In vitro to nie widzimisię. To moje pieniądze, moja decyzja i mój wybór. To często ostateczność

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 października 2016
Fot. iStock / oscarhdez
Fot. iStock / oscarhdez
 

Coś ci powiem – nie rozumiem dlaczego w państwie, w którym płacę podatki, płacę składki na służbę zdrowia, nikt nie chce mi pomóc. Choć to już nawet nie o pomoc chodzi, ale o przywłaszczania sobie prawa decydowania za mnie. Nie dostanę 500 na dziecko, bo go nie mam. Chcę zajść w ciążę, ale państwo mi to skutecznie utrudnia.

30 tysięcy złotych. Tyle, z lekami, badaniami kosztowały mnie dwie nieudane próby in vitro. Dwie próby, które nie były żadnym  moim widzimisię pod tytułem: „A co się będę starać, zrobię sobie in vitro i spokój”.

Decyzję o ciąży podjęliśmy wspólnie z mężem. Byłam tuż przed 30-tką, nie nastawiałam się na zobaczenie od razu dwóch kresek na teście. Wiem, że czasami potrzeba na to czasu. Niepokoić się zaczęłam po roku. Jedna koleżanka zaszła w ciążę, druga miała problemy. A u mnie cisza. Zdecydowałam się na badania. Trafiłam na dobrego lekarza i… się zaczęło. A to coś z prolaktyną, a to z tarczycą. Okazało się, że mam hashimoto, dostałam leki, miało już być dobrze. Nie było. Badanie drożności jajowodów, po którym zemdlałam, a które nic nie wykazało. Zbadano mojego męża, mi przepisano leki, które miały polepszyć jajeczkowanie i zwiększyć szansę zajścia w ciążę.

Wiesz, teraz jednym z najmodniejszych słów w medycynie okazuje się być naprotechnologia. Rząd tyle o niej mówi, wspomina o budowaniu specjalnego ośrodka dla badań. A wiesz, co ja na to? Mnie ogarnia pusty śmiech, bo każda, KAŻDA para jaką znam, która nim zdecydowała się na in vitro przeszłą wszystkie badania, o których teraz z taką dumą mówi posłowie, jakby Amerykę odkryli.

My sami leczyliśmy się przez trzy lata. Badania, leki, wyniki, szukanie specjalistów najlepszych, jechaliśmy na drugi koniec Polski, żeby wykonać badania, które zlecał nam lekarz. Wszystko w imię chęci posiadania dziecka, wyleczenia się i spróbowania jeszcze raz.

Obok problemów z tarczycą, okazało się, że mam endometriozę. Bałam się robić kolejnych badań, by te nie wykazały, na co jeszcze choruję. Ilość leków, jaką zaczęłam przyjmować, żeby pokonać moją niepłodność odbiły się echem na moich stawach, nie mogłam chodzić. Zaczęłam się coraz gorzej czuć. Rozpoczęłam dietę, która miała mi pomóc w zwalczaniu chorób autoimmunologicznych, chodziłam na akupunkturę. Łapałam się wszystkiego, co mi wpadło do głowy. A z drugiej strony chciałam normalnie żyć, nie fiksować się na ciąży, tak, aby wszystko miało swój czas i swoje miejsce. To nie było łatwe…

Po laparoskopii dowiedziałam się, że muszę jak najszybciej zajść w ciążę, gdyż każde przyjmowanie hormonów przyspiesza nawrót endometriozy i kolejny zabieg. Więc do całej i tak trudnej sytuacji doszła jeszcze presja czasu. To wtedy lekarz zasugerował, że może byśmy poważnie pomyśleli o in vitro. Dla mnie była to ostateczność. Nie chciałam, chciałam spróbować wszystkich innych możliwych wariantów, nim zapadnie ta decyzja. Zdecydowaliśmy się na inseminację, ostatni właściwie krok przed in vitro. Nie udało się, zresztą lekarz nie pozostawiał nam żadnych złudzeń.

Właściwie zostaliśmy pozbawieni wyboru, bo zostało nam już tylko jedno. Znajoma czekała na in vitro z rządowego programu. Długo czekała, my nie mieliśmy już czasu. Kolejne leki, kolejne badania, kolejne pieniądze. Krew mnie zalewa, kiedy słyszę, że in vitro to morderstwo, to mordowanie zarodków. Zastanawiam się, czy ktokolwiek z tych wyrażających takie opinie choć pokłonił się nad całą procedurą? Chciał ją poznać?

Za pierwszym razem pobrano ode mnie sześć komórek jajowych. Byłam tak szczęśliwa, że w ogóle się nie zastanawiając podpisałam zgodę na adopcję pozostałych po zapłodnieniu. Tak, adopcję, żeby ktoś inny, kto ma jeszcze większy problem niż my, mógł z nich skorzystać. Można zarodki zamrozić i trzymać przez 25 lat dla siebie, po tym czasie automatycznie przechodzą one do adopcji, albo zgodzić się na nią od razu. Znajoma na adopcję zarodka czeka półtora roku. Kto mi powie, że miliony z nich są niszczone? Wyrzucane na śmietnik? To jedna wielka bzdura. Wiem to, bo z moich sześciu udało się zapłodnić tylko jedną komórkę… Jedną jedyną, która niestety nie rozwijała się w już w moim organizmie… Zrobiłam badanie krwi, nie byłam w ciąży. To, że się nie udało, to jedno… Ale odstawienie leków, moje samopoczucie… Koszmar. Tak bardzo wierzyłam, że się uda, że po tym co przeszliśmy, już nic nie może się wydarzyć. W końcu to in vitro. Zwłaszcza, że mojej koleżance się udało… Mi nie. Nam nie. Nie chciałam, żeby ktoś się nade mną rozczulał. Chciałam to przemyśleć, ułożyć nowy plan działania.

Wiesz, co jest najgorsze. Ta świadomość, że jest się z tym samemu. Mój mąż pracuje na dwóch etatach, oglądamy każdą złotówkę, by odłożyć ją na leki. On jest zmęczony psychicznie, bo też chciałby normalnego życia, a nie wstawać trzy razy w tygodniu o 3:50 do drugiej pracy i pracować w weekendy. Ja pracuję, plus mam własną działalność, żeby zarobić pieniądze na kolejne badania. Każde zwolnienie z pracy, każde badanie – nie masz żadnego wsparcia, nie ma jednego rozwiązania.

Przy drugim in vitro mieliśmy jeszcze jakieś odłożone pieniądze, rodzice też nam pomogli. Dostałam zwiększone do granic możliwości dawki leków, za pierwszym razem wydaliśmy na nie 1500 złotych, za drugim już ponad 2000 złotych. Rząd chce cofnąć refundację… Cena leków wzrosłaby wówczas trzykrotnie. Kogo będzie stać? Ile jeszcze można zrobić, by spełnić swoje największe marzenie, żeby zostać mamą, być rodzicami, mieć pełną rodzinę?

Za drugim razem pobrano 10 komórek… Zapłodniła się jedna, ale i tak słabo dzieliła. Nie chciałam tego słuchać, nie chciałam tej komórki, nie chciałam w ogóle robić sobie jakichkolwiek nadziei. A jednak coś drgnęło… Zadzwonili, żebym przyjechała, że będziemy próbować. Badanie krwi… Chyba jestem w ciąży. Jeszcze jedno. Tak, jestem na pewno. To był Dzień Matki, szalałam ze szczęścia, że warto było to wszystko przejść, umęczyć się, że te wyrzeczenia były po coś.

Niestety, ciąża przestała się rozwijać. I chyba nie to było najgorsze… tylko to, że musiałam czekać na poronienie, musiałam żyć z tą świadomością. Nie chciano zrobić mi zabiegu… A kiedy to się stało, bolało tak, że niemal nie byłam w stanie tego znieść… Zdruzgotało mnie to psychicznie i emocjonalnie. Jakby ktoś wyzuł cię z uczuć, ze zdolności odczuwania czegokolwiek innego poza smutkiem, bólem i otępieniem, które temu towarzyszyło.

To miało być nasze ostatnie in vitro. Ostatnia próba. Od lekarzy usłyszeliśmy, że teraz mają pełniejszy obraz naszej sytuacji, że może jeszcze raz, bo więcej wiadomo, a medycyna przecież cały czas posuwa się do przodu… Nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała. Nie mogę teraz odpuścić, teraz kiedy mam świadomość, że jeszcze nie wyczerpałam możliwości…

Rząd chce regulacji ustawy o zarodkach… Chce, by pobierana była tylko jedna komórka jajowa. Po raz kolejny ktoś chce decydować za mnie w imię własnego światopoglądu. Decydować o moich wyborach, moich decyzjach, o moich pieniądzach, bo przecież nikt mi za nieudane próby in vitro pieniędzy nie odda. Nie, oni wskażą komórkę, być może tę najsłabszą z moich wszystkich możliwych do pobrania, tę, której nie uda się zapłodnić! W imię czego, jakim prawem uzurpują sobie możliwość decydowania za mnie? Mój organizm nie jest w stanie wyprodukować komórki, która ze 100% pewnością będzie się nadawała do zapłodnienia. Teraz lekarze mogą próbować zapłodnić sześć, w moim przypadku nawet więcej ze względu na chorobę i czekać, obserwować, która okaże się tą najlepszą, tą, która pozwoli mi urodzić dziecko… Jeśli rząd wprowadzi zapowiadaną regulację nie będę miała już takiej możliwości. Co więcej, nie będę miała właściwie żadnych szans na zajście w ciążę. Ja i tysiące innych kobiet. Wiem, że są pary, które teraz podchodzą do procedury in vitro tylko po to, by pobrać komórki jajowe i je zamrozić, żeby móc spróbować jeszcze raz, odłożyć je, jeśli rząd faktycznie zechce zmienić ustawę. To jest przecież chore. W kraju, w którym mówi się o polityce prorodzinnej, w którym szacunek dla życia i dla drugiego człowieka głoszone są jako priorytety, ma się za nic zwykłego  człowieka i jego potrzeby. I to nie są potrzeby jednej osoby, jednej rodziny, jest ich całe mnóstwo.

Ktoś powie – możesz adoptować. Niby tak, ale jestem po poronieniu, pod opieką terapeuty, choroba obniża nasze szanse, a za chwilę mogą powiedzieć, że jestem za stara, zwłaszcza gdy czasami na dziecko czeka się kilka lat…

Dzisiaj cały czas wierzę w ten nasz cud. Gdzie jest granica? Jeszcze nie wiem. Ale wierzę już teraz ze świadomością, ze może się nie udać. Dopuszczam do siebie taką myśl, ale muszę zrobić wszystko, nie mam wyjścia. Chcę być mamą, chcę nosić dziecko pod swoim sercem, chcę je urodzić, a wcześniej poczuć, jak mnie kopie… Chcę przeżyć piękno macierzyństwa, dlaczego tak trudno to zrozumieć. Dlaczego tak łatwo ktoś chce mi to odebrać, a kto inny tak lekko osądza…


Przyjaźń przereklamowana? 7 nieoczywistych powodów, dla których warto mieć przyjaciół

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2016
warto mieć przyjaciół
Fot. iStock
 

Nikt z nas nie jest samotną wyspą. Choćbyśmy nie wiem, jak bardzo przekonywali się, że jesteśmy samowystarczalni, to jednak drugi człowiek jest nam w życiu potrzebny. I nie mówię tej przysłowiowej drugiej połówce. Mowa o ludziach, którzy są przy nas na co dzień, są stała wpisaną w nasze relacje.

I choćby nie wiem, jak ktoś się zarzekał, że przyjaźń jest przereklamowana i że współcześnie brak tak szczerej i głębokiej relacji, to są jednak powody, dla których warto mieć przyjaciół. Koniec i kropka.

Przyjaźń ma wpływ na to, kim jesteśmy

Zastanówmy się, czy to, z kim się przyjaźnimy w jakiś sposób nas kształtuje? Przecież czasami różnimy się poglądami, miewamy odmienne zdania, nie zgadzamy się ze sobą. Właśnie to wszystko na nas wpływa, kształtuje nasze światopoglądy, weryfikuje je, pozwala zbierać argumenty za i przecie dla naszych opinii. Z przyjaciółmi możemy podyskutować spróbować się nawzajem zrozumieć – to bezcenna lekcja.

Przyjaźń pozwala nam zajrzeć w siebie

Bo jeśli zależy nam na relacji, to każda kłótnia, każda niezgodność każe nam zajrzeć w siebie, zastanowić się, co takiego naprawdę wywołało nasz gniew, dlaczego zareagowaliśmy impulsywnie, inaczej niż zazwyczaj. Przyjaciel ma cierpliwość w zrozumieniu nas, w wysłuchaniu, we wspólnym zastanowieniu się, co tak naprawdę się wydarzyło, że wywołało w nas takie a nie inne emocje.

Przyjaźń poszerza nasze horyzonty

Bo choć bywamy do siebie podobni, to jednak się różnimy i to jest ogromna zaleta przyjaźni, gdyż wchodząc z kimś tak szczerą i głęboką przyjaźń jesteśmy w stanie otworzyć się na nowe. Nie zacietrzewiać się, nie wycofywać, ale wysłuchać, zastanowić i być może przyjąć dla siebie coś nowego. Rozwinąć swoje zainteresowania, zmienić zdanie w niektórych tematach. Przyjaźń to nieustanny motor naszego rozwoju.

Przyjaźń zbliża innych do siebie

Jeśli masz przyjaciół, to z pewnością zyskasz nowych znajomych – to działa w dwie strony. Jeśli lubisz ludzi, czerpiesz wiele z relacji z nimi – nawet tych pobieżnych, niekoniecznie bardzo zaangażowanych, to przyjaźń często bywa taką trampoliną do poznawania ludzi, spędzania z nimi czasu i dowiadywania się więcej o sobie i relacjach, jakie mamy z innymi.

Przyjaźń uczy, jak znosić porażki

Niestety większość z nas ma za sobą zawiedzione przyjaźnie, kiedy ktoś nas okłamał, zdradził, wykorzystał nasze zaufanie i naiwność. Bywa. I choć boli, choć ciężko się z tym pogodzić, to kiedy po czasie wyciągniemy lekcję z tej sytuacji, sprawi ona, że będziemy silniejsi, twardsi, bardziej czujni i wrażliwi w relacji z innymi. Takie przyjaźnie wiele nas uczą, warto o tym pamiętać.

Przyjaźń to wsparcie

To chyba jednak z największych wartości przyjaźni. Bo mając z kimś tak bliską relację, wiesz, że nigdy nie będziesz sama. Że obojętnie jak daleko byś nie była, jak długo się nie odzywała, gdzieś tam na świecie jest ktoś, do kogo możesz zadzwonić choćby w środku nocy, kto cię wysłucha, wesprze, a jeśli trzeba zaproponuje pomoc. Bezcenne.

Przyjaźń prawdę ci powie

Znacie się jak łyse konie, wiecie, co was rani, co jest waszą słabą stroną, ale NIGDY tej wiedzy nie wykorzystujecie, wręcz przeciwnie. Przyjaciel to ktoś, kto skrytykuje, zwróci nam uwagę, kiedy stwierdzi, że dokonujemy błędnych wyborów, podejmujemy złe decyzje. Zrobi to jednak w taki sposób, że zmusi nad do refleksji, nie zaatakuje, bo wie, jak z nami rozmawiać, bo nas szanuje.

Przyjaźń czyni nas lepszym

Będąc dobrym dla drugiej osoby, rozumiejącym i szanującym naszego przyjaciela stajemy się lepsi, bo jesteśmy otwarci na potrzeby drugiej osoby, uważniejsi. Przyjaźń nie wiąże nas, nie polega na tym, by nieustannie być w bliskim kontakcie, by spędzać ze sobą każdy wolny czas, by z drugą osobą omawiać każdy fragment naszego dnia. Nie. Przyjaźń to bycie dobrym dla drugiej osoby, a to przenosi się także na nasze relacje z innymi ludźmi.

I jak jej nie doceniać?


Paulina Wnuk: Życie nauczyło mnie, że wszystkie niepowodzenia trzeba przekuwać w coś dobrego

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
3 października 2016
fot. Bogusia Skrzypczak, sesja PLUS ME PROJECT
fot. Bogusia Skrzypczak, sesja PLUS ME PROJECT
 

Czy będąc nastoletnią matką, która z powodów rodzinnych rzuciła liceum i zaczęła pracę w sklepie monopolowym można odnieść sukces? Można! I to jaki! Paulina Wnuk to kobieta, która swoim uśmiechem i optymizmem zaraża każdego. Świat podbiła połączeniem swoich pasji – filmu i kuchni. Zaczęła pisać o gotowaniu, ale także o życiu. Zdobyła serca tysięcy czytelników, a przy tym nagrodę Bloga Roku 2012 i Blog of Gdańsk 2013. Wydała książkę, bo nie lubi mówić, że ją napisała, z przepisami wprost z filmów i seriali. Paulina to nie tylko autorka bloga Paulinawnuk.com (dawniej „From Movie to Ktichen”), mama siedmioletniego Tymka i współautora drugiego bloga Weź się mamo! i dziewczyna swojego niezwykle wysokiego (i przystojnego) faceta. Paulina to przede wszystkim przyjaciółka swoich czytelników.

Agnieszka Sierotnik: Przeszłaś w życiu już niejedno, a i tak każdą porażkę zamieniasz w swój sukces. Jak Ty to robisz?!

Paulina Wnuk: Nie mam na to jednego sposobu. Życie nauczyło mnie, że trzeba sobie radzić i wszystkie niepowodzenia przekuwać w coś dobrego, odnajdując w tym wszystkim jakieś pozytywne aspekty. Oczywiście, nie zawsze się da. Jednak ja dużo nad sobą pracuję i widzę, że to procentuje. Myślenie o swoich porażkach, problemach, szukanie rozwiązań, analizowanie decyzji i ich konsekwencji. No i przede wszystkim uczenie się na błędach.

Na których błędach nauczyłaś się najwięcej?

Gdybym teraz mogła cofnąć się w czasie, spróbowałabym nie rzucić szkoły, tak jak to zrobiłam. Z drugiej strony, nie miałam wyjścia. Rzuciłam liceum pod koniec drugiej klasy, więc tak naprawdę niewiele mi zostało. Musiałam pójść do pracy, a pogodzenie dziennej nauki z pełnowymiarową pracą nie było możliwe. Z resztą praca nie była jedynym obowiązkiem, jaki wtedy miałam. Opiekowałam się swoim młodszym bratem, musiałam znaleźć mieszkanie i skupić się na tym, żeby podnieść się po rodzinnych problemach. Nauczyłam się jednak, że każdy błąd coś mi daje. Z każdej porażki mogę wyciągnąć jakieś wnioski na przyszłość.

Przyszłością okazał się Twój synek, Tymek. Miałaś 19 lat, kiedy zaszłaś w ciążę.

Trochę się bałam, ale naprawdę tylko trochę. Nie miałam tej obawy, że sobie nie poradzę. Bardziej się bałam, że okażę się złą mamą. Nie mam dobrej relacji ze swoimi rodzicami i gdzieś z tyłu głowy siedziało we mnie, że może okaże się złą mamą dla Tymka. Zacznę powielać błędy, a mały będzie nieszczęśliwy i ucierpi na mojej przeszłości. Skupiłam się więc na tym, żeby go uszczęśliwić i dobrze o niego zadbać. Macierzyństwo jest trudne, niezależnie od wieku. To coś całkiem nowego dla kobiety, zwłaszcza tej młodej. Nie ma tu miejsca na błędy, więc musiałam sobie jakoś poradzić. Na pewno niczego nie żałuję w kwestii wychowania Tymka.

fot. Katarzyna Miller

fot. Katarzyna Miller

Wcześniej zajmowałaś się swoim młodszym bratem, więc jakieś doświadczenie w zajmowaniu się dziećmi jednak było w twojej głowie.

Zawsze miałam pierwiastek troski nad innymi. Lubiłam pomagać, chciałam pomagać. Czułam, że musze jakoś troszczyć się o brata, zadbać o niego. Może to był czas, w którym sama jeszcze potrzebowałam opieki. Nauczyło mnie to jednak odpowiedzialności. Wtedy też naprawdę dojrzałam.

Musiałaś szybko dorosnąć, bolało?

Byłam bardzo dojrzała jak na swój wiek. Dwa trzy lata temu myślałam jeszcze o tym, że powinnam jeszcze gdzieś dać ujścia swojemu temperamentowi. Teraz wiem, że tego nie potrzebuję. Tymek nigdy nie był dla mnie ograniczeniem. Mam wspaniałego partnera, który bardzo mi pomaga. Jesteśmy rodzicami, którzy bardzo się wspierają i uzupełniają. Nie mam ograniczenia, że muszę ciągle siedzieć w domu i nigdzie nie wychodzę. Zawsze jak potrzebuję czasu dla siebie, Tymek i Karol to rozumieją.

Kilka miesięcy temu dowiedzieliście się, że Tymek ma cukrzycę typu 1. Jak sobie z tym radzicie?

Pierwszy tydzień był najgorszy. Miałam bardzo małą wiedzę na ten temat i bardzo się obwiniałam. Byłam przestraszona tą sytuacją. Bo skąd się to wzięło? Czy to była moja wina? Trzeba było wziąć się w garść i opanować całą sytuację. Po każdej takiej diagnozie jest czas na żałobę, my też taki mieliśmy. Jednak stawką jest zdrowie Tymka, więc nie można było za długo płakać.

Dla małego chłopca to musi być tragedia.

Zdarza mu się powiedzieć „szkoda, że jestem chory”. Ale jak na swoje siedem lat jest bardzo dojrzały. Rozumie swoją sytuację, nie użala się nad sobą. Jest bardzo dzielny. A ja chciałabym, żeby zawsze było między nami takie zaufanie i tak więź, że będziemy mogli powiedzieć sobie o wszystkim i rozwiązywać wszystkie sprawy razem.

Brzmisz jak bardzo silna kobieta, która potrafi sobie poradzić ze wszystkim.

Ze wszystkim sobie nie radzę, bo i ja miewam i miewałam chwile słabości. Przeróżne sytuacje doprowadziły mnie na skraj wytrzymałości. Przechodziłam stany depresyjne. Nie radziłam sobie, ale przecież ciężko wymagać, żeby człowiek radził sobie ze wszystkim.

Depresja to zmora XXI wieku. Ogarnęłaś się?

Na szczęście bardzo szybko zareagowałam na to, co się ze mną działo. Było mi źle w tej sytuacji,więc wzięłam się za siebie. Poszłam do psychiatry, potem do psychologa. Wiedziałam, że to jest coś, co chcę w sobie naprawić. Musiałam to zrobić. No i na szczęście mi się to udało.

fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne

To stąd post o samobójstwie na Twoim blogu?

Myślę, że wielu ludzi jest w takiej sytuacji, że nie wie co ze sobą zrobić. Mają duże problemy, ale nie potrafią ich opanować. Wiem, że wielu ludzi ma myśli samobójcze z powodu różnych sytuacji. Potrafiłam wziąć się w garść i opanować te myśli, niestety nie każdemu się to udaje.

Ktoś odpowiedział?

Regularnie dostaję listy w odniesieniu do tego wpisu. Tak się jakoś stało, że to właśnie mój post wysoko się pozycjonuje. Ostatnio napisała do mnie szesnastolatka, że myśli o samobójstwie. Miała problemy z rodzicami, pokłóciła się z przyjaciółkami, a do tego nie wiedziała, co będzie z jej chłopakiem, bo mieszkał w innym mieście. Nie mogła się w tym wszystkim odnaleźć, więc napisała do mnie i poprosiła o poradę. Ciągle jesteśmy w kontakcie. Nie doradzam ludziom pod kątem psychologicznym, bo nie jestem psychologiem, ale zawsze wspieram dobrym słowem.

Masz swój sprawdzony sposób?

Staram się zakrzewić pozytywne myślenie. Najważniejsze to trafić we właściwy moment, żeby przekonać do zatrzymania się i spojrzenia na własną sytuację z trochę innej perspektywy. Na spokojnie, na zimno. Inna perspektywa zawsze daje wiele w ciężkiej sytuacji.

To postawa osoby, której każdy będący w depresji potrzebuje. Nie naciskasz, nie ponaglasz, nie klepiesz po plecach mówiąc, że będzie dobrze. Jesteś dla swoich czytelników prawdziwą przyjaciółką.

Mam nadzieję, że tak mnie odbierają. Lubię być potrzebna. Dlatego jak tylko wiem, że mogę komuś pomóc to ciesze się z tego bardzo. Pisanie o jedzeniu i gotowanie to nie jedyna misja, jaką mam w blogowaniu.

A skoro już przy gotowaniu jesteśmy… Jesteś bardziej pisarką czy szefem kuchni?

Na pewno szefem kuchni w swojej własnej, domowej kuchni! Pisarką też nie. Mówię o sobie „autorka”, nawet jeśli chodzi o swoją książkę. Nie mówię, że ją napisałam. Bo to brzmi jak napisanie powieści, ja coś tam stworzyłam. Tworze sobie i nie myślę o tym w kategoriach pisarskich.

Jeśli jesteś szefem kuchni w swoim domu, to może pora na restaurację?

Restauracja brzmi dla mnie bardzo poważnie i odpowiedzialnie, jako coś bardzo dużego. Może coś mniejszego? Jakiś bar, bistro? Myślałam o tym, ale zobaczymy. Mam małe plany, ale jeszcze na to za wcześnie.

Pora na standardowe pytanie! Czym jest dla Ciebie gotowanie?

Dopiero jak zaszłam w ciążę włączył mi się syndrom wicia gwiazda. Robiłam pierwsze słoiki, domowe obiadki. Kiedy urodził się Tymek i zaczął jeść bardziej stałe pokarmy, pomyślałam sobie, że to najlepszy moment na naukę gotowania. Tak, żeby miał w pamięci z dzieciństwa to, co ja miałam – mamę gotującą pyszne obiady. Śledziłam Internet, blogi, strony i ciągle się uczyłam.

I założyłaś swojego bloga.

Dokładnie tak!

Który przepis na Twoim blogu jest najważniejszy?

Nie ma jednego, chociaż może któryś z pierwszych… Zupa porowa z „Dziennika Bridget Jones”! I może na burgery „Jasie flejtuchy” z filmu „Czy to ty czy to ja”. Z nimi wiąże się bardzo zabawna historia. Miałam siedem czy osiem lat, byłyśmy z mamą właśnie na tym filmie. Jest tam taka scena, gdzie dzieci jedzą na stołówce bułki z mięsem i pomidorowym farszem.

fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne

Ah, więc to był początek Paulinawnuk.com!

Coś w tym jest! Po latach przypomniałam sobie o tamtej sytuacji i stwierdziłam, że fajnie byłoby połączyć film i jedzenie. No i pisać o tym!

To było coś zupełnie nowego w polskiej blogosferze.

Zawsze lubiłam robić kreatywne rzeczy i coś, czego jeszcze nie ma. Lubiłam się wyróżniać. Stwierdziłam, że jak już mam założyć tego bloga, to nie może być zwyczajny. Już wtedy było tego wszystkiego bardzo dużo. Oczywiście niektóre blogi się wyróżniały, ale pomyślałam sobie, że to będzie idealne połączenie moich pasji.

Blogowanie to wbrew pozorom ciężki kawałek chleba.

Najtrudniejsze jest zorganizowanie się. Jestem taką osobą, która ogarnia się na ostatnią chwilę. Nie mam kalendarza, o wszystkim zapominam, ciągle mam w okół siebie bałagan. Trudno mi się poukładać. Robię sobie plany w głowie, a tam wiadomo – wszystko pięknie wygląda! I myślę sobie „To taki super pomysł! Moim czytelnikom na pewno się spodoba!” Później zaczynam to robić i nie kończę. Ostatnio zaczęłam robić przepisy z Harrego Pottera. Zrobiłam zdjęcia. Teraz powinnam tylko napisać i wstawić posta, ale nie mogę się do tego zebrać. Ciągle brakuje mi czasu, albo po prostu jestem za mało zorganizowana. Najtrudniejsze to po prostu zebrać się w sobie, a ja tego nie potrafię.

Doskonale to rozumiem! Ja ostatnio nawet kupiłam sobie kalendarz, ale potem o nim zapominam.

O, ja tak właśnie udawałam! Kupiłam sobie kalendarz. Nawet sobie zapisywałam tam różne pomysły, spotkania i ogólny plan pracy. Potem zapominałam do niego zaglądać. Nawet mój chłopak się ze mnie śmiał, bo kiedyś zostawiałam sobie karteczki, żeby – uwaga – pamiętać o pamiętaniu! Jestem trochę buntowniczką i nie chcę słuchać poradników czy ludzi, którzy będą mi mówić jak mam planować swój czas czy pracę. Zawsze wychodzi z tego jakiś chaos, ale najważniejsze, że ja się w nim odnajduję!

Pracujesz w domu. To dobra opcja dla młodej mamy?

Rok temu miałam taki czas, że pomyślałam sobie „nie no, ja już nie mogę siedzieć w domu!” Mój chłopak też pracuje w domu, także wchodziliśmy sobie na głowy. Stwierdziłam, że muszę zrobić coś nowego. Odezwałam się do mojego znajomego, który prowadzi agencję reklamową i rozpoczęłam staż.

Brzmi ambitnie!

Wytrzymałam tam może z miesiąc, bo tak tęskniłam za domem. A może bardziej za późnym wstawaniem… W domu nigdzie nie muszę się spieszyć, mogę robić wszystko swoim tempem. Nikt nie siedzi mi na głowie, nie pogania mnie. No i jestem swoim własnym szefem. A na stażu musiałam wstawać codziennie rano. Byłam tam z osiem godzin, wracałam do domu i padałam wykończona na kanapę. Teraz nie mam pojęcia, jak mogłam kiedyś pracować więcej niż osiem godzin dziennie.

fot. Bogusia Skrzypczak, sesja PLUS ME PROJECT

fot. Bogusia Skrzypczak, sesja PLUS ME PROJECT

Ale to blogowanie to chyba bardzo fajna praca?

Bardzo fajna! Teraz szczególnie to doceniam. Od kiedy Tymek choruje, mogę być dostępna dla niego. Szkołę mamy niedaleko, więc zawsze mogę podjechać. Był taki czas, że musieliśmy jeździć na przemian z Karolem do szkoły, żeby podawać Tymkowi insulinę. Żaden nauczyciel nie może tego zrobić, więc to był moment, w którym oboje bardzo doceniliśmy pracę z domu. Z resztą blog bardzo otworzył mnie na ludzi. Po urodzeniu Tymka zamknęłam się w sobie. W zasadzie straciłam kontakt ze wszystkimi znajomymi, bo większość z nich studiowała, chodziła na imprezę. A ja siedziałam z Tymkiem w domu. Poczułam się wykluczona towarzysko, nieatrakcyjna. Gdy zaczęłam blogować, poznałam bardzo dużo osób. Jeździłam na konferencje, warsztaty, spotkania. Mogłam wyjść do ludzi i otworzyć się na coś zupełnie nowego.

A jak na taką pracę reaguje twoja rodzina?

Mój chłopak na początku się trochę śmiał, wiesz „a jak tam twój blogasek? Co ty sobie tam piszesz?” Ale z czasem, jak zobaczył, że to poszło tak bardzo do przodu przyznał mi rację i powiedział, że odwaliłam kawał dobrej roboty. Tymek jest bardzo szczęśliwy! Jak zrobię jakiś przepis z bajki, rewelacyjnie się czuje i to też jakaś zabawa dla nas. Czasami ciężko wytłumaczyć znajomym, o co w tym wszystkim chodzi. Bo jak to tak tylko siedzę w domu, piszę i gotuje? Ludziom się wydaje, że to takie nic.

Twój blog to nie tylko gotowanie, ale także temat samoakceptacji.

Bo ten temat ciągle się przewija w moim życiu. Jako mała dziewczynka czy nastolatka bardzo nie lubiłam swojego ciała. Nie byłam bardzo gruba, ale nie byłam też bardzo szczupła. Każda nastolatka chce być szczupła, dużo się o tym myśli, mówi, czyta. Chciałam się po prostu podobać. Było mi z tym ciężko, zwłaszcza, że często słyszałam od mamy docinki na temat swojej wagi. Po ciąży bardzo przytyłam, ciągle tyłam. Nie mogłam schudnąć, nic nie dawało efektów. Nie potrafiłam przejść na dietę i się jej trzymać. Choć tak na dobrą sprawę, nie wyobrażałam sobie siebie jako szczupłej osoby. Trochę chyba też się sabotowałam. W głowie ciągle kłębiły mi się myśli „ale po co mam być na diecie i tak nie schudnę, to nie ma sensu!”

fot. Agata Chachurska

fot. Agata Chachurska

Nadal tak jest?

Z czasem człowiek dojrzewa i zmienia myślenie o sobie. Inne rzeczy stają się ważniejsze, a waga zeszła na bok. Przestałam się tym przejmować. Czuje się atrakcyjna, jest mi dobrze ze sobą. Cały czas próbuję coś zrobić, ale nie mam na to ciśnienia. Lubię pójść na siłownię, lubię iść pobiegać. Jednak nie mam takiego pędu, że muszę już być chuda. Kiedyś myślałam, że jak schudnę, zmieni mi się całe życie. To nie prawda i nie wydaje mi się, że cokolwiek miałoby się zmienić. No może poza tym, że musiałabym wymienić całą garderobę. Mój portfel mógłby naprawdę zapłakać. Akceptuje siebie, ale wiem, że muszę ciągle nad sobą pracować.

A ta praca do łatwych i przyjemnych nie należy.

Najtrudniejsze jest to moje lenistwo. Ono wciska mnie w łóżko i wpycha słodycze w ręce. Mam takie zrywy, że kupuję sobie karnet na siłownię. Dwa lata temu kupiłam na cały rok! Chodziłam może z trzy miesiące. Teraz kupiłam na miesiąc. Stwierdziłam, że zobaczę jak mi pójdzie, a potem najwyżej dokupię na kolejne miesiące.

No i jak Ci poszło?

W porządku, byłam raz! Zwalam to też trochę na brak czasu. Ostatnio mam bardzo dużo projektów, chorowałam też trochę, miałam trochę wyjazdów. Ale spokojnie! Wszystko w swoim czasie! Musze się po prostu rozkręcić.

Przypięto Ci łatkę blogerki plus size. Nie boisz się, że jak zaczniesz chudnąć, ludzie zarzucą Ci, że nie jesteś tą samą Pauliną?

Spotykam się często z takimi opiniami. Wiem, że jedna z blogerek plus size miała właśnie taką sytuację. Była krągła, potem mocno schudła. Ludzie jej pisali, że to już nie jest ta sama osoba, jak ona może się nazywać plus size.

Klasyczny hejter.

To po prostu osoby, które muszą się podbudować na innych. Tak naprawdę szukają podobnych do siebie. Szczególnie grubsze osoby, które nie potrafią nic ze sobą zrobić, widzą partnerów w tych o zbliżonym do swojego rozmiarze. Oczywiście nie wszyscy, ale wydaje mi się, że tak właśnie jest. Kiedy nie potrafimy niczego ze sobą zrobić, szukamy kogoś, kto nam przyklaśnie i powie „okej, nie musisz nic robić!”. Jeżeli dobrze się ze sobą czujemy – jasne! Tylko niech to będzie szczere. A nie jednego dnia ogłaszamy światu, że akceptujemy siebie, a drugiego płaczemy, bo nienawidzimy swojego ciała.

To błędne koło. Wiele jest przecież osób, którym coś w sobie nie pasuje.

Mam bardzo szczupłą koleżankę. Ciągle marudziła, że źle się ze sobą czuje. Zaczęła chodzić na siłownię, przybrała troszkę mięśni i teraz czuje się dobrze. Moim zdaniem wyglądała wcześniej rewelacyjnie! Ale to było tylko moje zdanie, to co ona czuła i co miała w głowie było zupełnie inną sprawą. Tak naprawdę każdy powinien myśleć o sobie i swoich wyborach.

fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne

Odnajdujesz się w branży plus size?

Średnio. Nie chcę być klasyfikowana przez swój rozmiar, jestem tylko człowiekiem. Czy to ważne czy jestem gruba czy chuda? Dla mnie zupełnie nie. Ja nie muszę się trzymać tylko z osobami grubszymi, bo ja jestem większa. Nie wiem, czy szczupłe osoby też tak mają, wiesz, taką swoją branżę dla chudych ludzi, taki „minus size”. I jednej i drugiej stronie wiele się zarzuca. A ja chcę być poznawana po prostu jako dobry człowiek. Nie chcę, żeby ktokolwiek oceniał mnie przez wzgląd na moją wagę. Chociaż wiem, że tak jest.

A może po prostu czegoś Ci w tej branży brakuje.

Ja w ogóle nie mam smykałki do ciuchów i kosmetyków. Naprawdę. A mam wrażenie, że całe plus size to po prostu ciuchy. Coś na zasadzie rozmyślań kolejnych sieciówek na temat „jak wepchnąć grubasa w kolejne ciuchy”. Brakuje mi tematów o sporcie, psychologii. A przecież grubsze osoby też chodzą na siłownie, uprawiają sport, ba! Uwielbiają sport! Ciągle tylko ciuchy i ciuchy! A przecież można zrobić coś o motywacji, o poprawie humoru, o pracy nad sobą.

Wydaje mi się, że to wszystko kwestia głowy i pracy nad sobą.

Bardzo często dostaję wiadomości od kobiet z zapytaniem, jak ja to robię, że potrafię się pokazać w kostiumie kąpielowym na plaży czy iść pobiegać bez obawy o swój wygląd. Zawsze im odpowiadam, że chodzi o dojrzałość i tak jak mówisz – pracę nad sobą. Z czasem wygląd przestaje mieć znaczenie. Niech każdy wygląda jak chce, byle tylko wszyscy byli zadbani i nie mieli problemów z higieną osobistą, tak jak to się zdarza w tramwajach.

No dobrze, na koniec wróćmy na chwilę do miejsca, w którym odnajdujesz się najlepiej – do kuchni. Zdradź nam, jak smakują seriale i filmy?

To cudowne doświadczenie i super zabawa, kiedy najpierw mogę zobaczyć film, a potem jego kulinarną część przenieść do swojej kuchni. Oczywiście w zależności od produkcji, smaki są kompletnie inne. Jednak zawsze i ja i mój syn ogromnie się cieszymy, gdy do seansu przygotowujemy jakieś filmowe dania. Z czystym sercem, mogę polecić to każdemu!


Zobacz także

Fot. Oh!me

Co jest bardziej cennego od czasu spędzonego z najbliższymi?

Fot. iStock /Imgorthand

Mali alergicy potrzebują szczególnej troski, także podczas snu

Fot. iStock /  Massonstock

Nie chce ci się i szukasz wymówki? Daj spokój, przecież samo się nie zrobi