Czasem myślę, że życie tylko czeka, by zamienić nas w klauny. Nigdy nie gódź się na bycie kimś, kogo nie cierpisz. Nawet w imię miłości

Femme fatale
Femme fatale
9 czerwca 2017
Fot. Pexels / Adrianna Calvo / CC0 Public Domain
 

Spotkałam ją niedawno. Pamiętam, jak w liceum czarowała swoimi żartami, uśmiechem – nie była z niej żadna flirciara, ale nigdy nie bała się ludzi. Na studiach niewiele się zmieniło. A teraz? Inny człowiek, smutek. Zmęczona, przeźroczysta, nijaka, bo taka, jaką nigdy nie chciałaby być. Skąd to wiem? Bo do cholery (niestety) piszę o sobie… choć zapewne o wielu z nas.

Czasem myślę, że życie tylko czeka, by zamienić nas w klauny. Nigdy nie gódź się na bycie kimś, kogo nie cierpisz. Nawet w imię miłości. Kiedyś przyjdzie taki dzień, gdy popatrzysz lustro i pomyślisz sobie „cholera, jak ja siebie takiej nie lubię! Gdzie ta dziewczyna, z którą można było konie kraść? Kim jest u licha ten obmierzły babon naprzeciwko??? Bo, sorry, ale to nie mogę być JA!”. I co wtedy? Jak żyć, jak żyć z takim „malowanym pajacem”, przed którym nie możesz uciec?

Dlatego, gdy choć przez chwilę pomyślisz, że to nie ty, że to musi być okrutna pomyłka… STOP! Pozwól wrócić starej „TY” albo zostaw choć odrobinę przestrzeni, żeby nowa TY mogła się wreszcie narodzić. A skąd się bierze ta okropna baba, którą pewnego dnia spotykamy przed lustrem?

Hmm, wszystkie okropne baby lezą do nas powoli, cichutko, niezauważalnie… tylko po to, by pewnego dnia okazało się, że całkiem wygodnie siedzą sobie swoim wrednym dupskiem w naszym ulubionym fotelu. – Jak, kiedy, gdzie? – pytam przyjaciółkę, w nadziei, że usłyszę coś krzepiącego. – Psychologiem jesteś, na miłość boską, powiedz coś mądrego, cytatem rzuć, przypowiastką, cokolwiek! Niech ten babon już zniknie, ja przestaję siebie lubić, dramat…!

I kiedy tak sobie rozprawiamy nad najlepszą metoda pozbycia się „baby”, okazuje się, że żeby dać jej porządnego kopa w D… trzeba wiedzieć skąd przylazła! A każda z nich jest inna, sprytna okrutnie… Przychodzą i każą ci robić rzeczy, których robić nie chcesz.

Niektóre z nich mnie odwiedzały, inne mijały mnie na ulicy włócząc się za kobietami, które znam. Baby…

Pierwsza baba

Pierwsza baba przyłazi, gdy nie jesteś w stanie jej dostrzec. Gdy jesteś przekonana, że królowa jest tylko jedna i to ty nią jesteś. Idealny plan na życie, na rodzinę, na imprezę, na wszystko. Pani Perfekcja… Nie udało się? Niemożliwe, eh tam, wszystko się udaje, gdy człowiek jest młody i elastyczny. Nie analizuje, bo i po co. Gorzej, gdy zapomni też pomyśleć, popatrzeć ciut dalej niż dzisiaj… Gdy ściągnie te wszystkie sznurki, na których wiszą jego plany i wyobrażenia, tak ciasno, że sam się w nie zaplątuje.

I wtedy przyłazi baba i szepcze ci do ucha, a ty, oj głupia ty, naiwna jeszcze, niewinna, słuchasz… i myślisz sobie, że pewne rzeczy w życiu zmieniają się, bo tak wypada, bo taka już jest kolej rzeczy. Wierzysz w tym idealnym planie, że nasze życia to prosty plan rozpisany w punktach, które musisz odhaczyć. Na czas najlepiej. A reszta? Reszta nie istnieje – jeszcze nie, zobaczysz ją za jakiś czas.

Więc odhaczasz często na liście:

  • pracę/karierę
  • wielką miłość
  • marzenia o gnieździe
  • ten cholerny kredyt
  • ślub
  • dzieci
  • wakacje…

… pach, pach, pach – zrobione, idealnie. Zbiórka, kolejno odlicz, wszystko się zgadza. Wtedy pierwsza baba nieśmiało z przedpokoju twojego życia wchodzi jedną noga do salonu. Bo zaczęłaś poświęcać wiele dotychczas ważnych rzeczy, nawet tego nie widząc.

Druga baba

Druga baba nie jest już tak nieśmiała, od razu wskakuje ci do łóżka. Hop. Coś  podrzuca cię wysoko w górę i masz wrażenie, że spadasz, ale ty wolisz udawać, że to ziemia, z tej miłości wielkiej, zatrzęsła się w posadach. I wiesz, na co tej babie pozwalasz? Żeby w głowie przybiła ci olbrzymi stempel z napisem „w imię miłości”.

Tak wiele razy przychodziła do kobiet i kazała im myśleć, że ta „miłość” kosztuje wszystko. Jest warta każdej ceny, czasem każdego siniaka albo słowa. Że płaci się za nią zgodą na życie wbrew sobie, znikaniem, milczeniem, udawaniem, że tak wiele rzeczy „wcale nie jest ważnych”. Innym razem bardziej dyskretnie kazała im sobie powtarzać: „przecież nie jestem pępkiem świata, przecież to tylko na chwilę, przecież to wszystko przez…”.

I tak kęs po kęsie karmiła się ich poczuciem własnej wartości, pewnością siebie, kobiecością i seksapilem. Aż ogryzła je do „szarej myszki”, która boi się wyjrzeć z norki.

Trzecia baba…

… przyłazi z dzieckiem pod pachą i podpowiada ci, że ty już nigdy ważna nie będziesz. Że teraz musisz tak myśleć.

Jak szalona tańczysz w tym tańcu, śpiewając pod nosem, że możesz poczekać, że tak trzeba, że warto. Wierzysz w to z całego serca. Tak bardzo chciałabyś, żeby to wystarczyło. To, że ty dajesz z siebie milion procent, cały czas, całą siebie – to ma mieć moc naprawienia całego świata, każdego człowieka, każdego błędu (twojego i cudzego).

Trzecia baba uczy cię, że wszystko zależy od ciebie – że wszystko, co się wydarzy jest twoją odpowiedzialnością. Bez względu na to, czy masz na to wpływ, czy nie. Karze cię poczuciem winy, za każdą myśl o wolności. Programuje cię na jedno polecenie: „musisz dać radę, musisz móc”.

I tak pewnego dnia stajesz przed lustrem i myślisz: „Serio, ja to powiedziałam/pomyślałam/zrobiłam??? Ja?”.

Nieważne jak twoja baba będzie wyglądała i co ze sobą przytaszczy, ważne jest tylko jedno:

Jeśli kiedykolwiek nie spodoba ci się to, co zobaczysz w lustrze, nie czekaj, nie zwlekaj, nie pozwalaj byś straciła siebie. Jaką? Siebie prawdziwą. Fajną, mądrą kobietę, która częściej się uśmiecha niż płacze, którą śmieszą żarty i która chce siebie zwyczajnie lubić. Tę nieidealną, jedyną w swoim rodzaju wariatkę. Nigdy nie gódź się na bycie kimś, kogo nie cierpisz. Nawet w imię miłości.

Prędzej , czy później obudzisz się zmęczona, sfrustrowana, bez marzeń.

A babę… a babę kopnij w dupę i poślij do diabła!


Szanowny Piotrusiu, przestań udawać dorosłego. Nawet nie wiesz, ile razy podeptałeś czyjąś przyszłość

Femme fatale
Femme fatale
21 lipca 2017
Fot. iStock / Orla
 

Odbieram telefon, dzwoni B., ostatnio bardzo często dzwoni. Jej Piotruś jest gdzieś w połowie drogi do Nibylandii. To takie miejsce, które przez większość czasu jest wyspą. Wyspą, której nie da się odnaleźć na żadnej dorosłej mapie. Nie wiedzieć jednak dlaczego, od czasu do czasu, pojawia się w środku czyjegoś mieszkania, a wraz z nią Piotruś.

Mały, niesforny, życiowy głuptas. W dorosłych spodniach bez szelek, ale za to z w bardzo niedorosłych kapciach, które niosą go przez życie. Człap, człap – Piotruś przychodzi do B. albo M., może przyjść do każdej – wchodzi i uroczo się rozgląda. Dużo opowiada, marzy i lubi się poprzytulać. No dobra, Piotruś lubi, żeby to jego przytulano, jak każdy mały chłopiec. Ale to, co w Piotrusiu jest „najtrudniejsze”, to jego chcenie.

Bo Piotruś bardzo chce, ale jakoś wciąż mu nie wychodzi.

Każdy Piotruś (dla każdej swojej ukochanej B., M., czy innej A. i dla siebie) bardzo chciałby:

– nauczyć się czegoś nowego…

Na przykład zmywać po sobie naczynia. Robić zakupy, dotrzymywać obietnic i sprzątać swoje skarpetki z podłogi. Ale mu nie wychodzi.

Wieczny chłopiec lubi udawać nawet przed sobą. Niekorzystne okoliczności nigdy nie pozwolą mu wywiązać się z dorosłych zobowiązań. Obojętnie czy chodzi o sprzątnięcie łazienki czy opiekę nad dzieckiem. Nigdy nie bierze odpowiedzialności za swoje błędy – to zawsze jest „siła wyższa”.

– kochać tak, jak w filmach dla dorosłych…

Po męsku! Na rękach nosić. Tak bardzo by chciał, ale Piotruś mały jest, nie ma siły nosić takiej dorosłej baby. A chciałby o taaaaaaak mocno. Ale jak? Hmmm, tego Piotruś nie wie. Piotruś chciałby się tego dowiedzieć, tylko nie wie jak. A jak już się dowie i tak okaże się, że za mały jest przecież…

Ale bardzo się starał!

Wieczny chłopiec nie potrafi dojrzewać w miłości. Nie akceptuje innych sfer związku, niż te pozytywne i lekkie jak  motylek. Kompromisy, problemy, kryzysy – to wszystko jest dla niego sygnałem do ucieczki. Piotruś Pan świadomie nie podejmie większego wysiłku.

– żeby nic się nie zmieniało albo było, jak kiedyś

Bo przecież mamy tyle lat, na ile się czujemy. A Piotruś czuje się wyśmienicie i chyba z każdym rokiem młodnieje.

Brawo, Piotrusiu!

Wieczny chłopiec lubi to, co ma. Bo jego styl życia i relacji z innymi jest bardzo wygodny. Piotruś czerpie z takich relacji jak najwięcej, jednocześnie nie ponosząc żadnych kosztów.

– spełnić swoje obietnice

To nie jest tak, że on nie chce, że zapomniał. Ale przecież na wszystko jest czas. Piotruś jest jeszcze taki młody. Ma dużo czasu. Nie lubi przejmować się na zapas zobowiązaniami. To psuje całą zabawę. A gdy Piotruś robi się smutny, to mu się odechciewa. I to nie jego wina!

Wieczny chłopiec racjonalizuje wszystko. Jest mistrzem, niepokonanym mistrzem. Chętnie oddaje się marzeniom, obiecując złote góry – niestety większość z tych marzeń,  już na starcie jest spisana na starty. Piotruś często używa słów postaram się i spróbuję, zamiast „zrobię” i „zmienię”. Lubi mieć poczucie, że dał z siebie wszystko (wszystko to, co chciał dać), ale przecież każdemu czasem się nie udaje. Lubi, gdy inni się nad nim pochylają. Odpowiedzialność przerzuca na innych lub „złą karmę”. Wieczny chłopiec nie uczy się, nie wyciąga wniosków ze swoich porażek – tylko je sobie tłumaczy.

– nie kłamać

Ale on jest bardzo wrażliwy na kobiece łzy i drugiego człowieka. Dlatego, żeby nie sprawić jej zawodu, czasem kłamie, albo zgodzi się na coś, dla świętego spokoju – bo to święty człowiek jest, tyle dla miłość oddać, to dopiero gest. I najgorsze, że nikt go nie docenia.

– żeby go wreszcie doceniono

Bo biedaczyna zawsze po pewnym czasie, odkrywa, że padł ofiarą strasznej jędzy. Jak ona mogła? Przebrała się za dobrą wróżkę i zbawiła go cukierkami. I uwierzcie mi, wcale wtedy mu nie mówiła, że tych cukierków nie będzie na śniadanie każdego dnia (a Piotruś przecież myślał coś innego!).

Wieczny chłopiec lubi „odwracać kota ogonem”. Po mistrzowsku chowa się przed karcącymi spojrzeniami i rozliczaniem go z działania. Postawiony pod murem, ucieka. Jak każdy mały chłopiec, lubi bawić się bronią, ale nie potrafi z niej korzystać. Każdy Piotruś Pan bardzo dobrze udaje, ale gdy coś zaczyna burzyć jego bezpieczny i niezobowiązujący świat, z całych sił wieje przed konfrontacją.

linia 2px

W słuchawce B. opowiada, a z każdym słowem słychać, jak uchodzi z niej para i łzy. Bo ona bardzo chciała wierzyć swojemu Piotrusiowi. I nie tylko „chciała”. Uwierzyła, że już zawsze, i pięknie i na dobre i na złe, i razem za pięćdziesiąt lat w tym samym parku pójdą na spacer. I wiele lat krzyczała na siebie: „nie bądź taką zołzą, to tylko…”. Ale przez lata wszystkie „to-tylko” bardzo urosły, a B. miała ich już tyle zapakowanych do koszyka, który niosła, że zaczęła się przewracać. Poprosiła wtedy Piotrusia, żeby jej pomógł, ale on wcale nie chciał. Zaczęła podrzucać mu delikatnie „to-tylko” do plecaczka, gdy nie widział, ale on wyrzucał je na dywan i zaczynał tupać.

Ostatecznie po 8 latach, jednej ciąży, kilku awanturach „na serio” i demonstracyjnym rozsypaniu klocków Piotrusia pod domowym śmietnikiem, odeszła. Zostawiła mu wszystkie „to-tylki” i stwierdziła, że jest dla niego zwyczajnie za stara, bo chciałaby się rano napić kawy, a nie robić mu kakao. Szkoda jej tylko tych ośmiu lat. Bo gdyby od początku Piotruś nie udawał, że chce być dorosły, już dawno byłaby gdzie indziej.

Szanowny Piotrusiu,

piszę dzisiaj do ciebie w imieniu wszystkich kobiet. Nie będę cię prosić, żebyś wydoroślał – oboje wiemy, że to prędko się nie zdarzy, ale proszę przestań udawać dorosłego. Nawet nie wiesz, ile razy podeptałeś czyjąś przyszłość.

 


Odchodzenie jest najtrudniejsze, kiedy nie masz swojego potwora… Gdy musisz zmierzyć się z własną decyzją

Femme fatale
Femme fatale
5 czerwca 2017
Fot. iStock / fcscafeine

Spakować w pośpiechu walizkę, napisać kilka słów na kartce albo nie, zniknąć, uciec… trzasnąć drzwiami i koić swój ból złością na Niego. Winnego mniej lub bardziej, ale jednak winnego.

Tego, który do tego doprowadził, czasem zmarnował ci kilka miesięcy albo pół życia. Cóż to za potwór. Bo kto inny mógłby okraść cię tak bezpardonowo z tych wszystkich chwil, które miały być szczęśliwe?

Miał być album ze zdjęciami i pogaduchy przy winie. Nie ma.

Nawet nie wiesz, kiedy ktoś wślizgnął się do twojego życia i zabrał te wszystkie marzenia… Jakie to byłoby proste. Po głowie pogłaskałaby cię przyjaciółka cedząc przez zęby, że to pajac (a ona od początku to mówiła) i że nie zasługuje nawet na połowę tego, co od ciebie dostał.

Ale odchodzenie jest najtrudniejsze, kiedy nie możesz sobie wykreować potwora, przed którym trzeba uciec. Gdy widzisz swoją świeżą i jeszcze nieśmiałą dojrzałość. Wtedy, gdy nie ma w tobie „nigdy” i „zawsze”, i gdy stoisz przed lustrem mierząc się ze zdaniem: „bez względu na wszystko, co wydarzyło się po drodze, teraz to moja decyzja”.

Przebudzenie – świt rozczarowań

Zaczyna się całkiem niewinnie. Wychodzisz na balkon, zapalasz papierosa, dzieci już śpią. Jesteś sama ze sobą przez te parę minut. Żar tli się powoli, a twoje myśli wirują z prędkością światła. Wracasz do tych wszystkich chwil, z których już wiele razy składałaś swoją opowieść. Ale tym razem film jest o czymś innym. Nie jest już tanim dramatem o rozczarowanej kobiecie, ani o tyrającej na dwie zmiany samotnej z rodziną. Jest o tym, jak wiele razy nie widziałaś, gdzie zmierza twoje życie.

Klatka po klatce przyglądasz się uważnie sobie, czasem widzisz, że wiele się nie zmieniło, tylko ty jesteś już w zupełnie innym miejscu. Że on nigdy nie był księciem, supermanem ani romantykiem, za to ty byłaś doskonałą aktorką. Grałaś przed sobą cierpliwość, poświęcenie, wyrozumiałość.

Bo miłość wtedy była warta wszystkiego, prawda? Taką chciałaś siebie widzieć?

Nie, nie żałujesz. Nawet gdybyś miała wehikuł czasu i odnalazła siebie, nie zmieniłoby się nic. Bo w tym twoim bezpiecznym „kiedyś” przepełnionym miłością nie było miejsca na pieniądze, racjonalność, wątpliwości. Nie było miejsca na zwykłe, nudne i trudne życie. Była tylko wielka miłość.

Dopalasz papierosa, wypijasz łyk herbaty, wreszcie pytasz siebie: „jeśli nic się nie zmieni, czy ja chcę tam wrócić?”. I tego jednego jesteś pewna – nie chcesz. Byłaś tam bardzo długo. Pomimo, bo wszyscy zawsze mówili ci, że kocha się pomimo. I ty kochałaś.

Pewnego dnia tylko obudziłaś się w świecie, w którym siebie już kochać nie umiałaś. Skurczyłaś się potwornie, tak bardzo, że twojego głosu nie dało się już usłyszeć. On został tam, ty szłaś do przodu.

Teraz dopiero widzisz, jak wiele chciałaś zamieść pod dywan. Ale dzisiaj rozumiesz, że to nie jest już ważne, bo jakiej historii nie pisalibyście do tej pory, dopiero teraz wiesz, że „bez względu na wszystko, co wydarzyło się po drodze, teraz to moja decyzja”.

Tresowany potwór – pilnie kupię

Nigdy tak sobie nie wyobrażałaś rozstania, prawda?

Powinny być jakieś zdrady, choć jeden roztrzaskany wazon i wojna Państwa Rose w miniaturze. Przecież coś musi się zadziać, żeby dwoje kochających się ludzi nagle przestało się kochać.

Ale często nie dzieje się nic. To nic bywa gorsze niż cokolwiek na świecie. Wibrująca pustka i coraz więcej myśli.

Czasem jesteś kobietą, która budzi się cudzym życiu. Patrzy na siebie i widzi tylko dodatek, piękną klasyczną ozdobę, jak jego ładne spinki do mankietów. Innym razem rozstanie nie ma swojego początku, toczy się powoli, jak śniegowa kula zbierając po drodze wszystko, czego dotknie. Jego lub jej obojętność, rzucone w kłótni wyzwiska, lekceważenie i późne powroty do domu. Ten moment, gdy czasem on wypije o  jednego drinka za dużo  i ten, gdy któreś z was przekracza granicę, po której nie da się już wrócić do poprzedniego punktu.

Nie dzieje się nic, a jednak tak wiele. Nawet nie wiesz kiedy.

„Jak to się stało?” – słyszysz z tyłu głowy. „Głupia baba, jakby ludzie nie mieli większych problemów”. I nikt nie chce zrozumieć, że życie to coś więcej, niż wieczny rozejm dwóch walczących ze sobą istot. Umowa, że będziecie się znosić.

Kiedy nie możesz sobie stworzyć potwora, cholernie trudno jest odejść. Byłoby inaczej, gdybyś mogła usiąść z butelką wina w kuchni, upić się swoją nienawiścią i złością. Ale gdy dojrzewasz do odchodzenia, wiesz, że każde z was wiele razy zamieniało się w potwora. Karmiliście go obojętnością, frustracją, satysfakcją. Pożerał niewyobrażalne ilości „miałam rację” i was, kawałek po kawałeczku.

Twoim potworem już zawsze będzie świadomość, że nie potrafiliście zrobić tego jednego, jedynego kroku w tym samym kierunku. Kiedyś go wypuścisz na wolność, a sama pójdziesz nową drogą. Bardziej dojrzała, pogodzona ze sobą. I mądrzejsza o wiedzę, że decyzje zawsze leżą w naszych rękach. Że nie każdym potworem można się zasłonić lub z nim walczyć. Są takie, które można albo oswoić albo puścić wolno… i zacząć żyć na nowo.