Związek

„Miałam wrażenie, że mieszka i śpi z nami w łóżku była kobieta mojego Grzegorza. I nic nie mogłam z tym zrobić!”

Poli Ann
Poli Ann
4 października 2021
fot. LightFieldStudios/iStock
 

Gdy rozstałam się z mężem, myślałam, że cały limit szczęścia już wyczerpałam. Ślub brałam z miłości, dziecko było owocem tego, co nas łączyło, mieszkanie dopieszczone. Nic tylko pisać bajkę pod tytułem „Żyli długo i szczęśliwie”. No cóż, bajkę naszą przerwało życie, rutyna, inne priorytety. Rozwód był jej ostatnim rozdziałem. Byłam po trzydziestce, z małym synkiem u spódnicy, walcząca o przetrwanie. Były mąż nie przeszkadzał mi w życiu, ale też nie pomagał. Był weekendowym tatusiem, takim od lodów, kina i piłki. Cóż poradzić? Ktoś musi grać rolę tego złego i dobrego policjanta.

Tamten weekend akurat miałam wolny. Przyjaciółki wyciągnęły mnie na imprezę. Od kilku lat obce mi były nocne wypady, jednak tym razem poszłam. Gdy zobaczyłam go na parkiecie, przepadłam. Ale tylko wewnętrznie. Zarumieniłam się i tańczyłam dalej. Nie dałam mu ani jednego znaku, że jestem zainteresowana. Zagadnął mnie przy barze. Nie był nachalny, nie prawił miliona durnych komplementów, był swobodny. Tym mnie ujął. Zatańczyliśmy kilka razy, śmialiśmy się, nikt nic nie chciał, żyliśmy tą chwilą. Pożegnaliśmy się jak kumple i każdy wrócił grzecznie do domu. Do dziś nie wiem, jak mnie znalazł na fejsie. Napisał raz, drugi, trzeci. Odpisałam raz, drugi, trzeci. Był sam, wspólnie z byłą dziewczyną wychowywał córkę.

Chciał tego samego, co ja  – bycia kochanym. Mieliśmy podobne pragnienia i priorytety. Życie nieco nas przeorało, więc wydawało się, że pakując się w kolejną relację będziemy dojrzalsi. Układało się dobrze, nawet nasze dzieci się polubiły i razem układały namiętnie tory wyścigowe Wadera. Wszystko zaczynało mieć sens. Nie chcieliśmy żadnego ślubu. Po prostu pragnęliśmy iść przez to życie razem, we dwoje. Kwestią czasu było jednak to, że w tym układzie będzie nas więcej. Ja jeszcze wtedy tego nie wiedziałam.

Punktem zapalnym była ospa wietrzna. Mój Wojtuś złapał ją w przedszkolu i zaraził Marysię, córkę Grzesia. Przedszkolaki ciągle chorują, nasza parka przechodziła chorobę naprawdę lekko, ja się nimi zajmowałam, więc byłam wielce zaskoczona, gdy pewnego ranka dostałam sms z niewybrednymi tekstami, jak się okazało od byłej mojego już (chyba) Grzegorza. Osłupiała gapiłam się w telefon, nie wiedząc, o co chodzi. Skąd ta kobieta miała mój numer? To raz. Skąd taki jad? To dwa. Zachowałam zimną krew i nie odpisałam. W końcu baby na oczy nie widziałam, ojciec sam mi dziecko powierzył, a ja zapewniłam mu najlepsze warunki. Zapomniałam o sprawie na kilka godzin. Wieczorem dostałam kilkanaście kolejnych „miłych” wiadomości.

Tym razem już chciałam ustalić z Grzegorzem jakieś reguły kontaktu Arlety ze mną. Liczyłam na to, że ją zruga, zabroni jej pisać, przyzna mi rację, bo ta przecież leżała po mojej stronie. Tej nocy nie było dane mi zasnąć. Z Grzegorzem pokłóciłam się okropnie. On bronił Arlety zajadle, robiąc ze mnie idiotkę. Wyszedł, trzasnąwszy drzwiami i nie mówiąc mi, dokąd idzie. Wrócił dokładnie o 4.21. Pijany jak bela. Kolejnego dnia nie chciał rozmawiać. Nawet mnie nie przeprosił. Po prostu zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. Arleta na tydzień dała mi spokój, potem znów nękała mnie pretensjami o obiad, o drugie śniadanie dla Marysi, o stresowanie jej córki i faworyzowanie Wojtka. Grzegorz nie reagował na moje prośby. Każda kłótnia kończyła się jego trzaskaniem drzwiami i alkoholem. Proponowałam terapię, przeprowadzki do innego miasta, wspólne weekendy. Nie zgadzał się na nic i każdą sprawę omawiał z Arletą. Po jakimś czasie miałam wrażenie, że ona z nami mieszka i śpi w jednym łóżku.

Gdy kazałam mu wybierać, na kolanach, z Marysią u boku błagał bym nie odchodziła. Zagrał na czułej stronie. Jak mogłam odmówić, gdy Maria wszystko widziała i słyszała? Potem okazało się, że i tak jestem potworem, bo naraziłam dziewczynkę na traumę. Zrywaliśmy kilka razy i scenariusz powrotu do siebie wciąż był taki sam. Grzegorz zarzekał się, że z Arletą go nic nie łączy, że jest tylko matką jego córki, po czym od Arlety dostawałam takie smsy, że wiedziałam, iż Grzegorz mówi jej wszystko. Nawet prezent dla mnie na urodziny wybierała ona. Po dwóch latach szarpaniny odeszłam na dobre, przypłaciłam to depresją, lękami (bałam się odbierać smsy), moja pewność siebie osiągnęła poziom ujemny.

Czułam się nic niewarta, wykorzystana, oszukana. Marysia kiedyś, spotkawszy mnie na ulicy pokazała mi język i powiedziała, że mamusia twierdzi, że jestem wiedźmą. Wtedy pojęłam, jak Arleta była zazdrosna o mój związek z Grzegorzem, jak bardzo nie radziła sobie z sympatią Marysi do mnie, jak nienawidziła samej siebie, skoro innym potrafiła zgotować piekło. Grzegorz też mnie nie oszczędzał. Dowiedział się o mojej terapii i uznał, że był w związku z kobietą chorą psychicznie i że teraz jest w końcu szczęśliwy.

Bolało mnie to bardzo, zapadałam się w nicość. Gdyby nie moja psychoterapeutka, nie wiem, czy uniosłabym ciężar tego wszystkiego. Dziś wiem, że Grzegorz jest po prostu uzależniony od Arlety, że ma też problem z alkoholem, że nie radzi sobie sam ze sobą i dlatego pozwala Arlecie o wszystkim decydować. Podobno ma nową miłość, podobno Arleta znów dostaje szału. Jak widać w niedużym mieście nie da się nic ukryć. A ja powoli staję na nogi. Odmówiłam Grzegorzowi przyjaźni, o którą pewnie kiedyś bym skomlała, ciesząc się okruchów uwagi, jaką mi daje. Pamiętam, jak błagałam, by mnie wysłuchał, jak starałam się, by nie wściekał się o reakcje Arlety.

Tak naprawdę nasz związek kręcił się wokół niej. Co ona powie, jak zareaguje. Nikt nie brał pod uwagę tego, co czuję JA!!!! W końcu to ja byłam szykanowana, bałam się spoglądać na telefon. A gdy zmieniłam numer Grzegorz ponownie poczęstował nim swoją eks. Gdy to ja wówczas dostałam szału, swoimi tekstami zmiażdżył mnie tak bardzo, że to ja go przepraszałam. Pragnęłam, by mnie nadal kochał.

Dziś wiem, że byłam ofiarą, że pozwalałam sobie na takie traktowanie, że byłam zbyt słaba, bo wierzyłam w jego uczucie. Terapia rzuciła nowe światło na ten związek. Ja dużo zrozumiałam, uspokoiłam się, uwierzyłam w siebie. Pracuję nad sobą i poważnie myślę o wyprowadzce tego toksycznego miejsca. Nie chcę wracać do przeszłości. Chcę skupić się na sobie i synku. Na związek się nie zamykam, wiem tylko, że nie pozwolę już żadnej eks zniszczyć mojego życia. A co najważniejsze, wiem, że miłość zaczyna się od kochania samego siebie, wtedy wiadomo, że można kogoś drugiego.


Związek

„Czytam te artykuły, jakie te kobiety są biedne, a mężczyźni okrutni. I krew mnie zalewa!”

Poli Ann
Poli Ann
19 października 2021
Photo by Zach Vessels on Unsplash
 

Świat nie jest podzielony na dobre kobiety i złych mężczyzn, tylko na dobrych i złych ludzi. Po raz kolejny się zakochałem i przejechałem. Chyba byłem za dobry…

Poznałem Gosię przez znajomych. Drobna blondynka, ładna, gadatliwa. Wydawało mi się, że nie będę w jej typie. Ja wielki facet, wydziarany, łysy. Zagadałem, poprosiłem numer telefonu. Zgodziła się, a ja fruwałem. Byłem bardzo spragniony miłości, miałem kilka nieudanych związków za sobą, a Gosia momentalnie zawróciła mi w głowie. Samotna matka, po trudnym rozwodzie, ledwo wiążąca koniec z końcem. Nie byłem nachalny, zdobywałem ją małymi krokami, jej córka mnie polubiła, zaczęliśmy spędzać czas we trójkę, z reguły aktywnie i było nam tak… normalnie. Zakochałem się, zmieniłem pracę, zacząłem jeździć na tirach i zrozumiałem że to z Gosią chcę mieć rodzinę.

Wprowadziłem się do niej. Będąc w domu pomagałem, jeżdżąc po Europie dzwoniłem kilka razy dziennie, wspierałem, gdy zepsuł się jej samochód, gdy ciekł kran lub gdy zabrakło pieniędzy. W końcu byłem głową rodziny. Byłem taki dumny i szczęśliwy, że dziewczyny mogą oprzeć się na moim ramieniu, że to do mnie dzwonią o pomoc, że mnie pokochały…Gosia nie chciała ślubu, twierdziła że jeden już miała i wystarczy. Uszanowałem to. Nie chciałem brać więcej niż chce mi dać. Pewnie się bała, że tak jak mąż ją zdradzę. Ja tez już raz byłem zaobrączkowany. Wiem jak smakuje rozwód, nie nalegałem. Było dobrze jak jest.

W końcu miałem do kogo wracać, z kim pogadać, iść na zakupy, do kina, a w nocy kochać się namiętnie. Byłem wierny jak pies. Wszystko robiłem z myślą o moich dziewczynach. Zrobiłem im remont całego mieszkania, dokładałem się do wydatków związanych z Zosią, choć nie musiałem. Spłacałem Gosi kredyt, bo jako fryzjerka w niedużym mieście mało zarabiała. Byłem wsparciem takim umiałem. Czy coś mi przeszkadzało?

Tak, ale w obawie, że stracę moją rodzinę nie reagowałem, gdy Gosia brała mój telefon i go przeszukiwała, gdy mojej serdecznej przyjaciółce zasugerowała, że nie toleruje tej przyjaźni ze mną, gdy jechałem odwiedzić mojego syna z pierwszego małżeństwa, a ona nigdy nie chciała ze mną tam pojechać. Nie poznała mojej mamy, braci. Ja natomiast jej rodzinę i przyjaciół tak. Tych kilka spraw mnie uwierało, ale trwałem w tym związku. Przecież ją kochałem.

Wszystko pękło, gdy zabroniła mi pojawić się na komunii Zosi, twierdząc, że ojciec dziewczynki sobie tego nie życzy. Po raz kolejny zrobiłem coś, czego sobie życzyła, problem jednak był w tym, że gościom zostało powiedziane, że wyjechałem w trasę. W domu zaś, gdy dziewczyny wróciły z przyjęcia, Gośka rzuciła słodko: „Szkoda, że Cię nie było”. Zabolało. Mnie, niemal stukilowego faceta, zabolało jakby mnie dźgnęła. W plecy, znienacka.

Drugi cios padł, gdy szukając jakichś moich papierów, znalazłem jej dokumenty, w których starała się o wsparcie finansowe w czasie pandemii. Zobaczyłem w końcu, ile zarabia i ile dostała od rządu. Mi o niczym nie wspomniała, ba, nawet dołożyłem do komunii Zosi, bo narzekała, że brakuje. Kawałki układanki w mojej głowie zaczęły tworzyć mi nowy obraz mojej kobiety. Nie rozumiałem dlaczego nie jest ze mną szczera. Gdy chciałem rozmawiać, uznała, że grzebię w jej rzeczach. Wrzeszczała, płakała, a ja nie poznawałem mojej Gosi. Oliwy do ognia dolała po paru dniach, zupełnie niechcący, Zosia. Wygadała się, że tydzień była u babci.

Gosia tłumaczyła się nawałem pracy dlatego wysłała mała do babci, prawie jej uwierzyłem, ale gdy tego samego dnia na mieście mignął mi jej były mąż, dodałem dwa do dwóch. Była tak zaskoczona moim bezpośrednim pytaniem, że nawet nie zaprzeczyła. Tydzień spędziła w towarzystwie swojego eks i to raczej nie na omawianiu przyszłości Zosi. Myślałem, że wymyśli taką wymówkę, że jej uwierzę, że będzie jak kiedyś. A ona tylko milczała, patrząc na mnie z pogardą, gdy, połykając, łzy pakowałem swoje rzeczy. Następnego dnia z awanturą zadzwoniła do mnie jej matka grożąc mi policją, za to co zrobiłem jej córce. Dowiedziałem się, że przez te dwa lata znęcałem się nad nią psychicznie, że każdy wypad na rower, na weekend to była udręka, seks męczarnią, że w końcu się ode mnie uwolniła. Rozłączyłem się. Bolało cholernie. Ja tylko chciałem mieć rodzinę. Nie byłem idealny, ale nigdy Małgorzaty ani Zosi nie skrzywdziłem. Były przecież moją rodziną…

Wprowadziłem do innego miasta, dziś składam się do kupy. Gośka wśród naszych przyjaciół przedstawiła swoją wersję, niemal wszyscy się ode mnie odwrócili nie chcąc nawet mnie wysłuchać. W kontakcie jestem tylko z jedną parą znajomych – Krzyśkiem i Magdą. Oni jedyni domyślili, że Gośka kłamie.

Niedawno po kilku drinkach wypaliła ponoć w towarzystwie, że był jej potrzebny facet, żeby nikt już więcej nie gadał, że jest sama więc gdy nawinąłem się ja uznała, że skorzysta. Napatoczył się jeleń, którego wykorzystała do cna, rozwaliła na kawałki, odebrała godność i wiarę w miłość. Nie wiem czy i kiedy się pozbieram. Trudno jest. Facet to też przecież człowiek, ma uczucia, kocha, pożąda, tęskni, Krzysiek zripostował to w następujący sposób:” Stary, bo to zła kobieta była”. Może kiedyś będę się z tego śmiał, dziś póki co na to za wcześnie. Faceta też można złamać, nie złamawszy sobie nawet paznokcia.

 

 


Związek

Polskiej szkoły się nie wspiera, od niej się wymaga, ją się rozlicza i publicznie chłoszcze, szczując społeczeństwo na nauczycieli

Poli Ann
Poli Ann
27 września 2021
fot. Fertnig/iStock

Anka wróciła z pracy. Jest połowa września. Szkolna machina już się rozkręca. Kobieta pracuje już od kilku tygodni, przygotowując sale, szykując podręczniki, uczestnicząc w radach i szkoleniach. Jej praca ma wiele plusów i minusów. Jak każda zresztą. Tylko Anka wciąż zadaje sobie pytanie, skąd ta wszechobecna niechęć do nauczycieli, która krótko po wakacjach szczególnie przybiera na sile?

Nagłówki w internetach krzyczą: jacy belfrzy są niedobrzy, ile wymagają, że dzieciaki po tyle godzin w szkole siedzą i przeżywają katusze. I z roku na rok coraz mniej się Ance chce się śmiać. Ileż można walczyć z hejtem, znosić przycinki, ciągłe niezadowolenie, obelgi? Ileż można uśmiechać się i udawać, że ma się to w nosie, jeśli raz po raz po tym nosie się obrywa? Czy można ponosić winę za plan, który zmieniany jest, bo w szkole brakuje sal, bo podstawa programowa jest przeciążona, bo nie ma nauczycieli, gdyż ktoś łączy dwa etaty lub właśnie złożył wypowiedzenie?

Czyżby społeczeństwo zapomniało, że nauczyciele to też ludzie, mający lekcje do siedemnastej i często będący rodzicami, także na złamanie karku pędzący po swoje pociechy?

Anka przyszła ze szkoły po dwudziestej. Była w szkole od rana, miała godzinną przerwę między lekcjami a radą, a że blisko mieszka to wpadła na chwilę do domu. Zrobiła dzieciom szybki obiad i pędem wróciła do pracy. Rada wrześniowa nigdy nie jest krótka. Trzeba omówić mnóstwo spraw, a prócz tego złożyć mnóstwo dokumentów. Na wczoraj oczywiście – plany, sprawozdania, innowacje, projekty. Anka jest nauczycielką od kilkunastu lat i zdążyła się przyzwyczaić, że na początku roku szkolnego jest tyle spraw do ogarnięcia, jednak po ostatniej radzie wróciła do domu milcząca, zamyślona. Wypalona? Nie, bo uwielbia tę robotę i nie jest w niej za karę. Wybrała ten zawód świadomie. Wiedziała, że będzie mało zarabiać i że lekko nie będzie. Skończyła jedne studia, potem kolejne, zrobiła kursy, szkolenia. Nie przerażało jej to. Podnoszenie kwalifikacji jest wpisane w ten zawód. Zresztą Anka jest wielozadaniowa, otwarta, lubi się uczyć i nauczać, jednak po ostatnim zebraniu w pracy czuje złość. Nie do dyrekcji, która o gawiedź szkolną dba jak o rodzinę. Nie do rodziców, którzy czasem potrafią dać w kość. Nie do dzieci, które bywają naprawdę nieznośne.
Anka czuje złość do systemu i tych, którzy nim zarządzają, którzy nie mają pojęcia, jak wyglądają realia w polskiej szkole, ale udają, że są w nich świetnie zorientowani.

Na pracowników oświaty nakładają coraz więcej obowiązków, polegających głównie na tworzeniu dokumentów. Owszem papier wszystko przyjmie, jednak czy samą papierologią stoi szkoła? Może cnotami niewieścimi, dobrem, prawdą (tak brzmią najnowsze chwytliwe hasła, nijak wyjaśnione, po prostu narzucone gronu pedagogicznemu)? A gdzie miejsce na kreatywność, swobodę, wolność słowa, krytyczne myślenie i co najważniejsze, gdzie jest miejsce na POMOC?

Współczesne panie i współcześni panowie na wysokich stołkach, w modnych garsonkach i garniturach, pozornie dbający o polskie szkolnictwo, tworzą piękne maksymy, media o nich huczą, jedni popierają, inni ostro krytykują. Spirala się nakręca, społeczeństwo się zagryza, motta krzyczą, wszyscy je słyszą, chcąc nie chcąc, a tego co najistotniejsze, niestety nie da się usłyszeć.

Nie usłyszymy niemego krzyku dziecka połykającego łzy, kiedy za drzwiami jego pokoju rodzice kłócą się o wszystko. Gdy latają talerze, wyzwiska, a ciemne okulary i fluidy przykrywają siniaki nabite podobno podczas spotkania z szafą.

Nie usłyszymy dźwięku żyletki, tnącej dziecięce ciało raz po raz. Ani niemego krzyku tegoż dzieciaka każdym cięciem wołającego o pomoc.

Nie usłyszymy bulimiczki wymiotującej obiad ani anorektyczki jedzącej pół jabłka dziennie, które szepczą do swojego odbicia w lustrze słowa pełne nienawiści.

Nie usłyszymy myśli samobójczych, strachu, lęku, depresji młodych ludzi, przerażonych pandemią, niepewnością, zmianami w ich ciele, na które nie mają wpływu i których nie rozumieją, bo przecież nauczyciel nie zawsze ma prawo wyjaśniać takie sprawy.

Nie usłyszymy hejtu pisanego na Messengerze ani wysyczanego do ucha.

Nie usłyszymy, jak nasze dzieciaki toną w przerażeniu i samotności. Te w podstawówkach, liceach i technikach.

Nie usłyszymy głosów w ich głowach, które miażdżą ich wewnętrznie.

Wiemy, ile mniej więcej pandemia zabiła ludzi. Ile ludzi chorowało, a ile wyzdrowiało. Nikt nie mówi natomiast, jak wielu uczniów pandemia złamała, dotknęła i uśmierciła wewnętrznie. O tym się milczy. Uparcie i tchórzliwie. Rzuca się hasła, promujące bliżej nieokreślone wartości.

Proponuje dofinansowanie wycieczki, która nie ma szans być zrealizowana, bo na rozpisanie dokładnego planu i kosztorysu ma się raptem kilka dni. Oferuje zajęcia wyrównawcze, które muszą być zorganizowane po godzinach, gdyż w przeładowanym do granic możliwości planie nie ma gdzie ich wcisnąć.

Mówi o odchudzaniu podstawy programowej, podczas gdy dzieciaki już w czwartej klasie mają po sześć czy siedem lekcji dziennie.

Strajkującym nauczycielom każe się iść pracować do hipermarketu, a gdy niektórzy faktycznie tam poszli i w szkole brakuje kompetentnych pedagogów, to tych pozostałych obarcza się za przeciążone plany, skrócone lekcje czy nagłe zastępstwa.

Dlaczego nikt nie mówi, że wakaty łata się naprędce?

Że w szkole Anki psycholog ma tylko pół etatu i jeśli chce pomóc wszystkim tym, którzy wsparcia potrzebują, to pracuje na wolontariacie?

Że zawsze na wszystko brakuje pieniędzy? Na papier ksero, na dodatkowe warsztaty, wsparcie psychologiczne?

Dlaczego na Ankę patrzy się spode łba, oczekując od niej, że będzie nauczycielem, wychowawcą, psychologiem, pedagogiem, mentorem, animatorem, pielęgniarką, mediatorem, trenerem? Anka by chciała po prostu uczyć. Najlepiej jak potrafi, a na serio jest w tym dobra.

Jej przestrzeń na uczenie jednak kurczy się w zastraszającym tempie, dając miejsce papierom, czekającym na wypełnienie. Anka chciałaby też pomóc podopiecznym, ale nie jest w stanie nauczać i robić terapii jednocześnie. Marzy o wsparciu wykwalifikowanych specjalistów, którzy pomogą jej uczniom pokonać demony i czerpać radość z życia. Póki co, dzieje się to w zakresie mniej niż ubogim. System bagatelizuje, ba, ukrywa problemy psychiczne dzieci oraz fakt, że szczególnie w okresie (po)pandemicznym potrzebują one godziwej opieki.

Anka nie ponosi winy za przeładowany plan lekcji, ciągłe jego zmiany, nasilone problemy uczniów, braki w kadrze nauczycielskiej, jednak jest za to wciąż punktowana. Jak i za swoją pracę, na temat której musi pisać elaboraty tylko dlatego, że ktoś tam z góry sobie tego życzy, nie będąc świadomym, że czas ten Anka mogła spożytkować na dodatkowe warsztaty czy szkolenia, dzięki którym wiedziałaby, jak pomóc tym najgłośniej krzyczącym niemym głosem i przerażająco spokojną twarzą.

Albo po prostu odpocząć, spędzić czas z rodziną, gdyż ona sama też do spokoju ma prawo.

Gdzie jest odwaga tych, którzy o szkole wiedzą rzekomo najwięcej, a jej progu nie przekroczą, udając, że wszystko jest w porządku? Wygodnie przemawia się z gabinetu w błysku fleszy, rzucając chwytliwe hasła, dając poczucie kontroli nad tym, o czym nie ma się pojęcia.

Anka i każdy inny nauczyciel, czy pracownik oświaty wie, że nie jest w porządku. Że dzieci i nauczycieli znów rzuca się na głęboką wodę, a społeczeństwo szczuje, by nie szanowało tych, którzy z dziećmi spędzają sporą część dnia. Polskiej szkoły się nie wspiera, od niej się wymaga, ją się rozlicza i publicznie chłoszcze.

Anka jak i dziesiątki tysięcy innych belfrów, pedagogów, psychologów, terapeutów dzielnie uczy i rozwiązuje problemy. Robi to dla dzieci, zagubionych w pocovidowej rzeczywistości. Oni wszyscy ciągną ten wózek, bo decyzję o zawodzie podjęli świadomie, chyba w przeciwieństwie do tych, którzy na szkołę patrzą z samej góry, głosząc chwytliwe maksymy, niemające z rzeczywistością nic wspólnego i nie chcąc widzieć ani problemów szkoły ani drzemiącego w niej potencjału.