Praca do 22-giej, bezsenność i i przemęczenie. To nie kariera w korpo, to rzeczywistość naszych dzieci

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 stycznia 2018
Fot. iStock/Chalabala
 

Budzik dzwoni o 6 tej. Wstaję, szybko piję kawę, choćby jedynie bezkofeinową. Muszę być w formie. Zaczynam przygotowywać śniadanie, bez śniadania nie wyjdziemy z domu. Czas płynie jakoś dziwnie szybko i kiedy wybija 6:30 idę budzić dzieci. Najpierw pójdziemy do szkoły, potem do przedszkola, ten system sprawdza się najlepiej. Syn podrywa się uśmiechnięty, myśli o kolejnym dniu spędzonym z koleżankami i kolegami. Ale moja córka nie chce wstać. Jest rozdrażniona, zmęczona, blada. Nie wysypia się od początku roku szkolnego. Jest przemęczona, ma w szkole tyle pracy, ile niejeden dorosły w biurze. I już naprawdę nie wiem, jak jej pomóc. Przecież ma dopiero dziewięć lat, co będzie dalej?

Wczoraj pożyła się spać po 22-giej. Ale długo nie mogła zasnąć. Problemy ze snem zdarzają jej się coraz częściej. Zdanie lekarza, jest przemęczona. Próbuje odsypiać w weekend, ale to ciągle mało. Nie, nie mamy zajęć dodatkowych, nie byłoby na to nawet czasu. Po prostu odrabia na bieżąco wszystkie lekcje, powtarza wiadomości do sprawdzianów. A sprawdzianów czy kartkówek w każdym tygodniu jest kilka. Na przyrodzie pani „pyta” zawsze z kilku ostatnich lekcji. Na historii sprawdza krótkim testem czy na pewno zapamiętali wszystkie daty. Na polskim co chwila powtórzenie wiadomości, a na WF-ie trzeba przebiec jak najszybciej pewną odległość, żeby dostać „piątkę”. No i oczywiście słówka z niemieckiego, te trzeba powtórzyć zawsze, bo pani pyta „na wywrywki”.

Jak wygląda nasze popołudnie? Lekcje zaczynają się codziennie o 8ej, kończą przed 14, czasem o 14:30. Zaraz po szkole idziemy do przedszkola, po mojego syna. Do domu docieramy ok 15:30. Jemy obiad, potem następuje chwila odpoczynku. Wszyscy go potrzebujemy, każde z nas wykonało dziś „kawał roboty”. A przecież to jeszcze nie koniec.

O 17-tej córka siada do zadanych prac domowych. Jak zwykle, jest ich dużo. Trzy strony zadań z podręcznika do matematyki. Obliczenia mają być wykonane starannie, ze sprawdzeniem, odpowiedź do zadań napisana całym zdaniem. To zajmie około półtorej godziny, może dwie. Chwila odpoczynku i zabieramy się za list z polskiego. Najpierw na brudno, na kartce. Zmęczenie już daje o sobie znać, coraz trudniej się skupić, mieć dobre pomysły, coraz trudniej pisać starannie. A pani bardzo zwraca na to uwagę.

Zbliża się pora kolacji, więc robimy przerwę. Potem trzeba będzie jeszcze powtórzyć lekcję z przyrody i uzupełnić zadane ćwiczenia. Że też akurat przyroda wypada dzień po dniu. Kiedy kończymy, na daty z historii nie ma już siły. Na zapakowanie plecaka również. Są za to łzy i ogromne zmęczenie. Fizyczne i psychiczne.

Mój mąż miał w zwyczaju mówić do naszych dzieci: „Teraz, to wy odpoczywacie. Nie jesteście ani w połowie tak zmęczone jak dorośli. Teraz to jedynie zabawa. Nie macie prawa narzekać, nie macie pojęcia co to jest zmęczenie”.

Zawsze denerwowała mnie bezduszność i niesprawiedliwość tych słów, nigdy się z tym nie zgadzałam. Teraz jeszcze bardziej widać, jak bardzo są nieprawdziwe. Praca do 22- giej, bezsenność, lęk i przemęczenie. To nie kariera w korpo, to rzeczywistość naszych dzieci.

Kiedy moja córka choruje, a choruje dość często, opanowuje ją jeszcze większy stres. No, bo jak tu nie iść do szkoły, znowu trzeba będzie „nadrabiać” zaległości!

Co z tego, że temperatura rośnie? Pani przecież powiedziała, że taka temperatura to nic strasznego, a katar zaraz przejdzie, że nie można się pieścić, tylko zacisnąć zęby.

Jak wytłumaczyć dziecku, że przy jego obniżonej odporności katar nie przejdzie, ale przy takiej niepewnej pogodzie przeziębienie szybko zamieni się w poważniejszą infekcję, która zatrzyma ją w domu na dłużej niż jeden czy dwa dni…?

Zastanawiam się, jak się muszą czuć pozostałe dzieci w klasie mojej córki. Większość z nich ma dodatkowe zajęcia po lekcjach. Angielski to dziś podstawa. Co tam angielski, przecież są jeszcze lekcje gry na skrzypcach, rysunek, judo, łyżwy…

Nigdy nie mówiłam mojej córce, że musi mieć świetne oceny, że powinna się starać „być dobra” ze wszystkiego. Mówię tylko, żeby była „w porządku”, nie zapominała o pracach domowych, uczyła się do sprawdzianów. Staram się dopingować ją do rozwijania swojej pasji – rysowania. Ale i na to czasu coraz mniej. Tak jak na zwykłą zabawę, na bycie dzieckiem, na spacer po wyjściu ze szkoły, żeby się trochę dotlenić.

Coś się stało niedobrego. Hodujemy roboty, nasze dzieci jak maszyny wykonują codzienne czynności, zaplanowane z precyzyjną dokładnością, co do godziny. Już na samym początku wpadają w te trybiki i jak małe zombie stają się sprostać wszystkim wymaganiom. A kiedy się nie udaje, bo zwyczajnie organizm odmawia posłuszeństwa, popadają we frustrację. To przerażające. Pora, by rodzice wzięli sprawy w swoje ręce.


Żeby z nim zostać, musiałaby być jego matką. Wiecznie uśmiechniętą wbrew swoim emocjom, wiecznie tłumaczącą jego zachowanie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 lutego 2018
iStock/ JayKay57
Następny

Kiedy pojawiła się w jego życiu, już od samego początku wiedziała, jak ważna jest mama. Jego mama. Tu nie chodziło jednak o taką zwykłą, „poradnikową” więź matki z synem. Tu chodziło bardziej o to, że ta więź była jednostronna. Cokolwiek zrobił, mama zawsze go tłumaczyła. Cokolwiek powiedział, łagodziła przed wszystkimi znaczenie jego słów, tłumaczyła, zażegnywała konflikty. Nieważne, że skończył 35 lat. Był jej synem. Uważała, że jest mu to winna.

Kasia zakochiwała się w nim stopniowo, w miarę odkrywania, jak bardzo się od siebie różnią – ona  i on. I kochała to jego „już teraz”, kiedy wszystko musiał mieć wtedy, kiedy chciał. Bo ona była inna – powolna, cierpliwa. Dziwiło ją, że on ją taką kocha, zawsze racjonalną, starającą się szukać logicznych argumentów. Szybko wzięli ślub, oboje byli już po trzydziestce, oboje chcieli wspólnego domu, czegoś „na stałe”. Może dzieci.

Z teściową nie miała konfliktów. Odkąd ją poznała uważała ją z przychylną sobie, życzliwą, miłą, pomocną. Kasi rodzice mieszkali daleko, dobrze było więc wiedzieć, że w razie problemów mama Marcina jest blisko, że można na nią liczyć. Uśmiechnięta, ciągle pracująca zawodowo, nie narzucała się im, jak teściowe koleżanek Kasi, nie wydzwaniała do Marcina codziennie. Od czasu do czasu zapraszała ich na wspólny obiad lub spacer. Można powiedzieć, że się polubiły.

Problemy w małżeństwie Kasi zaczęły się po dwóch latach od ślubu. Może trochę wcześniej, ale tego nie zauważyła od razu. Przełomowy był wieczór, kiedy się mocno rozchorowała, a on wyszedł na umówiony mecz z kolegami. Gdyby to był zwykły katar, kaszel, nic takiego by się nie stało. Ale ona miała silną gorączkę, ostre wymioty, paskudny ból brzucha i zawroty głowy. Wzruszył ramionami, zmienił koszulkę i zniknął, by wrócić przed północą

Zadzwoniła do teściowej. Nieszczęśliwa, obolała poprosiła o leki, poskarżyła się na męża, że się nie zainteresował, że wyszedł. To, co usłyszała, wprawiło ją w osłupienie. „Musisz go zrozumieć – tłumaczyła jej teściowa – on musi odpocząć od pracy, zrelaksować się, nie możesz zamykać go w domu. Przecież ja mogę się tobą zająć”. Odpuściła, nie miała siły tłumaczyć, że oni wzajemnie dają sobie wiele przestrzeni, a tego dnia po prostu potrzebowała opieki męża. Że tak bardzo bolało, że bała się zostać sama. Ale najgorsze było to jego oziębłe „daj już spokój”, gdy prosiła, by został, tłumacząc jak bardzo źle się czuje. Nie chciała przy sobie jego matki, chciała jego obecności, poczucia bezpieczeństwa, świadomości, że się nią zajmie.

Następnego dnia próbowała z nim rozmawiać, wytłumaczyć, dlaczego to było dla niej takie ważne, ale on nie chciał słuchać. Odebrała za to telefon od teściowej: „Proszę, tylko nie rób mu wyrzutów, to moja wina, nie jego, tak go wychowałam. Ja nie byłam taka delikatna, brałam leki, zagryzałam wargi. A poza tym przecież Marcin dobrze o ciebie dba, niczego ci nie brakuje”

Strona 1 z 2
czytaj dalej

„Kochanie, zróbmy to razem”. Dlaczego pary, które stale chcą być blisko, się rozpadają

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 stycznia 2018
Fot. istock/Constantinis

Pamiętam oburzenie, gdy zaproponowałam jego dziewczynie „babski” film, w „babskim gronie”.  „No żartujesz chyba. My zawsze chodzimy wszędzie razem” – odparował niemal natychmiast w imieniu obojga, choć zaproszenie dotyczyło tylko jego ukochanej. „Prawda kochanie?”.  „No pewnie” – odpowiedziała ona wcale nie tak pewnie. Wyczułam, że może i miałaby ochotę pójść do kina bez niego, ale chyba głupio byłoby jej to przed nim przyznać. Bo przecież tak bardzo się kochają, że nie mogą bez siebie żyć. On nie pójdzie bez niej, a ona bez niego. Nie daj Boże, któreś złamie niespisaną zasadę jedności. No nie. Naprawdę, można się do kogoś przykleić na stałe i nie dać mu żadnej przestrzeni? Praktyka pokazuje, że to się raczej nie uda…

Znam ich od pięciu lat. Kasia, fajna, bardzo towarzyska dziewczyna. Piotrek też otwarty, ale typ „nerwusa i perfekcjonisty. Wszystko musi mieć ustalone, dopięte na ostatni guzik. Zaplanowane razem z Kasią. Wspólne mieszkanie, samochód, wycieczki rowerowe. Wspólne weekendy, wspólne hobby, wspólne wizyty u rodziny i przyjaciół. Wspólne kino i teatr, nawet kurs gotowania wspólnie, bo „to zbliża”. Chyba bliżej się już nie da. Zawsze chwalą się tym, że nawet zdarza im się myśleć to samo, w tym samym momencie.

Spotykamy się u znajomych, jest jeszcze kilka osób.

„To jak, Misiaczku, zbieramy się” – mówi on, koło dziewiątej wieczorem. Kątem okaz zerkam na Kasię. Tylko przez chwilę się waha. Jego wzrok przywołuje ją do porządku. „Tak, no tak już idę tylko do toalety”. Bo dziesięciu minutach wychodzą razem, trzymają się za ręce, jak jeden byt, a nie dwie indywidualności. Nie odmawiam nikomu prawa do miłości. Ale czy w związku naprawdę trzeba wszystko robić razem?

Ostatnio zaczęło się między nimi psuć. Kasia się Piotrkowi wymyka, dzwoni do mnie i próbuje nadrobić trochę czasu, kiedy nie mogłyśmy porozmawiać „sam na sam”.

Mówi, że chciałaby wyjechać na kilka dni sama, przemyśleć trochę tę relację, bo zaczyna jej brakować powietrza.

On też jakiś dziwny, coraz bardziej nerwowy. I niby wyobrazić sobie nie umie, żeby Kasia pojechała bez niego na kurs somelierów, ale sam dłużej zostaje w pracy, żeby pograć z kolegami w planszówki. Bez Kasi. „Chyba mu nic nie powiem” – mówi Kasia i czeka, aż jej coś poradzę. Tylko, że ja nie bardzo wiem, co powiedzieć. Dla mnie w związku powinno być miejsce również na „sam na sam” z sobą samym. Inaczej można się ta miłością udusić.

Pamiętam pierwszy poważny związek mojej przyjaciółki. Jak już wynajęli mieszkanie i zaczęli je urządzać, to właściwie nie sposób było ją gdziekolwiek wyciągnąć. Ciągle musieli być razem i to za jej sprawką. Uczepiona jego ramienia wybierała zasłonki, które on MUSIAŁ zobaczyć. Musiał też jechać tym samym autobusem, co ona, do pracy, mimo, że wcześniej (przed tym związkiem) zaczynał swój dzień godzinę później. Musiał nauczyć się grać w brydża, żeby mogli to robić razem. No i na zakupy, nawet te najmniejsze również razem. No jak ona ma sama pieczywo wybrać? Albo mydło pod prysznic? Czy płyn do higieny intymnej?

Ale ja najbardziej pamiętam, jak na lodowisku jeździli trzymając się za ręce nawet jeśli ona radziła sobie bardzo słabo, a on jak zawodowy hokeista. Spacerował po lodzie podnosząc ją co chwila za łokcie i podtrzymując na duchu, nie mając z tego żadnej frajdy. Tak też widziałam tę relację – bez frajdy.

Po roku wspólnego mieszkania, choć kochał, uciekł zostawiając krótki list. Napisał w nim między innymi, że bał się jej powiedzieć, ale miał coraz bardziej dość tego „wszędzie razem”. I że on ją naprawdę kochał, ale już nie może.

„To się nie uda”, mówi moja teraz moja przyjaciółka o związku Kasi i Piotra, bogatsza o doświadczenia z przeszłości. Trzeba przyznać, że zrozumiała swój błąd. Tak po prostu nie można żyć. Jeśli kochasz, musisz dać przestrzeń, ale i sam jej potrzebujesz. Będąc z kimś non stop, cały czas, zatracasz się, nie masz szans na to, by zastanowić się, dlaczego właściwie jesteście razem. Czego właściwie wam potrzeba, co sprawia, że chcecie być parą.