale z tobą – zawsze. Bo Agata nie przestała palić. W ogóle schudła, choć zawsze należała do tych szczupłych. Niby ta sama, a jednak trochę inna. Zerkałam na nią znad kuchennego blatu szykując dla nas kolację. Dzieciaki się wyszalały, dostały kolację, i zaległy przez telewizorem oglądając wspólnie jakiś film. – Wszystko ok? – spytałam, gdy już usiadłam na tyłku. – Tak, jasne. Rety jakie duże te nasze dzieciaki. Janek jest taki wielki, a Stasiek – czysty ty.

– Pytam czy u ciebie wszystko ok. Wzdycha głęboko. – Co mam ci powiedzieć. Niby tak, ale sama nie wiem.

Okazało się, że to kolejny związek pod tytułem: „Przecież tak świetnie razem wyglądaliście. Co się stało?!?”. A stało się. Jej potrzeba niezależności finansowej i rozwoju zawodowego. On z pretensjami, że go wrobiła w pieluchy i zrobiła z niego niańkę dla dzieci. No, ale on przecież też pracował. Wyjeżdżał na delegacje, wtedy ona była z dziećmi. Gdy chorowały dzielili się zwolnieniami. Po równo. Tylko to ona zaczęła awansować, a on chyba trochę utknął w zastygłej strukturze. Zaczął umawiać się z kumplami na wspólne wyjścia. „Dzisiaj mnie nie będzie” – oznajmiał jej. A ona miotała się. Bo był w niej bunt, bo dlaczego on w ten sposób chce ją ukarać za to, że jej się udaje?

Poszli na terapię. On wylewał swoje żale. Miał do niej o wszystko pretensje. O za mało seksu, o za zimny obiad, o to, że zasypiała na kanapie, że nie zrezygnowała z awansu, tylko „poświęciła” rodzinę pracy. – Rozumiesz? Poświęciłam. Ryczałam jak głupia. Jak on mógł. To był czas, kiedy pracowałam na najwyższych obrotach. Wieczorami gotowałam obiad na kolejny dzień, prasowałam, prałam. Wiesz, to ten czas kiedy wpadasz w potrzebę perfekcyjności, od której robi ci się niedobrze, ale nie możesz się zatrzymać. Ja myślałam, że między nami jest wszystko dobrze. Naprawdę. Że mamy kryzys, stąd terapia, bo nie dało się z nim w domu gadać. W sumie to miały być tylko konsultacje, a ja usłyszałam tyle słów, że nie mogłam tego ogarnąć. Nigdy nie miałam poczucia, że go ograniczam. Chciał jechać na ryby – jechał, z kumplami na mecz, na weekend – proszę bardzo.

Agata załamała się. Nie miała kompletnie pomysłu, co powinna zrobić. „I co teraz?” – spytała go. „Nie wiem” – tyle usłyszała. Postanowiła przeczekać, ale nie było lepiej. Próbowała rozmawiać. „Dajmy sobie trochę czasu” – więc dawała. On zaczął częściej wychodzić, to na urodziny kumpla, to na mecz z kumplami, na basen. Ok. Czekała. I się doczekała. Otwartego związku. Taka propozycja wyszła od niego.

– Tak, też byłam zaskoczona. Bo w końcu 13 lat razem. Więcej było tych lat dobrych niż złych. Spytałam go, jak to sobie wyobraża. Na spokojnie, bez nerwów, pomyślałam, że to może jest jakiś sposób, jakieś rozwiązanie.

Zaproponował układ. Żyjmy razem, tak jak dotychczas. Zapewniał, że kocha, ale dusi się w związku. Potrzebuje przestrzeni, wolności. Nie chce kontrolowania, ograniczania. I to samo daje w drugą stronę. Miał wszystko przemyślane.

Kasa

Każde z nas miało założyć osobne konta. Na wspólne mieliśmy przelewać stałą kwotę na nasze wspólne życie, reszta miała być do dowolnej dyspozycji. „Wiesz, będziesz chciała gdzieś pojechać, wyjść, nie będziesz musiała się tłumaczyć, liczyć wspólnej kasy, mieć – jak to ty mówisz – poczucia winy, że wydajesz na siebie”. Kto ile sobie dorobił, zarobił dostał w nagrodach, ze zwrotu podatku – nieważne. Wspólna kasa jest wspólna, a reszta nas nie interesuje.

Czas wolny

Mówił o tym, że musi mieć czas dla siebie. Dzieci coraz większe, już nas tak nie potrzebują, łatwiej sobie z nimi poradzić nawet w pojedynkę. Zresztą fajne te nasze dzieciaki. Bezproblemowe. „Zobacz, czasami mówisz, że przydałby ci się wolny weekend. Jeden w miesiącu będę miał ja, jeden ty. Resztę spędzamy wspólnie. Ustalmy sobie grafik tygodniowy, tak, żeby każde z nas miało po jednym wieczorze wolnym. Mogło sobie wyjść”.

Bez tłumaczeń

Oczywiście wszystko ma się opierać na zaufaniu, które do siebie mamy. Czyli nie pytam, gdzie kto jedzie, co planuje, z kim się spotyka, co robi. To właśnie rozumiał mówiąc o braku ograniczeń, i tak rozumiał teraz zaufanie.

– Zgodziłaś się? A seks? O to też masz nie pytać? Okazało się, że o seksie nie wspomniał. Tak ładnie ubrał swoją wizję ich nowego małżeństwa, że Agata postanowiła w to wejść. To wtedy kochali się przez pół nocy, dziękował jej za to, że jest taka wyrozumiała. Powtarzała, że jest taka mądra. Kolejnego dnia oznajmił, że dzisiaj on wychodzi.

Kiedy przyszedł jej wieczór wyszła i łaziła po mieście. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Ale postanowiła grać w tę grę. Zapisała się na jogę. On wyjeżdżał. Ona na pierwszy weekend pojechała sama w góry. Połazić. Przemyśleć wszystko. Nikomu się nie przyznała, że ma teraz taki „układ” w małżeństwie. Miała nadzieję, że to szybko się skończy. Zwłaszcza, że w ich „wspólnym” czasie było wszystko ok. On tylko czasami zamykał się w łazience, puszczał wodę, ale było słychać, że rozmawia przez telefon. „Masz kogoś” -nie wytrzymała w końcu. „Mieliśmy o tym nie rozmawiać” – odpowiedział dodając: „Zobacz, nigdy nie było nam lepiej”. Niby tak. Więcej się śmiał, nie czepiał się, dawał jej rano buziaka, przytulał. Ale ona czuła, że pod tym jest coś jeszcze.

Wyjechała na weekendowe warsztaty jogi. Instruktor ją namówił. Namówił ją też wtedy na spacer. I zwierzenia. Nie wytrzymała i otworzyła się. Mówiła o małżeńskim układzie, o tym, że jemu chyba i tak tylko chodziło o seks na boku, że nie wie, ile tak jeszcze wytrzyma, bo widać, że on nie chce wracać do „starego” rytmu. Z tym instruktorem po powrocie wychodziła na kolację, umawiali się do kina. W końcu wylądowali razem w łóżku, na kolejnych warsztatach, na które pojechała w „swój” weekend.

Teraz, w „jego” weekend zabrała dzieci i przyjechała do mnie. Rozwalona kompletnie. – Nie wiem, jak to się stało. Ja go nawet nie kocham, owszem lubię bardzo i tyle, to raczej była potrzeba zemsty. Umawiałam się z nim gdzieś podświadomie mówiąc „a masz – ty możesz się spotykać z kim chcesz, ja też”. I marzyłam, że on w końcu spyta, z kim wychodzę? Czy kogoś mam? Ale nie pytał… W końcu mamy otwarty związek… Tylko, czy to w ogóle jeszcze związek?


Wiesz, Kochany, czasami myślę o tej naszej miłości…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
14 czerwca 2016
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Kochany mój,

Wiesz, czasami tak sobie siedzę i myślę o nas. Jesteśmy już tyle lat razem… To nie była łatwa miłość. To była miłość trudnych wyborów i decyzji. Nie zawsze idąca z nami w zgodzie i trzymająca nas za ręce.

Pamiętasz? Stałeś nago pod prysznicem, a ja tak krzyczałam. Krzyczałam i płakałam, że już cię nie chcę, że nie chcę nas, że mam dość. Że nie na taką miłość liczyłam, nie takiej oczekiwałam. Bo ta z młodzieńczej i beztroskiej musiała sprostać dorosłości, a sprostać nie potrafiła.

A ty stałeś ociekając wodą i patrzyłeś na mnie, na moją furię. Na niezgodę na to, co się z nami działo. Że jak mogliśmy pozwolić sprowadzić naszą miłość do codzienności. Do leżenia na kanapie i kapci zostawionych przed drzwiami sypialni? Jak ja wtedy krzyczałam. Przytuliłeś mnie, taki mokry. Pamiętasz? Powiedziałeś mi wtedy: „Kocham cię”. Jakby to miało wystarczyć, jakby miało rozwiać moje wątpliwości i strach, że nie udźwigniemy tej miłości, że ją pogrzebiemy, zapomnimy o niej.

Ta miłość była rozczarowaniem

Bo nagle z wariackiej fascynacji, z minimalną odpowiedzialnością, kiedy wydaje nam się, że świat leży u naszych stóp, kiedy snujemy pełne nadziei i górnolotnych pragnień wizje wspólnego życia, zostajemy wepchnięci w wynajmowane mieszkanie. W życie podporządkowane godzinom pracy za najniższą krajową zaraz po studiach. Ale wiesz, co z wtedy pamiętam, oprócz buntu, który we mnie narastał? To jedno piwo wypite wspólnie, późnym wieczorem, przy otwartym oknie, kiedy nam się nawet rozmawiać nie chciało. Pomyślałam wtedy: „Tak ma wyglądać nasza miłość?”. A dziś? To jedno z najbardziej wzruszających mnie wspomnień.

Ta miłość była zmęczeniem

Ja z jednym dzieckiem przy cycku, drugie próbując utulić do snu, bo bolało ją ucho. I ty – nieobecny zawsze wtedy, gdy ciebie potrzebowałam. Wtedy cię nienawidziłam. Chciałam, żebyś nie istniał. Chciałam ci pokazać, że nie jesteś dla mnie ważny, że sama dam sobie radę. I dawałam, często lepiej niż wtedy, gdy byłeś – to było tak bolesne. Uświadomienie sobie, że jesteś dodatkiem do codzienności, do wyniesienia śmieci, odkurzenia, pomycia naczyń i zrobienia zakupów. Wszystkiego tego, co sama mogłam zrobić, bez twojej pomocy. To wtedy myślałam o nas, jak o dwojgu nielubiących się ludzi, którzy zmuszeni są żyć pod jednym dachem. Bo w końcu miłość. Bo ona jest najważniejsza, bo zawsze jest nadzieja, że jeszcze gdzieś się tli.

Widziałam, jak się zmieniamy. Jak ty stajesz się twardszy, nie ulegasz moim humorom, fochom. Myślałam: „Jak możesz mnie nie zauważać”, ale nie krzyczałam. Miałam dość, zobojętniałam. Nie mówiłam nic. Skoro tak ma teraz wyglądać nasze wspólne życie – proszę, to twój wybór, twoje ograniczenie, twój brak zaangażowania.

Jak ja wtedy cierpiałam, jak się miotałam. Jak bardzo chciałam odejść, zostawić cię, zranić tak, żebyś w końcu poczuł, jak to jest, gdy mnie nie ma obok. Tak, jak ciebie wtedy nie było. Ale ty tego nie widziałeś. Dla ciebie wszystko było w porządku. Czułam się pokonana. Leżałam i nie miałam siły walczyć, udowadniać.

Ten czas, wiesz, nigdy ci tego nie mówiłam, nauczył mnie pokory. Tego, że nie zawsze dostaje się to, czego się chce. Że nasze szczęście nie powinno zależeć od innych, że kochać najpierw trzeba siebie. A wtedy może zatrzymasz miłość innych przy sobie. Może…

Ta miłość była odchodzeniem

Odchodziliśmy i wracaliśmy. Nigdy tego sobie nie powiedzieliśmy. Byliśmy jak dwie milczące skały naprzeciwko siebie. Moje serce było skałą. Nie chciałam, żebyś mnie ranił, nie chciałam pozwolić, żebyś mnie niszczył, swoimi żalami, pretensjami, twoim brakiem zainteresowania. Potrafiłeś wtedy wyjechać i nie odezwać się przez trzy dni. W ogóle. Tobie było lepiej beze mnie, a mi bez ciebie. Wiesz, wtedy, czasami wyobrażałam sobie życie bez ciebie. Pełne spokoju, pewności tego, co mnie czeka, bez oczekiwań i ograniczeń. Bez rozczarowań i nadziei, która ślepo kazała w nas wierzyć. Nie wiem, skąd ta nadzieja? Może miłość nią była? Dobijała się do nas, ale udawaliśmy, że jej już między nami nie ma. Bo tak było łatwiej przejść obok siebie obojętnie. Tylko noce nas zbliżały do siebie. Te momenty, kiedy pozwalałam czuć się kochana, kiedy nabierałam pewności, że jesteś tylko mój. A ja tylko dla ciebie, dla nikogo innego.

Ale nie wytrzymaliśmy. „Wyprowadź się” – poprosiłam, kiedy przestałam w nas wierzyć. Nie, tym razem nie krzyczałam. Czekałam, aż usiądziesz. Nie byłam pewna, czy powiedziałam to na głos. Ale to wtedy w końcu na mnie spojrzałeś. Tak naprawdę spojrzałeś, zobaczyłeś mnie. Przestałam być przezroczysta.

Nie rozumiałeś. To była długa noc. To taka noc, kiedy skały zaczynają kruszeć i mówić, kiedy okazuje się, że mają serca i uczucia. Bolało, co mówiłeś. Pewnie dlatego, że miałeś rację. Że ciebie nie widzę, że jedynie używam do określonych zadań i obowiązków. Że nie przytulam, że zimna i obca. To samo mówiłam o tobie… Płakaliśmy oboje. Jakieś 15 lat od tego wieczoru wtedy, w łazience… Dwoje zmęczonych ludzi, którzy tęsknią za miłością, za czułością, za zrozumieniem. Tak bardzo tęsknią i tak bardzo nie umieli sobie tego powiedzieć, tylko zaszywali się we własnych pretensjach i żalach. Pielęgnowali frustrację i złość. Bo to on zabiera mi prawo do szczęścia, bo to ona potrafi tylko wymagać.

Ta miłość jest akceptacją

Zostałeś. To była szansa, na zrozumienie, na zmianę. Kolejną. Tyle razy się zmienialiśmy, dla siebie samych, dla siebie nawzajem. Dorastaliśmy, dojrzewaliśmy. Próbowaliśmy zrozumieć, o co nam chodzi. Nauczyliśmy się dbać o to, co dla nas ważne. Zrozumieliśmy, że nie jesteśmy od siebie zależni. Że nikt do nikogo nie należy. Że nie jesteśmy niczyją własnością i ponosimy odpowiedzialność za własne wybory i decyzje. I możemy się wspierać, być obok siebie, być gwarantem akceptacji.

To nie było łatwe. Przeżyliśmy wiele burz, czasami wydawało nam się, że już leżymy na dnie, że już nas nie ma. Ale wstawaliśmy, walczyliśmy o siebie. Dzisiaj? Kiedy dzieci są samodzielne, kiedy możemy skupiać się na własnych pasjach i pragnieniach paradoksalnie jesteś mi najbliższy. Nie wtedy, gdy tej bliskości wymagałam, gdy jej chciałam. Dzisiaj, kiedy wiem, że mogę pójść swoją drogą, że mogę wybierać, zadbać o swoje szczęście, to ty jesteś tak bardzo blisko, jak chyba nigdy wcześniej. Tak dojrzale, podążając swoją drogą, która ma wiele punktów stycznych z moją, jesteśmy prawdziwie razem. Szanując się nawzajem. Nie ograniczając i nie wymyślając sobie ograniczeń.

Wiesz Kochany, dzisiaj, kiedy mnie przytulasz i mówisz: „kocham cię” ja nadal czuję się, jak wtedy w tej łazience. Mokra od twojej skóry i swoich własnych łez, ale pewna naszej miłości. I nas.


Odchodziłam długo. Dwa lata odkładane na „może jednak coś się zmieni”. Dzisiaj wiele zrobiłabym inaczej, by się nie zadręczać

Z życia kobiety
Z życia kobiety
25 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Rozstanie to nigdy nie jest łatwa decyzja. Nie da się po prostu odejść. Dzisiaj mówię ci „odchodzę” i już, po wszystkim. Odchodziłam długo. Dwa lata nosiłam w sobie tę decyzję. Dwa lata odkładane na „jeszcze nie teraz”, na „może jednak coś się zmieni”. Dzisiaj wiem, jak wiele rzeczy zrobiłabym inaczej, zamiast zadręczać się tym odchodzeniem.

Dlatego piszę do ciebie, do tej, która się zastanawia, wątpi, myśli, analizuje. Ja już jestem po drugiej stronie. W miejscu, w którym powinnam znaleźć się już dawno, ale wtedy o tym nie wiedziałam. Wiesz, to jest tak, że ta decyzja w tobie dojrzewa. Najpierw przebąkuje coś o swojej obecności. Że może to już nie ma sensu, że już nie masz siły, że już chyba nic się nie zmieni. Dopóki ciągnie za sobą te wszystkie „chyba”, „może” nie mów, że jesteś zdecydowana, bo nie jesteś.

Rok straszyłam, że odejdę, że mam dość, że to już koniec. Straszyłam siebie i jego. Rok dyskusji kompletnie bez sensu, bez żadnych wniosków, za to z bolesnym konsekwencjami. On przestał mi wierzyć, że odejdę, a ja czułam się jak w potrzasku, bo przecież mówię, że to koniec, ale ten koniec się nie dzieje.

Odejdź, kiedy jesteś pewna

Kiedy nie ma już w tobie wątpliwości, nie ma strachu i miliona wymówek, bo wspólne mieszkanie, bo kredyt, bo dzieci. Może wcale nie chcesz odejść, straszysz odchodzeniem, a może motywujesz do walki o was. Nie odchodź, gdy nie masz pewności, bo jeśli macie się rozstać, to przyjdzie moment, w którym poczujesz, że to już. Ja nie wiedziałam, że taka chwila przychodzi. Gdybym wtedy wiedziała czekałabym cierpliwie, zamiast stwarzać piekło sobie i jemu. To przekonanie, że już, że to naprawdę koniec. Czujesz jak wielki kamień spada ci z serca. Czujesz ogromną ulgę, bo w końcu wiesz, w którą stronę chcesz pójść. Tej uldze towarzyszy smutek, tak naturalny po stracie, też go poczujesz. Smutek, że was już nie ma, żałoba po stracie tej miłości i tego związku.

Odejdź, kiedy wiesz gdzie

Nie mów: „odchodzę”, kiedy nadal jesteś. Właśnie tak odchodziłam wiele razy. Nie zliczę, ile razy trzaskałam drzwiami, wychodziłam i… wracałam. Bo gdzie miałam odejść, bo wtedy wcale odejść nie chciałam, bo było we mnie mnóstwo nadziei, że po kolejnym trzaśnięciu drzwiami zamknę te z naszymi problemami na zawsze. Tak się nie działo. Dlatego, jeśli chcesz naprawdę odejść i nim o tym powiesz zaplanuj, dokąd pójdziesz. Miej swoje miejsce, gdzie się zatrzymasz, gdzie pomieszkasz, gdzie będziesz czuć się bezpiecznie.

Odejdź bez złości

Jeśli jesteś pewna, że to już koniec nie będzie w tobie złości, będzie ogromny żal, będzie ból, bo to zawsze boli, ale już nie będzie złości. Już nie będziesz do niego krzyczeć, że zmarnował ci całe życie, nie będziesz pytać, czy kiedykolwiek cię kochał, nie powiesz, że go nienawidzisz. Odjedziesz pogodzona z tym, że to koniec. Te wszystkie emocje zostają za tobą. Nie pakujesz ich już do swojej walizki. Ja pakowałam wiele razy. Krzyczałam, płakałam ze wściekłości, jakby im głośniej tym skuteczniej miało do niego dotrzeć, że tak naprawdę odejść nie chcę, że chcę, by on wykonał jeden ruch, gest, by coś zrobił, by mnie zatrzymać. Raniliśmy się do bólu słowami wypowiadanymi w złości. Dziś żałuję, bo mogliśmy tego uniknąć…

Odejdź nie marząc o powrocie

Jesteś w stanie wyobrazić sobie życie bez niego. Zamknij oczy i pomyśl o sobie za pół roku. Gdzie jesteś, co robisz? Długo tego nie potrafiłam. Wpadałam w panikę, gdy myślałam o tym, że będę musiała o pewne rzeczy zadbać sama, że nie będę mogła mu powiedzieć, że to jego zakichany obowiązek. Wiele rzeczy się na to składa – płacenie rachunków, nawet rozliczenie ze skarbówką może cię przerosnąć. „Jestem sama, nie mogę na niego liczyć” – mów to sobie, powtarzaj, oswajaj tę myśl. Ja płakałam w poduszkę, kiedy zepsuło mi się auto, byłam gotowa do niego wrócić po dwóch tygodniach tylko dlatego, że myślałam, że sobie nie poradzę z samochodem i znalezieniem mechanika. Nawet nie wiesz, ile takich trudnych momentów ci się trafi, ale świadomość, że teraz już naprawdę jesteś sama, pomaga. Zasypiaj z tą myślą. Sprawdź, czy nie znajdziesz tysiąca rzeczy, dla których nie możesz zostać sama. Jeśli one są, nie odchodź, może nadal kochasz, a może to jeszcze nie ten czas.

Odejdź planując najbliższy czas

Pamiętam pierwszy weekend. Dzieci pojechały do niego. A ja siedziałam i nie wiedziałam, co ze sobą począć. Wyłam z bólu, z obawy, że nie dam rady, że po co mi to wszystko, płakałam, że tyle we mnie strachu, a przecież ta pewność była. Ale głowa podsuwa ci różne obrazy, chce wrócić do bezpiecznego domu, gdzie nieszczęśliwie, a jednak znajomo, przewidywalnie. Dziś wiem, że te łzy były tez potrzebne, ale po co ich aż tyle. Zapisz się na zajęcia, ćwiczenia, warsztaty, umawiaj się wolnym czasie z przyjaciółkami, ale nie roztrząsaj już swojego związku, w końcu to nowe życie, rozmawiajcie o tym, co przed tobą, o twoich planach. Kiedy je wymawiasz głośno stają się jakoś łatwiej osiągalne.

Zaplanuj swoje odejście. Odchodzenie to proces, to nie dzieje się tu i teraz. Nigdy. Ale kiedy zapada w tobie decyzja, kiedy przychodzi pewność to znaczy, że odeszłaś, że już jesteś sama. Że od tego momentu już nie ma odwrotu. Patrzysz w przyszłość, bez analizowania już tego, co było. To trudne, ale krok po kroku zaplanuj, co zrobisz. Gdybym to wiedziała, zrobiłabym wszystko by moje odejście takie właśnie było – zaplanowane. Z tą pewnością, z miejscem do którego odchodzę, z pozostawionymi emocjami. Nie szarpałabym się przez dwa lata, nie straszyłabym, nie groziła. Ten czas zamiast na szantaż wykorzystałabym jeszcze na szansę dla nas, na możliwość naprawy tego wszystkiego, co zepsuliśmy.

Odeszłabym w końcu, kiedy przyszła pewność, że już nic nie da się uratować, że to już czas, by każde z nas poszło swoją drogą, kiedy brakowało już wymówek, dla których chciałabym zostać.

Powiedziałabym: „To koniec, odchodzę”. Bez scen, bez awantur, spakowałabym się i wyszła do mieszkania, które zdążyłam wynająć, do swojego życia, które choć w minimalny sposób już sobie ułożyłam. Bolałaby mnie każda część ciała, gdybym zamykała drzwi, ale zamknęłabym je tym razem spokojnie wiedząc, że otwieram zaraz nowe, że to wszystko zostawiam za sobą.

Tak bym zrobiła, gdybym to wszystko wiedziała. Szybciej pozwoliłabym sobie na szczęście, na uśmiech, na radość. To wszystko oczywiście przyszło, ale wiem, że mogło wcześniej. Może chociaż ty skorzystasz z mojego doświadczenia, choć wiadomo, że każdy najlepiej uczy się na własnych błędach.