Gdzie się podziała tamta dziewczyna. Choroba Hashimoto prawie zniszczyła jej związek

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 października 2017
Fot. iStock/ljubaphoto
Fot. iStock/ljubaphoto
 

Ewa ma 34 lata, od pięciu choruje na niedoczynność tarczycy, ale leczy się od dwudziestu jeden miesięcy. Późno zdiagnozowano u niej Hashimoto. Lekarze mówili jej, że ma stany depresyjne „ale to niegroźne” , że może to alergia (zrobiła wszelkie możliwe testy), że jest przemęczona, albo… że nic jest nie jest. Ten dziwny stan, który jak sama mówi, prawie zabrał jej wszystko, co najważniejsze: radość życia, pasję, która jest również jej pracą, a przede wszystkim – małżeństwo – reguluje teraz za pomocą małych, białych tabletek. Tabletek, które pozwalają jej wierzyć, że wszystko się jakoś w końcu ułoży.

Najpierw Jacek myślał, że Ewa kogoś poznała, że się zakochała, że go odtrąca, bo nie wie, jak wyznać mu prawdę. Przypadek sprawił, że pierwsze symptomy choroby Ewy pojawiły się pół roku po ich ślubie. Niekontrolowana złość, wahania nastroju, pretensje lub zupełna obojętność i niepokojący brak zainteresowania seksem– wszystko to pojawiło się dość nagle, bez żadnej logicznej przyczyny, bez uprzedzenia. Uderzyło go w twarz, dokładniej mówiąc. Na początku jedynie w przenośni, później, ręką Ewy.

Pierwszy szok? Kiedy Ewa wykrzyczała mu, że go nienawidzi, gdy Bogu ducha winny wrócił z pracy pół godziny później niż zwykle, tylko dlatego, że stał w korku. Dzwonił zresztą, ale nie odbierała. W domu zastał istną furię.  Ewa – jego Ewa, usposobienie spokoju i chodzący uśmiech – krzyczała jak opętana, posługując się jakimiś nielogicznymi argumentami. Wyciągnęła mu nawet to, że kilka lat temu spóźnił się na jakąś ich randkę. Zdezorientowany Jacek wycofał się, myśląc, że może to jakiś wyjątkowo uciążliwy w tym miesiącu zespół napięcia, albo chwilowe problemy w pracy. Tego wieczora spał na kanapie, Ewa nie wpuściła go do sypialni. Kiedy rano próbował z nią o wszystkim porozmawiać, żona, przerażona tym, co się wydarzyło przeprosiła go i zaproponowała, by jak najszybciej zapomnieli. Odpuścił. Odetchnął, przytulił tę samą, jak mu się wydawało dawną Ewę. Niestety, wahania nastroju i napady złości wróciły już kilka dni później. Ze dwojoną siłą. Tym razem nie było przeprosin za okładanie pięściami.

Jacek nie wiedział, że Ewa nie przeprosiła go dlatego, że cała sytuacja ją przerosła. Nie kontrolowała swoich emocji, nie miała najmniejszego wpływu na to, co zrobiła i śmiertelnie ją to przeraziło. Do tego, ten trwający od dwóch tygodni stan podenerwowania, połączony z jakimś głębokim smutkiem. Czyżby zwariowała?

Mąż stwierdził, że Ewa ma romans. W tajemnicy przed żoną przejrzał jej telefon – SMS-y, pocztę, Facebooka. Nie znalazł żadnych dowodów zdrady, co utwierdziło go tylko w przekonaniu, że Ewa bardzo dobrze ukrywa swoją niewierność. Raz prawie nawet błagał ją, żeby przyznała się do winy – wściekła rzuciła w niego talerzem z gorącym makaronem. Trafiła w głowę, centymetry od skroni. Skończyło się na małym rozcięciu, ale ich małżeństwo zawisło na włosku.

O seksie nie było nawet mowy. Ewa odtrącała Jacka za każdym razem, gdy próbował się do niej zbliżyć. Nie mógł wiedzieć, że to skutek choroby – niedoczynność tarczycy znacznie obniża libido. Myślał po prostu, że jej już nie pociąga, albo że nie może się zmusić, by go dotknąć, bo jej głowa i serce należą do kogoś innego. Oddalili się od siebie, bardzo.

Potem pojawiła się ospałość. Ewa wracała z pracy (jest weterynarzem w klinice swojego znajomego ze studiów) i spała. Spała do wieczora, właściwie tylko po to, żeby wrzucić coś na ząb i położyć się spać. I pomimo, że nie jadła wiele, zaczęła przybierać na wadze. Zaniepokojony Jacek podejrzewał, że może jest w ciąży, potem, kiedy jego przeczucia nie sprawdzały się, że to coś poważniejszego. Dobrze pamiętał, że w podobny sposób u jego ojca zaczęła się choroba nowotworowa.

Tymczasem hormony w ciele Ewy szalały już na dobre, a ona sama miała narastajace poczucie,  odchodzi od zmysłów. Kiedy w pracy bez powodu zalała się łzami, po tym jak przez kilka tygodni dosłownie „wyżywała się” na współpracownikach, szef wziął ją na bok na rozmowę. „Daję ci tydzień wolnego” – powiedział. – Zrób badania, idź do psychologa. Nie mogę pozwolić, żeby przez ciebie odeszły z pracy osoby, które źle traktujesz”.

W domu Jacek wziął Ewę za rękę, rozpłakali się oboje. Nie powiedział jej, że tego wieczora planował odejść. Następnego dnia poszli razem do lekarza. Ale nie od razu znaleziono przyczynę dolegliwości Ewy. Od kolejnych specjalistów wracali mniej lub bardziej uspokojeni, że nie dzieje się nic złego, a stan Ewy pogorszał się.

Właściwie naprawdę pomógł jej dopiero psychiatra. To on połączył w całość wszystkie dolegliwości i skierował na badania tarczycy. Diagnoza była momentem, w którym Ewa, pierwszy raz od dawna, odetchnęła głębiej. Choć demona ma w sobie już na stałe, wie przynamniej jak mu na imię.

Nie jest łatwo. To znaczy, odkąd Ewa bierze leki, jest dużo spokojniejsza, przypomina sobie jak to jest być szczęśliwą Ale małżeństwo z Hashimoto to małżeństwo ogromnego ryzyka, wymagające cierpliwości i ogromnej, szczerej miłości.  Oboje wiedzą, że zdarzą się im jeszcze gorsze dni, że Jacek musi znaleźć w sobie dużo siły, a Ewa oswoić i zrozumieć swoją chorobę. Ale wierzą, że im się uda.


Fenomen Christophera Edge’a. Zobaczyć i czuć więcej, wiedząc mniej – może tylko dziecko…

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
11 października 2017
Fot. iStock / Rastan
Fot. iStock / Rastan
 

Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest, kiedy cały świat zna twojego ojca „lepiej” niż ty? Albo jak to jest być „ważnym” i sławnym z powodu tego, co najbardziej ci doskwiera? Trudne prawda? A czy będzie trudniejsze, gdy okaże się, że masz 10 albo 14 lat?

Poznajcie Jamiego, jest nastolatkiem i autorem pewnego równania. Nie, nie jest dobry z matmy, wręcz przeciwnie. Ale to równanie opisuje jego świat – dokładnie tak jak jest skonfigurowany nasz wszechświat. Mama i tata – znajdują po się jednej stronie równania, on i siostra po drugiej. Zupełnie jak słońce i krążące wokół niego planety. Jamie nie może dotknąć swojego słońca, ale czuwa, by nic nie zaburzyło równowagi, gdy jego „słońce” jest zbyt daleko…  Jamie jest synem astronauty.

Sławny w całej szkole, bo co dzień musi tęsknić za ojcem…

To co z jednej strony napawa go ogromną dumą, jest jego największym cierpieniem. Dumny, ale zawsze w niedosycie. Znany, lecz w ciągłym stresie, niepewności. Obiekt zazdrości rówieśników, który pewnie wiele by dał, by móc pokłócić się z tatą o niezrobione zadanie. Takich dzieci jak Jamie jest bardzo wiele. Mieszkają z nami, za ścianą – w sąsiednim mieszkaniu albo… pokoju.

Historia Jamiego to najnowsza opowieść Christophera Edge’a (już niebawem, bo 11 października odbędzie się premiera tego tytułu, książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Zielona Sowa), opowieść o rodzinie – bez nadęcia, lukru i literackich dramatów, bo ów autor ma dar niezwykły kreślenia relacji między ludźmi. I robi to tak, że ci mniejsi w jego książkach odnajdują drogowskaz do rozwiązywania najważniejszych problemów, a duzi – my, rodzice, zatrzymujemy się zdumieni faktem, że tak „inaczej” może wyglądać świat.

Na czym polega fenomen Christophera Edge’a?

Ma niesamowity dar opowiadania o rzeczach bardzo bliskich, ważnych – tych najważniejszych, w życiu każdego człowieka, dar opowiadania o nich w sposób magiczny i metaforyczny, a zarazem prowadzący prosto do celu. Dzieci kochają jego pióro, rodzice szukają w nim oparcia. Bo autor nie boi się pisać o relacjach, śmierci, trudnych więziach. Nie obawia się trudnych, dziecięcych pytań. Prowadzi nas niejako za rękę i pokazuje, że każda bajka może być prawdziwa. Jedyne, co trzeba zrobić, to pozwolić mu się poprowadzić.

Pierwszą książką tego autora, którą miałam okazję przeczytać była pozycja „Wiele światów Albiego Brighta” – książka mierząca się z tematem śmierci po mistrzowsku. Główny bohater, mały Albie, zmaga się z pustką po stracie mamy. Rozpaczliwie poszukuje innej, alternatywnej rzeczywistości. Bo jeśli istnieją równoległe wszechświaty, pewnie w którymś z nich żyje i czeka na niego mama. Czeka go naprawdę długa i trudna podróż. Droga, podczas której odkrywa, że nie zawsze to, czego szukamy, jest naprawdę tym, czego pragniemy. Piękna metaforyczna opowieść dla starszych dzieci o tym, że czasem wyruszamy w podróż do celu, ale po drodze odnajdujemy coś ważniejszego. To książka, która nie tylko oswaja umieranie, ale i pokazuje, że na każdy temat można z dzieckiem porozmawiać.

Osadzenie tak trudnego tematu, jak śmierć rodzica w niezwykłej i fantastycznej fabule, pomaga przede wszystkim uciec myślami od trudności tego problemu, odciążyć na chwilę głowę od własnego lęku przed śmiertelnością. Dziecko przeżywa wiele emocji, a umiejętne rozmawianie o nich, odcięte od obaw przed pytaniami i własnym strachem, jest najcenniejszym darem. To samo dzieje się w najnowszej książce Christophera Edge’a. Problem tak dla nas dorosłych niewygodny staje się opowieścią o dojrzewaniu,  trudnościach, wyborach, więziach… o naszych domach. Bo przecież nie trzeba być astronautą, by być daleko od rodziny.

Większość z nas lata codziennie na swoją stację kosmiczną rozluźniając więzi. Za każdym razem, gdy jesteśmy zbyt zajęci, gdy wracamy z pracą do domu, gdy nie zdążymy, zapomnimy, nie damy rady… przyjść na teatrzyk, trening, występ w „dużym pokoju”. I panicznie boimy się o tej bliskości rozmawiać, bo to jak uderzenie w najczulszy punkt – „Czy jestem dobrym rodzicem? A co, jeśli się okaże, że nie?”.

Przeczytajcie koniecznie „Równanie Jamiego Drake’a”, ta książka nie jest atakiem na zbyt zajętych rodziców, ani opowieścią o „biednym” chłopcu.  Nie trzeba się bać, jeśli tak, jak Jamie pozwolicie się przekonać, że istnieją szczęśliwe zakończenia i że czasem, w naszych rodzinnych równaniach, elementy zaczynają wirować, a emocje to nie matematyka.

Gorąco polecam – dla wszystkich, którzy skończyli 9 lat i lubią dobre książki!

PS: Warto sięgnąć po tę pozycję z jeszcze jednego powodu. Autor genialnie przemyca w fabule ciekawostki i wiedzę z zakresu fizyki i astronomii. Jak to robi? Delikatnie, naturalnie, zupełnie przy okazji. Tak, by dzieci mogły złapać bakcyla i zainteresować się dziedzinami nauki nieco dziś zapomnianymi.

Fot. Materiały prasowerównanie jamiego drake'a
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Wiek: 9+
Liczba stron: 192
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Wiek: 9+
Liczba stron: 192


Żywienie ma znaczenie! Jak układać jadłospis dziecka?

Redakcja
Redakcja
10 października 2017
Fot. iStock / JohnAlexandr
Fot. iStock / JohnAlexandr
 

Mamo, czy wiesz, że twoje wybory żywieniowe i decyzje dotyczące diety maluszka kształtują jego przyszłość? Wrażliwy, wciąż rozwijający się młody organizm wymaga wyjątkowej opieki, przejawiającej się m.in. w sposobie żywienia, dopasowanym do specyficznych potrzeb. Jak układać jadłospis dziecka, aby budować fundamenty jego szczęśliwej i zdrowej przyszłości?

Dlaczego sposób żywienia jest ważny?

Dieta ma kluczowe znaczenie dla naszego codziennego funkcjonowania – wpływa na ogólny stan zdrowia, a także na samopoczucie. Dotyczy to również najmłodszych. Podejmowane przez rodziców decyzje dotyczące jadłospisu maluszka mają realny wpływ na kształtowanie nawyków żywieniowych i preferencji smakowych niemowlęcia. Dieta stosowana w okresie 1000 pierwszych dni jego życia ma fundamentalne znaczenie. Wpływa na wzrost i rozwój, a także przyszłe wybory żywieniowe, a przez to – jakość dorosłego życia.

Wsparcie dla rodziców – naturalnie!

Wybory żywieniowe opiekunów powinny być dokonywane świadomie. Młody organizm niemowlęcia, a później małego dziecka, wyjątkowo dynamicznie się rozwija. Jednocześnie jest wrażliwy na nadmiar lub niedobór składników odżywczych.

Żywność przeznaczona dla dorosłych może nie być dopasowana do specyficznych potrzeb maluszka.

Jeśli dziecko spożyłoby marchew czy jabłko ze sklepu, które zawierałyby zanieczyszczenia w ilości mu zagrażającej, mogłoby to negatywnie wpłynąć na jego rozwój. Dlaczego? Małe dziecko ma ok. 6 razy niższą masę ciała niż dorosły. Spożywając taką samą ilość marchewki jak opiekun, maluch mógłby otrzymać aż 6 razy więcej szkodliwych substancji na kilogram masy ciała, czyli zanieczyszczeń żywności, które to warzywo może zawierać! Jego organizm, w przeciwieństwie do dorosłego, nie potrafi ich jeszcze neutralizować, dlatego mogłoby to negatywnie wpłynąć na jego rozwój.

Właśnie dlatego powstały bardziej restrykcyjne przepisy prawa, które obejmują produkty przeznaczone dla najmłodszych konsumentów. Należą do niej np. kaszki, posiłki i deserki BoboVita – mające odpowiednią jakość i dopasowane do potrzeb maluszków, teraz dostępne w nowych opakowaniach, podkreślających apetyczne, pyszne składniki.

Gwarancja bezpieczeństwa poparta setkami testów jakości

Ułatwieniem w wyborze produktu, a także gwarancją jego bezpieczeństwa, jest umieszczone na nim wskazanie wieku, np. po 6. miesiącu życia. Zgodnie z przepisami prawa polskiego i Unii Europejskiej produkty przeznaczone dla najmłodszych muszą spełniać wyjątkowo restrykcyjne normy bezpieczeństwa – znacznie bardziej surowe w porównaniu do żywności przeznaczonej dla dorosłych. Dodatkowo zawierają one wyłącznie składniki pochodzące od zaufanych dostawców, które jeszcze przed przyjęciem do fabryki poddawane są licznym testom jakości.

Czy wiesz, że…

… warzywa wykorzystywane w posiłkach BoboVita spełniają nawet do 5000 razy* bardziej restrykcyjne normy w porównaniu do warzyw ogólnego przeznaczenia? Każda partia warzyw, owoców i zbóż BoboVita przechodzi nawet ponad 600 testów jakości, a z większością dostawców marka współpracuje od ponad 10 lat.

* Dotyczy norm dla pestycydów w warzywach. Żywność dla niemowląt i małych dzieci spełnia normy bezpieczeństwa i jakości produktu wynikające z prawa europejskiego i krajowego. Normy te są o wiele bardziej restrykcyjne w porównaniu z żywnością ogólnego przeznaczenia.

W żywieniu niemowląt i małych dzieci nie ma miejsca na przypadek, dlatego BoboVita oferuje bezpieczne i różnorodne posiłki, zawierające pyszne składniki. Produkty – teraz dostępne w nowych opakowaniach – zgodnie z przepisami prawa nie zawierają konserwantów, barwników ani wzmacniaczy smaku. Wszystko po to, aby wspierać rodziców w żywieniu maluszków w kluczowym okresie 1000 pierwszych dni życia. BoboVita pomaga rodzicom troszczyć się o ich dziecko, spełniając surowe normy jakościowe. Mniam!


Artykuł powstał we współpracy z BoboVita.


Zobacz także

Fot. iStock/PeopleImages

Rewolucja w leczeniu raka? Co oznacza medycyna integracyjna

Rozstanie? Konkrety, proszę Pani, konkrety - jak się wyleczyć ze złej miłości?

Jak wyleczyłam się z męża, w pięciu krokach

Fot. Pexels / Tookapic /

„W życiu trzeba być przygotowanym na wszystko” – mówił mój były mąż. Ale to już nie moja historia