Lifestyle Psychologia Związek

Dlaczego niektórzy z nas lubią dominujących partnerów i czy takie związki są szczęśliwe

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
17 kwietnia 2018
Fot. istock/MStudioImages
 

Czy pociągają cię raczej łagodni partnerzy, czy tacy, którzy lubią tobą „dowodzić”? Zdaniem psychologów, odpowiedź na to pytanie zależy od twojej osobowości i… płci. Kobiety często wybierają „złych chłopców”, a mężczyźni o ugodowym charakterze, sterujące nimi „zdecydowane” panie.  Czy to dobrze? Niekoniecznie.

Ludzie o cechach dominujących są bardziej egocentryczni i niewrażliwi na uczucia innych, również bliskich. A przecież nie są to cechy, jakich się szuka w wymarzonym związku. Aby takie osoby stały się dla nas atrakcyjne, muszą łączyć tę dominującą osobowość z pewnymi cennymi zaletami, na przykład gotowością do niesienia pomocy innym, odwagą, przywiązaniem do bliskich nam wartości. Czymś, co będzie stanowiło interesujący kontrast.

Psycholodzy twierdzą, że kobiety preferują dominujących partnerów, ponieważ podświadomie uważają, że tacy mężczyźni mają lepsze geny (ach ta biologia) i nadają się na ojców.  Ale to nie wszystko. Naukowcy spekulują również, że jeśli obecny, bierny, choć miły partner jest przez nas postrzegany jako „nudny”, a my odczuwamy szczególny wstręt do znudzenia w życiu, najprawdopodobniej zostawimy go i wyruszymy na poszukiwanie „przygody”, czyli partnera dominującego. Będzie to równoznaczne z pragnieniem złożonych i intensywnych doznań i doświadczeń oraz chęcią podejmowania ryzyka na rzecz takich doświadczeń. A jak to się skończy (czasem boleśnie), to już zupełnie inna sprawa.

Psycholodzy uważają również, że panie, które odczuwają w życiu pewien stały poziom lęku, mogą preferować dominujących partnerów ze względu na emocjonalną ochronę (poczucie bezpieczeńsywa), którą ci im oferują, a nie dlatego, że  postrzegają ich jako szczególnie pociągających.

Czy takie związki są szczęśliwe? Oczywiście, to kwestia bardzo indywidualna i tak jak w przypadku bardziej kompatybilnych ze sobą partnerów, trzeba „czegoś więcej”, by relacja należała do udanych. Niemniej jednak, „wymiana potrzeb” gwarantuje obu stronom pewien poziom satysfakcji, dla którego warto zaryzykować…


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Lifestyle Psychologia Związek

Żyłam złudzeniami, dziś potykam się o rzeczywistość. Miałam wszystko, nie mam nic

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 kwietnia 2018
Następny

Odkąd pamiętam, zawsze wydawało mi się, że „wszystko się ułoży”, zawsze żyłam z dnia na dzień, myśląc: „jakoś to będzie”. Najpierw w szkole, potem na studiach, wreszcie w życiu. Naiwność? Nie wiem, nie sądzę. Ja po prostu nie miałam zmartwień, trudnych momentów. Wszystko podawano mi na tacy. Gotowe rozwiązania na każdy problem dostarczano mi razem z przeświadczeniem, że nie ma czegoś takiego jak „konsekwencje”, bo wszystko da się załatwić. A raczej, że wszystko załatwią pieniądze. Tak mnie wychowano, trochę na „księżniczkę”, choć to pewnie eufemizm.

W dzieciństwie miałam to, co chciałam, nie wysilając się zbytnio i nie dając z siebie za wiele innym. Nie musiałam. Miałam rodziców, którzy dbali o mnie tak, jak umieli. Byli może niespecjalnie ciepli, niespecjalnie uważni, ale na swój sposób troszczyli się o mnie. Dobra szkoła, najlepsi korepetytorzy, dodatkowe zajęcia – takie, jakie akurat mnie zainteresowały. Wyjazdy w miejsca, o których inni mogli tylko marzyć, oglądając kolorowe pocztówki. Za to jestem rodzicom wdzięczna, dzięki temu nauczyłam się dość szybko języków. W wieku dziesięciu lat miałam już odłożoną przez nich sporą sumę pieniędzy „na przyszłość”, a jako nastolatka nosiłam tylko oryginalne, markowe ciuchy, których zazdrościły mi koleżanki. Mama uważała, że właśnie o tym marzą nastolatki. A może to było jej, niespełnione wcześniej marzenie?

W klasie maturalnej do szkoły przyjeżdżałam samochodem, który tata kupił mi na urodziny. I nadal żyłam w przekonaniu, że OK, może nie wszyscy w tym wieku mają własne auto, ale generalnie niewiele się od siebie różnimy. Długo nie rozumiałam tak właściwie, dlaczego szepce się o mnie za plecami „dziecko z bogatego domu”. Choć przecież od zawsze przyjaźń kupowałam. Zawsze miałam najlepszy rower, najnowszą grę, najszybszy komputer. Dzieliłam się tym chętnie, bo wiedziałam, że za chwilę dostanę coś nowego. I dzieliłam się też dlatego, żeby być bliżej innych. Miałam coś fajnego, drogiego, byłam interesująca. Takie są dzieci.

Miłość też była dla mnie czymś, co można mieć „za coś”. Odkąd skończyłam 16 lat, zawsze byłam zakochana. Niekoniecznie na długo, ale za każdym razem bardzo intensywnie. Kiedy kochałam, dawałam prezenty, takie, na które ON nie mógłby sobie pozwolić. Dzisiaj myślę, że żaden z moich związków nie był związkiem szczerym, z żadnej ze stron. To był układ handlowy, trochę jak między mną a moimi rodzicami. „Dam ci coś, spełnię twoje marzenie, ale masz być ze mną”. Swojemu pierwszemu chłopakowi podarowałam gitarę elektryczną. Myślałam wtedy, że tak trzeba, że na tym to polega. Ja mu coś daję, a on jest ze mną. Po prostu. Odszedł, złamał mi serce. Nie powiedział dlaczego. Ja wiem. Byłam zaborcza, już wtedy.

Skończyłam studia, poszłam do pracy i… zostałam sama. Pewnego deszczowego, paskudnego dnia, tata, wracając z mamą z firmy spowodował wypadek. Zginęli oboje. Z dnia na dzień straciłam rodziców i dostęp do ich portfela, bo jak się okazało, tata zostawił cały swój majątek swojemu synowi z pierwszego związku. Może i mogłabym coś dla siebie ugrać, ale jak? Nie wiedziałam, nie umiałam. Nie walczyłam.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Lifestyle Psychologia Związek

Planujesz ślub i wesele? Nie popełniaj tych błędów!

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
17 kwietnia 2018
Fot. iStock/olegbreslavtsev
Następny

Nadszedł ten moment! On się w końcu oświadczył, a ty powiedziałaś „TAK”. Pomiędzy jednym a drugim telefonem do przyjaciółki, zdążyłaś już ustalić z partnerem termin ślubu, a w głowie już planujesz, jak usadzisz gości i jaką to bajeczną suknię ślubną sobie sprawisz. Wszystkie znamy ten stan euforii. Niestety, łatwo popełnić błąd, gdy przestajemy trzeźwo myśleć i robimy wszystko na szybko. Może to i dobrze, że wolne terminy w kościołach i restauracjach są tak odległe? Przynajmniej jest czas, żeby na spokojnie wszystko zaplanować. Ślub to niewątpliwie jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu. Wiele z nas ma obmyślone różne szczegóły swojej wymarzonej ceremonii jeszcze zanim na horyzoncie pojawi się Ten Jedyny. Co więcej, często też dokładnie wiemy, jak chcemy wyglądać, które suknie ślubne podkreślą atuty naszej figury, a które niekoniecznie. No i wesele! Tu też często dajemy się ponieść fantazji.

Jeśli chcesz, żeby twój ślub (i wesele również) był naprawdę udany, postaraj się uniknąć kilku, podstawowych błędów. Oto one:

Ustalanie czegokolwiek bez wyznaczenia budżetu

Wiem, mało to romantyczne, ale większość rzeczy w życiu jest uzależnionych od stanu konta. Jeszcze zanim zaczniesz przeglądać jakiekolwiek katalogi, musicie ustalić budżet. Zastanówcie się, ile pieniędzy możecie przeznaczyć na ślub i wesele, czy ktoś wesprze was finansowo, czy chcecie wziąć pożyczkę. Budżet jest istotny, ponieważ uchroni was przed podejmowaniem błędnych decyzji. Nie będziecie też tracić czasu na oglądanie rzeczy, na które po prostu was nie stać i co najważniejsze – unikniecie nagłych wydatków i braku funduszy przy dopinaniu ostatnich szczegółów. Zawsze tak jest, że na końcu okazuje się, że o czym zapomnieliście i trzeba coś kupić/zapłacić za coś.

Zapożyczanie się, żeby wyprawić huczne wesele nie jest najlepszym pomysłem. Niektóre pary zakładają, że przyjęcie zwróci się z pieniędzy, włożonych do kopert. Lepiej jednak na to nie liczyć, bo można się nieźle przejechać. Dobrze, gdyby udało wam się odłożyć pieniądze na uroczystość. Możecie też skorzystać z pomocy rodziny. Miejcie tylko świadomość, że mogą krewni mogą wówczas chcieć ingerować w wasze plany i wydatki.

Złudne nadzieje, że wszyscy przyjdą

Wybierając datę ślubu, zastanówcie się, czy nie koliduje z jakimś ważnym wydarzeniem. Goście mogą zrezygnować, jeśli wasza uroczystość wypada w święta. Wakacje wydają się najlepszym rozwiązaniem, ale trzeba brać pod uwagę urlopy i wyjazdy. Pamiętajcie, że wiele osób do ostatniej chwili wstrzymuje się z potwierdzeniem przybycia, dlatego ustalcie z właścicielem sali dogodny termin ostatecznego potwierdzenia liczy gości weselnych. Miesiąc to zdecydowanie za długo. Niektórzy dopiero dwa tygodnie przed uroczystością potrafią się określić. Bądźcie przygotowani na to, że około 10 proc. i tak się nie pojawi, choć potwierdziło obecność. Czasem po prostu dochodzi do losowych zdarzeń.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Zobacz także

Delecta - ptysie kawowe z gruszką

Myśl globalnie, jedz lokalnie. Przepisy na słodkie wykorzystanie lokalnych produktów

5 pozytywnych typów ludzi, którymi dobrze jest się otaczać

Ela Hübner: „Stereotyp kobiety 50- letniej, o której niektórzy myślą w kategoriach „próchna wyżartego przez korniki” trochę runął”