Lifestyle

Czy na pewno powrót dzieci do szkoły to taki świetny pomysł?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 maja 2021
 

Chyba wszyscy rodzice uczniów żyją ogłoszoną przez rząd decyzją o powrocie dzieci do szkoły. I nie będzie odkryciem Ameryki stwierdzenie, że wywołała ona mnóstwo emocji zarówno wśród uczniów, rodziców, jak i nauczycieli. Ja stoję po środku – jestem mamą dziesięciolatki i nauczycielem z kilkunastoletnim stażem.

Uczę dzieci, młodzież i dorosłych. W mojej pracy jestem z wyboru, świadomego podkreślam, bo naprawdę przy tablicy się odnajduję. Ostatnio zaś również przed monitorem komputera. Oczywiście ta jakość lekcji po roku praktyki nie jest może tak wysoka, jak ta w klasie, niemniej jednak ja i moje grono dokładamy wszelkich starań, by uczyć dzieci nie tylko efektownie, ale i efektywnie. Szalenie to trudne przyznam, szczególnie że nauczanie zdalne spadło na nas nagle i wymagało całkowitej zmiany warsztatu pracy, który w stacjonarnej formie był dopracowany przez lata praktyki.

Jestem także rodzicem i wiem, jak stoi się za dzieckiem przy laptopie, i jak łatwo można skomentować działania nauczyciela po drugiej stronie ekranu. Moją przewagą jednak jest fakt, że ja wiem jak zdalne nauczanie wygląda od kuchni. Toteż krytyka kolegów i koleżanek nie przychodzi mi tak łatwo.

Jako mama obserwuję moje dziecko od ponad roku. Przed monitorem spędza długie godziny. I mogę godzinami na to psioczyć. Wybrałam jednak tę drugą opcję, mianowicie – próbuję znaleźć plusy tej trudnej dla każdego sytuacji. Widzę, że moja pociecha stała się bardziej zaradna, samodzielna, że jest obyta z komputerem, świetnie wyszukuje informacje, ściąga aplikacje, a nawet pomaga mi technicznie w prowadzeniu bloga. Początkowo odczuwała dość boleśnie zamknięcie w domu i brak kontaktu z koleżankami. Dziś odnalazła się w nowej rzeczywistości, kontaktuje się z nimi online, a z niektórymi regularnie spotyka.

Po ogłoszeniu decyzji o powrocie do szkół ani mnie, ani mojej latorośli wcale nie ogarnęła euforia. Na taką decyzję czekałam po feriach zimowych. Tak, wtedy było zasadne, by nowy semestr zacząć już  stacjonarnie. Ale teraz? Serio chodzi o to, by wypchnąć te dzieci z domu, by w końcu mieć spokój? Musimy zdać sobie sprawę, że pandemia zmieniła świat już na zawsze. Nie wrócimy do tamtej rzeczywistości. Musimy nauczyć się żyć w nowej, czy tego chcemy, czy nie. I wcale nie znaczy to, że będzie gorzej. Będzie inaczej i od nas zależy jak.

Zatem jako belfer i rodzic analizuję ten pomysł i odważę się stwierdzić, że to naprawdę nie jest przemyślana decyzja. I zanim wylejesz na mnie swój hejt i nagromadzoną przez rok złość, po prostu przeczytaj na spokojnie to, co mam Ci do powiedzenia, mając na uwadze, podkreślam, dobro także Twojego dziecka.

Czy wiesz, że od tygodnia każda moja lekcja zaczyna się dyskusją, jaką prowokują moi uczniowie z klas piątych, szóstych, siódmych i ósmych? I być może Cię zaskoczę, ale zdecydowana większość dzieciaków wcale nie skacze pod sufit. Ci zaś, którzy wyrażają chęć powrotu, tęsknią po prostu za rówieśnikami. Dzieci czują potrzebę podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, obawami i myślami, które są naprawdę zaskakująco dojrzałe jak na tak młody wiek. Ja wysłuchuję wszystkich, nie oceniam, nie neguję, nie chwalę. Po prostu słucham i wyciągam „średnią”.

Zauważmy, że te dzieciaki od października uczą się zdalnie. Kilka tygodni trwało przyzwyczajenie się do nowych warunków nauki. To był cały proces. Teraz natomiast w ciągu kilku dni muszą być zwarci i gotowi, by przestawić się na tradycyjny model. Nagle opuszczą swoją strefę komfortu. Wielu z nich boi się, że zostaną zasypani testami lub też będą na potęgę uzupełniać notatki. Ja osobiście nie zamierzam szaleć z klasówkami i sądzę, że każdy empatyczny pedagog powinien tak postąpić. Przecież nie nadgonimy teraz kilku miesięcy w kilka dni. A notatki są istotne, z polskiego na przykład – tu oddaję honor, ale na pewno znajdą się przedmioty, gdzie można to sobie darować. Ja sobie daruję.

Zastanawiam się też, czy tam ktoś na górze zastanowił się, co się stanie, gdy w szkole nagle ktoś zachoruje. Odpowiedź jest prosta – znów w tył zwrot i na nowo na zdalne. Takie huśtawki, w lewo i prawo, nie służą naszym dzieciom. Jeśli któreś dziecko będzie „pozytywne”, wówczas cała klasa ląduje na kwarantannie czyli siedzi zamknięta czterech ścianach razem bez możliwości wyjścia na zewnątrz przez kilkanaście dni. Szkoda, szczególnie że właśnie aura za oknem zachęca w końcu do wyjścia z domu, w niektórych miastach zaczyna się „Rowerowy Maj”, a ruch przecież po długiej zimie szczególnie teraz jest naszym pociechom szalenie potrzebny.

Hybrydowy system nauczania jest potężnym wyzwaniem organizacyjnym. W klasach młodszych się sprawdził, bo maluchy prowadzi jeden nauczyciel. A jak to ma wyglądać że starszymi uczniami? Z tego, co wiem to wytycznych póki co brak. Nauczyciel uczący kilka klas lub nawet kilkanaście w kilku szkołach też się nie rozdwoi i nie będzie mógł być w dwóch miejscach jednocześnie, poza tym nie oszukujemy się, nie każda szkoła ma internet, który śmiga. Już widzę jak się wszystko zawiesza, a ja mogę tylko czekać z założonymi rękami… W domu rozwiążę ten problem sama, w szkole, niekoniecznie, a nie znoszę sytuacji, w których nie mogę wypełnić swoich zobowiązań z przyczyn ode mnie niezależnych.

Jako nauczyciel przygotowuję ósmoklasistów do pierwszego i najważniejszego egzaminu w ich życiu. Wiem, jak oni na niego czekają. Podkreślają, że chcą go mieć za sobą. Pytanie co
się stanie, gdy któryś z uczniów zachoruje i pośle całą klasę na kwarantannę, co spowoduje przesunięcie terminu egzaminu? Lub gdy egzamin się nie odbędzie, bo zabraknie członków
komisji, których rozłoży koronawirus…To dla uczniów będzie olbrzymią katastrofą. Uwierz mi, czternastolatek niekoniecznie poradzi sobie z tym psychicznie.

W połowie maja jak wielu innych pedagogów przyjmę drugą dawkę szczepionki. Pierwsza zwaliła mnie z nóg na trzy dni, ale że byłam na „onlajnie” to z paracetamolem pod ręką i
nakryta po sam nos kocem lekcje przeprowadziłam. W maju, jeśli nastąpi powtórka z rozrywki, będę musiała (a nie chciała) iść na zwolnienie dezorganizując poważnie plan pracy
szkoły. I obawiam się, że nie będę jedyna. I całą hybrydę, układaną misternie przez kilka osób, gęś kopnie.

Jako nauczyciel żywo zainteresowany tym, co dzieje się w polskiej oświacie wiem, że mnóstwo dzieci cierpi na depresję. Tylko, czy taki nagły powrót do szkoły od razu je z depresji wyleczy? Nie! Depresja to choroba, dziecko potrzebuje wsparcia fachowego, zauważenia i przede wszystkim oswajania go z nową sytuacją krok po kroku. A nie z nagłymi zmianami, bo nagle przepisy uległy zmianie. To, że dzieciak wejdzie w mury szkolne nie znaczy, że choroba minie. Obawiam się, że przebieg choroby się zaostrzy szczególnie, gdy będzie trzeba usiąść w ławce i na nowo tradycyjnie się uczyć. A przecież tym dzieciom trzeba pomóc! Czy to wszystko, że chcę być na zdalnym do końca czerwca? Nie!

Idealnym rozwiązaniem byłoby wrócić do szkoły po wystawieniu ocen i wtedy, choć zawalona będę papierkową robotą, sprawozdaniami, raportami chętnie spotkam się z moją klasą na warsztatach, na spacerze do lasu, zabiorę moich wychowanków na lody, by pogadać, pośmiać się i nie myśleć już o nauce. Skupię się na relacjach i integracji, nie myśląc o tym, czy egzamin się odbędzie, czy jeszcze komuś poprawiać ocenę.

To byłoby znacznie zdrowszym i mniej stresującym odnalezieniem się w tej chorej, niestabilnej sytuacji. Przez miesiąc dzieciaki zaległości już nie nadgonią, a przecież chodzi o
ich komfort psychiczny, beztroski uśmiech i poczucie bezpieczeństwa na tyle, na ile można w murach szkoły tym dzieciom je dać!

PS. W apelu tym nie podejmuję kwestii nauczania dzieci klas 1-3, im i ich rodzicom zafundowano jeszcze większy rollercoaster. Az szkoda gadać… Tę kwestię można było
rozwiązać inaczej, zaszczepić nauczycieli od razu i w miarę możliwości stworzyć bezpieczne warunki do nauki w szkole.


Lifestyle

„Ty debilko” słyszę i nie reaguję. Dokąd prowadzi życie z furiatem

Redakcja
Redakcja
3 maja 2021
 

Znów chciałam cię usprawiedliwić, żyjemy w takim napięciu. Chora mama z nami, covid, gorzej idzie firma. Przecież masz prawo być zdenerwowany.

Znów chcę wyprzeć, zamieść pod dywan. Przecież jest między nami dobrze, tu nie ma kata i ofiary.

Ale zaraz coś mi każe się zatrzymać. Wywlec „smród”, który chcę gdzieś upchać. Coś mi każe zadać sobie kilka pytań.

Jeśli boisz się, jak zareaguje na coś druga osoba, to już jest przemoc, czy wciąż normalny związek?

Od początku to było jasne. Jesteś taki narwany, bił cię ojciec, nie potrafisz mówić o uczuciach, zapalasz się i gaśniesz.

Ale życie z tobą to coraz bardziej rozpędzona karuzela. Albo wizyta w domu strachu, nigdy nie wiadomo co, gdzie i kiedy wyskoczy.

Jeśli w towarzystwie masz poczucie, że musisz kontrolować, żeby nie powiedział innym czegoś nieprzyjemnego… to jest to wciąż normalny związek?

Lubisz podkreślać, że do wszystkiego doszedłeś pracą. Nienawidzisz nieróbstwa, niesumienności, słabości. Jak się zapalisz, muszę łagodzić atmosferę, bo innych też zaczynasz pouczać i jest mi zwyczajnie głupio.

Tak, wiem, nie powinno mnie to obchodzić. A jednak czuję ten cholerny przymus łagodzenia atmosfery, którą psujesz.

Jeśli on zabrania ci przyprowadzić kogoś do waszego wspólnego mieszkania….  to jest przemoc, czy wciąż normalny związek?

Tak, kiedyś nie chciałeś wpuścić do mieszkania syna mojej przyjaciółki po próbie samobójczej. Uważałeś, że bierze narkotyki i jest niebezpieczny dla otoczenia.

„Może nas zakatrupić w ciągu nocy” oznajmiłeś, gdy pół nocy jeździłam z nim i szukałam miejsca, gdzie ktoś mógłby go przenocować. W końcu wykupiłam mu hotel.

Jeśli on cię wciąż ocenia… to jest  przemoc, czy wciąż normalny związek?

Niby mnie wspierasz w drodze zawodowej, niby rozumiesz, a potem coś klika i masz przed sobą profesora i surowego nauczyciela w jednym: „Nie powinnaś tak”, „Powiedz temu, kretynowi, swojemu szefowi, że…”. „Zwolnij się natychmiast, kiedy wreszcie będziesz pracować na siebie?!”, „Oczywiście! Ty mnie nigdy nie słuchasz”.

Nie zauważyłeś, ale przestałam ci o sobie opowiadać?

Jeśli w złości cię obraża… to jest wciąż normalny związek?

Przyzwyczaiłam się do: „Jak ty, kretynko, jeździsz!” „Gdzie parkujesz?!”, „Kurwa, jak można nie umieć tego zrobić!”. Szybko przepraszałeś, przecież tak nie myślisz.

Ale już doszliśmy w tym dużo dalej. Ty doszedłeś. Wczoraj wyzwałeś mnie od debilek, bo dostałam mandat, innym razem pieklisz się o źle ułożone śmieci. I mam raczej wrażenie, że to pretekst, by po prostu się wyżyć. Ostatnio wymachiwałeś nade mną rękami, robiłeś dziwne miny i pukałeś się ostentacyjne w czoło: „Kretynka, kretynka”. Czekaj, co ja wtedy zrobiłam?

Dziś nie przepraszasz. „Wiesz, że tak nie myślę” powtarzasz.

Naprawdę wiem to? Raczej myślę, że zniknęły przy tobie moje granice. Że dziesięć lat temu nie przespałabym nocy z kimś, kto mówi do mnie: „Ty debilu”.

I takie mam pytanie.

Czy jeśli wciąż cię tłumaczę, to jestem jednak ofiarą przemocy, czy kobietą w normalnym związku?

 


Lifestyle

„Oddałam ci wszystko” – mówisz. Właśnie. Nie chciałem

Listy do redakcji
Listy do redakcji
30 kwietnia 2021

Wiadomości przychodzą co kilka minut. Zaczyna się od „proszę, wróć”, kończy na: „poświęciłam dla ciebie wszystko, jesteś ch…m”. Robi mi się zimno. Nie chcę jej zablokować ani urazić. Ale też już nie chcę tego ciągnąć. Wyprowadziłem się dwa tygodnie temu. Czuję, że żyję.


Za dużo było wszystkiego. Nikt nie chce partnerki oblepiającej. Tak zakochanej, że nie da się zrobić kroku.

Wiele razy próbowałem jej powiedzieć, że…

To, że jej dzieci mnie akceptują i lubią, nie znaczy, że moje zaczną ją traktować jak matkę. Nawet jeśli je zagłaska. Efekt był odwrotny. Nie chciały przyjeżdżać, bo nie dawała im odetchnąć.

Nie mam też wpływu na to, że córki jej nie lubią. I nie mogę CZEGOŚ z tym zrobić. I tak robiłem dużo.

Nie muszę mieć codziennie zrobionego śniadania. I kanapek do pracy.

Nie musi pilnować, co zjem na obiad. Żeby było zdrowo, zielono, elegancko. Chcę raz na jakiś czas zjeść, stojąc przy lodówce, zamówić pizzę bez jej wymówek, że to takie niezdrowe.

Nie potrzebuję mieć zaplanowanego każdego weekendu. A to wyjazd w góry z jej znajomymi, a to impreza u przyjaciół.

Męczy mnie, jak wtrąca się w moją pracę, mówi, co powinienem zrobić lepiej. Pracowałem już przed poznaniem jej. Wiem, co robić lepiej, a jeśli tego nie robię, widać mam powód.

Nie muszę codziennie słyszeć, jak mnie kocha.

I nie chcę być co chwila pytany, czy ją kocham.

Nie mogę już znieść, jak zabiera mi z ręki odkurzacz i mówi, że zrobi to szybciej i lepiej.

Nie chcę, żeby mi zabierała piwo w towarzystwie i odzywała się do mnie protekcjonalnie, jak do dziecka: „Ty to chyba masz za dużo, jutro będzie bolała cię głowa”.

Nie mam sił na fochy, gdy nie spełniam oczekiwań. Milczenie. Pełne wyrzutów spojrzenie. A gdy pytam, o co chodzi, słyszę, że o nic.

Nie chcę, żeby przemeblowywała mi biuro, zamawiała nowe fotele, tablice i kupowała kwiaty, bo „zrobią przestrzeń”.

Nie potrzebuję słyszeć, jakie mam relacje z matką, siostrą, co powinienem załatwić na terapii i które warsztaty terapeutyczne by mi się przydały.

Nie chcę, żeby oczekiwała, że będę ojcem dla jej dzieci. Mogę być wujkiem, kumplem, nie jestem bez wad, a one mają ojca.

Umiem sobie sam radzić i nie po to jestem w związku, żeby ktoś wiedział lepiej, czego potrzebuję.

Wiele razy chciałem powiedzieć też, że coraz bardziej gasnę, czuję się zgwałcony.

Że wychodzę wyrzucić śmieci i jedyne, o czym marzę, to iść dalej – gdzieś, choćby w kapciach. Nie wracać. A to samotne wychodzenie to najprzyjemniejsza część dnia.

Tak, czuję się zagłaskany na śmierć. I nie chcę więcej.

Odpowiem jej na wiadomość: zaleje mnie kolejnymi.

Nie odpowiem: uzna, że jestem największą świnią.

Ulało mi się wszystko.

Wreszcie chcę mieć przestrzeń, gdzie będę znów sobą.

Nikt nie chce więcej, niż da się unieść…


Zobacz także

„Będę szczęśliwa, gdy…”. Mity na temat szczęścia, które niszczą nam życie

12 sygnałów, że jesteś blisko załamania nerwowego

Jestem Anastazja, jestem szczęśliwą kobietą. To jest proza, za którą się kocha, albo z powodu której się odchodzi