Czy w dobie nieformalnych związków partnerskich ślub ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Pomyślmy…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
12 sierpnia 2016
Fot. iStoclk/Sasha Radosavljevic
Fot. iStoclk/Sasha Radosavljevic

Na samą myśl o wujku spod Szczecina, którego miałam prawo widzieć raz w życiu w okolicach własnych chrzcin, a który to miał być obowiązkowym talerzykiem na weselnym stole – westchnęłam. Wprawdzie znalazłby się kotlet i dla niego, bigos, kawałek grzybka i tatar z jajem na łyżki, na chochle, ale oprócz przykrótkich opowieści mamy na temat jego samego i trabanta, którym jeździł w osiemdziesiątym czwartym – nie wiedziałam nic.Zapraszając wujka trzeba byłoby wysłać papier i dla cioci, żony jego, bo dzieliła ze wspomnianym M3 od dwudziestu pięciu lat, no i nosiła nazwisko panieńskie mojej mamy. Oprócz tego nie miałam z tą panią nic wspólnego.  Skoro ciocia Wanda to i całe kuzynostwo z dziewczynami, narzeczonymi, żonami, mężami, córkami, psami, pięcioma wózkami i zestawem ratunkowym do zmiany pampersa przy drugim „Hej sokoły” każde.

Wiem jak to wygląda, przecież sama byłam kilka razy na weselu z dzieckiem – o zgrozo. I nagle z kameralnej, ciepłej i pełnej wymowności uroczystości przed oczami stawał mi odpust jak na św. Wojciecha, podskakujące gumowe pająki na pompkę, gwar, przepych i absolutne zagubienie wartości, jaką miało być celebrowanie miłości do człowieka, z którym za chwilę, pełna nadziei – nieodwracalnie, miałam spędzić resztę życia. Czy w dobie wielkości związków partnerskich ślub miał jeszcze jakiekolwiek znaczenie i dlaczego wybraliśmy ślub cywilny ze skromnym obiadem w restauracji zamiast opasłego wesela – sprawa jest prosta, a odpowiedzi nasuwają się same.

Po pierwsze nie oszukuj siebie. Z czym będzie komfortowo dla twojej świadomości?

Temat był ułatwiony. Narzeczony miał już za sobą jedno doświadczenie kościelne, które w świetle prawa kanonicznego skutecznie oddalało nas od katedralnego ołtarza. Z resztą, całe nasze życie i sposób, w jaki chcieliśmy je przejść nie pozostawiały złudzeń, że zakładając welon, tren i wciskając się w ciasne pantofelki, bylibyśmy największymi hipokrytami świata. Decyzja o skromnym ślubie cywilnym i małym, smacznym posiłku dla najbliższych gości, była niewymuszona i świadoma, napędzana tym, co od dawna siedziało w naszych głowach – chcemy być małżeństwem, ale nie za wszelką cenę. Chcemy być dla siebie, nie dla zwyczajów i obrzędów.  Ślub cywilny był tym błogim uczuciem, jakie na nas spływało, kiedy stawialiśmy siebie dla porównania w dwóch zupełnie różnych środowiskach i kiedy procesowaliśmy w głowach zupełnie odmienne scenariusze. Warto więc się zatrzymać, pomyśleć, zamknąć oczy i sprawdzić, co tak naprawdę zrobi wam dobrze. Za tym iść, a będzie idealnie.

 Wy już wchodźcie pomału, a ja jadę zmienić spodnie , bo te mi się właśnie podarły w kroku– oznajmił świadek pół godziny przed naszym urzędowym „tak”

Ślub trwał maksymalnie piętnaście minut. Sala nie pękała w szwach, kto był nami zainteresowany przyszedł, kto nie – nic na siłę. Mimo niewielkiej, naprawdę krótkiej uroczystości w akompaniamencie wygranej na syntezatorze, wyciskającej łzy piosenki i PRL-owskim wystroju Sali Ślubów, czułam się, jakbym miała za chwilę zapalić znicz olimpijski. Było w tych piętnastu minutach ukryte przesłanie i wymowność, których definitywnie nie odebrał mi brak kościelnego ołtarza i rezerwacji na trzysta osób w domu weselnym, dwadzieścia kilometrów za miastem. Liczył się fakt, że trzymam za rękę Jegomościa, z którym równie dobrze mogłabym w dziurawych spodniach i starych butach powtórzyć całe przedsięwzięcie w ciemno, kilka razy. Liczyliśmy się my.

 Zastaw się, a postaw się

Czasy się zmieniły. Nie dysponowaliśmy gotówką zbieraną przez rodziców do nogi od stołu przez ćwierćwiecze, a całe przedsięwzięcie finansowaliśmy sami. Być może dlatego rozmiar imprezy skurczył się do niezbędnego minimum. Być może, dobrze się stało. Skromna uroczystość dała nam możliwość pięknej, godnej realizacji planów weselnych bez dodatkowych kredytów i zobowiązań finansowych, których i tak mieliśmy niemało. Kto nie zaczyna zabawy w dorosłość bez kredytu hipotecznego jest panem sytuacji i z tego miejsca serdecznie wszystkich szczęściarzy pozdrawiam.

W całym szale przygotowań do prawdopodobnie jednej z ważniejszych imprez w życiu, staraliśmy się zawsze na szczycie głowy lokować powód, dla którego to robimy, a nie oczekiwania ludzi, których wizje nierzadko rozmijały się całkiem zamaszyście.

Grzecznie, aczkolwiek stanowczo trzymaliśmy się swojego scenariusza udowadniając sobie, że warto czasem iść za głosem serca, a nie odhaczać kolejne punkty na długiej liście zakorzenionych w narodzie tradycji. Tak oto stanęliśmy przed kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego  w ubraniach z sieciówek, a samochód, pożyczony od serdecznego kolegi, ubraliśmy jedynie w skromne wstążki na klamkach, puszki po krojonych pomidorach, które wlekły się za nami po całym mieście, i tekturę z odręcznym napisem „NOWOŻEŃCY”, którą na sam koniec przykleili na szybę zaproszeni goście.

To, że chcieliśmy się pobrać było jedynie kwestią czasu, a sposób, w jaki to zrobiliśmy, zgodził się ze światopoglądem. Tu się nie ma co oszukiwać – działanie w zgodzie ze sobą przynosi więcej korzyści, niż uleganie presji wszystkich szepcących do ucha poczciwinek.  Nie ma żadnych wyrzutów sumienia i tak jest dobrze.

A co ludzie powiedzą?

Wszystko należy dokładnie przewartościować i zastanowić się, czy ludzie dogadujący za waszymi plecami mają zamiar tak samo aktywnie doradzać wam dalej. Nie? Zatem dlaczego mieliby mieć wpływ na decyzję teraz.

Jeżeli marzeniem był blichtr, rozmach, i ceremonia podążająca wierze, w której byliście wychowani – tam się wpasujcie. Jeżeli rozmiar skali i wizja poplamionej bigosem koszuli wujka ze Szczecina kłóci się z poczuciem waszej estetyki – nie róbcie niczego na siłę. Trzymajcie się swoich azymutów, marzeń, a być może będziecie świadkiem naprawdę pięknych chwil. Byłoby szkoda przegapić istotę, na rzecz sztampowego trzymania się planów ojców naszych i matek, nieprawda? Mamo, tato, kocham Cię. Ale ja wolałabym jednak inaczej. Mogę?


8 myśli na temat swojego faceta, których powinnaś unikać jak ognia

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
13 sierpnia 2016
Fot. iStock/Neustockimages
Fot. iStock/Neustockimages

Udany związek to ciążka praca, negocjacje, ustępstwa, akceptacja i tolerancja. Czasami kłótnie i rzucanie talerzami, innym razem spijanie sobie z dzióbków i słodkie słówka. Nie raz, nie dwa zdarza się  nazwać w myślach naszego faceta nieprzyzwoitym słowem, pomyśleć, „nie cierpię cię” albo „mam tego dość”. Są jednak myśli na temat partnera, które szkodzą bardziej niż inne i które w zdrowym, szczęśliwym związku pojawiać się nie powinny.

„Mogłam trafić lepiej”

Co to znaczy? Że jesteś ze swoim mężczyzną z przypadku, bo Brad Pitt był już zajęty, zegar biologiczny tykał, a nikt inny (lepszy) się nie trafił? A może twoje pierwotne uczucia okazały się jedynie mrzonką, złudzeniem i już dawno wygasły? Być może tkwisz w tej relacji z przyzwyczajenia, strachu przed samotnością i staropanieństwem, może masz zbyt duże wymagania inspirowane serialowymi obrazkami słodkiego życia, a może po prostu nie doceniasz tego, co posiadasz! Z jakichś powodów zwróciłaś uwagę na tego faceta, zakochałaś się w nim i zdecydowałaś na związek – może czas sobie przypomnieć co to było?

„Mogło być gorzej”

„Przynajmniej nie pije i nie bije”, „nie jest tak jak chciałam, ale przynajmniej dobrze zarabia”, „inne mają gorzej, mój mnie chociaż nie zdradza”. Nie można liczyć na ideał w każdym calu i wymagać niewykonalnego, ale jeśli partner nie okazuje szacunku i pozytywnych uczuć, a ty nie jesteś szczęśliwa i czujesz się jak w pułapce, to co, do cholery, robisz w tym związku?! Ilekroć słyszę podobne wypowiedzi mam ochotę potrząsnąć stojącą obok babką i krzyknąć „kobieto, obudź się! Jesteś warta więcej niż myślisz!”.

„Powinnam być z kimś innym”

Od czasu do czasu każdemu mogą zdarzyć się przemyślenia typu „czy podęłam dobrą decyzję?” albo „co by było gdybym wybrała jednak X?”. Jeśli jednak w twojej głowie coraz częściej i wyraźniej pojawia się przekonanie, że powinnaś być z kimś innym, to czas na zmiany. Po pierwsze, masz prawo do bycia szczęśliwą i budowania swojego życia takim, jakie chcesz, aby było. Po drugie, każdego dnia oszukujesz nie tylko samą siebie, ale i swojego partnera. Jeśli ty będziesz smutna, sfrustrowana i stłamszona, to i on radości nie zazna. Nic na siłę, daj mu prawo do znalezienia kogoś, kto pokocha go całym sercem i da prawdziwe szczęście.

„Nie zasługuję na niego”

Zasługujesz na niego i pewnie jeszcze na znacznie więcej, niż ci się wydaje. Mamy taką narodową skłonność do dołowania samych siebie, niskiej samooceny i niemal zerowego poczucia własnej wartości. Pierś do przodu, głowa do góry i uśmiech na twarz! Zamiast wmawiać sobie głupoty doceń to, że taki wspaniały i cudowny facet z połowy ludzkości na świecie wybrał właśnie ciebie – chyba nie chcesz  zarzucić mu braku dobrego gustu?

„Bez niego jestem nikim”

Hej, czy to znowu ten brak wiary w siebie i pesymizm? Świetnie, że doceniasz wsparcie swojego faceta, bez niego może rzeczywiście nie byłabyś tym, kim jesteś, ale zaraz takie dołowanie się? Koniec z tym! Bardzo dobrze, że twój partner dodaje ci skrzydeł i sprawia, że czujesz się silniejsza dzięki waszej relacji, ale pamiętaj, że związek to dwie osoby. Każda z nich coś do niego wnosi, każda daje od siebie to, co ma w sobie najlepszego – a masz tego całe mnóstwo!

„Muszę to zrobić, bo inaczej będzie zły”

Takie myśli są w porządku, gdy chcesz zatuszować porysowaną karoserię i uniknąć sprzeczki i gadaniny o kobietach kierowcach, ale jeśli odczuwasz faktyczny strach przed reakcją partnera to coś jest nie tak. Twój mężczyzna powinien kojarzyć ci się z bezpieczeństwem, opieką i pozytywnymi uczuciami, a nie wizją kary, złości i awantur. Nie możesz obawiać się, że niezrobione zakupy, zbity kubek albo przesolony obiad wywołają jego gniew, nie możesz robić czegoś wbrew samej sobie, by zaspokoić jego potrzeby i wymagania. Jesteś wolną kobietą, masz prawo do własnych decyzji, nawet tych błędnych.

„Nie chciał mnie skrzywdzić, to pewnie moja wina”

Uderzył, bo zapomniałaś o jego prośbie, szarpnął, bo źle odpowiedziałaś, wyzwał od najgorszych, bo wróciłaś do domu zbyt późno. Nie chciał skrzywdzić, był pijany, zestresowany, zmęczony- różnie możesz go tłumaczyć, ale powiedzmy sobie jasno i wyraźnie – jego zachowanie to nie twoja wina, to przemoc! A przemocy usprawiedliwiać nie można, na przemoc, pod żadną postacią, zgadzać się nie powinnaś.

„Straszny z niego nieudacznik”

Kiedyś podczas rozmowy usłyszałam z ust pewnej kobiety: „Wie pani, mój mąż to taka życiowa dupa, z niczym sobie nie radzi”. I choć nie skomentowałam tego głośno, w głowie myślałam tylko o tym, że strasznie mi żal… tego męża! Nie dość, że żona nie służy mu wsparciem i w ogóle nie wierzy w jego możliwości, to jeszcze opowiada o tym innym, nie okazuje mu szacunku i robi czarny PR. Taka opinia nie mówi też nic dobrego o niej samej – w końcu wybrała go świadomie i trwa przy jego boku od lat. Szacunek, życzliwość i akceptacja wobec partnera- bez tego szczęśliwy związek nie istnieje.


11 rzeczy, których absolutnie żadna kobieta nie powinna mieć w swojej szafie!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 sierpnia 2016
fot.iStock/stevecoleimages
fot.iStock/stevecoleimages

Może i moda powraca, a przechowywanie rzeczy które są w topowych trendach dziś, przyniosłoby oszczędność w przyszłości. Jeżeli masz na to miejsce, nie ma sprawy! Są jednak rzeczy, których dorosła kobieta nie powinna mieć w swojej szafie. Zrób bezlitosny przegląd garderoby i poczuj prawdziwy wiatr zmian!

1. Stare karnawałowe kostiumy 

Seksowna kotka, czarownica czy może raczej stylizacja na lolitkę? Cokolwiek kryje się w zagłębiach twojej szafy, wyrzuć to natychmiast! Z wiekiem bardziej niż na przerażających strojach, powinno nam zależeć na klasie. Także w czasie Halloween czy karnawałowych przebieranek. Dlatego przy kolejnej takiej okazji postaw na szałowy makijaż. O starym kostiumie zapomnisz chwilę po spakowaniu go do worka.

2. Kilkuletnie staniki 

Mogą być cholernie drogie i piękne, ale po kilku latach noszenia nawet te najlepsze zaczynają tracić swoje właściwości. Nie podtrzymują tak dobrze biustu, zaczynają się źle układać, a przy okazji wychodzą z nich nitki. A przecież nigdy nie wiesz, kiedy ktoś zobaczy twój biustonosz! No dobra, przede wszystkim zrób to dla swojego zdrowia.

3. Buty, które bolą

Dosłownie. Już samo patrzenie na nie sprawia, że twoje nogi zaczynają błagać o litość. Pomimo krwi, którą zostały ochrzczone, i tak dumnie stoją w twojej szafie. Ok, mogły być drogie, markowe, od najlepszych projektantów, ale umówmy się – i tak już więcej ich nie założysz. No chyba, że jesteś masochistką lub będziesz mogła założyć je tylko zdjęcia.

4. Dziurawe i brudne rzeczy

Plama z wina, która nie zeszła pomimo kilku prań i stosowania wszystkich możliwych trików z Internetu. Spodnie z dziurami w innych miejscach niż kolana. Sweter zjedzony przez mole. Wszystko. Bez litości! Sprzątasz, a to oznacza, że wyrzucasz wszystkie rzeczy, które nie nadają się już do użytku.

5. Studniówkowa sukienka

Jeżeli ciągle masz w swoim asortymencie kieckę, w której bawiłaś się na studniówce jestem pełna podziwu. Jeżeli się w nią mieścisz – chylę czoła! Ale umówmy się, nie założysz jej na kolejne wyjście do teatru czy na uroczystą kolację. No chyba, że to klasyczna mała czarna. W innym przypadku – kierunek kosz!

6. Wychodzone legginsy 

To ubranie z sekcji tych, co to niszczą się po kilku tygodniach dużej eksploatacji. Wycierają się, wyciągają, a przy tym tracą swój kształt. Ty także na tym tracisz. Nie da się inaczej określić ciągłego podciągania legginsów, które powinny stabilnie leżeć na tyłku. No i go podkreślać!

7. „Na chude lata”

„Oh, to zostawiam! Na pewno wcisnę się w to za kilka miesięcy, jak tylko schudnę!” W 90% to nie nadchodzi. Nie ma się co oszukiwać, a przy okazji zagracać swojej szafy. Oddaj młodszej siostrze, sprzedaj na Allegro, ale na pewno nie zachowuj!

8. Bardzo, bardzo obcisłe sukienki

Przede wszystkim te, w których tracisz oddech. Tak, tak – było modne, więc się kupowało. Szkoda, że nie myślimy tak o swoim komforcie „O, super, kupię! Tak dobrze się w tym czuję!” Zostaw tylko tą, która ma naprawdę dobry rozmiar, potrafisz w niej oddychać i dobrze na tobie leży. Reszta otrzymała dyskwalifikację!

9. Źle dopasowane garsonki

Pamięta twoją pierwszą poważną rozmowę kwalifikacyjną, a może pierwszy dzień pracy? Pora na zmiany! Zacznij od zmiany wyposażenia szafy. Stara garsonka niestety nie przeszła rekrutacji. Zainwestuj w coś nowego, niekoniecznie idealnie dopasowanego do siebie. Ważne, żebyś pięknie wyglądała!

10. Grzeszne decyzje 

Wyprzedaż. Ogromna wyprzedaż. Pewnie już wiesz, co będzie dalej. Kupujesz coś, w czym wyjdziesz raz, maksymalnie dwa razy. Jest modne, ma świetną cenę, będziesz miała się czym pochwalić! Czasu nie cofniesz, ale możesz wycofać tą transakcję ze swojej pamięci. Niezależnie od tego, czy chodzi o spodnie z wyciętymi nogawkami czy bluzkę z dziurami – kierunek jest tylko jeden.

11. Wielkie t-shirty 

Kiedyś dostawałaś je przy każdej okazji. Koniec studiów, obozy, konferencje… I tak w szafie masz całą półkę z koszulkami, które w większości są promocją jakieś firmy. Ok, to świetna piżama, ale na tym koniec. Zostaw dwie, góra trzy sztuki. Reszta powinna się powitać z workiem lub… podłogą! Bo to idealny materiał na szmaty i ścierki.

Oops, Matchy Matchy. #newpaint #oldtshirt #chachachachanges Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Jennifer Thrasher (@jthrash)

źródło: PureWow.com


Zobacz także

Fot. iStock / Luso

Pan „nie wiem co do ciebie czuję”. Czy warto o niego walczyć?

Nic dwa razy się nie zdarza... podobno. Piekło nie zna gorszej furii niż kobieta zdradzona

Nic dwa razy się nie zdarza… podobno. Piekło nie zna gorszej furii niż kobieta zdradzona

Fot. iStock / ArtMarie

Zawsze będziemy szczęśliwi, tak jak dziś. Tylko nigdy nie proś mnie o…