Jak zdobyłam numerek „na koleżankę”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 stycznia 2016
Fot. iStock / Imgorthand
 

Jak to jest, że przez zwykłe, czasem rozmowy w najmniej spodziewanych okolicznościach człowiek dowiaduje się o sobie najwięcej? W takim na przykład warzywniaku, kiedy budzą się w tobie mordercze instynkty, bo pani przed tobą płaci kartą i coś pójdzie „nie tak”. Albo podczas rozmowy z sąsiadką, która choć nie dosłyszy i nie dowidzi, nazywa twoje dziecko pederastą, bo mały ząbkuje i popłakuje nocami głośniej niż zwykle. Albo … w poczekalni u pediatry.

Katarek. Wieczorem lekki, nie przeszkadzający zbytnio i nie zwiastujący nic większego. Jak to możliwe, że w nocy urósł do rangi problemu burzącego rodzinną harmonię i błogą ciszę nocną? Nieprzytomna biegam, przetykam dziurki w nosie (co za barbarzyńca wymyślił odkurzacz do nosa?!), tłumaczę, że moje zabiegi mają w perspektywie przynieść ulgę, a nie zgnębić nieszczęśliwca. Zasypiamy razem w gąszczu chusteczek i  skuwkach od pojemniczków z sola morską. Na szczęście jest zima i trudno określić dokładną godzinę. Musiała być wczesna (tak, tak – już), bo mam wrażenie, że budzik znowu zadzwonił za wcześnie. Młody nieszczęśnik ma najwyraźniej takie samo wrażenie. Niech poleży. Gołym okiem widać, że ma gorączkę. A okiem ubranym w termometr widać jeszcze lepiej.

– No, ale co ja pani poradzę, wszystko obłożone, od czwartku nie mamy miejsc – znudzonym głosem, ale ciągle uprzejmie informuje mnie pani w rejestracji. – No chyba, że zadzwoni pani za dwie godziny, może ktoś zrezygnuje. – Ale dziecko ma gorączkę, katar i czerwone gardło! – z tym gardłem mówię „na zapas”. Z doświadczenia wiem, że w okresach masowych przeziębień musze być twardym i nieustępliwym negocjatorem. To niesamowite, jak z ugodowej, spokojnej osoby zamieniam się teraz w „matkę – lwicę”. Nie odpuszczę. Ostatecznie udaje się „wcisnąć” małego między jedną wizytą a drugą. No to teraz jeszcze tylko telefon do pracy. Błahostka. – Młody ma gorączkę, nie mogę przyjść. Prawdopodobnie będę musiała pracować z domu. – informuję od razu, tonem, jakbym recytowała wiersz z pamięci. I oni wiedzą, i ja wiem, że praca w domu z małym dzieckiem w moim wypadku równa się spadkowi wydajności. O dobre kilkadziesiąt procent. – To w razie czego bierz zwolnienie – mówi zrezygnowana szefowa. Cóż, takie życie z tymi matkami.

W przychodni tłum, ryk i dantejskie sceny. Tylko dzieci spokojne. Chore i osłabione, czują, że „wszystko im jedno”. Kolorowanka? Nie, dziękuję. Niech matka spróbuje kolorować z gorączką i z katarem. Poza tym, co to za przyjemność kolorować za każdym razem taki sam obrazek z butelką syropu. Czy ci lekarze nie myślą o niczym innym, tylko o lekarstwach?

Siadamy grzecznie obok pani z bliźniakami. To miejsce strategiczne, bo mamy, zaraz potem jak opuści gabinet lekarski niepostrzeżenie wejść do środka. – Niepostrzeżenie, rozumie pani – mówiła pani w rejestracji. Kiedy drzwi za bliźniętami zamykają się, zaczynam czuć lekkie podenerwowanie. Jak to „niepostrzeżenie”? Przecież oni pilnują każdego, widzą wszystko. Wiedzą dokładnie kto jest za kim, a kto próbuje „bez numerka”.

Raz, dwa, trzy liczę głośno. Drzwi otwierają się, panią z bliźniakami  na korytarz wyprowadza lekarka, młoda, uśmiechnięta blondynka z zadartym nosem. Zaraz, zaraz…

– Kaśka! – mówię ciut za głośno. – Czy my się znamy? – pyta blondynka. – No z osiedla, nie pamiętasz? – w podnieceniu prawie wpadam do gabinetu z młodym pod pachą. Kaśka przypomina sobie i osiedle i zabawę w podchody i rudego Maćka. Szybko wymieniamy się numerami telefonu (znajomy pediatra to nieoceniony skarb!) i przystępujemy do badania. To znaczy, Kaśka przystępuje. Rety! Ale śmiesznie na nią patrzeć taką poważną i skupioną jak się ma w pamięci jej warkocze. I koślawe nogi w wiecznie obwarzankowych rajstopach.

Wychodzę uśmiechnięta i uspokojona. To lekka infekcja. Dziecko będzie żyło.

–  No gratuluję – słyszę za sobą i oglądam się zdziwiona, bo nie wiem do końca o jaki sukces chodzi.- Słucham? – dopytuję uprzejmie. – „Na koleżankę” to jeszcze żadna nie próbowała się wepchnąć – kwituje starszy pan, dziadek, który czeka w kolejce wnuczkiem.


Pan Zbieg Okoliczności czuje się usprawiedliwiony, gdy zawodzi, ale czy wierzy samemu sobie? A czy to ważne? Tak nie można żyć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 lutego 2016
Fot. iStock / Redrockschool
 

Zawsze wydawało mi się, że życie, jeśli tylko uważnie je przeżywamy, nigdy nie może być nudne. Nuda z resztą to taki stan, w który wprowadzamy się trochę na własne życzenie. A może to tylko moje osobiste doświadczenia wiecznie zajętej Matki-Polki? W każdym razie, są wśród nas takie kolorowe ptaki, które nudy nie zaznają nigdy. W ich życiu wydarza się tak wiele, że nie nadążają wprost za wyzwaniami rzeczywistości. Jak to możliwe, skoro tak naprawdę nie dzieje się wcale nic?

Mam znajomego, który mógłby mieć pseudonim: Pan Zaskakujący Zbieg Okoliczności. Na większość spotkań wpada spóźniony, zdyszany, z wywalonym jęzorem. Obowiązki służbowe wykonuje raczej wybiórczo, bo z reguły w pewnym momencie „ coś się musi posypać”, jakiś trybik w maszynie zawieźć. Jedno jest zawsze pewne. To nie jest nigdy JEGO wina.

I tym razem jest podobnie. Na „parapetówkę” do wspólnych znajomych przychodzi prawie pod koniec imprezy, z kaktusem, który z całą pewnością kiedyś stanowił już ozdobę czyjegoś mieszkania.  – No nie uwierzycie, co się stało – mówi od razu. – Wychodzę przed dom, a samochodu nie ma. – Jak to – pytam naiwnie. – Ukradli? – Nie – u Pana Zbiega nic nie dzieje się, tak jak u zwykłych ludzi. Tym razem pewnie samochód porwała ekspedycja kosmitów, albo też wgniótł go w ziemię meteor obierając sobie za cel właśnie to miejsce parkingowe. Takim ludziom spóźnienia ze „zwykłych” powodów się po prostu nie zdarzają.

Oczywiście, mam rację. – Okazało się, że samochód jest poszukiwany przez policję. Sprowadziłem sobie auto, które należało do jakiegoś gangu. – oświadcza ON i patrzy na nasze reakcje. Ci, którzy widzą Pana Zbiega pierwszy raz, przysłuchują się z zaciekawieniem. Więc opowiada wszystko ze szczegółami. Tak, jest naprawdę bardzo szczegółowy. Opowieść toczy się wartko, bajecznie, kolorowo jak na filmie. Ci, którzy  znają go nie od dziś wymieniają tylko znaczące uśmiechy. Po spotkaniu napiszą ewentualnie dwie, trzy wiadomości na ten temat: „Ale historia, co? No, jak zwykle, życie pełne niespodzianek”.

W pracy „przypadków” pana Zbiega nie potrafiono nigdy docenić. Raczej miewał z ich powodu kłopoty. No bo a to nie zdążył z ważnym raportem (ratował właśnie obcokrajowców, których okradli nasi rodacy), a to nie przyszedł na spotkanie z udziałowcem (na osiedlu była taka awaria, że winda, która jechał stanęła na dwie godziny między piętrami), a to zapomniał wziąć wolne (żona zachorowała na chorobę tropikalną). I choć współpracownicy Zbiega na nudę nigdy nie narzekali i długo, po koleżeńsku „kryli” jego niedociągnięcia przez przełożonymi, w pewnym momencie zawsze zaczynali mówić: „dość”.  Z reguły moment ten zbiegał się z jego decyzją o zmianie pracy. Z ulgą rozstawano się więc z nim, gdy odchodził  tłumacząc, że otrzymał właśnie propozycję marzeń, stanowisko w  bardzo obiecującej i jeszcze nie całkiem znanej w Polsce (bo zagranicą to już jest naprawdę znana) firmie.

Żona Zbiega rozwiodła się z nim dwa lata temu. Kochała jego poczucie humoru, ciepło i to, że był zupełnie inny niż wszyscy. Z nim nie można się było nudzić. Ale nadszedł  w końcu taki etap ich wspólnego życia, w którym przestała sobie radzić z coraz większą liczbą zaskakujących przypadków. – „Kocham  Cię –  powiedziała pewnego dnia – ale nigdy nie wiem, co nastąpi za chwilę. Mamy córkę, mamy plany, a liczyć mogę tylko na siebie. Tak nie można żyć. Musisz wydorośleć i zacząć brać odpowiedzialność za swoje życie. Inaczej nie pozwolę Ci brać odpowiedzialności za naszą rodzinę.

Opowiedział jej wtedy jak będzie pięknie, kiedy się zmieni. Kiedy za chwilę już rozpocznie pracę w świetnym miejscu, gdzie wszyscy szybko docenią jego świeże spojrzenie na rynek i nietuzinkowe podejście do poszukiwania strategicznych rozwiązań. Zarobki? Tak, już negocjował. Obliczył, że za pół roku będzie ich stać na zmianę mieszkania na większe. Westchnęła, dała mu szansę. Przez pewien zbieg niefortunnych wydarzeń, nie udało mu się jej wykorzystać.

Pan Zbieg nie lubi nudy, ale też nie może na nią narzekać. Tworzy w wyobraźni takie wydarzenia, że samo składanie ich do jakiejś racjonalnej kupy zajmuje mu bardzo dużo czasu. To mu daje adrenalinę, to sprawia, że czuje się usprawiedliwiony, gdy zawodzi. Czy wierzy samemu sobie? A czy to ważne? Póki ma swoją publiczność zawsze wybierzę tę atrakcyjniejszą wersję siebie.


Zdrada, której nie ma? Przyjaciółko, nie starasz się „za mało”. Nie musisz się na „to” godzić

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 stycznia 2016
Fot. iStock / Talashow

Zadzwoniła do mnie w nocy, z trudem hamując łzy. W takich sytuacjach rzadko przychodzą nam do głowy jakieś mądre słowa pocieszenia. Możemy tylko słuchać. Co powiedziała? Że nie jest już kobietą, że straciła swój seksapil, że nigdy nie zrozumie jak on mógł jej to zrobić. Kolejna smutna historia zdrady? Nie.


Ale czekałam na nią od rana, przekonana, że zdradził. Co innego mogłoby się wydarzyć? Przygotowałam paczkę chusteczek i dwa identyczne kubki. Te kubki, oba niebieskie, miały znaczyć, że jestem z nią. A paczka chusteczek, że łzy dozwolone, że może czuć się tu bezpiecznie, bo najwyraźniej ktoś jej to poczucie bezpieczeństwa odebrał. Wpadła wczesnym popołudniem, zmęczona, z opuchniętymi powiekami, skrytymi za wielkimi ciemnymi okularami. Zdjęła je zaraz i odłożyła na stoliku, stukając o blat długimi paznokciami. Mimo całego tego bólu i cierpienia, jakie ewidentnie przeżywała, wyglądała jak zwykle kobieco i pięknie. Ten nienachalny erotyzm miała w sobie od zawsze. Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, potem popłynęły słowa.

Czuła to od dawna, bo od kilku miesięcy unikał wspólnego łóżka, bliskości bardziej intymnej niż ta między dwojgiem przyjaciół, którzy postanowili ze sobą zamieszkać. Zasypiania tuż obok, dotyku jej dłoni, zauważania, że to dla niego, ta nowa, delikatna jak mgiełka koszulka. Wiedziała, że musi być ktoś inny, że on nie podąża za nią jak kiedyś, spojrzeniem wiernym i namiętnym. Czyli, jest ta trzecia.

„Więc zdradził” – pomyślałam od razu. Ale to nie tak. Bo jest „ta trzecia”, ale jest i czwarta i piąta i setna. I blondynka i brunetka. I delikatna, uległa. I dominująca, piękna i gotowa na wszystko. A najwięcej tych wulgarnych, przerysowanych. Czy to jest zdrada? Przecież nie ma tu nikogo konkretnego, żadne uczucie nie wchodzi w grę. To tylko film. A właściwie dziesiątki, a może nawet setki filmów pornograficznych na jego komputerze, ulubione foldery, „gwiazdki”, motywy i kategorie. Odkryte przypadkiem, kiedy chciała coś sprawdzić, a jej laptop stał już spakowany do pracy.

I pat. Kompletna bezradność. Bo jak się z tym skonfrontować? Z fikcją, filmem, z jego „sam na sam” z aktorkami porno? Z obrazkami, którym raczej nie dorówna. I jeszcze to, że jeśli nawet odbudują swoją intymność, te jego filmy zostaną między nimi. Bo ona będzie się zastanawiać, czy on musi o nich myśleć, żeby pójść z nią do łóżka.

Odkrycie, że jej ciało mu „nie wystarcza”, że nie jest „wystarczająco dobra” boli, jak mało co. W głowie ma teraz tylko fragmenty tych filmów i przekonanie, że tego co na nich zobaczył ona mu dać nie może. A może jest z nią z litości? A może z wygody, a miłosnych uniesień szukać już będzie zawsze po tamtej stronie ekranu? Płakała, krzyczała: „Czego mi brakuje?!”. Żądała prawdy: „Od kiedy to trwa? Kiedy to robisz?”. I nie chciała uwierzyć w zapewnienie, że on ją kocha, że dla niego jest piękna, pociągająca. No bo jak uwierzyć, skoro on woli filmy?

Wypiłyśmy nie jeden, ale trzy kubki herbaty. Nie umiałam doradzić, słuchałam i patrzyłam tylko, jak jej pewność siebie znika, pojawia się (kiedy grozi mu rozstaniem) i znowu znika (gdy głośno zastanawia się, co z nią jest nie tak).

Wieczorem siadam do komputera i czytam setki podobnych opowieści. Fora internetowe pełne są wpisów zranionych, rozedrganych i drżących o to swoje poczucie erotycznej wartości kobiet. Proszą o rady, katują się opisami swojego mniej lub bardziej udanego pożycia, które miały zanim „to” odkryły. I choć żadna nie przyznaje się wprost, gdzieś między wierszami czuję, że śledzą każdy krok swojego partnera w Internecie. „Czy to znaczy, że już go nie podniecam? Czy to znaczy, że staram się za mało? Czy powinnam się na to godzić?” piszą zamieniając się w wielkie, kruche jak słomki znaki zapytania. Szukają zapewnienia, że to nie z nimi coś jest nie tak, że to nie po ich stronie leży „wina”. A bezpardonowe odpowiedzi psują cały ten delikatny efekt, zabijają „romantyczną otoczkę. „Daj spokój, masz wydumane problemy, każdy facet ogląda porno” – pisze Jacek78. Czy Jacek byłby cię w stanie zrozumieć, Przyjaciółko, z którą wypiłam trzy kubki hebaty? Nie sądzę.

Czy „to” jest zdradą? Nie wiem, chyba nie. Ale rozumiem kobiety, które w takich sytuacjach czują się zdradzone, oszukane, niewystarczające. Nie pojmuję jednak tego, co dzieje się w ich głowach dalej, tej nieuchronnej autodestrukcji. Poszukiwania w sobie błędów i niedostatków, spisywania swojego ciała na straty. Kochane, z wami naprawdę wszystko jest OK. Gdyby tak w jakiś magiczny sposób pozbyć się tego cholernego braku wiary we własną atrakcyjność? Gdyby odrzucić to oddanie i ugrzecznienie w sypialni, przekonanie, że DLA NIEGO musimy się starać ze wszystkich sił, bo inaczej znajdzie inną, lepszą…? Czy wtedy takie „odkrycia” nie bolałyby mniej?

Przyjaciółko, nie starasz się „za mało”. Nie musisz się na „to” godzić, nie musisz przymykać oczu i znosić tej przykrej dla ciebie świadomości. Ale zdecydowanie powinnaś nauczyć się o „tym” rozmawiać bez emocji. Wiedz jedno, jeśli twoje ciało na niego „nie działa”, jeśli zamiast zadbać o ciebie, wybiera świat sztucznych doznań, problem jest w nim.  Jeśli go kochasz, spróbuj pomóc. Tyle.