Zakończona przyjaźń boli bardziej niż zakończony związek

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
10 sierpnia 2016
fot. iStock/Stefano Tinti
 

Żyjemy w kulturze, która wysoko stawia romantyczne związki, skupione na szczęściu i wspólnym życiu. I nawet fakt, że wiele młodych kobiet wybiera świadome bycie singielką lub związki bez zobowiązań, w ostateczności i tak każda łapie się na tym, że dobrze byłoby kogoś mieć obok na stałe. Nie przyjaciela czy przyjaciółkę, ale partnera. Tymczasem to właśnie czysta przyjaźń jest największą wartością, a jej koniec może okazać się bardziej bolesny od zakończenia związku.

Pierwsze koty 

W dzieciństwie każda z nas miała kilka bliskich koleżanek, których nie bała się nazywać przyjaciółkami. Pewnie planowałyście wspólne mieszkanie, ślub z ukochanym w tym samym dniu i dzieci w tym samym wieku. Jeżeli nadal się przyjaźnicie, należą się wam ogromne gratulacje! Niestety dla większości to duchy przeszłości, z którymi teraz kontakt ogranicza się do „wszystkiego najlepszego” na facebookowej tablicy w dniu urodzin. Zazwyczaj ta relacja kończy się z ustaleniem zupełnie innych celów na przyszłość, które nie do końca zgadzają się z poglądami drugiej osoby. Właśnie te pierwsze przyjaźnie uczą nas postępowania przy kolejnych, a jak wiadomo Polak jest mądry po szkodzie już od najmłodszych lat.

Romantyczne dramaty

Wszędzie czytamy, jak poradzić sobie po rozstaniu z facetem. Dużo płaczu, jeszcze więcej wina i Bridget Jones – oto klasyczny zestaw na zakończenie związku. W jednym z małych, osiedlowych sklepów w Katowicach powstały nawet kosze prezentowe z okazji rozstania. Pięknie zapakowane w celofan, z ogromem słodyczy i alkoholu.

Nawet wśród smutnych piosenek nie ma co szukać tych o zakończonych przyjaźniach. Świat jakby odrzuca wartość przyjaźni lub fakt, że trzeba dbać o nie dokładnie tak samo jak o związek. Przyjaciele może i są obok zawsze, kiedy ich potrzebujemy, ale kiedy przestaniemy zauważać, że mają swój świat i swoje problemy, nagle możemy zostać sami. Także z tymi romantycznymi dramatami, bo on zapomniał o pierwszej rocznicy pocałunku, albo spojrzał na tyłek przechodzącej obok laski.

Codzienna pielęgnacja 

Nawet niepodlewany kaktus usycha, a co dopiero relacje międzyludzkie. Mówi się, że z prawdziwym przyjacielem możesz nie widzieć się przez cały rok, a kiedy się spotkacie i tak rozmawiacie jakbyście widzieli się wczoraj.

Ok, to prawda, ale czy to oznacza, że krótki SMS czy mail byłby zbrodnią? Kiedy trzy lata temu zaczęłam podróżować, spełniając swoje marzenia i wsiąkając w wymarzony światek, byłam tak zaabsorbowana wszystkim dokoła, że rozmowy z przyjaciółmi, których zostawiałam na miejscu ograniczały się do „hej, przyjedziesz po mnie na dworzec?” I zawsze przyjeżdżali, choć była trzecia nad ranem, a za kilka godzin czekały ich ciężkie godziny spędzone w szkole czy pracy. Dopiero kiedy wróciłam z ostatniej wycieczki przed dłuższą przerwą zorientowałam się, że coś nie gra, czegoś brakuje. Brakowało mnie i mojego zaangażowania, które byłoby silniejsze niż nocne wypady do McDrive’a czy krótka rozmowa na komunikatorze.

Fundamenty na przyszłość

Kiedy na głowę ktoś wylewa ci wiadro lodowatej wody, a nie jest to Ice Bucket Challenge, zaczynasz się zastanawiać, co zrobiłaś źle. W przypadku związku masz milion pomysłów, bo o to naprawdę się troszczymy. Zależy nam na miłości, która ma przetrwać do końca naszych dni.

Jednak do kwestii trwałości przyjaźni nie podchodzimy już z takim zaangażowaniem. Bo skoro jest dzisiaj, to dlaczego miałoby jej nie być jutro? W pewnym momencie każdy z nas idzie w swoją stronę i tylko mając solidne fundamenty, zawsze będziecie do siebie wracać – na kawę czy długie rozmowy. W przeciwnym razie, możesz zostać ze złamanym sercem. Tak, to nie żart. Zakończona przyjaźń boli bardziej niż zakończony związek. Facetów można mieć wielu, ale prawdziwych przyjaciół można policzyć na palcach jednej ręki.

Koniec, wcale nie początek

W końcu nadchodzi ten moment, kiedy kolejna kłótnia jest tą ostatnią. I nie ma odwrotu, bo padło za wiele słów. Serce rozdziera się na milion kawałków, a ty tak naprawdę nie wiesz dlaczego. Przecież nie rozstałaś się ze swoim idealnym facetem. Rozstałaś się z osobą, która jest ci o wiele bliższa. Ale jak to, przecież partner też jest przyjacielem! Wmawiałam sobie dokładnie to samo. Na szczęście ktoś bardzo mądry postanowił mi to wytłumaczyć.

Będąc w związku, kochając kogoś, zaczynasz izolować mu złe, przykre informacje, które mogłyby go zranić. Tu wcale nie chodzi o kłamstwo, ale o ochronę. Kiedy kochamy, chronimy. To normalne. Przyjaciółce za to powiemy wszystko, bo jest obiektywna i nawet jeżeli traktujemy ją jak siostrę, ma do wszystkiego zdrowy dystans. To właśnie jej powierzałaś wszystkie tajemnice, tańczyłaś na deszczu, płakałaś na schodach, upijałaś się do nieprzytomności… To rozstanie boli tak bardzo, bo dobrze wiesz, że nie znajdziesz drugiej takiej przyjaciółki. Dlatego zamiast leczyć, lepiej zapobiegać i dbać o tę relację.


Kiedy rodzice stawiają ultimatum: albo my, albo ona i odbierają dorosłemu dziecku szansę na szczęście

Anika Zadylak
Anika Zadylak
10 sierpnia 2016
Fot. iStock/marrio31
 

Koleżanka mi ciągle jak mantrę powtarza, że gdyby naprawdę mnie kochał i nas chciał, to by walczył. Odciął się od nich, albo postawił na swoim.  Przecież dorosły facet z niego, wykształcony, z mózgiem, którego używa. I mamusia z tatusiem, mówią mu, jak żyć?! I , że w ogóle nie powinnam o tym myśleć i do tego wracać. Bo to jego wina, to że okazał się wiecznym dzieckiem swoich rodziców. A ja po trzech latach od rozstania, nadal nie potrafię zrozumieć, jak to się stało. Przecież już rozglądaliśmy się za wspólnym mieszkaniem…

Znaliśmy się z pracy. Dwa lata zajęło nam, zanim wpadliśmy na to, że za bardzo lubimy ze sobą rozmawiać, zbyt dużo czasu ze sobą spędzamy poza pracą, zbyt często śmiejemy w swoim towarzystwie. I jego oczy, które mówiły wszystko i moje, które nie potrafiły ukryć już nic. Nigdy nie zapomnę, jak w jego mieszkaniu, pochylił się nade mną. Pogłaskał po twarzy, a ja głośno pomyślałam, że chyba właśnie zaczynam go kochać. I usłyszałam, że on czuje to samo.

Nie usłyszysz, że było jak w bajce. Właśnie nie było, i to mnie tylko upewniało, że to jest facet na lata. Na całe życie. Przeciwieństwa się ponoć przyciągają, my byliśmy skrajne egzemplarze, uwierz mi. Po co ci mówię, o tych ciemnych stronach? Żebyś zrozumiała, dlaczego ja teraz nie potrafię tego zrobić. Zrozumieć nie potrafię, że przebrnęliśmy – oboje bardzo nad tym pracując –  przez wiele, trudnych dla nas sytuacji.

A on nagle, po ponad dwóch latach jednym SMS-em mówi, że odchodzi. Czułam, że problemem są jego rodzice. I, że dziwne te ich relacje ich w ogóle są.

Kiedy zaczął palić w wieku 28 lat, jego ojciec nie spytał wprost, tylko przez jego siostrę. Tak, zadzwonił do siostry Bartka, przedstawił swoje podejrzenia. Wiem, jak to brzmi, ale tak to wyglądało. Rozumiesz? Ja też nie. I pamiętam, jak długo ociągał się, żeby powiedzieć o mnie rodzicom. Byłam od niego starsza, ale zaledwie 4 lata, no ale tak, mam syna z poprzedniego związku. I kilka tatuaży, i nie do końca jasną sytuacje z wykształceniem. I brata z problemem. I nie jestem też specjalnie majętna. No co tak patrzysz? A co ja mam myśleć o ludziach, którzy nigdy nie widzieli mnie na oczy, nie podali mi nawet ręki, nie zamienili ze mną zdania, za to ocenili, dość boleśnie i na wyrost. To siedzę i analizuję, co ze mną jest nie tak, że przeszkadzało tej idealnej rodzinie.

Początki były trudne. Bartosz nie widział problemu, uważał, że przesadzam. Gdy jego siostra co jakiś czas pisała nie do końca miłe wiadomości, bronił mnie. Ale za tydzień odwoływał przyjazd, bo pilnie musiał się z nią spotkać. Błędne koło. Mijał coraz dłuższy czas, przestała mi odpowiadać zabawa w rodzinę, co drugi weekend. Czasem dłuższy urlop, który niestety prawdziwym, zwyczajnym życiem nie jest.

Mówiłam o tym głośno, pytałam co dalej. Nie chciałam oświadczyn, ślubu, deklaracji. Tylko jakiegoś, kolejnego kroku. Skąd mamy wiedzieć, czy się nie pozabijamy, skoro nie mieszkamy razem? A jest dziecko, które on kochał bardzo.

Pokłóciliśmy się, on trzasnął drzwiami, ja blisko tydzień nie odbierałam telefonów i nie odpisywałam na wiadomości. W końcu przyjechał i usłyszałam, że nigdy nikogo tak nie kochał jak nas, że się boi, ale chce spróbować, chce być tylko z nami. Cieszyłam się, martwiłam tymi rodzicami ale też myślałam, że to się jakoś poukłada. Będę cierpliwa, nie będę naciskała, sami zechcą nas poznać. Przecież nie jestem najgorsza, potrafię się zachować, jestem cierpliwa. Chodziło mi tylko o to, żeby on nie musiał przeze mnie zrywać kontaktu z rodziną, kłócić się.  Bolało mnie to. Przez kilka dni było pięknie, snuliśmy plany, zastanawialiśmy nad zmianą pracy. Mówił, że powie rodzicom, trudno, będą musieli to jakoś przetrawić. Mieliśmy też w końcu się poznać na weselu jakiejś kuzynki. On dzwonił i pytał, jaki mam kolor sukienki, bo właśnie z mamą wybierają koszulę. Uśmiechałam się na tę myśl.

I nagle, dwa dni przed imprezą, zadzwonił, że przeprasza, że nie wie, dlaczego oni tak zrobili, ale nagle oznajmili, żebym jednak na to wesele nie przyjeżdżała. Że to nie jest odpowiedni czas, że to ich krępuje. I, że on sam pójdzie.

Tak, potem znowu przeprosił, że jednak nie pójdzie, szybciej pojedziemy na urlop, że mnie kocha, żebym się nie przejmowała. Gdy się rozłączył, wiadomość od jego siostry krzyczała do mnie, że rozbijam ich rodzinę.  Nie odpisałam, tylko jemu już w nocy, że boję się, że jego rodzice nas rozdzielą. „Musimy porozmawiać” – odpisał.

Czułam najgorsze. „Czy to koniec” – zapytałam i przeczytałam, że tak… Jeden SMS. Nie spotkaliśmy się, nie chciałam. Odesłałam jego rzeczy, na swoje czekałam kilka miesięcy. Teraz po ponad trzech latach odezwał się. Nie wiem czy mam odwagę go spotkać, choć słyszę w nim zmianę. Wiem, że się zdystansował do rodziny, zmienił pracę, żeby jeszcze bardziej się ” usamodzielnić”. I, że cały czas był sam. Odciął pępowinę… Dzisiaj myślę, jacy do tej pory mogliśmy być szczęśliwi, pewnie zdecydowałabym się na drugie dziecko. Dlaczego aż tak jestem tego pewna, że udałoby się nam? Wiem, kim dla siebie byliśmy. Tylko ci rodzice w tle…

Rodzic kocha swoje dziecko, bezwarunkowo. Piękną, czystą miłością. Stara się je chronić właściwie całe życie. Cierpi razem z nim, przeżywa porażki, stara się być jak najbliżej. żeby nie pozwolić nikomu go skrzywdzić. Jest zawsze podporą, finansową często też. Tyle tylko, że czasami się zapomina. Zapomina, że to dziecko ma już 30 lat i najwyższy czas, żeby założyło swoja rodzinę, żyło swoimi wyborami i na własnych błędach.

Wtrącanie się, narzucanie swojego zdania, nie pozostawianie wyboru, absurdalne ultimatum: albo ona, albo my! Ocenianie i wybieranie partnerów życiowych, czyni z waszych dorosłych już dzieci, przyszłych samotników. Odstraszycie nie tylko potencjalnych kandydatów, ale ludzi w ogóle. Nikt nie chce przyjaźnić się z 40-letnim dziwakiem, który trzyma się spódnicy mamusi. I któremu tata, płaci rachunki za mieszkanie. To nie ma nic wspólnego z troską, ostrożnością czy macierzyńskim instynktem. To krzywdzi. I wasze dzieci, i często nic niewinne osoby. I rujnuje, wszystko niszczy, burzy. I zabiera jedną z najważniejszych szans w życiu. Szansę na szczęście.


Tak, kocham wodę. Kocham Diu Vitam. Gapię się na siebie z rosnącą przyjemnością i nic na tę nową miłość nie mogę poradzić

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
10 sierpnia 2016
Mat. prasowe

Niedoczynność tarczycy, insulinooporność, otyłość, nadwaga, zwolniona przemiana materii, fatalne wyniki badań i kłopoty ze zdrowiem – tak, to były hasła którymi nagle, nieoczekiwanie i zupełnie znienacka zaczęłam się definiować.

Cholera. Oczywiście, że nie chciałam. Nie planowałam. Mało tego, przez większą część swojego życia robiłam wszystko, żeby mnie to nie dotyczyło!

Zdrowo się odżywiałam. Nie dotykałam fastfoodów, żywności przetworzonej, cukru soli i białego chleba, za to jadłam dużo warzyw sezonowych, chudego mięsa i kasz. Uprawiałam sporty wręcz nałogowo, ale nie ocierając się o ekstremum. Spałam więcej, niż po 6 godzin, starałam się nie stresować i żeby mi to wychodziło, spacerowałam po lesie i ćwiczyłam oddechy. No, dobrze – rzadko, i tylko w samotności, żeby znajomi dziwnie się na mnie nie patrzyli, ale ćwiczyłam.

I co…? I dupa.

Geny, złośliwość losu, wredne życie, czy cokolwiek to było, plus ciąża równało się dla mnie 35+. I nie, nie chodzi tu o dodatek od państwa, bo wszystkie skutecznie mnie omijają, ani nawet nie żalę się na metrykę. Chodzi o kilogramy, które zdobyłam szybko, łatwo i przyjemnie (no, nie bolało przecież).

Łatwo przyszło, łatwo pójdzie – myślałam z naiwnym optymizmem. Okazało się, że jak przywarło, to nie chce puścić, wżarło się jak rdza w karoserię. Złe porównanie – rdza robi dziury i odpada, u mnie nic nie chciało odpaść, choć fałdowało się nieprzyzwoicie, wstrętnie i obleśnie. No, zgroza. Prawdziwa, upiorna zgroza…!

– Proszę przejść na dietę i uprawiać sporty – powiedział do mnie lekarz endokrynolog, gapiąc się w najświeższe wyniki moich badań. No nie było czym się chwalić, to prawda. Mimo terapii, leków, suplementów i tysiąca starań, ciągle wyglądało to naprawdę słabo. Ale przejść na dietę i uprawiać sporty…?!

Mat. prasowe

Mat. prasowe

Nosz, cholera!

Z diety na dietę? Ze zdrowego odżywiana w jeszcze zdrowsze…? Jak? Zamiast zwykłego brokułu eko mam jeść brokuł wyhodowany przez tybetańskich mnichów, którzy w ramach pokuty przysięgali celibat i wieczne milczenie?

No i ile tych sportów, skoro średnio półtorej godziny dziennie codziennie to za mało? Zawodowym sportowcem mam się stać, czy jak? Tylko w jakiej dyscyplinie? Mam brać się za te popularne, w których konkurencja duża i o splendor niełatwo, czy raczej szukać sobie sportów mało znanych i wyszukanych, jak krykiet, petanque i wyścigi psich zaprzęgów?

No ale na te pytania lekarz mi już nie odpowiedział, wypisał kolejną receptę i odesłał do domu.

W domu czekało pudełko Diu Vitam. Eleganckie, czarne. Nie z satyny, tylko z kartonu. Za to butelki były satynowe, mleczne, sztuk kuszących siedem. Jak siedem życzeń, siedem sakramentów, jak symbol pełni i doskonałości, siedmiu archaniołów, jak najwyższa liczba całkowita u królów matematyki, Pitagorejczyków.

Otworzyłam, przytłoczona symboliką i niebiańskim wyglądem… i uderzył mnie zapach rodem z piekła. Siarka przypominała o grzechach życia chyba, bo szczerze pożałowałam każdej jednej zjedzonej kostki czekolady i w myślach obiecałam poprawę, chociaż na czekoladę nie patrzyłam nawet już od ponad roku. Ale to nic, nie spojrzę nigdy.  Zamknęłam oczy, wypiłam duszkiem.

Nic się nie stało. Ani ziemia się pode mną nie rozstąpiła (czego trochę się bałam) ani żywcem nie zostałam wzięta do nieba, (na co trochę liczyłam). Za to odbiło mi się po wodzie, więc zajrzałam do internetu.

Nie wierzyłam dotąd w różne magiczne terapie, może dlatego, że brakowało mi konsekwencji. Ale jak policzyłam, że na wodę w całym zeszłym roku nie wydałam tyle, ile kosztuje trzy tygodniowy zestaw Diu Vitam, i to gdy się pije po jednej malej buteleczce dziennie, nabrałam motywacji.

No nie mogę tego zmarnować! – pomyślałam z wrodzoną przekorą, bo jakże to, nawet najdroższa woda na świecie w magiczny sposób miałaby mnie uzdrowić…? Zepsute geny, zepsuty cały organizm, to boskie arcydzieło zmarnowane nie wiadomo przez co…? Miałoby się naprawić przez wodę, może i życia, ale tylko wodę…?

No nie wierzyłam. Wybaczcie, ale naprawdę nie mieściło mi się to w głowie. Picie wody znaczyło dla mnie tyle, co śpiewanie w barze szamańskich pieśni w odorach marihuany. Może i miło, ale nie ma szans, by cokolwiek to pomogło, nawet tym najbardziej podatnym na placebo.

Ja podatna nie byłam. Dlatego z żelazną konsekwencją zaczynałam dzień od Diu Vitam. Skoro mam obalać zabobony, mity i nieprawdę, musiałam podejść do tego z naukową determinacją.

Nie ukrywam, kosztowało mnie to naprawdę dużo wysiłku. Jak się nie lubi i nie pije zwykle wody, to naprawdę wymaga samozaparcia. Zwłaszcza zimnym rankiem, kiedy zamiast wody marzy się o ciepłym latte.

Mat prasowe

Mat prasowe

– No proszę! – wykrzyknął lekarz endokrynolog z prawdziwym zachwytem, gdy po trzech miesiącach dostarczyłam mu nowe, świeżutkie i prosto z laboratorium wyniki moich badań – Można było!

Skinęłam głową, zadowolona, że docenił mój trzymiesięczny wysiłek.

– Tak, już nawet przyzwyczaiłam się do picia tej wody… – zaczęłam nieśmiało, bo pomyślałam, że to czas, by nastąpiło trochę osobistych zwierzeń, zacieśnienia relacji i pogłębienia miedzy nami więzi.

– Mówiłem! – brutalnie przerwał mi uszczęśliwiony bóg wie czym, doktor – Mówiłem! Przejdzie pani na dietę i zacznie się ruszać i wszystko zacznie wracać do normy!

Nosz, cholera!

Co za matoł jakiś, jakim cudem on te studia skończył…?! – Nie przeszłam na dietę! – wtrąciłam zirytowana, bo on, jak każdy facet chyba, w ogóle mnie nie słuchał! – Zawsze zdrowo się odżywiałam i uprawiałam sporty, teraz zaczęłam pić wodę… – zaczęłam tłumaczyć.

– Nie przeszła pani na dietę…?! – znów przerwał mi niebotycznie zgorszony Doktor. – Przecież mówiłem! No to niech pani przejdzie, jak najszybciej! Szkoda marnować takie wyniki!

Chwila minęła. No i po więzi. Tym bardziej, że Doktor zaprosił kolejnego pacjenta, więc siłą rzeczy, usunęłam się w cień. I metaforycznie, i dosłownie – bo wstając z krzesełka, wyszłam z plamy słońca wpadającej przez okno.

– Do zobaczenia za trzy miesiące! – powiedziałam z żalem w drzwiach, i wyszłam. I tak był stary i brzydki – pomyślałam mściwie, ale zgodnie z prawdą – ja za to chudnę i coraz lepiej czuję się sama z sobą! Tu też nie kłamałam.

Magiczna siódemka butelek, pomnożona razy siedem tygodni, spotęgowała efekt doskonałości, choć przez logików zostanie to uznane za niemożliwość.

A jednak, proszę państwa! A jednak. Efekt – widoczny gołym okiem, choć niektórzy w okularach dojrzą więcej szczegółów. Dowód – badania. W tej chwili książkowe.

Stosunek do czarnych kartonów…? W tej chwili mocno egzaltowany, ale to wynik prawdziwego uwielbienia.

Tak, kocham wodę. Kocham Diu Vitam. Gapię się na siebie z rosnącą przyjemnością i nic na tę nową miłość nie mogę poradzić.

Pozdrawiam Was serdecznie

Anna Powierza


Zobacz także

9 rzeczy, które według terapeutów, powstrzymają cię przed załamaniem nerwowym

Dorota Wellman: „Mój dom jest zamknięty dla tych, których nie lubię. Prosta sprawa”

Jak zadbać o malucha w upały? Poznaj 5 najważniejszych zasad!