Narzekacie, że jesteście singielkami, a same jesteście sobie winne, drogie panie. Randka randce nierówna, czyli męski punkt widzenia

Magdalena Lis
Magdalena Lis
24 lutego 2017
Fot. iStock/KatarzynaBialasiewicz
 

Bartek Jagodę poznał w małej klubo-kawiarni z bilardem. Często tam chodził, ona wcześniej tam nie bywała. Tamtej soboty przyszła z koleżanką na drinka. Cel miały jeden – pograć, napić się, rozerwać. O bilardzie wiedziała tyle co nic, Bartek postanowił więc ją wesprzeć w grze. No nie tak zupełnie bezinteresownie, bo od razu mu się spodobała.

W kotka i myszkę

– Wziąłem od niej numer telefonu, zadzwoniłem, jeden spacer, drugi, kino, impreza u znajomych. Potem powrót taksówką do domu, no i stało się, pod jej blokiem ją pocałowałem. No i to był błąd, bo okazało się, że tylko z mojej strony coś zaiskrzyło.

Pocałunek został odwzajemniony, ale po wszystkim Jagoda oznajmiła chłopakowi, że ona tak nie chce, że traktuje go jak kumpla, że ten pocałunek nic nie znaczy, bo była wypita.

– Zrozumiałem. Był tylko jeden kłopot, nie szukałem nowych koleżanek. Liczyłem na coś więcej, Jagoda mi się podobała. Kumpelstwo nie wchodziło więc w grę, raczej by nie to męczyło. Nie chciałem zniknąć bez słowa, nie tak mnie matka wychowała. Spotkałem się z nią i powiedziałem jak wygląda z mojej strony sytuacja. Dla mnie znajomość musiała zostać zakończona.

I tu zaczęły się schody. Jagoda była postawą Bartka bardzo zawiedziona. Nie potrafiła zrozumieć, że chłopak był bliski zakochania. Żadne jego tłumaczenia do niej nie przemawiały. Obraziła się, że Bartek poszedł w swoją stronę.

– Dwa tygodnie po tamtym spotkaniu ma messengerze przysłała mi wiadomość. Że ma kłopoty w pracy, że spędza sama wieczór, że czasem o mnie myśli i że szkoda, że jak dawniej już nie gadamy. Trochę zamarłem. No bo o co chodzi? Najpierw mnie odrzuciła, teraz do mnie pisze a z jej tonu wynika, jakbym to ja był przysłowiowym katem a ona ofiarą. Tymczasem sytuacja była przecież zupełnie odwrotna.

Bartek nie wiedział o co Jagodzie może chodzić. Co poszło nie tak? Znał anegdotki o friendzone, o męskich przyjaźniach z kobietami. Słyszał wielokrotnie o nachalnych adoratorach, sam z godnością przyjął jej odmowę. Kiedy zamilknął, to ona się odzywała.

– Najchętniej bym ją wtedy olał, jak i ona mnie olała. Ale Jagoda pisała coraz częściej i coraz cieplejsze były te nasze spotkania. Przyjaźń nadal nie wchodziła w grę, ale perspektywa związku z nią bardzo mnie kręciła. Zapytałem więc ponownie, czy może coś być głębszego między nami.

Jagoda zaprzeczyła. Ponownie wyjaśniła Bartkowi, że przecież jasno postawiła sprawę, i zapytała w którym momencie on jej nie zrozumiał.

– Otóż w każdym jednym. W żadnym momencie jej nie zrozumiałem. Chce, nie chce ileż można. Dawała mi sprzeczne sygnały, a potem była wielce zdziwiona. Zakończyłem tą znajomość na amen, próba numer dwa zbyt wiele mnie kosztowała. To była zabawa w kotka i myszkę. Dziękuję, postoję. Nigdy nie zrozumiem kobiet. Gierki? Nie tędy droga.

Królowe lodu

– Mam dwadzieścia dziewięć lat, nigdy nie byłem w żadnym poważnym związku, powoli zaczynam być załamany – Karol szczerze zaczyna opowiadać.

Mieszka w dużym mieście, robi aplikację radcowską, uwielbia góry, z pasją latem i zimą się po nich wspina. Ma mieszkanie, etat w urzędzie, dobre auto, przyjemną aparycję.

– Kiedy patrzę czasem na moich kolegów nie mogę wyjść z podziwu. Nie chcę nikogo krytykować, często są oni poniżej przeciętnej, a otacza je wianuszek wielbicielek, albo od dawna są ojcami i mężami. A ja? Z tego wszystkiego poszedłem już na kurs uwodzenia. Przecież człowiekowi ręce opadają.

Na kursie mówili Karolowi, że musi wyjść do ludzi, przybrać otwartą postawę, inteligentnie zaczepić kobietę na przystanku, w sklepie, na ulicy, gdziekolwiek, choćby siedziała z nosem w telefonie.

– Spróbowałem i za każdym razem wyszła z tego jedna wielka błazenada. Zaliczyłem kilkanaście podejść do kobiet na ulicy. Najczęściej mnie totalnie zlewały, albo się śpieszyły, albo miały chłopaka, albo męża. Raz, no dobra może dwa dały mi swój numer telefonu. Jedna wcale nie odebrała, a druga zakończyła znajomość po dwóch spotkaniach.

Karol opowiada, jak wielokrotnie słyszał opowieści w pracy swoich koleżanek. Że faceci w tych czasach to takie tchórze, że żaden się nie garnie, że odwagi za grosz i że koniec świata.

– Nie mogę mówić za wszystkich, ale żadna z poznanych w ostatnim czasie kobiet mi najmniejszych szans nie dała. Założyłem sobie portal randkowy, może tam mi będzie łatwiej. Narzekacie, że jesteście singielkami a czasem same jesteście sobie winne drogie panie. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Mężczyźni nie gryzą. Może czasem warto by było zwyczajnie spróbować.

Na kocią łapę

– Generalnie mam problem z decyzjami – mówi Marek. Ale w momencie kiedy w jednej z dużych sieci jubilerskich kupowałem mojej Ani pierścionek, byłem przekonany, że robię słusznie, i że z nią to mogę choćby na koniec świata.

Zaręczyny były tradycyjne, rodzinna kolacja, bukiet róż, deklaracja składana na kolanach. Narzeczona Marka była wzruszona, aż do następnego poranka.

– Powiedziała mi, że nie była przygotowana i, że postawiłem ją w niezręcznej sytuacji. Ale nad czym tutaj się zastanawiać? Fakt, byliśmy razem zaledwie pół roku, ale takie rzeczy się wie, to się czuje. Chciałem z nią spędzić życie, czy to coś złego?

Ania powiedziała Markowi, że mogą być parą, ale pierścionek mu jednak oddała. Mówiła, że ma wątpliwości, że to zbyt poważna w jej mniemaniu decyzja. Zapytana, czy ma zamiar się rozstać, powiedziała, że nie wie.

– Na początku naszego związku to ja nie byłem pewien a potem to się odwróciło. Dla mnie to był jakiś znak ostrzegawczy. Byliśmy dorośli nie widziałem powodów dla których warto bez końca czekać na zwyczajne zalegalizowanie związku.

Młodzi się rozstali. Pół roku później Marek zmienił pracę, zakochał się, zamieszkał ze swoją przełożoną.

– Anka jest sama. Widzę na jej facebooku jak zamieszcza ciągle obrazki i cytaty o tym, jak smutne życie może mieć samotna singielka. Nie jest mi jej nawet szkoda. Mogła mieć wszystko, bo ja serio ją kochałem. Teraz jest Maria, to dobra dziewczyna. O Ance nie myślę już prawie w ogóle. Życzę jej jak najlepiej. Niech jej się poukłada.

Stracone złudzenia

– Zapytałem jej na co ma ochotę, to powiedziała mi, że mam sam zadecydować. I co? Potem okazało się, że wybrałem beznadziejny film, i że okropna była tamta kolacja – Jurek aż zaciska pięści ze wzburzenia. To był dopiero początek. Później źle się ubrałem na kabaret, i chodziłem do złego fryzjera. Skórek od paznokci nie obcina się cążkami, tylko służą do tego patyczki bambusowe, o, takie mądrości mi Angelika sprzedawała.

Jurek wiedział, że zazwyczaj ponad osiemdziesiąt procent par dobiera się głównie pod kątem wieku, wykształcenia czy pochodzenia społecznego. Do tego dochodzą również wyznawane wartości, cele życiowe, styl życia i sposób postrzegania świata.

– Koniecznie musiałem zapisać się na basen i siłownię, no i kilka razy pójść do solarium. W niedzielę obiady jadaliśmy tylko u jej mamy, a w łóżku musiało być miejsce dla jej małego yorka. Na śniadanie koniecznie coś fit, i ładnie podane, żeby wyszła dobra fotka, ulepszona filtrami. Mieszkanie utrzymywać miałem sam, bo skoro jestem facetem, to mam przecież płacić.

Angelika miała wysokie wymagania. Sama nie pracowała, jej głównym zajęciem było przeglądnie portali społecznościowych i aktywne udzielanie się na nich.

– Widziały gały co brały, nie mówię, że nie wiedziałem jaką wybieram sobie kobietę. Ale paradoksalnie rzecz ujmując w mniemaniu kobiet facet ma być super fit a one same często wcinają frytki w domowym zaciszu. Mężczyzna ma być ekstra ubrany, obcisłe dżinsy, gołe kostki, a one same zapierniczają w dziurawych leginsach po domu. Kryją się pod maskami z makijażu, oglądają żony Hollywoodu i kreują online życie, którego praktycznie nikt w rzeczywistości nie ma.

Jurek w tym związku wytrwał dwa lata.

– Angelika zapytała mnie dlaczego. Przeprosiłem ją, że nigdy nie będę spełniał jej oczekiwań. Nigdy nie będę przepuszczonym przez filtry idealnym zdjęciem z instagrama.

Ze swoich źródeł Jurek wie, że Angelika od tamtej pory jest sama.


4 domowe drinki, idealne na babski wieczór i ostatni weekend karnawału!

Redakcja
Redakcja
24 lutego 2017
Fot. iStock/RomanIsaykov
 

Uff, nareszcie weekend! Ten wyczekiwany, który planowałaś już od poniedziałku. Na wieczór zaprosiłaś przyjaciółki, z którymi dawno się nie widziałaś – wreszcie będziecie miały czas poplotkować i porozmawiać o codziennych sprawach – oczywiście przy drinku. Każda z was ma swój ulubiony – jedna woli kwaskową Margaritę, inna za to cytrusowy South Beach. Skończ z nudą i zaskocz je nowymi pozycjami! Zaserwuj dziewczynom domowe drinki, które są banalnie proste w przygotowaniu. Każdy z nich smakuje pysznie i sprawi, że wasz babski wieczór będzie wyjątkowy.

Biały Rosjanin

Doskonała propozycja dla kobiet, które wolą delektować się smakiem drinka przez dłuższy czas, a ich ulubione połączenie to smak kawy z mlekiem skondensowanym. Do tego wygląda rewelacyjnie. Oczywiście, musisz przygotować go zgodnie ze wskazówkami, dzięki którym uzyskasz dwie warstwy. Drink bazuje na wódce, dlatego przed spotkaniem zadbaj o odpowiednie schłodzenie butelki.

Składniki: wódka, likier kawowy, mleko skondensowane.

Przyrządź drinka w szklance typu Old Fashioned, czyli prostej szklance o grubym dnie. Wymieszaj ze sobą 40 ml wódki i 20 ml likieru kawowego. Na wierzch wylej delikatnie po ściance lub po łyżeczce 30 ml mleka skondensowanego. W ten sposób powinnaś uzyskać dwie warstwy, jednak jeśli coś poszło nie tak i nie wyszło, tak jak powinno – wymieszaj całą zawartość. W takim wydaniu twój drink również będzie smakować doskonale.

Grapefruit Smash

Możesz pić go przez całą noc, ponieważ jest lekki i mocno orzeźwiający. Nie wymaga użycia profesjonalnego sprzętu barmańskiego, a mimo to wygląda jak przygotowany przez prawdziwego profesjonalistę. Jest połączeniem owoców i smakowej wódki, którą oczywiście musisz dobrze schłodzić.

Składniki: wódka grejpfrutowa, grejpfrut, limonka, syrop cukrowy

Na początku pokrój 1/4 grejpfruta w małe cząsteczki i wsyp do naczynia, w którym będziesz mogła swobodnie wymieszać składniki. Dosyp do środka ziarna z 1/3 granatu i wszystko mocno ugnieć tak, aby pojawiło się jak najwięcej soku. Dolej 40 ml wódki, 10 ml soku z limonki oraz 10 ml syropu cukrowego. Drinka najlepiej podawaj w szklance takiej, w jakiej podajesz whisky. Aby podkręcić efekt, dodaj dużą ilość kruszonego lodu.

Pijany kaktus

Banalnie prosty drink, który smakuje naprawdę świetnie. Jest słodki i pije się go z dużą przyjemnością. Przepis nie jest wymyślny, możesz dodawać składniki wedle uznania. Pomimo swojej prostoty warto go podać podczas babskiego wieczoru, ponieważ od razu podbije serca twoich przyjaciółek. Serwuj go z dużą ilością lodu, który doskonale podkręci smak napoju procentowego.

Składniki: wódka, sok kaktusowy, cytryna

Wrzuć do wysokiej szklanki lód w odpowiedniej dla ciebie ilości, dzięki czemu doskonale schłodzisz szklankę. Następnie wlej ok. 50 ml wódki, oczywiście dobrze schłodzonej, oraz sok, którym zapełnisz szklankę. Możesz dodać plasterek cytryny, ale możesz także wycisnąć z niej sok – sama zdecyduj, co wolisz.

To kolejny drink, którego przygotowanie jest niezwykle proste i szybkie, dlatego doskonale sprawdza się na domówkach. Twoje koleżanki pokochają go za efektowny wygląd i pyszny owocowy smak. Posiada on ogromną zaletę – witaminy zawarte w sokach pomogą złagodzić negatywne skutki nadmiernego spożycia alkoholu.

Skład: wódka, sok żurawinowy, sok grejpfrutowy

Ten smaczny drink najlepiej prezentuje się w wysokiej szklance z dodatkiem dużej ilości lodu. Wlej do niej 40 ml wódki, 120 ml soku żurawinowego i 30 ml soku grejpfrutowego. Dzięki takiemu połączeniu smaków uzyskasz smaczny napój z procentami, który zapewni ci dobry humor przez całą noc.

Podane miary składników są potrzebne do zrobienia jednego drinka, dlatego jeśli przygotować za jednym razem większą ilość napojów procentowych, zwiększ odpowiednio miary. Zapomnij o jutrzejszym kacu i delektuj się pysznymi drinkami w towarzystwie bliskich osób. Po to właśnie jest weekend, żeby oderwać się od rzeczywistości i zapomnieć o problemach.

 

 


Wiesz o czym marzę? Żeby jeszcze choć raz, przed śmiercią, pojechać z moją córką nad morze. Żeby wiedziała, że pamiętałam. I zawsze będę.

Anika Zadylak
Anika Zadylak
24 lutego 2017
Fot. istock/Halfpoint

Od momentu kiedy ją urodziłam, przez cały czas aż do teraz, myślałam, że nią byłam. Matką. A ty mi mówisz, że moja córka ma pretensje, że żal, że nie wie czy mnie kocha? Ale dlaczego? Bo robiłam wszystko, żeby miała święty spokój, którego mi kiedyś brakowało? W moim domu się nie przelewało, bo mieszkaliśmy w klitce, aż głupio było, kogoś zaprosić. Zresztą gdzie, na te parędziesiąt metrów z siostrą i braćmi? I ciągle pijanym ojcem. Uciekłam stamtąd właśnie po to, żeby móc mieć rodzinę. Pozwolić sobie na nią bez wyrzeczeń i lęku. Po to się tyle uczyłam, studiowałam, wyjeżdżałam. Cały czas żyłam tak, żeby nie zbłądzić, żeby wszystko sobie spokojnie poukładać i zaplanować. Żeby było jak należy.

Matka. Pani Barbara

Męża poznałam w pracy. Spotykaliśmy się niedługo, potem ślub i bardzo chciane dziecko. Nie wiem, czy to była wielka miłość, szanowaliśmy się, było nam ze sobą dobrze. On, biznesmen, bankowiec ale dobry człowiek, nie tylko służbista. W swoich firmach, zatrudnia setki ludzi. Był odpowiedzialny i rodzinny. Wiedział, po jakich jestem przejściach i skąd pochodzę, ale cenił, że jestem mimo to twarda, konkretna i  wiem, czego chcę.  A chciałam domu, którego sama nie miałam i dziecka, które będzie w nim szczęśliwe. Mąż też, o tym właśnie marzył. Było jak wszędzie, tak to wtedy widziałam. Dużo pracowaliśmy, często bywaliśmy poza mieszkaniem, a lata leciały. Nie mieliśmy czasu na nic, na siebie zwłaszcza. Ale zawsze byliśmy zgodni, zawsze umieliśmy mądrze się dogadać dlatego też, nie wypominaliśmy sobie, skoków w bok.

Jakoś nie pomyślałam, że Michalina coś podejrzewa czy wie. Żadne z nas się z tym, nie obnosiło, udawaliśmy, że wszystko jest w porządku. Ale czy to zbrodnia, że czasem, pomyślałam po prostu o sobie? Ciągłe obiecanki, że po tym biznesie już odpuszczę, już wrócę do domu i będę mamą i żoną. Ale to było oszukiwanie i siebie i wszystkich, bo w mojej głowie,  wygrywała ta przerażająca wizja, biedy sprzed lat. Nawet sobie nie umiałam  wyobrazić, że miałabym powiedzieć swojej córce, że musi poczekać na buty, choć jej są dziurawe i marznie. Bo ja tak kiedyś czekałam, od zimy do zimy, przez długie lata. Gdy byłam dzieciakiem,   wszyscy się ze mnie śmiali i nikt, nie chciał ze mną bawić. Nie miałam koleżanek, bo ciągle się wstydziłam. I obiecywałam sobie, że gdy dorosnę, moje życie będzie zupełnie inne a moje dzieci, nigdy o nic nie będą się martwić. A potem zawaliłam, bo dałam Miśce wszystko, oprócz siebie.  Owszem zajmowały się nią, najlepsze opiekunki bo  cudowny mąż i kochana siostra, a od czasu do czasu, jedyna babcia. Wszyscy, tylko nie ja, jej mama.

Bo akurat w tym czasie, pięłam się po kolejnym szczeblu, drabiny donikąd. Delegacja, nowa firma i kolejny,  daleki kontrahent. I tak w kółko. Szybkie wakacje i ferie za granicą niczego nie rekompensowały, bo niby razem we trójkę,  ale ja ciągle pod telefonem i z laptopem,  sprawdzając tabelki. Nie jestem z siebie dumna, zaprzepaściłam to macierzyństwo i nie odzyskam, straconych chwil.  Ale nikt, nie dał mi tyle prawdziwych uczuć, co ona. To moja córka, nauczyła mnie szczerości i  sprawiła, że bywałam szczęśliwa. Ona zawsze na mnie czekała, bez względu na późną porę. I to największy mój ból, za to się czasem wręcz nienawidzę. Bo ja nigdy, nie wracałam na czas. Zostawiałam ją samą lub z zastępczymi „matkami”. Kiedyś, powiedziała tak do mojej siostry i mój mąż, zapytał czy się nie boję. Odpowiedziałam, że jeszcze chwilę, jeszcze jedna transakcja i będę już dla niej. Ale zdarzyła się kolejna, duża, z możliwością zabezpieczenia, ewentualnych wnuków.  A dziś, nie mam nawet córki.

Córka. Michalina

Czułam się czasem tak, jakby mnie zaadoptowali jacyś bogaci państwo, którzy sami nie mogli mieć dziecka. A chcieli taką uroczą dziewczynkę, ładną i grzeczną. Taką, która dobrze się uczy, nie sprawia kłopotu i jest dobrze wychowana. Jest taką ozdobą,  że można się nią pochwalić, nie trzeba za nią wstydzić. W zamian za to, będzie co wigilię,  zawsze pełno pod choinką. I sushi na stole. I dziesięć par trampek po 5 stów i wypasiony pokój, w którym siedziałoby ciągle, pół twojej szkoły. I ferie w Alpach, z instruktorem jazdy na nartach. I dobrze ubrana mama, którą wszyscy uwielbiają, bo podwozi pod szkołę, nowym autem. I nawet nie musiałam o nic pytać ani prosić, bo już to miałam. Jakby, czytała mi w myślach. Ale znikała, gdy chciałam  jej dotknąć i zwyczajnie przytulić. Albo iść z nią na lody, do kina, i  pogadać ot tak, przy składaniu prania.

Moja przyjaciółka ma taką zwyczajną matkę. Taką, która nie dzwoniła po tort do najdroższej piekarni,  tylko sama go  piekła. I był taki pięknie nieidealny, bo od niej. Widywałam je często na wspólnej kawie czy zakupach. Albo czytałam statusy na Facebook’u, że oglądają razem głupią komedię w piżamach i kapciach. I wtedy mnie ściskało najbardziej. Bo tyle lat już za czymś tęsknie, choć do końca nie wiem za czym. Bo  nigdy nie zaznałam, miłości od kobiety, która mnie urodziła.  Dostałam tylko kilka, zachowawczych instynktów, żebyśmy z boku, wyglądali jak z obrazka. Taki wspaniały dom, z idealnymi ludźmi wewnątrz. Duży i pusty, w którym większość swojego życia, byłam po prostu sama. Bo ona albo w firmie albo z kolejnym kochankiem.

Kiedyś przy kłótni, tata mi wykrzyczał, że tak mnie kochaliście, a ja się za to odwdzięczam wyprowadzką i przykrą prawdą. Bo, zapytałam was kiedy, dawaliście mi tę miłość? Wtedy, gdy ciągle was nie było a mną, zajmowały kolejne opiekunki? Czułam się jak pies ze schroniska, który co chwilę, ma nowego pana. I cieszy tylko połowicznie bo wie, że znowu będzie jak zwykle.  Że matka przesadzi, bo  przełoży datę powrotu, ciotka się wkurzy i trzaśnie drzwiami. W domu będą te najgorsze, ciche dni. I doznasz olśnienia, że jednak zawadzasz, że przeszkadzasz, że jesteś, bo pewnie się przydarzyłaś. Bo nikt nie odezwie się do ciebie nawet słowem. Tylko czasem coś warknie, że przez ciebie ma przestój w interesach. I przeprosi w drzwiach, gdy stojąc z walizką, wpuści do domu, kolejną nianie. I wszystko wracało do „normy”, gdzie całe dnie, tygodnie i miesiące,  byłam jak sierota. Po raz setny zapewniana przez telefon, że jest kochana i już niedługo, spędzimy razem trochę czasu. I gdy wtedy w nocy, dzwoniłam do ciebie, bo nie miałam do kogo z tym iść, nie wiedziałam co zrobić.

Siedziałam z testem ciążowym, przerażona i zła, bo znowu byłaś wszędzie, tylko nie przy mnie. To  zjawiłaś się  po dwóch dniach, jak już mnie wypisywali ze szpitala. Sprzątaczka mnie znalazła, zawiozła i siedziała ze mną, aż do przyjazdu ojca. Za rękę, trzymała mnie obca kobieta, a on krzyczał do ciebie przez telefon, że to też twój problem. A ja mogłam wtedy umrzeć, straciłam dziecko, bałam własnego cienia. A ty wciąż, wypytywałaś tylko, skąd miałam tę tabletkę a miesiąc później, zaprowadziłaś do znajomego ginekologa. Dostałam w prezencie spiralę, bez żadnej rozmowy, pytań i wyjaśnień.  A ja myślałam, że zabierzesz mnie wtedy, na polską plażę.  Bo od dzieciaka, zakodowałam fragment z ulubionej bajki, choć Ty nawet nie wiesz jakiej. Tej, w której  córka, lepiła z mamą piaskowe królestwo. I co chwilę, się do siebie przytulały. O niczym innym, ani wtedy, ani już nigdy potem, nie umiałam marzyć.

Barbara – Niby jest już dorosła, a nadal trochę jak dziecko, bo widzi tylko siebie, w całej tej sytuacji. Sama jeszcze nie jest matką, a chyba tylko wtedy, w pełni mnie zrozumie i zacznie, myśleć inaczej. Wiem, że nie byłam tą wymarzoną, ale też nie potworem. To nie tak, że kochałam ją za mało, bo dziecko, zwłaszcza swoje, kocha się bezgranicznie i bezwarunkowo. Nie okazywałam tego zbyt często i zachowywałam, jakby mnie nie obchodziła. Bo byłam ciągle zmęczona, bo wszystko na mojej głowie, bo ta moja własna głupia presja, że muszę. Że nie dopuszczę do tego, żeby było, jak w moim rodzinnym domu bo, dam jej wszystko. I dałam, oprócz tego, czego pragnęła najbardziej. Mamy, która jest, nie tylko na fotografii i w telefonie. Nie sypiam spokojnie, bo gdy tylko zamykam oczy, widzę te wszystkie lata. Wszystko co najpiękniejsze, odbyło się poza mną, ktoś to za mnie widział, kto inny przy niej był. To nie do mnie płakała, nie ja jej czytałam na dobranoc, nie mi się zwierzała. Nawet jeśli, dziś by mi wybaczyła, to tego najcenniejszego – naszego czasu, już nie odzyskam. Nie zobaczę jej pierwszego kroku, nie przyjdzie z płaczem, że chłopak ją oszukał. Nie zapyta, czy może spać ze mną, bo boi się burzy.

Wiesz o czym marzę? Żeby jeszcze choć raz, przed śmiercią, pojechać z moją córką nad morze. I zbudować zamek na plaży. Ten cholerny zamek, o którym tak często mówiła. Żeby wiedziała, że pamiętałam. I zawsze będę.

Michalina – Teraz, gdy czytam słowa mojej matki, to chce mi się płakać, bo straszne jest to, co czuję. Bo ją rozumiem i wiem, że nie chciała źle, że to nie było specjalnie i nikomu na złość. Ale ja wtedy, byłam dzieckiem, które najwyraźniej z dzieciństwa, pamięta twarz niani. Potem dziewczynką i nastolatką, która jest rozsądna i samodzielna, więc sobie poradzi i już, nikogo nie potrzebuje. Na ślubie też jej nie było, bo poleciała gdzieś w ważnych interesach. Odrabiać nasz bardzo drogi prezent, mamo? Sto razy bardziej, ucieszyłby mnie twój widok. Mojego męża też, bo to on jest przy mnie w nocy, gdy się budzę i cię wołam. I tak jak wtedy, dziś też, tego nie słyszysz. Dziś jestem kobietą, która nie chce mieć dzieci. Bo zwyczajnie się boję, że będę taka, jak ty.


Zobacz także

Samotność, która leczy. Jak długo powinniśmy być sami po rozstaniu? Czy można ten czas zmierzyć?

Myślałam, że znalazłam miłość życia. Dla niego rzuciłam pracę. Po siedmiu miesiącach sielanki zdradził mnie pierwszy raz

Odchodzenie jest najtrudniejsze, kiedy nie masz swojego potwora… Gdy musisz zmierzyć się z własną decyzją