Złote myśli kobiety

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
5 czerwca 2016
Fot. Pixabay / Greyerbaby / CC0 Public Domain
 

Usłyszałam niedawno słowa, które mnie powaliły: pewien pan powiedział mi, że jestem tak inteligentna, że aż atrakcyjna. Zamurowało mnie na miejscu, ponieważ nie zdarzyło mi się jeszcze usłyszeć miłego komplementu oraz inwektywy w jednym zdaniu podrzędnie złożonym.

Nie wiem nawet, czy to dobrze uchodzić za inteligentną kobietę. Zauważyłam, że idiotkom w życiu łatwiej – zaprawdę, powiadam wam, nie ma takiej rzeczy, której nie załatwiłby odpowiednio duży dekolt oraz usteczka w ciup i akcja pod tytułem „Ja sama sobie nie poradzę”.

Julia Marcell śpiewa:
Kiedy byłam małą dziewczynką,
modliłam się o urodę.
Dzisiaj jestem już pewna –
wolę być ładna niż mądra.

Na co komu ta mądrość?
Tylko się człowiek stresuje.
Głupotę ci każdy wybaczy,
brzydoty nie daruje.

I prawda, niestety. Kto słyszał publiczne dyskusje na temat inteligencji kobiet? Mądre kobiety raczej na okładkach magazynów nie lądują. Sharon Stone ma IQ na poziomie 154, czy świat o tym mówi? Nie, świat wspomina, jak piękna Sharon Stone rozkładała nogi w „Nagim instynkcie”.

Co do mojej inteligencji, to chciałam zaznaczyć, że nie przekłada się ona na mądrość życiową, niestety. Pakuję się w rozmaite kłopoty, ufam niewłaściwym ludziom, kilka razy potrafię popełnić ten sam błąd. Jeśli ktoś wie, jak zostać mądrą kobietą, niech mi da znać, proszę. A w miłości to już kompletna porażka…

Na swoją obronę mam tylko to, że nawet Maria Pawlikowska-Jasnorzewska mówiła, że wolałaby, aby Mickiewicz ją całował niż by miał ją słuchać.

A ja obie opcje poproszę.


Pokonać miłość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
6 czerwca 2016
 

Miłość zwycięża wszystko i my ulegamy miłości.
Wergiliusz

Dwa razy w moim życiu usłyszałam, że prawdziwa miłość wszystko zwycięży. Pierwszy raz powiedziała mi to starsza pani, która przeżyła ze swoim partnerem 70 lat – razem przeżyli wojnę, udar, narodziny niepełnosprawnego dziecka, kryzysy ekonomiczne, śmierci w rodzinie, choroby, niepowodzenia. Prawie do końca życia chodzili razem na spacer, trzymając się za rękę. Pani regularnie karmiła mnie opowieściami o tym,  że warto się starać i że we dwoje można przejść przez każde piekło jeszcze bardziej wzmocnionym i zakochanym. Wbiła mi do głowy myśl, że jak coś się psuje, to trzeba najpierw naprawiać, dopiero w ostateczności, gdy kompletnie nie ma wyjścia, można wyrzucić na śmietnik. Mocno się przejęłam.

Kiedy znajomy powiedział mi tą sentencję po raz drugi, w moim związku działo się już bardzo, bardzo źle. Nie umiałam sobie z tym poradzić, próbowałam już wszystkiego, bez skutku – a tu ktoś mi znowu takie mądrości w twarz rzuca. Do tego opowiada mi historie ze swojego życia, porównywalne do moich, które jego małżeństwo wzmocniły i scementowały, a moje zostało totalnie przeczołgane i rozszarpane niemal na strzępy. Czułam – chyba zrozumiałą – wściekłość. Już wiedziałam, że miłość nie zawsze wszystko zwycięża.

Po latach mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością: to nie miłość zwycięża, to ludzie. To my decydujemy, ile przetrwamy my, a ile nasze uczucie. Jeśli tylko jedna strona chce zwyciężyć, niestety skazani jesteśmy na porażkę. Łatwiej jest odejść niż walczyć. Co więcej, jeśli odpuściło się wiele rund podczas walki, nie możemy dziwić się, gdy okaże się, że jednak przegraliśmy całą rozgrywkę. Jak zawodowi bokserzy, wymierzamy regularne ciosy naszej miłości, a potem dziwimy się, że leży na łopatkach.

W obliczu mojej choroby mój ex uznał, że warto okazać mi wsparcie i uwagę. Było to tak nieoczekiwane i niezwykłe, że aż rozglądałam się po niebie, szukając czterech jeźdźców apokalipsy – tak niesamowite było to doświadczenie. Nie wykluczam (choć powątpiewam), że nagle dojrzał. Bardziej jednak wiążę to ze stanem zdrowia i moimi raczej marnymi rokowaniami. Nie czepiam się.
Ale jest pewien szkopuł – pomiędzy nielicznymi smsami i długimi okresami milczenia i niedopowiedzeń, nadal jestem sama w najgorszych chwilach: wieczorami, podczas brania garści leków, podczas ataków bólu, w chwilach totalnego osłabienia. Wtedy czuję, że miłość nie wszystko zwyciężyła w moim życiu, i nie ma szans na poprawę. Bóle, niemożliwe do uśmierzenia żadnym lekiem, podpowiadają mi, że urodziliśmy się sami i sami pomrzemy.
I, wedle mojego odczucia, sami także skazujemy się na miłość bez szans na przeżycie.


Nie taki guz straszny

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
1 czerwca 2016
Fot.Splitshire /

Powiadamiam, że mam zaświadczenie konsylium lekarskiego, wydane na piśmie, że posiadam mózg 🙂 Zebrali się, prześwietlili, sprawdzili – no jest! To taka informacja dla tych m.in., co to piszą do mnie i sugerują, że takie bezmózgie beztalencie jestem (jest fejm, jest hejt, zdaje się).
Mnie osobiście na zdjęciu mojego mózgu zastanowiły czarne plamy tu i ówdzie. Pytam znajomego lekarza, co ich tak dużo jakoś, tak niepodręcznikowo. On zasugerował, że to być może rozum mam tak aktywny, że na tomografie widać. To ja się pytam, czego tak mało tych plam wobec tego. On mi na to, że tu już medycyna pomóc nie może…

grateful

Mój mózg z rozumem muszą się jeszcze raz dać uwiecznić, tym razem za pomocą rezonansu. Niebawem. Przy okazji sprawdzam sobie skuteczność tzw. pakietu onkologicznego w naszej służbie zdrowia i generalnie melduję, że o kant stołu rozbił. Pozostaje mi wygranie w Lotka lub zostanie utrzymanką jakiegoś Maharadży, żeby za te wszystkie badania zapłacić.

Po sporym szoku, jakim była dla mnie wieść o jakimś guzie na nielegalu w mojej głowie, powrócił spokój i racjonalizacja. Jeszcze wczoraj myślałam o milionie rzeczy, których w życiu nie zrobiłam – dzisiaj włączyło mi się myślenie o milionie rzeczy, które jednak w życiu zrobiłam. Pewnie, że nie wszystko tak, jak planowałam, ale też cudnie. Usiłowałam zrobić kompletną listę spraw, osób i zdarzeń, za które jestem wdzięczna mojemu Losowi, że mi je przyniósł – zatrzymałam się na numerze 126, bo już nie dawałam rady pisać. Dla porównania, wymyśliłam tylko 37 rzeczy, za które bym Losowi przywaliła w krocze. Takie podsumowanie jest cenne, nagle zdajesz sobie sprawę, że nie wszystko w życiu zepsułaś.

Smutne jest to, gdy takie chwile przechodzi się w samotności, gdy w pojedynkę dźwiga się wagę sytuacji. Takie były moje pierwsze myśli, że to nie fair. Potem przypomniałam sobie, co powiedział Robin Williams – „Myślałem, że najgorsze w życiu, to być samotnym. Tak nie jest. Najgorsze w życiu to być z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się samotny”.
I to uczucie znane mi jest zbyt dobrze. Samotnie przechodziłam najtrudniejsze chwile w moim dorosłym życiu – bo mój życiowy partner nie był w stanie udźwignąć ciężaru współodpowiedzialności, czym niekoniecznie chciałam się chwalić rodzinie i znajomym – w pewnym momencie pytanie „A gdzie w tym twój mąż?” ważyło tonę i wisiało mi na szyi niczym kamień, ciągnący w dół.

Dopiero w takich chwilach człowiek się przekonuje, z czego jest zbudowany. A że priorytety już ma na właściwych miejscach poustawiane, nawet rak mi nie jest straszny.