Przysięgam, moje dzieci wpędzą mnie pewnego dnia do grobu. Albo wyląduję w wariatkowie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 sierpnia 2017
Fot. iStock/Gala2205
Fot. iStock/Gala2205

Naprawdę staram się być dobrą matką. Co więcej, nawet taką bywam: cierpliwą, wyrozumiałą wspierającą. Zwłaszcza w wakacje odkrywam w sobie macierzyński potencjał, gdy mam czas dla moich dzieci, gdy mogę z nimi usiąść i pogadać i oni, podobnie jak ja, nie są w jakimś pędzie zajęć, zadań i obowiązków. Kocham ten stan. Tak jak kocham moje dzieci, które im starsze, tym bardziej potrafią dać nam w kość. To już nie słodkie maluchy, które z podziwem patrzą, jak podrzucasz naleśniki na patelni, bo same się tego nauczyły, więc nagle ich zdaniem to żadna wielka sztuka (choć z siebie są mega dumne, tylko dumne z matki zapomniały być i z setek powtórzeń i z litrów zmarnowanego, ale jednak przygotowywanego ciasta). To już nie ci chłopcy, którzy przybiegali wtulając się w moje nogi. Teraz się tłuką, kłócą, trzaskają drzwiami, ale wieczorami słyszę: „położysz się?”. Co uwielbiam, choć nie zawsze mi się chce, bo po cały dniu szarpaniny, nie mam siły na słuchanie z kim poleżałam dłużej, z którym pierwszym i czy na pewno podział czasu był dla nich uczciwy.

Teraz, kiedy dorastają, cały czas wbijam sobie do łba, że są osobnymi bytami, ze swoimi cudownymi cechami, ale też tymi, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji, gdy drę się na nich tak, że boli mnie gardło. Bo ile można powtarzać to samo, prosić w kółko i non stop o jedno, zwłaszcza, gdy ma się poczucie bycie dla nich non stop. Nie wiedziałam, że macierzyństwo wzbudzi we mnie bunt przed byciem używaną. Bo czasami tak się czuję, kiedy ja zapieprzam z obiadkami, ciastami, sprzątaniem, planowanie czasu i atrakcji, a mam poczucie, że z drugiej strony dwójka dorastających chłopaków ma mnie głęboko w dupie. Oczywiście, że nie ma, ale gdy ktoś ignoruje twoje prośby, to najświętszego szlag by trafił!

A oni w cudowny sposób badają swoje granice i granice mojej cierpliwości i tolerancji, tego, co mogą co muszą, a co olać powinni. I wiecie – są w tym wszystkim do bólu do mnie podobni. Bo ja działam podobnie, tyle że wiadomo filtruję to wszystko przez pryzmat własnego doświadczenia, a ich -umówmy się – jest jeszcze nikłe.

Oczywiście najgorsza jest walka, którą toczę z samą sobą. Bo choć doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego, to za wielką ich siłę uważam fakt, że dyskutują, że nic nie jest dla nich czarno-białe tylko dlatego, że jak tak powiem, że poddają pod wątpliwość to, co mówię, co uważam, co próbuję z nimi przegadać. Wiem, że to będzie ich wielkim atutem, na tym budują pewność siebie i własną wartość. Kiedy słyszę: „uważam, że to wcale nie był dobry pomysł”, gdy namawiam ich, by czegoś spróbowali, albo: „ale ja nie mam na to ochoty” – to przegryzłabym nie raz tętnice, bo jak można nie wyjść naprzeciw temu, co mi wydaje się atrakcyjne. Ale okej, w głowie odbija mi się: „pogadamy za kilka lat, cwaniaczki”, ale dziś odpuszczam, choć nie jest mi lekko i łatwo.

Za to oni wiedzą, że są rzeczy, których nie odpuszczę, które nawet łamiąc ich budowany, jak u każdego człowieka na początku, na konformizmie i własnej wygodzie kręgosłup wartości, wprowadzę w życie i choćby waliło się i paliło nie złamią mnie w moich decyzjach.

I oczywiście, że miewam dosyć bycia mamą. I, przepraszam, nie uwierzę żadnej mamie, której udziałem choć raz nie stały się te emocje. Która z nas ich nie zna. Czasami mamy dość, gdy jesteśmy zmęczone, gdy dziecko jest w pełni zależne, później, gdy nie potrafi wyrazić jeszcze tego, co czuje, więc krzyczy, skacze, tupie nogami budując swoją odrębność.

Ja jestem na etapie, że bywam zmęczona rozwiązywaniem dziesiątek konfliktów każdego dnia, powtarzaniem po kilkanaście razy próśb o najmniejszą pierdołę, jakby nie można było po prostu wynieść tych cholernych śmierci, czy podnieść z podłogi swoich majtek. Bywam zmęczona słuchaniem, że jeden ma lepiej, drugi gorzej. Planowaniem, co ugotować, co kupić, nie zapomnieć, że jeden je taki jogurt, a drugi inny i by kupić tę samą ilość, żeby uniknąć kolejnego powodu do awantury, obrażania się i trzaskania drzwiami. Udowadniania, że kocham ich tak samo mocno, choć oczywiście, że inaczej.

Zbawieniem dla mojego umęczonego macierzyństwa są wakacje, a konkretnie czas, o którym myślę z nieukrywaną radością, pod tytułem: obóz. Po miesiącu ich wolnego czasu, a mojego dawanego im w jak największej ilości, odliczałam czas, kiedy wsiądą do autokaru i odjadą. Co prawda bywamy rodzicami okrutnymi, bo nie po raz pierwszy wysyłamy ich na obóz z obcymi ludźmi i dziećmi, co więcej, dziećmi, które się znają. Ale co tam, oni świetnie odnajdują się w zupełnie nowych dla nich sytuacjach. Nie przewidziałam jednego… że to odnajdywanie się trochę może tym razem potrwać.

I kiedy odjechali lekko jak zawsze przestraszeni, gdzie młodszy puścił moją rękę już przed zakrętem, żeby nikt nie widział, a starszy ukradkiem otarł łzy machając przez okno, ja twardo myślałam: „Niech jadą, będzie dobrze, dla nich to świetna lekcja”, bo w głowie dźwięczała mi tylko cisza domu, wizja braku potrzeby gotowania, odciągania mojej uwagi od pracy, którą oczywiście od miesiąca odkładałam na te właśnie dziesięć dni, gdy ich nie będzie, więc piętrzące się notatki, książki, maile wzywały, a ja nie mogłam się doczekać, żeby w pełnym skupieniu się temu poświęcić.

„Mamo, zabierz mnie stąd” – pierwszy telefon w pierwszy wieczór. Żesz ku*wa zapomniałam, że choć mój starszy syn wyszedł z etapu rozwoju, gdy życie jest do dupy, on jest beznadziejny i wszystko sprzysięga się przeciw niemu, to w ten etap wszedł jego dwa lata młodszy brat. Jakby dzieci nie mogły mieć od razy cudownych 11 lat – 11-latki to fantastyczne dzieciaki! Dobra, pierwszy wieczór, jutro będzie lepiej. Nie było. Jedzenie do niczego, koledzy „no jakby ci to powiedzieć, nie że nie są fajni, ale nie są otwarci na nowych ludzi” – skąd on w głowie znajduje takie argumenty!!!! Jest plus – fajny trener, ale… „no wiem, że muszę skupiać się na dobrych stronach, ale to nic mi nie pomaga, chcę wracać” – wychowałam świadomego tego, co chce potwora!!! Uciekłabym. Z mojej wizji kompletnego chilloutu nie zostało kompletnie nic, bo już zasnąć nie mogłam, bo od rana myślałam, czy daje radę (choć jego starszy brat zapewniał, że w ciągu dnia młodszy się w ogóle nie łamie), czy może za szybko wysłaliśmy go na obóz z naprawdę rygorystycznym sportowym podejściem. Dzięki za starsze rodzeństwo, które brzmiało zgoła inaczej odpowiadając lakonicznie co prawda, że jest dobrze, okej, w porządku, tylko tęskni za nami. Nożesz, ja też tęsknię. I jak tu wysłać dzieci na obóz, żeby rozkoszować się ich brakiem, kiedy siedzą ci we łbie 24 godziny na dobę i choć fizycznie ich nie ma, to masz wrażenie, że są stale i jeszcze bardziej natrętnie obecne w twoim życiu, które przez 10 dni miało być życiem bez dzieci!

„Mamo, dzisiaj byliśmy nad jeziorem, z kolegami budowaliśmy zamki, taka dobra kolacja była, że dwie dokładki zjadłem”, a na moje pytanie, czemu dzwonicie tak późno, usłyszałam: „Ach wiesz, siedzieliśmy u kolegów w pokoju i oglądaliśmy Tolka Banana – znasz?”. Ja pie*dole… Najpierw zafundowali mi trzy dni takiego poziomu stresu i nie ukrywam – płaczu w poduszkę z rozdartego matczynego serca, a teraz dzwonić zapominają! Bo koledzy! Bo już jest dobrze, choć trener mówi, że mają „napierdzielać” z całych sił, ale już im to nie przeszkadza, wręcz odnajdują w tym frajdę. Przysięgam, wpędzą mnie kiedyś do grobu! Oszaleję! „I zobacz w sumie pięć dni i jesteśmy z powrotem”, bo już dnia wyjazdu nie liczą. Jakie pięć dni?!? Miało być cudownych 10, zostawili mi połowę… Eh.  Może chociaż z planowanymi seksami o każdej porze i wszędzie, gdy dzieci nie ma, zdążę…


Tak, to ja, silna i nieustraszona! Jasne, co jeszcze będę próbowała sobie wmówić?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 sierpnia 2017
Fot. iStock/domoyega
Fot. iStock/domoyega

Jedna zapisała się na maraton, druga ma zamiar schudną z 20 kilogramów, trzecia zastanawia się, jak nauczyć się chińskiego w pół roku, bo marzą się jej wakacje w Chinach, tym samym ma zamiar przyjąć wszystkie możliwe fuchy, które jej wpadną, kosztem czasu dla dzieci, rodziny i siebie. Jest jeszcze czwarta, która wstaje o piątej rano, żeby przed pracą zrobić śniadanie mężowi i trójce dzieci, przygotować obiad i ogarnąć dom, a potem lecieć do pracy i być w 120% wydają i efektywną. Wymieniać dalej? Jest taka, co nie usiądzie na tyłku, nie poleni się na kanapie, tylko lata na ścierce, myje okna co tydzień, podłogę dwa razy dziennie, a brudnego kubka w zlewie u niej nie uraczysz. I ta, co cały dzień poświęca dzieciom, rysuje, maluje, czyta, idzie na rower, na spacer, a wieczorem spędza trzy godziny na praniu, prasowaniu i składaniu tego wszystkiego do kupy.

Nie wyliczam dalej, bo już sama się zmęczyłam. Patrzę na te silne i nieustraszone kobiety i zastanawiam się, kiedy wszystko pierdolnie, bo prędzej czy później tak się stanie. Bo to zawsze się tak kończy – załamaniem nerwowym, chorobą, bo ciało daje już wyraźny sygnał, że nie nadąża, depresją.

Mam ochotę czasami zawyć na cały głos: KOBIETY, OPANUJCIE SIĘ! Przecież nikt od was nie wymaga, żebyście wiecznie były na stand by’u, nikt nie ocenia was przez pryzmat brudnych okien, ilości wyprasowanych gaci, czy czasu spędzonego z dziećmi. Uciekam ostatnio od takich kobiet, bo zwyczajnie nie znajduję komfortu funkcjonowania wśród nich. Tego wiecznego pędu, bardzo często nieuświadomionego prześcigania się – która jest lepszą matką, żoną, koleżanką i kochanką.

Drogie moje, wy nic nie musicie! Naprawdę! Nie musicie być jakieś, nie musicie być lepsze niż wam się wydaje, bo nikt, kompletnie nikt poza wami, tego od was nie oczekuje! Poważnie!

Powiedzcie tak szczerze, kiedy ostatnio którakolwiek z was, tych zaganianych, siadła sama ze sobą na godzinę, samiuteńka, w ciszy zupełnej i zmierzyła się ze swoimi myślami. Tymi czarnymi myślami na swój temat:

„O matko, znowu siedzę zamiast coś robić, czas ucieka mi przez palce”.

„Ja siedzę, a jeszcze muszę pranie, sprzątanie i lodówkę wyczyścić”.

„Siedzę sama, a dzieci? Dzieci na pewno zapamiętają, że się nimi przez godzinę nie zajęłam! Jestem złą matką”.

„Wykorzystaj ten czas efektywnie, a nie siedzisz i myślisz, po co ci to, jesteś leniwa, matka miała rację!”.

Czego się boisz? Że ktoś zobaczy ciebie twoimi oczami, że zobaczy to wszystko, co ty sama o sobie myślisz? Że jesteś nie dość dobra, że bywasz złą matką, bo miewasz dość swoich dzieci? Że twój związek wcale nie jest taki szczęśliwy, jakim próbujesz go przedstawić? Że otaczają cię ludzie, którzy są toksyczni i tylko karmią się twoją energią, wykorzystują cię, a ty masz tego serdecznie dosyć? Czego się boisz? Od czego uciekasz? Co próbujesz przykryć pod warstwą wszystkich narzucanych sobie zadań i obowiązków?

Jeszcze jedno ciasto, jeszcze jedna impreza dla znajomych, jeszcze jeden telefon do matki, jeszcze jeden uśmiech do męża. Naprawdę tego właśnie chcesz? Chcesz zakładać maskę silnej i nieustraszonej? Dlaczego boisz się pokazać, ile jest w tobie lęku, niepokoju, ile wątpliwości i kompleksów?

Dlaczego tak bardzo trudno jest ci zaakceptować siebie taką, jaką jesteś? Rodzice ci całe życie mówili, że musisz być najlepsza, a ty nie chciałaś ich zawieźć? A może całe życie słyszałaś, że inni są od ciebie zdolniejsi, ładniejsi, że ty jesteś okej, ale ktoś inny jest bardziej? A może nie chcesz być jak twoja matka, a ze zgrozą odkrywasz, że właśnie taka jesteś? Bo nie chciałaś nigdy stworzyć takiego związku, jak ten twoich rodziców, a tymczasem wpakowałaś się w miłość, która nie sprawia, że jesteś szczęśliwa?

Kiedy spytałaś siebie, co jest dla ciebie dzisiaj najważniejsze? Czego potrzebujesz? Wolności, spokoju, bezpieczeństwa? Co sprawia, że jest ci dobrze samej ze sobą, bez udziału innych ludzi. Spójrz w lustro? Znasz tę kobietę, która na ciebie patrzy? Polubiłabyś ją znając jej wszystkie wady, słabe strony, złe myśli, które tłoczą się jej w głowie? Ale też wiedząc, jak dobrym jest człowiekiem, jak wiele ciepła, miłości i radości w sobie nosi, choć o tym zapomina?

Ja ciebie lubię! Lubię cię ze wszystkim, co w sobie nosisz, tę prawdziwą, tę, która potrafi przyznać się do błędu, powiedzieć, że nie jest idealna i nigdy nie będzie, bo kto by z ideałem wytrzymał. Tę, która nie chce nikomu nic udowadniać, a wszystko, co robi, robi z myślą i szacunkiem dla siebie samej. Tę, która mówi, że nie kocha i że ma dość. I tę, która wie, że kocha i zawsze staje w obronie swojej miłości. Tę, która pewnego dnia ma wszystko w dupie i nie boi się być sobą i swojego zdania wyrażać. Tę, która nie zakłada maski, nikogo nie udaje, jakby to powiedziała moja przyjaciółka, a to ostatnio nasze ulubione słowo – jest autentyczna. Taką cię kupuję i taką cię lubię. Bez ściemy. Bez wciskania mi kitu, że jesteś silna i nieustraszona, bo obie wiemy, że nie zawsze tak się czujesz i nie tylko z tego się składasz.


Dlaczego obrażamy się publicznie? Magda Gessler pokazała, jak my – kobiety, potrafimy traktować siebie nawzajem

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 lipca 2017
Kolaż: Screen z Instagrama / magdagessler_official  /  anja_rubik
Kolaż: Screen z Instagrama / magdagessler_official / anja_rubik

Ja wiem, że wiele można powiedzieć, że można mieć różne poglądy na wiele mniej lub bardziej ciekawych tematów. Ale na miłość boską – czemu miał służyć komentarz Magdy Gessler w stosunku do Anji Rubik? I po co w ogóle publicznie taki komentarz dotyczącego tego, jak Anja wygląda, pomijając, że nawiązanie do Oświęcimia  – jak to wszyscy ładnie piszą – było co najmniej niesmaczne… Niesmaczne, to zdecydowanie za mało powiedziane.

Jakiś czas temu dyskutowałam o tym, czy Magda Gessler zasługuje na miano ikony. Usłyszałam wtedy, że z całą pewnością, chociażby dlatego, że ikonie – choćby nie wiadomo, jak zwariowana była i czego by nie mówiła – wszystko się wybacza. I tak, jak Magda Gessler gafami sypnąć potrafi, czasami nawet jak z rękawa, tak bardzo przepraszam, ale tego przełknąć nie jestem w stanie. Mogłam najeżyć się, gdy pani Magda mówiła o feminizmie umniejszając tym samym całą pracę, jaką na rzecz praw kobiet przez dziesiątki lat wykonały feministki. Ale wystawianie zdjęcia ANji Rubik i publiczny – jakby niektórzy chcieli myśleć – niefortunny komentarz, to dla mnie zdecydowanie za dużo. I nie chodzi mi wcale o dyskusję o tym, czy Anja wygląda dobrze, czy źle, czy też Magda Gessler powinna najpierw przyjrzeć się sobie. Każda z nich ma swoje życie, zarówno prywatne jak i zawodowe, obie są na kompletnie dwóch różnych biegunach, więc dyskusja na temat tego na co, kto i jak powinien zwracać uwagę, jest kompletnie pozbawiona sensu.

Mnie osobiście w całej tej sytuacji dotknęło zupełnie coś innego. Tyle się mówi się o tym, że kobieta kobietę wspierać powinna. Że, kurde, no my powinniśmy trzymać się razem, co oczywiście nie zawsze dzieje się poza życie publicznym, ale nożesz publicznie krytykować się nawzajem? O czym to świadczy, jak znowu dzieli? Jasne, każdy z nas może sobie myśleć, co chce zarówno na temat jednej jak i drugiej pani, ale gdy jedna zabiera głos w tak niewybredny sposób, oczywiście szybko usuwając komentarz i zdjęcie, bo pewnie ktoś szepnął na ucho: „ej, przegięłaś, ratuj się kto może”, to dla mnie coś jest bardzo nie tak.

Przyszłoby wam kiedyś do głowy na drzwiach sklepu, w którym pracuje otyła kobieta, powiesić kartkę: „Nie wchodzić, ta pani powinna schudnąć?” albo na swojej facebookowej ścianie napisać „Magdalena Kowalska nosi tak obciachową sukienkę, że ogarnia mnie pusty śmiech, gdy ją widzę”? No kurde, chcę wierzyć, że żadna z nas mając jakieś zwykłe ludzkie odruchy i trochę empatii dla drugiego człowieka, nie byłby tak wielkim ignorantem głośno krytykując drugą kobietę i rozliczając ją w ten sposób z czegoś, na co nie ma wpływu, a co ludzkości nie zagraża jakąś wielką zagładą.

Ja wiem, że kobiety bywają różne i że to utopia mówić o tym, że się wspieramy, kochamy i sobie nawzajem pomagamy. Solidarność jajników to wyświechtany frazes i właściwie pasuje do nas tylko wtedy, gdy jednoczymy się mając wspólnego wroga. Jeśli robimy to dla dobra ogółu – świetnie, gorzej, gdy wspólnym wrogiem jest inna kobieta. Bo to wówczas jest zwyczajnie smutne, kur*ewskie i niesprawiedliwe.

Znam wiele kobiet, niestety też tych zawistnych i złośliwych, które wręcz organiczną przyjemność czerpią we wsadzaniu szpilek drugiej kobiecie. Nie ma co ukrywać, że część z nas uwielbia plotkować, kocha oczerniać inne, byleby tylko samej dobrze wypaść lub choćby na chwilę zagłuszyć własne kompleksy i lęki. Kiedyś mnie to wku*wiało, później było mi przykro i smutno, gdy docierało do mnie, że ten schemat wśród mądrych i fajnych kobiet, które znam, nadal działa. Aż w końcu stwierdziłam: ale czym się przejmować, skoro i tak na to wpływu nie mam. Mogę się odciąć, powiedzieć: „nie chcę w tym uczestniczyć” i nie wpisywać się w: „jak jej dokopię, to sama poczuję się lepiej (a czasami siebie wybielę)”. Jak świat światem, kobiety odbijały sobie mężów, zdradzały przyjaciółki z ich partnerami, obgadywały się nawzajem z innymi przyjaciółkami, które zapewniały: „no co ty, ja z Kryśką o tobie nigdy, ja jej nawet nie lubię”, obrażały się na siebie, strzelały fochy i rzucały epitetami, których może dobrze, że druga strona nigdy nie usłyszała.

I nie ma co walczyć z wiatrakami. Bo co to da. Lepiej znaleźć te kobiety, które nie są sobie wilkami i nawet gdy mają coś krytycznego do powiedzenia, to walą między oczy, a nie szeptają po kątach, jaka ta Anka jest jebnięta, że tego męża nie zostawi albo pracy nie zmieni. Po co to, dla kogo?

A gdyby tak pokusić się o jedną rzecz, o mówienie o drugiej kobiecie tego, czego nie obawiałabyś się powiedzieć w jej obecności? Jasne – możemy komentować sytuacje, zachowanie, przepuszczać przez filtr własnych doświadczeń, ale dopóki nie milkniemy, gdy kobieta, o której rozprawiamy wchodzi do tego samego pomieszczenia, dla mnie jest okej. Tak ja uważam. Tylko czy Magda Gessler patrząc prosto w oczy Anji Rubik powiedziałaby to, co o niej napisała?

P.S. To zdjęcie Anji Rubik zostało przez Magdę Gessler skomentowane

#roadtrip

Post udostępniony przez Anja Rubik (@anja_rubik)