A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham?

Femme fatale
Femme fatale
29 kwietnia 2017
Fot. iStock / Oleh_Slobodeniuk
Fot. iStock / Oleh_Slobodeniuk

O miłości wiesz już wszystko. Masz za sobą 5, 10, 15 lat regularnego uczęszczania na kurs miłości wszelakiej. Może masz dyplom na miłość w kieszeni, wydrukowany starannie w głowie. A jednak pojąć jej nie umiesz. Nie nauczysz się tego tak długo, jak będziesz próbować.

A co takiego robimy? Och, bardzo wiele, w imię miłości oczywiście i dla miłości w ogóle. Bo tak bardzo nam się wydaje, że po paru latach dzielenia się kołdrą i zestawem z Maka, możemy występować w domowej, śniadaniowej telewizji, jako eksperci.

Eksperci od miłości i od drugiego człowieka, spece od brudnej, związkowej roboty. Uczeni w trudnej sztuce posiadania racji. A jakże często ta miłość ‚wszechpojęta’ zmienia się w zwykłą przemoc, ucieczkę i nicość. Tylko dlatego, że sami nie potrafimy się z jej brakiem zmierzyć. A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham? – ta myśl paraliżuje.

Pan Miłości

Pan miłości jest tylko jeden, włada nią, potrafi ocenić, zmierzyć, sklasyfikować. Schować do albumu, by potem móc się nią pochwalić. Ma ją. I nie odda. Bo niby dlaczego? Nawet specjalnie nie żal, że ta już w albumie pożółkła i zaczęła się kruszyć. Może puszczona samopas zepsułaby się szybciej?

Lepszy wróbel w garści…

I tak całe życie Pan Miłości wmawia sobie, że ma wszystko, bo przecież ta miłość w życiu jest najważniejsza. Nie pieniądze,  nie zwyczajność, nic ważniejsze nie jest. Tak powiedzieli i tak jest. I tylko czasem, gdy pyta go ktoś, czym ta miłość jest dla niego, nie pamięta. Biegnie szybko do albumu i jedyne co potrafi powiedzieć, to że nadal ją ma.

– Uff – wzdycha głęboko, gdy widzi ja na swoim miejscu. Gdy ta robi kawę, choć wygląda już zupełnie inaczej niż kiedyś. Zaraz, zaraz, jaką ona te kawę lubiła? – przebiega mu przez głowę – nie wie. A może nigdy nie wiedział? – Zresztą co to za różnica, najważniejsze, że jest. Bo to w życiu najważniejsze.

Tak trudno przyznać, że tej miłości się nie rozumie, że może wcale jej nie ma, nie było? Że z trudem przed samym sobą wytłumaczyć jeszcze może dlaczego tyle rzeczy robi lub ucieka. Przecież kocha. A dla Pana Miłości to odpowiedź doskonała, totalna. Nie chce już szukać innych. Bo życie bez miłości nie jest warte funta kłaków.

A nawet jak się jej nie ma na wyciągniecie ręki, można jeszcze korzystać z tej oprawionej. Lepiej cokolwiek nazywać miłością, niż nie mieć nic.

Podobno…

A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak Pan Miłości nie kocha? – Nie ma co szukać dziury w całym – odpowie – no kto, jak kto, ale na pewno nie ja!

Pani Smutna

Też co nieco o miłości wie, nawet całkiem sporo. Bo ją po prostu kochać trzeba, z urzędu jej się to należy. Nie ma zbyt wiele czasu na oddawanie miłości, musi się skupić na sobie. Jest przecież taka smutna.

Smutna ma tyyyle problemów, choć żadnego nie rozwiązuje. Ma tyle trudności, choć nikt inny ich dostrzec nie potrafi, ani wyjaśnić.

Pani Smutna oddała dawno swoje serce temu jedynemu. I razem tak idą w parze, ona smutna od zawsze, a on z dnia na dzień coraz bardziej… Bo przecież, jak można by nie kochać takiego smutnego człowieka? Miłości mu trzeba.

– Halo! Więcej. Więcej, więcej, za mało. Juhu, czy ktoś tu mnie w ogóle kocha? Jak to, że ja mam coś w zamian dać, coś robić, dla miłości niby? W takim stanie? Kto by pomyślał, co za buta, człowiek ledwo noga za nogą powłóczy i jeszcze mu dokładają… – popłakuje sobie Smutna nad uciekającą od niej miłością.

Że smutnym całe życie być nie trzeba? Ale tak jest lepiej, prościej. Mniej odpowiedzialności na plecach. Nawet tej za miłość. Pani Smutna nie potrafi już zrozumieć, że raz zdobyta, znaleziona czy wypracowana miłość, sama z siebie trwać nie będzie. Szybko pęknie, jak bańka. Ukochany, to co innego, długo jeszcze będzie się trzymać naderwanej nitki, która kiedyś ich połączyła. Tak długo, aż zobaczy, że nigdy Pani Smutnej rozweselić, pocieszyć i nauczyć kochać mu się nie uda.

A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ona już nie kocha? Nie, lepiej o tym, nie myśleć. Jakby to było przyznać, że kochać potrafi, ale tylko siebie. Takich ludzi się nie żałuje, nie pomaga, nie taszczy na plecach. Czy miłość wyśniona, prawdziwa nie powinna zawsze mieć siły za dwoje?

Lata mijają, ale każdy w parze ze Smutną, kiedyś zapyta: „o jakiej miłości mówisz, przecież ja z każdym dniem tylko znikam, nie ma w twoim życiu miejsca ani na miłość ani na mnie”, a wtedy trzeba będzie uciekać, a może lepiej „dać się porzucić”?

A ja dziś patrzę na Pana Miłości i na Panią Smutną i tak bardzo chciałabym, żeby starczyło im odwagi na to jedno pytanie: A co, jeśli na końcu okaże się, że to jednak ja już nie kocham?

Czasem długo można nie wiedzieć, ale nie całe życie. Może pora, by po prostu poszukać odpowiedzi?

Bo zawsze po drugiej stronie takiej opowieści, jest ktoś związany ich ‚niemiłością’.


Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek

Femme fatale
Femme fatale
9 kwietnia 2017
Fot. iStock / Vizerskaya
Fot. iStock / Vizerskaya

Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek.  Czasem wystarczy tylko być i powstrzymać się od chęci ratowania świata.

Wiedziałeś?

Cześć. Jestem smutna. Nie będę udawać, że jest inaczej. Posiedzisz chwilę ze mną? Tylko proszę, nie myśl, jak by tu mnie pocieszyć…

Jestem smutna. Pewnie to minie. Pewnie wiele się jeszcze zmieni w moim życiu. Pewnie będę się śmiała za chwilę z żartów moich dzieci. Nie będę udawała. Ja nadal potrafię się śmiać. Nawet teraz, gdy jestem jedną nogą w mojej poczekalni. Czekam na coś.

Może na lepsze życie (tak, wiem, samo do mnie nie przyjdzie), a może tylko potrzebuje jeszcze chwili by zebrać siły. Nie, nie chcę być sama, bardziej niż kiedykolwiek, ale przecież wiesz, że nikt nie lubi smutku. A ja bardzo go teraz potrzebuję.

Nie chcę wyrzutów sumienia za to, że dziś płakałam. Takie jest życie, czasem to pomaga.

Dlaczego tak bardzo uciekamy przed smutkiem? Boimy się go, panicznie. Nic dziwnego, wiemy skąd ten smutek się bierze.

Uciekamy, jakbyśmy się mogli zarazić. Uciekamy nawet od własnego smutku.

A przecież ON też potrafi wiele z siebie dać.

Zaczynasz dostrzegać rzeczy, które wcześniej gdzieś ulatywały. Zwalniasz. Może po raz pierwszy w życiu bierzesz bardzo głęboki oddech,  wciągasz powoli powietrze, nakładasz magiczny filtr na swoje życie. Tak wiele się wyostrza. I pewnie dopiero wtedy zaczynasz dostrzegać ludzi prawdziwych, takimi jakimi są, a nie jakimi chciałbyś ich widzieć. Smutek odbiera ci siłę, tę energię, która dotychczas pozwalała idealizować świat. I ludzi.

Bo jak długo nie ratowałbyś świata, nie udowadniał wszystkim, że zawsze dasz radę, to właśnie teraz jest ta chwila. Konfrontacja z prawdziwym życiem. Coś pęka. Gdy przestaniesz udawać, że twój smutek nie istnieje, widzisz też ilu ludzi zostało przy tobie. Bo teraz ty nie możesz im nic dać. Co masz teraz do zaoferowania, któż chciałby dostać smutek?

A jednak niektórzy zostają. Ci milczący, trwający pomimo i tylko dla ciebie.

A ty, a ty w tym nowym, bardziej szarym świecie potrafisz już ocenić to, co wcześniej wydawało się zagadką. To dobre. Nikt przecież wiecznie się nie smuci.

Co by się nie stało, każdy smutek może zmaleć, odpłynąć powoli, zniknąć. Każdy w swoim czasie, gdy poczujesz, że pora już wrócić do innego świata. Tego gdzie nadal w ogrodzie kwitną różowe i żółte kwiaty, gdzie liście na jesień zmieniają kolory, a jednak nowego. Zupełnie innego, odkrytego na nowo.

Smutek może być naszym spotkaniem z nieznajomym. Pojawia się nagle, bez zaproszenia – i jakby nam to nie pasowało, jest. Możemy udać, że nigdy się to nie zdarzyło i schować w tym, co dobrze nam znane. Albo skoro już się zjawił, poświęcić mu chwilę, wsłuchać się w jego historię. Po to, by jutro, za tydzień, za miesiąc zadecydować, gdzie pójdziemy. A może z kim.

W tym całym smutku tak dobrze udaje się nam dopasować buty na dalszą drogę, bez pośpiechu. Nie zwracając kompletnie uwagi na to, czy będą piękne, czy modne. Jeszcze za te buty kiedyś sobie podziękujemy. Przecież każdy z nas w końcu ruszy z miejsca.

Tak wiele powodów do niego, a jednak trudno go poznać dobrze. Za każdym razem, to najtrudniejsze uczucie świata nas zaskakuje. Jakby nie istniał żaden próg uodpornienia. A jednak buduje w nas odwagę. Dodaje sił do zadania sobie i innym pytań, których wcześniej nie odważylibyśmy się postawić. Nie da się na smutek uodpornić. Nie można z nim żyć. Nie można się przed nim skutecznie obronić.

Trzeba mu pozwolić przyjść, tylko po to, by mógł w spokoju odejść.

Rozstanie, żałoba, wreszcie życie. Różnie się smucimy, tak samo, jak na wiele sposobów okazujemy radość. Ale w tym smutku jest pewien wspólny mianownik. To często taki moment, gdy najlepiej swoją samotność przeżywać w towarzystwie. Milczącym. Takim, które nie próbuje siłą wyrwać cię z myśli, które i tak w końcu cię dogonią. Takim, które jest cierpliwe. Które jest ciepłym ramieniem i zapewnieniem „zaczekam tu chwilę na ciebie, nie spiesz się”.

Bo przecież w życiu tak bardzo brakuje nam czasu, to jego najmocniej żałujemy, chcemy go zyskać, cofnąć, zawrócić… Czy można dać komuś coś cenniejszego niż swój czas?

Może myślisz, że nie mam ochoty na towarzystwo. To nieprawda, ale nie chcę udawać, że wszystko jest porządku.

Pytasz jak możesz pomóc?

Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek.  Czasem wystarczy tylko być i powstrzymać się od chęci ratowania świata.

Sama nie przyjdę, nikt nie lubi smutku. A ja nie chcę być twoim poczuciem winy, że nie potrafisz mnie rozweselić.

Dziękuję.