STOP! To już koniec myślenia o sobie w kategorii kury domowej. Przekonaj się kim naprawdę jesteś!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 stycznia 2016
Fot. iStock/Kladyk
Fot. iStock/Kladyk
 

„Jestem kurą domową” – myślisz i mimo początkowej euforii wobec wizji siedzenia w domu z dziećmi, teraz określenie kura domowa dołuje cię jak nigdy wcześniej. W głowie rozbrzmiewa: „Tak, wiem, marnuję swój czas, mogłabym tyle innych rzeczy zrobić”.

Patrzysz na koleżanki, które pracują, wydają się być zadowolone z życia, ich dzieci szczęśliwie chodzą do żłobka i frustrujesz się jeszcze bardziej. A myśl o powrocie do pracy po kilku latach spędzonych w domu z dziećmi przyprawia cię o mdłości ze stresu.

Koniec z tym! Przyjrzyj się sobie uczciwie i zobacz, jak wiele jesteś warta, jak rozwijasz się i poszerzasz swoje także zawodowe kompetencje. Tak, tak – to o tobie mowa, kuro domowa. Zacznij myśleć o sobie inaczej.

Nazewnictwo

Na początku zacznijmy od określenia „kura domowa”, które niestety ma dość pejoratywne zabarwienie. Bo kim jest kura – chodząca po domu, sprzątająca, gotująca, zajmująca się dziećmi, i gdakająca ups – zrzędząca, która zamknięta w czterech ścianach domu w swoich własnych oczach traci na wartości i pewności siebie.

Gdyby jednak przyjąć, że „kura domowa” to jedynie etykieta i zadać sobie pytanie: jak ja na tę etykietę reaguję? Czy ona naprawdę mnie określa? Czy sama ją sobie przypięłam? Co dla mnie znaczy być kurą domową? Jest to dla mnie uwłaczające, umniejszające moją wartość?

Więc gdyby tak zacząć od zmiany nazwy tej etykiety? Jeśli ona nam ciąży, jeśli w nas uderza i sprawia, że nie czujemy się komfortowo z tą przypisaną łatką, to może przestańmy nazywać się kurą, a zostańmy MANAGEREM OGNISKA DOMOWEGO. Śmiesznie, dziwnie? Że jak to managerem? Ci są tylko w poważnych firmach, a nie w domu między garnkami, praniem, a odkurzaniem.

Nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz.

Twórczy czas w domu

Spójrz na siebie z innej strony niż dotychczas. Zobacz, ten czas, który spędzasz w domu z dziećmi, jest tak naprawdę bardzo twórczym dla ciebie okresem. To moment zatrzymania się, wglądu w siebie. Ten czas można wykorzystać bardzo wartościowo, bo często w codziennej gonitwie brakuje nam chwili, by się zastanowić nad tym co tutaj robimy, w jakim miejscu swojego życia jesteśmy, dokąd zmierzamy.

Pobyt na urlopie macierzyńskim i wychowawczym daje nam możliwość wsłuchania się w swoje potrzeby, wartości i przekonania. To czas, kiedy łapiemy oddech i możemy skupić się również na sobie. Jasne, że obowiązków domowych mamy całą masę, ale powiedzmy sobie szczerze – ich nam tylko przybędzie, gdy wrócimy do pracy. Dlatego warto docenić czas nam dany.

Pomyśl, co ważnego możesz zrobić dla siebie. Może pójść na studia podyplomowe, zapisać się na warsztaty rozwojowe, o których zawsze marzyłaś , wrócić do swoich zapomnianych pasji – choćby szydełkowania,  pisania czy rysowania czy odważyć się na coś zupełnie nowego – fotografia, robienie biżuterii, nordic walking, joga  itp.  To jest ten czas, kiedy możesz też zadbać o siebie. Wyjść do ludzi. Poszukać klubów dla mam, otworzyć się na nowe środowiska, zawrzeć nowe znajomości i przyjaźnie, wymieniać się doświadczeniami z innymi na Facebooku, funpage’ach. Zastanowić się, co naprawdę chcę w życiu robić i odważyć się pójść w tę stronę. Wiele kobiet właśnie na urlopie macierzyńskim decyduje się na założenie własnej działalności,  poprowadzenie własnego bloga. Postanawia zadbać o własną niezależność i zabrać głos.

Poszerzanie własnych kompetencji

A czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, jak cennych nabywasz umiejętności i kompetencji zajmując się domem i dziećmi? Na zachodzie rola kobiety w domu jest znacznie wyżej ceniona niż u nas, bo one same o sobie myślą inaczej dlatego też są pożądanymi pracownikami. A ty? Przyjrzyj się sobie. Podczas pobytu w domu edukujemy się, czytamy nowe książki, aktywnie bierzemy udział w dorastaniu naszych dzieci. Uczymy się jak rozmawiać, komunikować się z różnymi typami osobowości pod jednym dachem.

Jeśli rodzinę potraktujemy jak zespół, czy małą firmę, którą zarządzamy, to zobaczysz, jak świetnie potrafisz rozwiązywać konflikty, działać pod presją, z jak różnymi temperamentami sobie radzisz. Umiesz motywować, rozdzielać obowiązki, delegować zadania. Słuchać aktywnie, reagować na potrzeby, komunikować się. Zobacz, jak dużo empatii i uważności potrafisz dać. Wszystkie te umiejętności możesz spokojnie przenieść później na sferę zawodową. Mówi się, że w pracy zawodowej rozwijamy się przez pierwszy rok. A wychowując dzieci jesteśmy w ciągłym rozwoju, w nieustannej zmianie, która każe nam dostosowywać się do nowych warunków. Jesteśmy świetnie przygotowane, do funkcjonowania w zmianie.

Jeśli zrozumiesz i docenisz kompetencje, które nabywasz zajmując się domem i dziećmi, to z pewnością już nigdy nie dotknie cię etykieta „kury domowej”, bo będziesz znała swoją wartość. Przecież nie bez przyczyny mówi się, że kobiety są wielozadaniowe. Zobacz – osiągasz poziom mistrzowski w organizacji czasu – nie tylko swojego, w planowaniu – choćby zakupów, domowego budżetu. Dom i rodzina to bogate pole doświadczalne, tylko trzeba zobaczyć, że tak faktycznie jest.

Jeśli zmagasz się z etykietą kury domowej, warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań:

  • Co ważnego zyskuję tworząc rodzinę?
  • Co wnoszę do domu?
  • Jakie moje cechy i umiejętności pomagają mi w pracy w domu?
  • Co zyskuję dzięki rodzinie?
  • Czy widzę siebie zrealizowaną w domu?
  • Czego potrzebuję, by taką siebie widzieć?
  • Czego potrzebuję będąc w domu?
  • Co więcej chciałabym usłyszeć, zobaczyć, czego doświadczyć będąc w domu?
  • Jakie mam zdolności zajmując się domem?
  • Jaką wiedzę i umiejętności zdobyłam spędzając czas w domu?
  • Czego się o sobie dowiedziałam, co nowego odkryłam na swój temat?

Możesz odpowiedzieć na te pytania w zaciszu swojego domu, w rozmowie z przyjaciółką lub skorzystać z coraz bardziej popularnej formy wsparcia, którą jest coaching.

Zadowolona mama

Pozostaje jeszcze jedna ważna kwestia. Będąc w domu nie możemy zapominać o sobie. Musimy dawać sobie choć trochę przyjemności, zostawić dzieci z tatą po południu czy wieczorem i wyjść do koleżanki, na basen, czy inne zajęcia. Niestety my kobiety mamy taką przypadłość, że najczęściej stawiamy siebie same na końcu kolejki potrzeb rodziny. Musimy zrozumieć, że jeśli zadbamy o siebie będzie to z korzyścią dla naszych najbliższych – będziemy bardziej życzliwe, uśmiechnięte, zmotywowane dla działania. Często mówimy: „I znowu minął cały dzień, a ja nic dla siebie nie zrobiłam”. Tylko tak może płynąć dzień za dniem. A co z tym głosem, wewnętrznego ja, które woła: „Halo, ja też jestem ważna”?! Więc jak to jest: wszystko naokoło jest ważne, a ja nie? Jest jeszcze jeden ważny argument. Zobacz jaki przykład dajesz swojemu dziecku, któremu później powiesz: „Powinieneś dbać bardziej o siebie”. Tylko pamiętaj, dziecko nie pójdzie za tym, co słyszy, tylko za tym, co widzi w domu. I jeśli my stawiając innych ciągle przed siebie,  nie pokażemy, jak dziecko ma o siebie dbać, to ono nie będzie zupełnie wiedziało, jak to robić.

I co teraz o sobie myślisz, kuro domowa? Zobacz, jak świetnym jesteś menadżerem, jak wartościowym możesz być pracownikiem po powrocie do pracy, jak bardzo rozwijasz się wychowując dzieci. Doceń to w sobie i ten szczególny czas. Spójrz na siebie w lustrze i powiedź: „Jestem świetna!”. Bo jesteś.


 

Tekst powstał dzięki dużemu wsparciu Doroty Wicik

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Dorota Wicik – coach (ACC/ICF), trener rozwoju osobistego, jest założycielką reVision Coaching & Consulting i partnerem Bemowskiego Centrum Przedsiębiorczości w Warszawie (www.biznes.bemowo.waw.pl). Wspiera ludzi na drodze ku przedsiębiorczości. Organizuje warsztaty „Coachingowe inspiracje dla Biznesu” oraz Dwupunkt dla Kariery, Biznesu i Zdrowia. Od 15 lat działa w biznesie. Jest żoną i mamą 2 synów. Skorzystała z urlopu macierzyńskiego i wychowawczego, po czym otworzyła swoją praktykę coachingową. Dorota  Wicik zaprasza do kontaktu pod adresem dorota.wicik@re-vision.pl  i do skorzystania z nieodpłatnej konsultacji coachingowej, w formie osobistego spotkania lub via Skype oraz na najbliższy warsztat Dwupunkt dla Kariery, Biznesu i Zdrowia (poziom I – 16 lutego 2016; poziom II – 23 lutego 2016). Szczegóły na (www.biznes.bemowo.waw.pl).

 


„Każda z nas myśli, że to jej nie dotyczy. Chorują inni. Też tak myślałam.” Cała prawda o raku szyjki macicy

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
30 stycznia 2016
Fot. iStock/sudok1
Fot. iStock/sudok1
 

Mam na imię Ida Karpińska, i jestem założycielką fundacji Kwiat Kobiecości, która wspiera i pomaga kobietom chorym na raka szyjki macicy i raka jajnika. Zanim pomyślisz, że ten temat nie dotyczy ciebie, przeczytaj.

„To mi się nie zdarzy”

„23 grudnia 2015 zadzwoniono do mnie ze szpitala z prośbą, żebym przyjechała po wyniki cytologii, diagnoza: podejrzenie raka szyjki macicy. (…) Badania miałam wczoraj, lekarz pobrał cztery wycinki. Powiedział, żebym nie liczyła, że wyniki będą dobre. Jestem załamana, codziennie płaczę”.

Zanim zrezygnujesz z czytania tekstu (bo ciebie to nie dotyczy) pomyśl, że każda z nas myśli, że to jej nie dotyczy. Chorują inni. Też tak myślałam.

Któregoś dnia w telefonie mojej mamy zadzwoniła przypominajka. Jest osobą bardzo zorganizowaną, pamięta o ważnych datach, badaniach całej rodziny. „Musisz zrobić cytologię, córeczko”, „Dobrze, dobrze” powtarzałam i zapominałam. Ale ona wciąż przypominała. Dziś myślę: intuicja matki. W końcu się umówiłam na wizytę, potem o niej zapomniałam, przecież miałam tyle spraw. Kilka dni przed świętami zadzwonili do mnie z Ośrodka Zdrowia: „Proszę jak najszybciej przyjechać”. Dopiero w gabinecie poczułam, że coś jest nie tak. Moja pani doktor zachowywała się jak nigdy. Siedziała za biurkiem zdystansowana i spięta. „Pani Ido, podejrzewam u pani raka szyjki macicy”. Osunęłam się na krzesło.: „Nie, to niemożliwe, badam się, nic mnie nie boli”.

Potem była biopsja. Tak bardzo nie chciałam wierzyć w ten nowotwór, że znalazłam innego ginekologa onkologa, który też pobrał wycinek. Ten wycinek badano w laboratorium w Szwecji. Obie biopsje potwierdziły nowotwór. Miałam raka gruczołowego, który rozwijał się w kanale szyjki. Konieczna była natychmiastowa operacja, potem dalsze leczenie”.

„Jak mam umrzeć, i tak umrę”

„…Nie mam siły wstać z łóżka, iść do pracy. Jestem sama, nie widzę żadnych szans”

Po diagnozie zamknęłam się w domu. Miałam ponad 30 lat i mnóstwo planów na życie: rodzina, dzieci, dalsza kariera. Mój świat to był świat pięknych i zdrowych ludzi. Pracowałam w mediach jako charakteryzatorka i stylistka. Większe problemy? Nie znałam ich. Przez tydzień nie wstawałam z łóżka. Płakałam nad marzeniami, których nie uda mi się zrealizować, zastanawiałam się czy już pisać testament. „Rak to wyrok” tak o tym myślałam. Ale potem wstałam i powiedziałam sobie: „O nie, nie poddam się. Nie pozwolę, żeby to choroba dyktowała moim życiem”.

Niecałe półtora miesiąca później operacja, skomplikowana i ciężka, radioterapia, naświetlania. Te obrazy dziś zacierają się we mnie. Pamiętam tylko, że zrozumiałam, że jestem silna. Ja, krucha, delikatna blondynka odkryłam w sobie moc, o którą nigdy nawet się nie podejrzewałam. Wypadały mi włosy, płakałam, ale najczęściej byłam silna. Później mój lekarz powiedział mi. Z rakiem to jest fifty fifty. 50 proc to leczenie, 50 proc to nastawienie psychiczne, poczucie mocy, wiara. Dużo łatwiej też współpracuje się z silnymi pacjentami.

Ale siła to jest coś czego możemy się nauczyć. W szpitalu spotykałam dużo ludzi myślących negatywnie, unikałam tego. Akurat rak to jest choroba, w której naprawdę potrzebna jest moc.

Mat. prasowe

Mat. prasowe

„Boję się wirusa HPV”

Cześć dziewczyny, rok temu napisałam o swojej chorobie wirus HPV 16 i 18″. Diagnoza zabrzmiała jak wyrok, setki obaw, niepewność i ciągle myślenie jak to będzie”. Minął rok od postawienie diagnozy, przyjęłam trzy dawki szczepionki na wirusa HPV, robiłam niedawno cytologię– wynik bardzo dobry. Wylałam wiadro łez, ale wiem, że warto się badać, dziś jestem zdrowa”.

To prawda, raj szyjki macicy nie jest dziedziczny, nie jest uwarunkowany genetycznie. Za rozwój raka odpowiedzialny jest m.in wirus brodawczaka HPV. Panuje jakiś mit, że HPV mają kobiety, które miały mnóstwo partnerów, ale to nieprawda. Nic w tym wstydliwego. Około 80 proc. kobiet aktywnych seksualnie ulega zarażeniu wirusem HPV przynajmniej raz w ciągu całego życia. Wiele kobiet nawet nie wie, że go ma i może przeżyć z nim cale życie. On ma różne odmiany i tylko kilkanaście procent zachoruje z jego powodu na raka.

„Jestem z tym sama”

Mam raka szyjki macicy 3 stopnia, jestem po radioterapii i chemioterapii, jestem mamą czwórki dzieci, wychowuje ich samotnie, bo mój partner nie poradził sobie z tym wszystkim”.

Miałam szczęście. Wspierała mnie rodzina, przyjaciele, znajomi. Spotkałam dobrych lekarzy. Ale pamiętam taki moment, zaraz po diagnozie. Szukałam informacji. I wtedy ich nie było. Jedyne co znalazłam to fachowe opisy. To wszystko. Od początku czułam, że chcę pomagać innym kobietom przez to przejść. To był instynkt. Pamiętam taką scenę. To była moja chyba czwarta chemia. Na korytarzu zobaczyłam dziewczynę. Stała zdezorientowana, nie wiedziała co robić. Wiedziałam, że jest tu pierwszy raz. Też zachowywałam się jak ona. Posadzili ją koło mnie– niepewną tego, co zaraz ją spotka. Zrozumiałam, że mogę dużo jej dać. Choćby wiedzę. Mogę jej powiedzieć co się będzie po kolei działo, jakie może mieć emocje, co jest najtrudniejsze w leczeniu. Że przygotuję ją na chemię, płacz, poszczególne etapy leczenia.  Ja wchodziłam w czarną dziurę, ona już nie.

Gdy wyzdrowiałam pomyślałam, że muszę coś z tym robić. Umówiłam się ze znajomymi dziennikarkami. Spytałam wprost: „dlaczego o tym nie piszecie”. Usłyszałam, że to takie trudne tematy, że nie wiadomo jak. Wtedy zdecydowałam, że opowiem swoją historię pod jednym warunkiem– ktoś pod artykułem poda mój numer telefony. Myślałam; może zadzwoni jedna osoba, dwie. Ale od tego czasu mój telefon dzwoni non stop. Odzywają się kobiety, które usłyszały diagnozę i nie wiedzą co robić, załamane, smutne i w trakcie walki.

Gdy stworzyłam fundacje wiedziałam, że to muszę innym dać: wsparcie, wiedzę. Współpracują z nami psycholodzy, onkolodzy, ginekolodzy, nawet coach i prawnicy. „Dlaczego prawnik?” spytał mnie ktoś kiedyś. Niewiele osób wie, że kobiety chorujące często są zwalniane, często też porzuca je partner, który nie daje rady dźwignąć sytuacji. One potrzebują fachowej opieki.

„Cytologia nie daje efektu, a jeśli coś się stanie? Nie będę czuć się kobietą”

„Cześć, mam na imię Marta. Cytologię poszłam robić przez przypadek. To była opatrzność boska. W styczniu 2014 zadzwonił telefon, pani w słuchawce powiedziała, że chce ze mną porozmawiać. Przeczuwałam najgorsze i miałam rację. Była biopsja, dwa tygodnie czekania na wynik, a potem wizyta u onkologa, który proponuje wycięcie wszystkiego. Badajcie się, nie zwlekajcie z wizytą”.

Co można jeszcze powiedzieć? Ja po operacji dowiedziałam się, że nie będę mogła być matką. To trudne dla każdej kobiety, ale do przeżycia. Wszystko możemy przetrwać. To prawda, że 30 proc cytologii jest źle pobranych, ale gdybym poszła na badanie trzy, cztery lata później– nie rozmawiałybyśmy.

Są kobiety, które tracą macicę. Traktują to jako wyrok, ale to nieprawda. Nic się nie zmienia. Nie zmienia seksu, podejścia do niego, twojej kobiecości. Szkoda, że się o tym jeszcze nie rozmawia, ale wierzę, że to zmienimy. Wszystko jest w głowie. A do wygrania jest życie. Zresztą pamiętam taką dziewczynę, poznałyśmy się w Błoniach, miałyśmy tam spotkanie. Jej mama umarła na raka szyjki macicy, ona się akurat leczyła. Od lekarza usłyszała: „nie będzie mogła mieć pani dzieci”. Trzy lata temu spotkałam ją na gali, podeszła i powiedziała: „Ida, jestem w ciąży, będę miała córeczkę”. Popłakałam się, zwariowałam ze szczęścia.

Każdego roku na świecie na raka szyjki macicy zapada 500.000 kobiet. W Europie, co 18 minut z jego powodu umiera jedna. Połowa nie wyzdrowieje nigdy, bo zgłosiła się do lekarza zbyt późno.

Badajcie się– to jedyna szansa.

PS. Wszystkie wypowiedzi kobiet, które dowiedziały się, że mają raka pochodzą ze strony fundacji www.kwiatkobiecości.pl

Mat. prasowe

Mat. prasowe


Pozwalamy na to, godzimy się, a często też o to prosimy. Jak kochać i nie tracić siebie?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
29 stycznia 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
Fot. Unsplash / Chris Sardegna / CC0 Public Domain
 

Jak kochać i nie tracić siebie? To chyba temat, z którym najczęściej ostatnio spotykam się w pracy z kobietami. „Mam wrażenie, że przestałam się liczyć, moje potrzeby są kompletnie zaniedbane” albo „Kiedy odszedł, musiałam zmierzyć się z wielką pustką. Okazało się, że straciłam przyjaciół, nie mam do kogo zadzwonić” lub też „Nawet nie mam pomysłu, co zrobić, gdy go nie ma. A przecież byłam tak aktywną osobą?”.

Najczęściej też słyszę, że to jego wina. „Zabrał mi to, zabrał mi tamto, nie mogę przez niego…”, jest egoistą, który myśli tylko o sobie, gdybym była sama, to zrobiłabym tyle rzeczy, byłabym zupełnie gdzieś indziej. Myślę wtedy (czasami nawet to mówię) „To zrób. To bądź. To idź.”. Nie jest przecież prawdą, że ktoś może nam tyle zabrać, gdy tego nie chcemy. Pozwalamy na to. Godzimy się. A często też o to prosimy.

Gorzka prawda, wiem. Ale zatracanie się w relacji, oddawanie siebie – to proces, który dzieje się w nas, nie w nim, nie w samej relacji. Należy do nas i zależy od nas – zrozumienie tego wyzwala w nas początkowo złość: „Co pani mówi?! To cholerny egoista?”. Trudno jest przyznać się do tego, że mamy wpływ na nasze „nędzne” życie, na to kim jesteśmy w tej ofiarnej postawie i… co z tego czerpiemy.

Właśnie. To kolejne pytanie, które zadaję. „Co byś robiła, gdybyś nagle przestała tyle dawać? Opowiedz mi. Wymyśl przykładowy dzień z twojego życia”. Hmmm? „No nie wiem. Nie mam pojęcia, ale byłabym bardzo szczęśliwa”. Kolejna iluzja. Świat samoistnie zmieniłby się od jego zniknięcia, a ty stałabyś się kimś zupełnie innym.

I dalej „Muszę odejść, by siebie odzyskać”, „Nie mogę tak dalej żyć, musimy się rozstać”, „Wracam do siebie, to moja walka o siebie”. Czy naprawdę musimy odejść od kogoś kogo kochamy, by być ze sobą jednocześnie? By istnieć w związku, by spełniać swoje potrzeby, by stanowić same o sobie?

Spójrzmy na to też z drugiej strony: czy mężczyzna tego naprawdę oczekuje? Pełnego poświecenia, wyłączności, ekskluzywności, bycia na każde skinienie kosztem twojej osoby? Czy może z jego punktu widzenia traci kogoś, w kim się zakochał, kobietę pełną energii, pasji, autonomiczną, wolną? Mężczyźni często powtarzają „Wydawało mi się, że ma tyle zainteresowań, jest aktywna, a potem przestała wykazywać jakąkolwiek inicjatywę”. Albo też „Zamieniła się w kogoś innego. Na pytanie, na co masz ochotę, odpowiadała, że nie wie”. W skrajnych przypadkach wyglądało to jak scena z filmu „Książę w Nowym Jorku”, gdy wybrana przez rodziców kandydatka na żonę, zaszczekała, bo książę (Eddie Murphy) ją o to poprosił. Smutne, wiem. Takie też stajemy się w relacjach, gdy zapominamy o sobie.

Kobiety, które kochają za bardzo – lubimy to określenie, bo zawiera w sobie ten pierwiastek poświęcenia, coś, co nie jest toksyczne, jest dobre, ale jest tego za dużo. Bo czy nadmiar miłości może być oceniany jako coś złego? Nie. Dlatego czytamy poradniki, w których ktoś włącza nas schemat kochającej za bardzo i radzi jak żyć. A ja powiedziałabym, że problemem nie jest za bardzo (bo kochać bardzo to piękna rzecz); problemem jest kochać za mało. SIEBIE.

Co zrobić, by tak się nie stało?

  1. Przede wszystkim nie traktuj związku jako terapii, która uleczy urazy z dzieciństwa, zastąpi brak ojca lub matki, podniesie ci samoocenę i sprawi, że będziesz kochać siebie bardziej. Nie. To zadanie twoje, moje, ale nie związku, nie partnera. Dzięki dobrej miłości, fakt, będzie ci się lepiej żyć, nada to kolor twojemu życiu, dodatkowy sens (dodatkowy, nie główny!), będziesz szczęśliwsza. Praca nad deficytami jest jednak pracą, którą musisz wykonać sama. Wysoka samoocena, harmonia z sobą samą – będzie buforem, granicą, dzięki której nie poniesiesz kosztów tak wysokich, jak teraz.
  2. Związek nie może też być ZAMIAST. Przyjaciół, rodziny, pasji, rozwoju. On towarzyszy tym wszystkim aktywnościom, ale nie może ich zastąpić. W jakimś sensie oczywiście relacja z drugim człowiekiem może być pełna pasji, przyjaźni, może sprawiać, że się rozwijasz. Ale nie może być twoim jedynym źródłem. Bo niektóre związki się kończą, a poza tym rozwój własny to coś, co ty wnosisz także do wymiany, która nieustannie toczy się między tobą a partnerem.
  3. Zmień myślenie. Poświęcenie nie jest, tak jak mówisz, jednostronną korzyścią. On dostaje, ale ty też. Zastanów się, co ty czerpiesz z tego, że dajesz za dużo, jak się czujesz wtedy, gdy kogoś obdarowujesz, czy być może wtedy twoja samoocena nie rośnie gwałtownie? A więc dalej, co czujesz, gdy tego nie robisz? Gdy ktoś próbuje dać coś tobie? Jak było w związkach, w których ktoś być większym dawcą niż ty? Czy przypadkiem nie czułaś się wtedy niepotrzebna, nieważna, bezwartościowa? A może odrzucałaś takie relacje, uznając czyjeś dawanie za nieatrakcyjne? Dlaczego bycie obdarowywaną nie sprawia ci przyjemności?
  4. A więc zmień zachowanie. Wycofaj swoją ofiarność. Zrób przestrzeń dla niego. Może okaże się, że jednak potrafi: ugotować zupę, posprzątać, zrobić zakupy, ba, sprawić ci niespodziankę? Wciąż powtarzasz „zrobię to lepiej, zrobię szybciej, zrobię to za ciebie”. Jak więc możesz oczekiwać, że ktoś przebije twoje chcenie? Ile razy słyszę od kobiet, że wpuszczenie go do kuchni kończy się sceną,w której po kuchni przewinęło się tornado. Co z tego? Może jednak przyjemnie jest zjeść jego makaron, nawet jeśli przez chwilę zostanie po tym bałagan? W sumie to dość przyjemny bałagan.
  5. Mów o swoich potrzebach (jeśli ci trudno, napisz). Nie oczekuj, że się domyśli, czego od niego potrzebujesz, gdy nigdy o tym nie wspominasz. Prawdopodobnie nie ma nawet takiego odruchu, bo go tego skutecznie oduczyłaś. Powiedz „dziś twoja kolej z kolacją”. Albo „miło by mi było, gdybyś czasami o mnie pomyślał i zorganizował nam wieczór”.
  6. Planuj swoje przyjemności. Nie wpisuj ich w jego kalendarz, nie uzależniaj od jego planów. Masz ochotę coś zrobić, zaplanuj to, nawet jeśli to jest sobota wieczorem. Jak będzie miał ochotę, dołączy.

I zastanów się, czy naprawdę musisz tak ciężko pracować na miłość? Czy musisz być wciąż „bardziej i lepiej”? Czy to ma związek z innymi twoimi relacjami? Czy któreś z nich także były warunkowe? Czy to jaka jesteś nie wystarczy, by kochać cię bardzo? Przecież dlatego cię wybrał, nie mając pojęcia o pakiecie, który mu teraz serwujesz.

Wróć do początków…

Wystarczyła kawa w kawiarni i rozmowa. Twój urok i osobowość. To naprawdę nie miało nic wspólnego z nadmiernym dawaniem. Był na tobie skupiony, słuchał cię i podał ci płaszcz jak wychodziliście (może). Zapytał, czy cię podwieźć do domu, a jeśli palisz podpalił ci papierosa. Zadzwonił potem, a jak nie odbierałaś, zadzwonił znów. Poprosił o kolejne spotkanie i znów wypiliście kawę. Niewiele musiałaś robić, by był oczarowany. Byłaś tylko ty przecież. Zrozum, że nie musisz robić więcej.


Zobacz także

fot. iStock/ RichVintage

Myślisz, że najlepszy system edukacji ma Finlandia? Czas spojrzeć w drugą stronę świata!

Fot. iStock / freemixer

Sprawdź, czy masz „starą” duszę – QUIZ

Fot. iStock

Nie czuję potrzeby spowiadać się ze swojego życia każdemu. Dla niektórych późne macierzyństwo to koniec świata