5 zachowań, które pomagają podtrzymać dobre relacje w związku

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
17 grudnia 2016
Fot. iStock/AntonioGuillem
Fot. iStock/AntonioGuillem

Układ pomiędzy partnerami wymaga inwestycji czasu, uwagi i uczucia. Na związek nakładają się okresy wzlotów, jak i upadków, gdy wydaje się, że nic nie ma tu sensu. A jednak wiele spraw można wyjaśnić i naprawić, a związek nabiera nowych rumieńców. 

Praca nad dobrymi relacjami trwa rzez cały czas. Nie da się zrobić czegoś na zapas i korzystać z zainwestowanych emocji. Związek należy budować latami, pamiętając o tym, że mimo wielu trudów, szacunek i podziw dla siebie nawzajem powinien stanowić jego mocną podstawę. Kompromis pomagający pacyfikować groźne sytuacje, świadomość dawania i czerpania ze związku oraz praca nad wspólnym dobrobytem ułatwiają obopólne starania. Warto znać także 5 zachowań, które symbolizują świetne relacje z partnerem.

5 rzeczy, które pomogą każdej parze

1. Znajomość partnera

Trzeba wiedzieć o sobie małe rzeczy, które składają się na jestestwo każdego z partnerów. Ważne jest to, co partner lubi, akceptuje czy wręcz nie znosi. Spędzanie dużej ilości czasu z drugą połową ułatwia naukę wielu z tych rzeczy, co wpływa na poprawę wspólnych relacji. Pewne rzeczy obserwujemy samodzielnie i zapamiętujemy, o inne trzeba zapytać i zrozumieć, aby odkryć ukryty sens niektórych zachowań drugiej osoby.

2. Granice, których się nie przekracza

Pomimo wspólnoty w związku, powinna zostać zachowana dla jego dobra pewna niezależność partnerów. Dobrze jest wiedzieć o sobie wiele rzeczy i mieć świadomość tej drugiej osoby. Ale przekraczanie pewnych granic intymności, poczucia bezpieczeństwa nie jest niczym dobrym i prowadzi do wycofywania się drugiej osoby. Wzajemny szacunek dla granic osobistych jest rozszerzeniem miłości i szacunku dla partnera. Zachowana przestrzeń osobista pozwoli na swobodne złapanie oddechu, gdy zajdzie taka potrzeba.

3. Wspólne życie

Nie chodzi tu o formalne zamieszkanie i założenie obrączki na palec wybranka. W pędzie do zapewnienia odpowiedniego poziomu życia zapominamy często, że żyjemy razem i zaczynamy żyć obok siebie, pochłonięci swoimi sprawami. Dobre relacje zależą od tego, czy para spędza wspólnie czas, poznając się jeszcze lepiej. Nie chodzi tu o miejsce, w którym przebywają, ale o rzeczywiste zaangażowanie w codzienność i radość ze swojego towarzystwa.

4. Głośny śmiech

Śmiech jest lekarstwem na wszystko i doskonale rozładowuje napięcie oraz zły nastrój. Cokolwiek nie staje się powodem do śmiechu, ważne, by bawiło was wspólnie. Nie warto traktować wszystkiego zbyt poważnie, a już na pewno nie należy rozpamiętywać starych urazów.

5. Podsycane uczucie

Miłość należy nauczyć się dawać, jak i przyjmować. Bez stałej troski o to, co łączy parę, nawet najgłębsza miłość traci na intensywności. Trzeba uczyć się całe życie zrozumienia i wybaczania sobie nawzajem różnych przewinień. I kochać się nawet wtedy, gdy trudno się zgodzić z poglądami drugiej osoby.

źródło: www.powerofpositivity.com


Najpopularniejsze wpadki modowe Polaków. Stare szlagiery w niezmienionej formie, sprawdź swoje upodobania…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
17 grudnia 2016
Fot. iStock/Kladyk
Fot. iStock/Kladyk

Patrzę na Dawida Wolińskiego, jego najnowsze klapki z puszkiem od Gucci i sama już nie wiem  czy wkręca mnie czy on tak na serio. Skroluję dalej – kolejna twarz szołbizu mości pięty w tym samych futrzanym papuciu. Wychodzi na to, że totalna ze mnie modowa lebiega i za rzeczy, za które zabijają się tłumy, sama nie oddałabym nawet kawałka stopy. To tak w nawiązaniu do włochatego pantofelka. Gdzie więc kończy się granica absurdu i kiedy jest poważnie źle – tłumaczę na podstawie klasycznych wpadek Polaków.

Rajstopy w sandałkach z odkrytym palcem

Jest i on. U pań odwieczny dylemat wesel zimą i występów przy wzmożonym wietrze. Niby chcemy pięknie i z klasą, ale jak na dłużej zostawimy odkrytego palucha i jego czterech ochmistrzów, tym prędzej doczekamy się zapalenia pęcherza albo sinej płytki palucha. Generalnie słabo i nikt by nie chciał, ale znam twardzielki, które i na styczniowe bale noworoczne śmigają bez lajkry.

Drogie Panie, w odkrytym bucie z rajtuzami jest tak, nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Albo zakładamy rajty i wkładamy zakryte pantofelki, albo zaciskamy zęby i staramy się za głośno nimi nie dzwonić, kiedy wiatry ślubnego kościoła zajrzą nam już pod spódnicę.  Zanim założycie jeszcze raz cokolwiek do odkrytego buta pamiętajcie, że od rajstop w sandałkach do rajtuzowych podkolanówek latem do spódnicy, bardzo krótka droga. Skoro chcecie, żeby już nigdy nikt się za wami nie obejrzał, to jest to droga ku spełnieniu marzeń.

Skarpeta frote

Zostając przy sandałach warto podyskutować o mężczyznach, którzy może nie wciskają się w prześwitującą pończochę, ale z uporem maniaka zakładają bawełniane skarpety do letniego obuwia. Wiecie chłopaki, że piszą o nas w świecie? Wiecie, że to jest tak okropne jak zapach miejskiego autobusu latem bez klimatyzacji i zawiązana wokół nadgarstka reklamówka z wytartym nadrukiem winogrona? Skarpeta do obuwia „niby do wody, sam nie wiem co to” też nie przejdzie. Zasada jest taka, że jak coś z założenia ma odkrywać i przewietrzać, to nie opatulamy tego na zapas. To jakby zakładać krótkie spodenki latem celem wywietrzenia jajec i termo majty pod spód, żeby je porządnie dogrzać. Bez sensu, nie prawda?

W skład zestawu skarpeta frote i sandał wchodzi też często czarna saszeta z eko – skóry zawieszona na nadgarstku na krótkiej rączce. Taka przepastna franca z milionem kieszeni i zapachem plastiku od suwaka pomieści niezapłacone rachunki, plik biletów autobusowych i setkę ulubionej substancji. Nie wiem, czy ktoś to już kiedyś nadał głośno i wyraźnie, ale jest to prawdopodobnie najbardziej aseksualne połączenie fantów u mężczyzny jakie możemy sobie wyobrazić. Nie róbcie tego w domu, o ile i wy jeszcze liczycie jeszcze na jakiekolwiek kontakty damsko – męskie.

Rajstopy i nieogolone nogi

Szok i  kosmiczne niedowierzanie, ile tematów związanych z modą oscyluje w granicach rajtuz. Wychodzi na to, że pomimo ich zaawansowanego wieku na rynku (pierwsza nylonowa pończocha – lata czterdzieste dwudziestego wieku) nadal nie wiemy co, z czym i do czego, a zgrabne narzędzie w podkręcaniu erotycznego żaru traktujemy jedynie jak termofor do ogrzania cipki. No bo skoro jadę tramwajem i widzę nogę odzianą w pończochy, spod których wystają warkocze włosów zapomnianych, lasy, chaszcze i szuwary, to przez myśl i przez wyobraźnię przebiega obrazek trzymającej  się uchwytu, owszem, ale lamy. Albo alpaki jakiejś.

Nie dziewczyny, rajstopy nie zasłaniają miesięcy lenia. Jeżeli chcemy zakamuflować nasze osobiste niedopatrzenie i „nie chce mi się dzisiaj, może jutro”, to uchylam rąbka tajemnicy i sprzedaję patent – jeansowe spodnie nie są transparentne i pozwalają na czas zimy zapomnieć o maszynce w ogóle.

Camel toe

Nie słyszycie tego pierwszy raz, więc tym , którzy jeszcze nie posiedli wiedzy śpieszę tłumaczyć – palec/kopyto wielbłąda. Co to takiego i dlaczego jest złe? Wyobraźcie sobie drogie panie klasyczną bułkę poznańską, tę z przedziałkiem wsadzoną między nogi za obcisłe spodnie. Słabo wygląda bułka, słabo wyglądają za ciasne spodnie. Nie robimy takich manewrów, no chyba, że chcemy jasno i wyraźnie zakomunikować stan i kształt narządów rodnych.

Niech przejmują się też panowie, którzy upychają pałki w nogawkach spodni sprzed komunii, licząc, że nikt nie zauważy w której nogawce noszą ciężar. Jezus Maria. Jajca tez się odznaczają, niespodzianka. Zamiast cisnąć bekę i wyglądać jak z upchniętą maczugą Herkulesa, poluzujcie krocze i broń Boże nie wychodźcie tak z domu!

Mnogość wzorów

Następuje mniej więcej wtedy, kiedy nie dbamy totalnie o to jak wyglądamy, a przed wyjściem z mieszkania sprawdzamy jedynie czy wszystko co miało być przykryte faktycznie takim jest. Majty są – są. Spodnie są – są. Stanik, koszula, sweter – na miejscu. Uff, można wychodzić. No nie! Oprócz tego, że ma być ciepło i niewyuzdanie to kwiatki do innych kwiatków z kropkami na tle kresek nigdy nie idą w parze. Wersje mroczne, czarne z czarnym, przy akompaniamencie innych odcieni czarnego prędzej się obronią, niż chodzące obicie pokojowej kanapy w czapce z dżetem. Chociaż dzisiaj tak, jutro inaczej, niezbadane są wyroki mody…

Za krótkie spodenki letnie u panów

Lato, plus trzydzieści, gorąco jak skurczybyk, idzie Apollo. Adonis śródmieścia. A gacie tak krótkie, że mu nabiał chełsty powietrza łapie przed dolną krawędź nogawki. Chłopaki, pokazywanie uda się nie uda. Pokazywanie pachwiny też nie daje rady. Chyba, że na basenie.

Brak stanika u pań

Kobietom się często wydaje, że skoro Pamela mogła hasać bez biustonosza na plażach amerykańskiego wybrzeża, to w sumie czemu one mają być gorsze. Klasyczna historia stanikowa dzieje się na oczach całkiem normalnych ludzi, kiedy latem w osiedlowym warzywniaku odkładasz do siaty marchewkę, a za tobą dosłownie na chwilę wpada po koperek do ziemniaków Pani Jola, miseczka Y, z tym, że miseczka została razem z resztą zastawy w kuchni dziesięciopiętrowego bloku. I nagle twój mąż za plecami zamiast ważyć czereśnie, nie może skoordynować rozbieganych gałek, łapiących histerycznie łączność z brodawkami Joli.

Sama geneza nienoszenia biustonosza jest zaje*ista i godna pochwalenia, bo jak wiemy pierwsze, co robi kobieta po przekroczeniu progu domu, to uwalnia cycki z jarzma drutów, ale te szybkie, niby niegroźne wypady po koperek są złe. Nie trzeba być pięćdziesięcioletnią Panią Jolą, żeby podzielić los dyndających worków. Wystarczy urodzić dzieci  i karmić to stado tylko jedną piersią, żeby pochwalić się rozbieżnością wysokości brodawki liczoną w dziesiątkach centymetrów. Nie wiem co jest takiego fajnego w celowym zapominaniu o staniku (sama robię to nagminnie w czterech ścianach domu), ale poświata wentyli od jelcza na miejskim przystanku może spokojnie zostać zakwalifikowana do największych modowych wpadek wszechczasów. No chyba, że macie silikony, ale do nich też zleci się stado gapiów jak trzeba będzie…

Charakterystyka mody jest taka, że nie ma żadnej charakterystyki. To tak w ramach podsumowania. Wychodząc na ulice własnego miasta nigdy nie wiem, czy przede mną to powód do zaawansowanego uniesienia czy performance sprawdzający światłość umysłu, ale jedno jest nad wyraz ważne – w modzie trzeba się czuć dobrze i modę trzeba umieć obronić. Jeżeli nosicie skarpety z froty, albo opasacie nadgarstek saszetką handlarza, przygotujcie sobie mocne argumenty na obronę. Będzie z kim dyskutować jak was dorwą na ulicach same Anny Wintour polskiego odzienia. Postawcie sobie najważniejsze pytanie – czy sami czujecie się z tym dobrze. Jeżeli tak – nie było tematu i możecie wszystkim śmiało pokazać swój środkowy palec  przejęcia.


Oda do przeklinania. Podobno najwięcej przeklinają ekstrawertycy! Czy to na pewno prawda?

Karolina Krause
Karolina Krause
17 grudnia 2016
Fot. iStock/max-kegfire
Fot. iStock/max-kegfire

Nie wiem jak wy, ale ja tam lubię sobie od czasu do czasu zarzucić soczystą k*rwą. A czasami nawet kilkoma dziennie. Bez owijania w bawełnę przyznam po prostu, że lubię przeklinać. Przeklinanie mnie uspakaja. Dzięki niemu mogę dać upust moim emocjom i znów poczuć się jak zbuntowana nastolatka (śmierć lizusom!). A niekiedy zwyczajnie sprawia mi przyjemność. Bo, jak ci taki babsztyl zajedzie drogę, a ty o mały włos nie skasowałabyś auta, to już chyba lepiej wyrzucić to z siebie, niż doprowadzić takową w złości do płaczu. Wiem, ja też mam czasami gorszy dzień. Ja też raz na jakiś czas czegoś nie zauważę, ale no „na miłość boską!” (żeby nie powiedzieć tego „cudownego” słowa na „k”) za jeżdżenie z telefonem w ręku powinno się wsadzać za kratki! Ok, samej zdarzyło mi się kiedyś napisać sms’a lub dwa, ale to były nagłe wypadki – powiedzmy.

Wracając jednak do mej przywary ciągłego przeklinania, muszę wam się przyznać, że żywot takiej osoby wcale nie jest łatwy. A już szczególnie ciężko jest wtedy, kiedy idzie się na 8/10 godzin do pracy z gromadką małych krasnali, które co chwila robią coś takiego, że brzydkie słowa same cisną ci się na język. Gwoli wyjaśnienia mowa tutaj o przedszkolu. I żebyście wzięły mnie tutaj za jakąś w najlepszym razie „nieczułą kobietę, która minęła się z powołaniem”, dodam od razu, że kocham dzieci. Wszyyyystkie dzieci. I szczerze?Myślę, że one mnie też. A już najbardziej uwielbiam jak cała dziesiątka wpada nagle na pomysł, żeby zrobić mi tak zwany „grup hug”. Czyli krótko mówiąc: każde po kolei rzuca się na ciebie w radości, ciągnąc za włosy, kopiąc po wszystkim co się da, a co po niektóre łokcie trafiają w twoje najbardziej intymne miejsca. I mówię to całkiem poważnie. Nikt w życiu nie da wam tyle miłości co kilka małych 3-latków. Możecie mi wierzyć. A dla tych, krótkich momentów szczęścia, warto jest trzymać język za zębami.

Ale do rzeczy. Podobno tymi osobami, które przeklinają najwięcej są najczęściej ekstrawertycy (możecie sobie wyobrazić, ile razy w życiu użyłam już tej wymówki). Istnieją nawet dowody na to, że przeklinanie w pracy nie tylko motywuje do działania, ale też poprawia relacje między współpracownikami. W końcu dobrze jest się czasem przekonać, że kumpel przy biurku obok to nie maszyna. Bo już mogłabyś przysiąc, że widziałyście gdzieś, wychodzący z nogawki, kabel od zasilania… No ale cóż, najwidoczniej musiało ci się przewidzieć. Z kolei inne badania mówią o tym, że obrzucanie się mięsem uśmierza drzemiący w nas ból. Bo jak coś komuś bardzo leży na sercu to i pewne, że jak sobie przeklnie to od razu mu będzie lepiej. Jakby się nad tym dobrze zastanowić to z dwojga złego lepsze to niż kieliszek wódki. Czyż nie?

W zasadzie przeklinanie to temat, który interesuje dziś psychologów podejrzanie często. Swoje trzy grosze miał też do dorzucenia nawet sam Zygmunt Freud, który stwierdził kiedyś, że „człowiek, który pierwszy cisnął obelgę zamiast kamienia, był twórcą cywilizacji”! Chwała ci dziadku Freud!

Mogłabym tu oczywiście mnożyć korzyści płynące z tej niebywałej poezji, jaką jest sztuka używania wulgaryzmów, ale niestety (niestety dla mnie) dziś mamy 17 grudnia. A to oznacza, że dopadł nas ten „najgorszy z możliwych” czas w roku, jakim jest Dzień bez Przekleństw. I „kij z tego”, że jest sobota, a ja chciałam wybrać się jeszcze po świąteczne zakupy. Siedzę uziemiona w domu i przeglądam ostatnie prezenty w internecie. Bo przecież jak tylko postawię stopę na zewnątrz, to już wy dobrze wiecie, co mnie strzeli. Choinki, ozdóbki, świeczuszki (jedyne w sowim rodzaju oczywiście) i cały ten kordon wygłodniałych świątecznych prezentów, ludzi. No przecież jasna sprawa, że pierwsza k*rwa pójdzie od razu przy zapalaniu auta – bo zimno. BARDZO zimno. A druga zaraz potem, gdy tylko pomyślę o parkowaniu – bo miejsca mało. BARDZO mało, żeby nie powiedzieć „ni chu.ja”.

Ale jeśli wy nie macie, aż takich problemów z przeklinaniem jak ja. To proszę bardzo, droga wolna! Ja zostaję tutaj w mojej oazie spokoju. Gdzie nic nie zmusi mnie do tego, by pobrudzić sobie usta. No chyba, że ten sąsiad na dole znowu zacznie wiercić o 11 wieczorem. To wtedy nie obiecuję, że wytrzymam do tej ostatniej godziny!


Zobacz także

Fot. iStock / Courtney Keating

Zakochać się trochę później… Czy to nie szaleństwo?

Fot. iStock/sanjeri

Gdy ktoś flirtuje lub uwodzi twojego partnera. O przebaczaniu i radzeniu sobie z emocjami

Fot. Pexels / Unsplash  / CC0 Public Domain

Zmiana czy zmiana – proces czy uderzenie pioruna?