6 powodów, by jeść rano rodzynki

Redakcja
Redakcja
19 kwietnia 2017
Fot. iStock / kicsiicsi
Fot. iStock / kicsiicsi

Jedni je uwielbiają, inni unikają. Jednak rodzynki to niedoceniony i nieoceniony produkt, po który śmiało możemy sięgnąć, kiedy mamy ochotę na coś słodkiego. Posiada liczne właściwości lecznicze i wartości odżywcze, które pozytywnie wpływają na nasz organizm i poprawiają jego funkcjonowanie. Zobacz, dlaczego warto dodać rodzynki do diety i przy jakich dolegliwościach pomagają. Spożywaj je głównie rano, a twój organizm będzie ci wdzięczny.

Pamiętacie program „Matura to bzdura”, w którym prowadzący pytał, z czego robi się rodzynki? – Z niczego, one rosną na krzakach – brzmiała jedna z odpowiedzi. Tyle samo śmieszna, co przerażająca. Jak wiadomo, powstają one na skutek wysuszenia winogron pod wpływem silnego światła słonecznego. Potrzebują 2-4 tygodni na wyschnięcie. Po tym czasie są sortowane, czyszczone i pakowane. Taka metoda pozwala zachować jak najwięcej cennych składników.

A tych jest mnóstwo. W rodzynkach znajdują się witaminy m.in. C, B6, E, K, kwas foliowy oraz minerały: wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód i cynk. Ponadto w 100 g rodzynek występuje 3,7 g błonnika. Ich wartość odżywcza to niecałe 300 kcal/100 g, czyli znacznie mniej niż niezdrowe, słodkie przekąski.

Dietetycy zalecają, aby jeść je szczególnie w pierwszych godzinach po przebudzeniu. Jeśli cierpisz na jedną z wymienionych niżej dolegliwości, dodawaj rodzynki do swojego śniadania. Twój organizm będzie ci wdzięczny i będzie lepiej pracował przez cały dzień.

Zmniejszają nadciśnienie tętnicze

Nadciśnienie tętnicze jest wielkim zagrożeniem dla zdrowia, dlatego warto odpowiednio odpowiednio o siebie zadbać i przede wszystkim dobrze się odżywiać. Ważną rolę pełni potas, który pomaga w regulacji krwi. Dużą dawkę tego składnika zawierają właśnie rodzynki (749 mg/100 g). Ich regularne spożywanie, najlepiej trzy razy dziennie, pomaga obniżyć ciśnienie. Warto o to zadbać, ponieważ według badań przeprowadzonych w ramach Framingham Study, obfitość potasu w diecie zmniejszała ryzyko wystąpienia udaru mózgowego o 22 proc..

O przyjmowaniu odpowiedniej dawki potasu w ciągu dnia powinny pamiętać szczególnie osoby, które przyjmują leki moczopędne. Wraz z moczem tracą ten cenny pierwiastek, dlatego powinny go uzupełniać.

Pomagają w walce z anemią

Osoby, które mają anemię, powinny dostarczać organizmowi odpowiedniej dawki żelaza. Warto sięgnąć więc po naturalne produkty. Rodzynki zawierają 1,88 mg/100 g, dlatego warto dodawać je np. do musli. Są także bogate w witaminy z grupy B, które są niezbędne przy tworzeniu nowej krwi. Dodatkowo zawierają miedź, która sprzyja prawidłowemu tworzeniu się czerwonych krwinek.

Oczyszczają organizm

Organizm posiada swoje własne mechanizmy oczyszczające, jednak warto czasami wspomóc narządy naturalnymi sposobami. Dobrym sposobem na poprawę pracy wątroby i nerek jest wypicie wody po rodzynkach. Namocz bakalie i pozostaw je na całą noc, następnie rano wypij wodę. Dzięki temu będziesz czuła się lepiej i lżej.

Walczą z zaparciami

Jeśli cierpisz na uciążliwe zaparcia i nic nie może ci pomóc, sięgnij po rodzynki. Zawierają mnóstwo błonnika i dzięki temu pęcznieją. Ten naturalny proces zachęca jelita do pracy i usuwania ich z organizmu, dzięki czemu stolec się przemieszcza, a na koniec zostaje usunięty. Dodawaj je do śniadania, a twoje problemy będą mniejsze.

Co ciekawe, rodzynki pomagają także w pozbyciu się biegunki. Rozpuszczone włókno wchłania ciecz i pomaga organizmowi powrócić do prawidłowego funkcjonowania.

Fot. iStock/Professor25

Fot. iStock/Professor25

Zadbają o twoje kości

Zdrowe i mocne kości to coś, czego pragniemy przez jak najdłuższy okres życia. Dlatego warto dostarczać organizmowi jak najwięcej wapnia. Rodzynki dodane do jogurtu naturalnego będą stanowić jego dużą dawkę. Także wspomniany wcześniej potas jest niezbędnym składnikiem spożywczym, który pomaga zwalczać osteoporozę i zwyrodnienie stawów związane z wiekiem.

Rodzynki są także źródłem boru, który ma zasadnicze znaczenie dla prawidłowego tworzenia i pielęgnacji kości, a także pomaga wchłonąć wapń znacznie lepiej.

Odkwaszają organizm

Zakwaszenie organizmu odbija się na naszym wyglądzie i samopoczuciu. Często ujawnia się pod postacią trądziku bądź uciążliwych krost i plam. Istnieje także ryzyko wystąpienia cukrzycy oraz powstawaniu komórek nowotworowych. Przyczyną jest zła dieta, bogata w produkty wysoko przetworzone, które zaburzają równowagę kwasowo-zasadową. Dlatego włącz do diety rodzynki, które zawierają potas i magnez. Te dwa pierwiastki są w stanie zneutralizować kwasowość zagrażającą twojemu zdrowiu.

Rodzynki nie tylko są zdrowe, lecz także smaczne. Możesz jeść je samodzielnie lub jako dodatek do zdrowego śniadania np. do dodając do jogurtu bądź musli. Jednak powinny się ich wystrzegać osoby, które cierpią na zespół jelita drażliwego lub mają wrzody. Ze względu na zawartość tyraminy, powinny zrezygnować z nich także osoby cierpiące na migreny.


Źródło: steptohealth.com, poradnikzdrowie.pl, przychodnia.pl


Ja chcę się rozstać, ty powtarzasz jedynie: „O co ci właściwie chodzi?”. Nie wierzę, że można nie wiedzieć, kiedy się krzywdzi

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 kwietnia 2017
Fot. iStock/Dimedrol68
Fot. iStock/Dimedrol68

Powiedziałam, że odchodzę, ty kolejny raz uśmiechnąłeś się lekceważąco. Mówię tak sobie i mówię, czas płynie, a ja nigdzie nie idę. Wcześniej nie odeszłam, to i teraz nie odejdę. Nie można mi wierzyć, prawda? Poza tym, jak „odejdę”, dokąd, do kogo? No bo przecież, muszę do kogoś iść, nie odeszłabym tak po prostu, sama z siebie i dla siebie. Od ciebie się nie odchodzi – groziłeś nieraz. Dzieci? Dzieciom zrobię krzywdę jak odejdę, jak je zabiorę ze sobą. Kto będzie o nie wtedy dbał? – mówiłeś. Ty? No śmieszna jesteś. Przecież ty o nic nie potrafisz zadbać w tym domu, o nic. Zobacz, jak tu brudno, jaki bałagan. Więc o co ci chodzi?

Mówiłam, wiele razy o co mi chodzi – nie chciałeś słuchać. A może uważałeś, że to tak mało ważne, że nie ma co słuchać. I nie ma kogo. Albo było jeszcze inaczej. Kiedy nie słuchałeś, nie dopuszczałeś do siebie możliwości, że mogę mieć rację. Że może na tym idealnym obrazku jest jakaś rysa. To by znaczyło jednak, że w głębi serca wiesz, że postępujesz źle. Wiedzieć, że się błądzi, że krzywdzi się bliskich i nadal iść w zaparte? Tego nie zrozumiem.

Mówiłeś – „to wszystko twoja wina, to ty mnie prowokujesz”. Więc ja nad sobą pracowałam. Czytałam mądre książki, poszłam nawet na terapię, żeby nauczyć się mówić o swoich potrzebach, a nie odpowiadać krzykiem na krzyk, agresją na agresję. I wracałam z tych spotkań mądrzejsza, pełna nadziei, do ciebie. Pewniejsza. Że moja wina wcale nie leży tam, gdzie ty ją wskazałeś. Że skoro ja mogę, to ty też możesz się zmienić. Ale tu pojawiał się problem. Ja się zmieniłam, ty zostałeś ten sam. Po każdej kłótni, wracaliśmy do punktu wyjścia. Żadnych rozmów, żadnych wniosków, żadnej pracy nad sobą. „O co ci chodzi – powtarzałeś. – Po co psujesz ten spokój? Przecież dobrze jest teraz. Nie musimy tego „męczyć”, roztrząsać, analizować. No, o co ci chodzi? Dlaczego zawsze musisz wszystko zepsuć?”.

Więc milczałam, choć tyle rzeczy miałam ci powiedzieć. Takich pewnie, które ty wiesz i byłbyś w stanie zrozumieć, gdyby nie chodziło o ciebie. Nigdy nie pozwoliłeś, by dotarły do ciebie z całą odpowiedzialnością i ciężarem. Bo tak trudno samemu przed sobą przyznać, że jest się „przemocowcem”, prawda?

Chciałam ci powiedzieć, że:

Kiedy mówisz naszemu synowi, że wyrośnie na głupka, kiedy wykrzykujesz, że nie możesz na niego patrzeć, i powtarzasz, że jest gorszy, bo nie umie jeszcze tego, co większość dzieci w jego wieku – to jest przemoc.

Kiedy dajesz i zabierasz, bo jednak dochodzisz do wniosku, że nie zasłużyłam (na kwiatek bez okazji, nowy telefon w miejsce tego, który zniszczyłeś w złości, na życzliwość), to manipulujesz.

Kiedy obiecujesz mi coś ważnego, kiedy się na coś ważnego umawiamy, a potem, w ostatniej chwili rezygnujesz, zostawiając mnie ze wszystkimi zobowiązaniami samą i mówiąc: „trzeba było mnie nie prowokować” – to manipulujesz.

Kiedy traktujesz mnie jak kogoś gorszego od siebie, mniej inteligentnego i zabierasz mi różne przedmioty, bo twoim zdaniem źle ich używam – to jest przemoc.

Kiedy zrzucasz na podłogę moje ubrania z suszarki, choć jeszcze nie wyschły, żeby powiesić twoje, bo twoje są „ważniejsze” – to jest przemoc.

Kiedy nie pozwalasz mi porozmawiać z naszą córką, bo „tak zdecydowałeś wcześniej”, a tak naprawdę denerwuje cię to, że chcę jej poświęcić swoją uwagę – to jest przemoc.

Kiedy mówisz, że nie chce ci się wracać do domu, w którym jesteśmy my – twoja żona i dzieci – bo  sprawiamy, że nie chce ci się żyć, tak bardzo jesteśmy beznadziejni – to jest przemoc.

Kiedy z prostych, banalnych sytuacji robisz dramaty „nie do przejścia”, a potem mówisz, że to przecież moja wina, że przeze mnie ci się „już nie chce” podjąć żadnego wysiłku – to jest manipulacja.

Kiedy wydzielasz mi pieniądze, mówiąc, że nie potrafię ich ani wydawać, ani oszczędzać – to jest przemoc.

I wiesz, twój brak woli, by tę świadomość do siebie dopuścić, to także przemoc. Bo nie trzeba nikogo uderzyć, żeby zadać mu ból i spowodować rany, które będą się goić latami. Ja chcę się rozstać, ty nie widzisz problemu. Może teraz już rozumiesz, dlaczego naprawdę odeszłam.


„Choć na co dzień staramy się, walczymy, udajemy, każdy z nas nosi w sobie emocjonalne kalectwo”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 kwietnia 2017
Fot. iStock / happyframe
Fot. iStock / happyframe

Gdy podczas świąt głośno powiedziałam przy moim rodzeństwie, że nasz rodzinny dom był patologiczny, najstarsza siostra obruszyła się i odparła, że gadam głupoty, młodsza stwierdziła, że dzięki temu jesteśmy silniejsi, a brat taktownie milczał i udawał, że nie słyszy. Jak to, patologia? Przecież pieniędzy nie brakowało, bicia nie było, nikt głodem nie przymierał. No chyba, że tym emocjonalnym, ale kto by się tam przejmował sprawami duszy, skoro sąsiad dojrzeć jej nie może.

Ale to, co widać było na obrazku, to tylko ładna pocztówka, która z rzeczywistością miała niewiele wspólnego. Piękni i mądrzy rodzice z własną działalnością, czwórka dzieciaków, duży dom.  Wysokie wymagania, chłód matki, alkoholizm ojca, o którym się nie mówiło, przemoc psychiczna. Teraz potrafię już to nazwać, jestem bardziej świadoma, ale jako dziecko nie wiedziałam, skąd ten smutek, czego mi tak naprawdę brak. Niby miałam wszystko, co potrzeba, a często nawet więcej niż rówieśnicy, ale to, co najważniejsze, było zawsze poza zasięgiem.

Ojciec był zawsze zajęty i często nieobecny, ale mimo tego rozliczał nas z każdej oceny w szkole, ustanawiał zasady, od których nie było odstępstwa i „dokręcał śrubę”, gdy któremuś z nas wydawało się, że może więcej, że można wyluzować. Ze swojej ciasnej roli „klawisza” wychodził tylko po alkoholu, i próbował wtedy zostać ojcem roku, klawym tatą, żartownisiem – kawalarzem. Ale tylko na chwilę, bo męczyło go to strasznie i zabawne komentarze zmieniały się w pociski uderzające w nasze słabe strony, a dowcipne aluzje w brutalne podkreślanie naszych wad. Ja byłam zawsze ta brzydka, brat ten głupi, najstarsza siostra nieudanym początkiem, a najmłodsza bezmyślną wpadką. „I na co to wszystko?” – pytał retorycznie ojciec – „Na co my tak harujemy, skoro te tumany i tak to zaprzepaszczą? Nie ma w nich ani krzty polotu, zero pomyślunku. Urodziłaś bandę debili!” – krzyczał do matki.

A mama była zainteresowana jedynie tym, jak inni ją postrzegają w roli pani domu, swoimi dziećmi już niekoniecznie. Eleganckie ubrania, perfekcyjnie urządzone święta, obecność na każdej wywiadówce i dobre wrażenie wśród znajomych – w tym była specjalistką. Ale dla nas była niedostępna, jej troska miała wyraźnie postawione granice. Dobrze wiedzieliśmy, że nocny koszmar będzie wyłącznie naszym problemem, że przytulanie to tylko u babci (dzięki ci losie za naszą kochaną babcię!), że trzeba być hardym i radzić sobie ze wszystkim na własny sposób. I radzimy sobie do teraz. Możemy nazywać to siłą, zahartowaniem, udawać, że trudne dzieciństwo wyszło nam tylko na dobre, ale choć na co dzień staramy się, walczymy, udajemy, każdy z nas nosi w sobie emocjonalne kalectwo niewidoczne dla postronnych, ale męczące dla nas samych.

Najstarsza siostra została perfekcjonistką – w niczym nie odpuszcza, o wszystkim pamięta, planuje z wyprzedzeniem, robi listy, a każde odstępstwo od rutyny jest dla niej źródłem lęku. Kontroluje każdy aspekt swojego życia do tego stopnia, że już nie wie, co to znaczy relaks, nie potrafi odpuścić i wyluzować się. Jej związek jest niczym układ biznesowy, tak poprawny i poukładany, że aż dziw bierze, że jest tam uczucie. Ale ono jest, podskórnie pełzające, czające się pod powierzchnią i od czasu do czasy nieco głośniej wołające o uwagę. Schowała je, bo tylko schowane może w pełni kontrolować – gdyby wypełzło, nie daj Boże, mogłaby go nie opanować, a wtedy katastrofa, trzeba by się z nim zmierzyć bez planu i „iść na żywioł”. A tego nie chce i nie potrafi.

Brat jest jej przeciwieństwem – ucieka od wszelkich planów, zobowiązań i stabilizacji. Skacze z kwiatka na kwiatek, o rodzinie nie myśli, żyje z dnia na dzień niczego nie biorąc na poważnie. Jego szczęście, że zdołał się wykształcić i ma fart do dobrych znajomości, bo dzięki temu o pracę nie musiał się do tej pory martwić (co nie znaczy, że jest pracownikiem roku). Jego ulubione słowa, to „jakoś to będzie”, „zobaczy się”, „jutro się nad tym zastanowię”. Dobrze, że ma taką poukładaną starszą siostrę, która i o niego zadba, bo ten wieczny Piotruś Pan potrzebuje regularnego sprowadzenia na ziemię i kopa w zadek.

Najmłodsza w naszej rodzinie żyje miłością, która karmi ją i zjada równocześnie. Mąż, dziecko, dom – to jej świat, na punkcie którego zupełnie zwariowała. Jest zupełnym przeciwieństwem naszej matki – daje z siebie tyle troski i uczucia, że aż dziw bierze skąd tak potrafi. Ale ma to też i ciemne strony – jest wrażliwa, podatna na zranienia, potrzebuje zapewnień ze strony męża o niegasnącym uczuciu, emocjonalnego głaskania, opieki, wielkiego poczucia bezpieczeństwa i bezmiernej akceptacji. Jest wyczulona na każdy najmniejszy gest mogący świadczyć o słabnącym zaangażowaniu, często nadinterpretuje fakty i ze strachu widzi rzeczywistość gorszą niż jest ona naprawdę. Boi się, że zostanie odrzucona, że straci miłość, która jest sensem jej życia.

No i jestem też ja – ta, która unika związków, ucieka od bliskości, boi się zaangażować. Postawiłam wokół siebie mur, który trudno przebić. Mur, który miał mnie chronić przed zranieniem, a teraz sam jest powodem mojego cierpienia. Boję się dać z siebie zbyt wiele, boję się, że nie otrzymam w zamian tyle samo. A co jeśli obnażę się, mur runie, a coś nie wyjdzie i zostanę bezbronna, łatwy cel na widoku? To moje emocjonalne kalectwo – pragnę miłości ponad wszystko, a jednocześnie najbardziej obawiam się, że w końcu od kogoś ją otrzymam, że ktoś odważy się za tę ścianę zakraść i będę musiała zrzucić maskę i poddać się, uwierzyć i zaufać. Tylko czy potrafię?

Podczas świąt głośno powiedziałam, że nasz rodzinny dom był patologiczny, ale popełniłam błąd. On nie był, nadal taki jest, bo można opuścić patologiczny dom, ale patologiczny dom nigdy tak do końca nie opuszcza ciebie. I choć echo dzieciństwa każdy z nas słyszy inaczej, to jest ono dla nas wszystkich równie wyraźne i trudne do uciszenia.


Zobacz także

płatki owsiane

Za co powinnyśmy pokochać płatki owsiane? Działają zbawiennie dla zdrowia i urody

dr krzysztog gojdz diagnostyka jajnika

Dr Krzysztof Gojdź: Dziś solidaryzuję się z tymi kobietami, które walczą o przeżycie – łysymi po chemii

Ft. iStock / gilaxia

Doganiamy mężczyzn, nie zawsze z dobrym skutkiem. Kobiety piją coraz więcej