Zaprogramowałam się na cudowne macierzyństwo i spadłam na samo dno. Depresja poporodowa odebrała mi wszystko, co dobre i jasne

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 grudnia 2016
Fot. istock/SolStock
Fot. istock/SolStock
 

Tak, bardzo chciałam tego dziecka. Czekałam na nie razem z mężem. Sama dobierałam mebelki do pokoju mojej córeczki, sama wybrałam kolor ścian – blado-zielony, delikatny. Byłam jedną z tych przyszłych mam, które na widok maleńkich ubranek płaczą ze wzruszenia, które czytają od deski do deski poradniki dla rodziców i jeszcze robią notatki. Nie miałam pojęcia, że to co nastąpi, kiedy Zosia pojawi się na świecie, odbierze mi wszystkie dobre emocje, tę całą radość, brutalnie wydrze tę cukierkową wizję macierzyństwa. Że odbierze mi godność, upodli, postawi pod ścianą. Żałuję, że tak długo broniłam się przed prawdą. Żałuję, chciałam być najlepsza. Spadłam na dno. Z samego szczytu własnych oczekiwań.

Zosia urodziła się wiosną, 8 miesięcy temu. Szybko, choć to moje pierwsze dziecko. Mój mąż był obecny przy porodzie, a potem wziął jeszcze tydzień wolnego, żeby się nami opiekować. Czułam się dobrze, naprawdę dobrze. Rodziłam w świetnych warunkach, w prywatnym szpitalu, ze znieczuleniem, z ulubioną muzyką gdzieś w tle, ze świadomością komfortu, spokojem, życzliwością lekarza i położnej. Tak, jak sobie zaplanowałam, zamarzyłam już dawno temu. Byłam z siebie dumna. Jasne, bolało. Bolało jak nigdy nic w życiu, ale dałam radę. Potem, po powrocie do domu, miało już być przecież tylko lepiej. „Będziesz zmęczona”- mówili znajomi, mama i teściowa. Tak wiem, dziękuję. Wiem wszystko. Przeczytałam. Przekopałam fora internetowe dla młodych mam. Starannie omijałam tylko wątki dotyczącej depresji poporodowej. To NIE MOGŁO mnie dotyczyć. Przecież ja byłam szczęśliwa. Musi być dobrze. Zaprogramowałam się na cudowne macierzyństwo.

Pierwsze kilka wspólnych dni upłynęło szybko, niezauważalnie. Byłam dobrze zorganizowana, przecież miesiącami ćwiczyłam wszystko „na sucho”. Tu mokre chusteczki, tu pieluchy, kosz na te brudne, czyste śpiochy, kocyki, pieluchy tetrowe. Kiedy mała śpi, ja gotuję, piorę, potem mam trochę czasu dla siebie. Żadnego gotowania butelek, zawsze wiedziałam – będę karmić piersią. W nocy to mąż miał mi podawać małą do karmienia, ale … denerwowało mnie, że robi to tak nieporadnie, że potrafi źle zapiąć pieluchę. Ja „już umiałam”. Po trzech dniach przeniosłam się do pokoju córki, żeby go nie budzić. Bo gdyby się obudził, chciałby mi pomagać. A ja już wtedy wolałam być w tym sama. Nawet dobrze sobie radził. To ja widziałam wszystko inaczej. Chciałam perfekcji, której tu nie było trzeba. Na własne życzenie pozbawiłam się dodatkowych minut snu i odpoczynku.

Po tygodniu mąż wrócił do pracy, w poczuciu, że tu i tak nic nie zdziała. Że widocznie tego teraz potrzebuję, że – jak napisano w którymś z poradników – teraz jest czas potrzebny na budowanie więzi między mną a dzieckiem. Tylko, że ja tej więzi nie czułam. Czułam tylko narastający niepokój.

Mama dzwoniła codziennie. – Przyjdę, przyniosę ci obiad, będziesz miała chwilę dla siebie – mówiła. Konsekwentnie odrzucałam pomoc. „Poradzę sobie” – powtarzałam jak mantrę. Bo co takiego trudnego może być w opiece nad noworodkiem, który właściwie tylko śpi i budzi się na jedzenie?

Może gdyby tak właśnie było… Ale moje dziecko chciało jeść właściwie cały czas. A ja miałam karmić „na żądanie”. Po trzech tygodniach moje piersi zaczęły krwawić. Nawał pokarmu powodował olbrzymi ból, sporadycznie gorączkę. To nic, mówiłam i ratowałam się domowymi sposobami. Poradzę sobie. Tuliłam córkę do piersi i zaciskałam zęby. Potem zaczęły się moje lęki i obsesja. Że coś jej się stanie, że niedojada, że nagle umrze, że udusi się śpiąc na brzuszku. Zamiast odpoczywać, albo robić zaplanowane wcześniej pranie, sprzątanie, wpatrywałam się w nią godzinami i coraz mniej miałam sił, coraz mniej chęci, żeby zająć się domem, sobą.

Zaczęłam nawalać. To znaczy, tak czułam, wewnątrz, gdzieś w głębi. Że jestem beznadziejna. Że sobie nie radzę. Że nie poradzę sobie jako matka. Wkrótce pojawił się strach, irracjonalny, że ktoś to zobaczy i zabierze mi dziecko. Traciłam grunt po nogami. Minuty, godziny dni, zlewały mi się w jedną całość. Jeden gęsty budyń, w którego konsystencji gubiłam się coraz bardziej.

Mąż nic nie mówił. Wracał do domu, w którym panował chaos. Naczynia powrzucane do zmywarki byle jak, albo wcale. Wszędzie resztki jedzenia, brudne pranie na podłodze w łazience. Ja, od kilku dni w tym samym T-shircie. Podchodził, całował mnie w głowę, sprzątał kuchnię, pytał czy jadłam, wspominał coś o pomocy – mojej mamy, teściowej. Udawałam, że nie słyszę. Tak, oczywiście, ze jadłam, no co ty (kłamstwo). Dobrze się czuję, po prostu długo dzisiaj byłyśmy na dworze (kłamstwo). Jasne, pamiętam, że miałam zadzwonić umówić szczepienie (kłamstwo i rozpacz – co ze mnie za matka). Mówiłam – radzę sobie. Jest dobrze, po prostu dzisiaj taki słabszy dzień, bo upał.

Kiedy Zosia skończyła 4 miesiąc złapałam się na tym, że wszystkie rzeczy wokół niej zaczynam robić jak automat. Że kiedy ją podnoszę, nie czuję miłości, że jej pierwsze, uważne spojrzenia nie dają mi radości. „Gdzie jest moja miłość?!” krzyczało mi „coś” w głowie i czułam się jeszcze gorzej. Tak, że nie byłam już w stanie zrobić nic poza tym, co po było niezbędne. Zmieniałam pieluchy, ubierałam dziecko, wychodziłam na spacer i łzy leciały mi po policzkach. Nie wiem już nawet skąd się brały. Kiedy pierwszy raz rozpłakałam się na ulicy, gorączkowo zaczęłam wycierać je kawałkiem chusteczki ze strachu, że rozmażą mi tusz do rzęs. Dopiero potem się zorientowałam, że przecież wyszłam z domu bez makijażu, w starym, poplamionym dresie, w zapoconej koszulce. Przestraszyłam się. Wróciłam do domu. Dziecko płakało w wózku, ja stałam przed lustrem i patrzyłam na swoje odbicie. Jak długo? Nie wiem.

Tygodnie mijały. Moja mama dzwoniła, przychodziła z propozycją pomocy, ja odmawiałam. Raz prawie wyrwałam jej dziecko z rąk. – Radzę sobie, jest dobrze – okłamywałam wszystkich i omijałam kolejne rodzinne uroczystości. Zawsze miałam jakieś wytłumaczenie. Że mała jest przeziębiona, że jestem zmęczona i potrzebuję odpoczynku, że kolka…

Coraz częściej zapominałam zjeść, albo jadłam byle co. Wtedy czułam się jeszcze gorzej. Potworne wyrzuty sumienia za to, jaką jestem matką, za to, że nie dbam o córkę. Żal, że ją w ogóle urodziłam. Chęć ucieczki, a potem na końcu pragnienie, żeby ktoś ją zabrał, zanim zrobię jej krzywdę. Z tymi emocjami zmagałam się dzień w dzień, w ciszy, w samotności.

Patrzyłam na moją córkę, jak na mojego gorszego wroga, żeby za chwilę tulić ją do siebie, byle do niej coś poczuć. Coś dobrego, jasnego. Ile razy myślałam o tym, żeby ją uderzyć? Nie potrafię o tym mówić.

Kiedy Zosia skończyła 5 miesięcy, zaczęłam mieć myśli samobójcze. Noce były najgorsze. Nie mogłam spać, a kiedy przysypiałam, męczyły mnie koszmary. Śniłam, że ktoś próbuje mnie zabić, że się duszę, że uciekam przed czymś i grzęznę. Budziłam się z krzykiem. Od tego momentu mój mąż zaczął nalegać, żebym poszła do lekarza. Dla mnie oznaczało to tylko jedno. On również uważa, że sobie nie radzę, że jestem złą matką, słabym człowiekiem. Że nie zasłużyłam na to dziecko. Że trzeba mi je zabrać.

Płakałam. Mówiłam, że nigdzie nie pójdę, że nie wpuszczę nikogo do mojego dziecka. Krzyczałam, że on mnie nie kocha, że myśli, że jestem najgorszą matką. Wpadałam w złość,  histerię. To zamykało mu usta.

Byłam przekonana, że zaraz o wszystkim zapomni, że szybko zamaskuję te łzy, że uda mi się przekonać go, że wszystko jest dobrze. Wtedy upadłam na samo dno. Pewnej nocy, a może już tuż nad ranem, leżąc koło mojego dziecka i myśląc o śmierci dosłownie poczułam jak odchodzę od zmysłów. Przestraszyłam się. Wpadłam w panikę. Zobaczyłam w końcu w sobie strzępek człowieka. Odłożyłam dziecko do łóżeczka, obudziłam męża. Błagałam go o pomoc. Ustaliliśmy, że rano weźmie wolne, że zadzwonimy po moją mamę, żeby została z córką. Że pojedziemy do lekarza. Zasnęłam, pierwszy raz od wielu miesięcy, spokojnie.

Ale rano opanowały mnie moje zwykłe demony. Krzyczałam, że nie potrzebuję pomocy, że nigdzie nie pójdę. Mąż siłą zaciągnął mnie do lekarza. Pamiętam, jak bardzo tego nie chciałam, jak wpadłam w histerię, że nie mogę zostawić mojego dziecka. Chciałam z nią być cały czas i jednocześnie nie mogłam. To uczucie ciągłego rozdarcia, lęku, złości na siebie i na cały świat zamieszkało we mnie na stałe.

Usiadłam w jasnym, czystym gabinecie. Spojrzałam na kobietę naprzeciwko, zobaczyłam spokój w jej oczach. I rozpłakałam się. Płakałam przez całą wizytę. „Jestem złą matką” – powiedziałam. „Złe matki nie przychodzą po pomoc” – usłyszałam.

Od trzech miesięcy leczę swoją depresję poporodową. Nie karmię już piersią, biorę leki. W dzień w domu jest ze mną moja mama. Wieczorem pomaga mi mąż. Żyję. A w córce powoli zaczynam zauważać najważniejszego dla mnie człowieka. Ale to jeszcze ciągle nie „to”.

Wysłuchała: Anna Frydrychewicz


Depresja poporodowa dotyka od 10 do 20% matek, w okresie od pierwszego do dwunastego miesiąca po urodzeniu dziecka (sporadycznie także pózniej).

 

 


„Zamiast mówić mu, że jest mężczyzną twojego życia, powiedz mu w końcu, że jesteś z niego dumna”. List do teściowej

Listy do redakcji
Listy do redakcji
16 grudnia 2016
List do teściowej
Fot. iStock / Milan Marjanovic
 

Zbliżają się Święta, a ja znów w żołądku czuję ten nienaturalny niepokój,  ten ścisk, który nie pozwala mi się wyluzować, odpuścić i po prostu cieszyć się nadchodzącym czasem.

Tak wiem, że może wyolbrzymiam, że może robię z igły widły i jak to mówi czasami moja mama – powinnam być mądrzejsza i pewne rzeczy olać. Ale nie potrafię. Nie potrafię przejść na porządku dziennym do sytuacji, kiedy ktoś próbuje podkopać mój autorytet, kiedy nie szanuje mnie, ani relacji w mojej rodzinie, ba – nie szanuje mnie, choć oczywiście zaprzeczałaby, gdybym próbowała znowu z nią to wyjaśnić. Już dawno straciłam nadzieję, że między nami może być normalnie, że możemy spotykać się i chociaż szczerze być wystarczająco dla siebie miłym, a nie ciągle walczyć, gdzie polem bitwy jest mój własny dom, a teściowa próbuje moje dzieci wziąć za jeńców.

I wiem, że są teściowe i dobre, i fantastyczne. I chyba niczego nie zazdroszczę innym kobietom, jak fajnych relacji z matką ich partnerów, albo tego, że ich już po prostu nie ma.

To mama mojego męża, najbliższa mu rodzina. Nigdy nie stanę bezpośrednio przeciwko niej, bo choć on dostrzega jej wady,  to przecież ją jednak kocha… To jego mama, babcia moich dzieci.

Ale przez ten jeden okres w roku, kiedy myślę, że część nadchodzących Świat spędzimy w jej towarzystwie czuję dreszcze na plecach, bo nie wiem, do czego ona się posunie, co powie, jak się zachowa.

To nie jest tak, że mąż z nią nie rozmawiał, że ja nie próbowałam… Nie, ona jest tą nieomylną, kochającą do granic wytrzymałości swojego syna i zabijająca nastrój każdej z naszych rodzinnych uroczystości. Nauczyłam się już zagryzać wargi, nie dawać się ponieść emocjom. Bo na co to komu. Co to da, że zwrócę uwagę, że po cichu poproszę, by przestała. Ona i tak oznajmi to całemu światu, żeby pokazać, jak biedna jest, jak traktuje się niedołężną (raptem lat 63) kobietę.

A przecież ja nie wymagam zbyt wiele. Kochana teściowo, chciałabym cię tylko prosić, żebyś w te Święta:

– Nie komentowała: „Po co tyle jedzenia” – nie ty je przygotowujesz, a mi wystawienie 12 tradycyjnych potraw sprawia prawdziwą przyjemność.

– Nie pytała nim cokolwiek powiesz, czy ciasto kupne, czy sama robiłam. Wiem, że twoja opinia zależna będzie od tego, czy ja je piekłam – zawsze znajdziesz jakąś wadę, czy kupione – choć tu i tak nie oszczędzisz mi twojego: „no żeby na Święta nie piec samemu”.

– Nie zabierała w ogóle głosu w sprawie wystroju naszego domu – bo choinka żywa i po co, przecież zaraz będzie się sypać i pewnie tylko same kleszcze w niej przynieśliśmy. Tak, wiem, że w twoim domu stała mała choineczka, byleby tylko zbyt dużo miejsca nie zajmowała – w naszym domu – moim i twojego syna choinka jest ogromna, żeby każdy mógł sobie obok niej usiąść i zaśpiewać kolędy.

– I tak, wiem, że moje pierogi kolejny rok z rzędu nie będą ci smakować, bo ciasto za grube, albo za cienkie – ale wybacz przestałam je robić po to, by tobie smakowały, mają smakować moim dzieciom.

– Nie pytała, ile kosztował prezent dla moich dzieci, bo one nadal chcą wierzyć w św. Mikołaja i nie mów, że są zbyt duże na „takie bzdury”, nie odzieraj tych Świąt z magii, jaką daje nam obecność dzieci.

– Nie zwracała uwagi, że moje dzieci ubrały się twoim zdaniem niestosownie, że krzywo siedzą przy stole, że rozmawiają i śmieją się – to są Święta, czas radości, czas rodzinnej kolacji, właśnie śmiechów, rozmów i wzruszeń – które ty zawsze wyśmiewasz.

– Pamiętała proszę, że w naszym domu szanujemy zdanie innych i dajemy im prawo się wypowiedzieć, że zasada „dzieci i ryby głosu nie mają” u nas nie funkcjonuje.

Nie musisz mnie kochać, ale chciałabym, żebyś w końcu, po niemal 15 latach mojego małżeństwa, uwierzyła w końcu, że nie chcę zrobić krzywdy twojemu synowi, że nie buntuję jego i dzieci przeciwko tobie – to ty sama swoim zachowaniem masz na to wpływ. Ale tak, wiem – łatwiej obarczyć winą mnie – niewdzięczną, niż zobaczyć winę w sobie. Pogodziłam się z tym, próbuję to dźwigać, wiedząc, że twój syn stoi po mojej stronie, że jest dla mnie wsparciem.

Chciałabym, żebyś tylko jedno zrozumiała – że to właśnie jemu robisz największą przykrość, nie mi, nie moim dzieciom, ale właśnie jemu, który rozdarty między swoją rodziną a miłością do ciebie, woli unikać wspólnych spotkań, niż zderzać się z twoim brakiem akceptacji, o zrozumieniu już nie wspomnę.

Nie jestem twoim wrogiem, choć pewnie łatwiej by ci było tak o mnie myśleć. Ale pamiętaj – on jest moim mężem, twoim synem – i tak zawsze będzie. Ja go nie stracę – tyle razem przeszliśmy, że choć wiem, że niczego na 100% nie możemy być w życiu pewni, to jednak w jego miłość do mnie wierzę. A ty – ty możesz go stracić, na własne życzenie. Dostrzeż to w końcu. Zamiast szeptać mu do ucha łamiąc się opłatkiem, że jest najważniejszym mężczyzną w twoim życiu, powiedz mu w końcu, że jesteś z niego dumna. Z niego i z rodziny, którą stworzył. O to tylko cię proszę.


Codzienne nawyki, które postarzają cię o co najmniej 10 lat

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
16 grudnia 2016
Fot. iStock/ Voyagerix
Następny

Starzenia się nie można uniknąć ani powstrzymać – choć próbujemy, walczymy z jego oznakami i staramy się oszukać metrykę, jesteśmy wobec tego procesu bezsilne. Często jednak nieświadomie pomagamy naturze i same sobie wyrządzamy krzywdę – niektóre z naszych codziennych nawyków skutecznie postarzają nas i dodają naszej urodzie dobrych kilka lat. Najwyższy czas z nimi skończyć! Niewielkie zmiany zadziałają o niebo lepiej, niż najdroższy krem ujędrniający.


Na podstawie: www.firstforwomen.com

Zobacz także

Fot. iStock/Gala2205

Przysięgam, moje dzieci wpędzą mnie pewnego dnia do grobu. Albo wyląduję w wariatkowie!

Fot. iStok/martin-dm

Magdalena Chorzewska: „Każda nowa znajomość zazwyczaj zaczyna się cudownie. Bez emocji można zobaczyć o wiele więcej”

Fot. iStock/sergio_kumer

Czy wybaczanie innym nam popłaca?