„Historia Kopciuszka pokazuje nam jak jedna para butów może zmienić życie”. Dlaczego kochamy metamorfozy?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 grudnia 2015
Fot. iStock / Rich Legg
Fot. iStock / Rich Legg
 

W internecie krąży takie zdanie: „Historia Kopciuszka pokazuje nam jak jedna para butów może zmienić życie.”. Zgodzimy się, prawda? Mniejsza o nasze własne doświadczenie zakupowe (ile to razy kupowałyśmy sobie „coś ładnego” na poprawę nastroju). Bajka o dziewczynie, która jest biedna, umorusana, źle ubrana i z tych właśnie powodów kompletnie nieatrakcyjna (za to miała fantastyczne serce), ale na skutek spektakularnej metamorfozy zdobywa miłość, (a pośrednio także władzę i pieniądze) urzeka nas również w dorosłym życiu.

Dzięki programom telewizyjnym typu „makeover” możemy przeżywać tę historię bez końca, na różnych kanałach i w różnych językach. Tylko, czy to rzeczywiście jest dla nas dobre?

Zetnij włosy, zrób makijaż: teraz twoje życie się zmieni

Zasady są proste. Do programu zgłaszają się kobiety „na życiowych zakrętach”. Takie, których bardzo często nie stać na poradę specjalisty. Zdradzane, opuszczane, zmagające się z depresją. Przekonane o własnej nieatrakcyjności. Źle ubrane, źle uczesane, z kiepskim makijażem. Prowadzący/a wysłuchuje opowieści o trudnym życiu, niewiernym mężu, ciężkiej chorobie. Są łzy, rzewna melodia, a potem… Potem to już bajka! W ciągu kilku godzin lub dni (zależy od formuły programu) sztab wizażystów, fryzjerów i specjalistów od cery zamienia bohaterkę odcinka w piękną i seksowną kobietę. Taką jaką nigdy wcześniej (częste słowa uczestniczek) nie była.

Rozbrzmiewa wzruszająca lub energetyczna muzyka i znów pojawiają się łzy. Tym razem jednak są to łzy wzruszenia towarzyszące przekonaniu, że „teraz wszystko się ułoży”. Czy naprawdę, aż taka siła sprawcza tkwi w chwilowym (odczuwanym w tym jednym momencie) przekonaniu o własnej atrakcyjności? Rozumiem, że bardzo dużo daje pokonanie własnych kompleksów, takich, które stanowią dla nas duże obciążenie. Ale czy przypisywanie wszystkich życiowych porażek nieodpowiedniemu wyglądowi to już nie przesada?

Liczą się emocje. I żeby było zaskakująco

Skąd ta szalona popularność programów (znacie na pewno Trinny and Suzzanah, seria programów z Gokiem Wan, Sposób na modę)?
W dużej mierze to efekt dość atrakcyjnej dawki emocji, którą te show nam fundują. Wzruszenie, współczucie, smutek bohaterki, a potem jej radość i szczęście, które przez chwilę staje się i naszym udziałem. Przez chwilę, bo zaraz po zakończeniu odcinka wracamy do rzeczywistości. Za to w lepszym nastroju.

Metamorfozy bohaterek są bardzo medialne, to fakt: szpilki, mocny makijaż, odważna fryzura. Efekt, choć atrakcyjny w tej jednej chwili, często przytłacza uczestniczki, a już na pewno daleko mu do naturalności. Medialny jest kontrast, pokazywanie porównania „przed i po”. Liczy się tylko efekt końcowy: ma być jak najbardziej spektakularny: tu i teraz.

A co z jutrem? Jutro będzie pięknie, to wiemy. Ale co to właściwie znaczy? Czy ktoś bohaterce programu będzie codziennie podpowiadał jak ma żyć, by jej życie toczyło się odtąd szczęśliwie? Czy tę mądrość ma czerpać z wyglądu w finałowym momencie programu? I czy naprawdę chodzi o to by „zrobić coś dla siebie?”. Bo ja odnoszę wrażenie, że celem metamorfozy jest zrobić wrażenie na najbliższych, na przyjaciółkach, na byłym (a niech teraz zobaczy co stracił) lub obecnym mężu, partnerze.

Piękno, co to takiego?

Czy za tym wszystkim naprawdę kryje się jakiś głębszy przekaz? (Pamiętajmy, że według badań socjologów dość znaczną grupę odbiorców stanowią nasze dorastające córki).  Jedyny, jaki zauważyłam to ten, że dobry wygląd czyni z ciebie kogoś innego, lepszego. Tymczasem prawdziwe życie toczy się gdzieś obok tego wszystkiego…

Piękno to pojęcie umowne, wypływające z bardziej z wnętrza niż z zewnątrz…  Piękno to dbanie o swoje zdrowie, o to by pozostać w formie, zdrowo się odżywiać i szukać równowagi w życiu. Czy wiedzą to bohaterki programu?

„Gdy kobieta ścina włosy, to znak, że zamierza zmienić swoje życie” powiedziała kiedyś Coco Chanel. Przekonanie, że zmieniając naszą zewnętrzność, zmienimy na lepsze naszą codzienność jest zakorzenione głęboko w nas. Jak długo będziemy się wzruszać fizycznymi „metamorfozami” uczestniczek programów w telewizji? Och, chyba tak długo, jak długo będziemy ulegać czarowi baśni o Kopciuszku… Niech to trwa chwilę, moment. Byle nie dłużej. A prawdziwe zmiany na lepsze – weźmy w swoje ręce.


Gdzie dwie się biją tam trzeci korzysta. Wygrany jest skurczybyk, co by się nie stało

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
4 grudnia 2015
Fot. iStock / gremlin
Fot. iStock / gremlin
 

Zatroskały mnie te żony i kochanki. Ta wymiana listów intensywna, mała wojna literacka, jakże zgrabnym językiem poprowadzona. Dwie kobiety w walce o faceta. Jedna jawna, poślubiona i codzienna. Matka, żona, kobieta śniadaniowa. Druga utajniona. Zakazana, kobieta wolnej chwili i z reguły nagłej kolacji (bo dzisiaj akurat panicz ma wolne i naszła go dzika ochota na niecodzienny szał). Walczą. Na subtelne słowa, eleganckie, acz złośliwe wtyczki i na ciosy nożem zadane, które rany głębokie czynią.

A po paniczu wszystko spływa. Jak brudna woda po kąpieli. Stoi sobie taki, z uśmiechem na łajdackiej twarzy, obok niego ego, nadmuchane jak sam budda, obie kreatury w nastroju wyśmienitym, klepią się po brzuchach zadowolone po same pachy. Bo im się zachciało, bo im się bezmyślnie pomyślało, bo im się wyobraziło, że żona oklepana taka to kochankę pora wziąć! Jak se przy tym toto umyśliło tak zrobiło. Bez rzeczywistego pomyślunku rzecz jasna, bez jednej refleksji i w przeświadczeniu, że jak się jest „panicz” to konsekwencji nie trzeba będzie ponosi. Na wypadek wpadki, wystarczy mina zbiedzonego psa i bajka adekwatna do sytuacji i będzie po sprawie raz dwa.

No i najczęściej jest. Po sprawie raz dwa. Jakby to bowiem idiotycznie nie brzmiało, w menage a trois facet jest zawsze pod ochroną. Dwie kobiety go chronią, waleczne, dzielne, zdeterminowane. Pewniejsze niż super polisa na życie. Więc siedzi sobie facet w tym kobiecym cieście jak rodzynek jakiś, a ego mu na oczach z rozkoszy umiera. Przyczynek wszelkiego zła, wyniesiony na piedestał. I nawet o wynik tej wojny martwić się nie musi, bo co się nie stanie, to jest wygrany. Jak go żona wygra, to sprawy szybko wrócą do rodzinnego status quo, może nawet pójdą w stronę nieco lepszą, bo się kobieta bardziej starać będzie,

Kto wie? Może i stare dobre czasy powrócą na chwilę zanim znowu miernocie przyjdzie do głowy, że królem jest. Jak natomiast kochanka wywalczy sobie panicza, to się taki dopiero będzie mógł popisać, wymagając od niej bóg wie czego w zamian za żony poświęcenie. Wygrany jest skurczybyk, co by się nie stało.

Tymczasem… Kiedy przegrywa żona, wali się jej świat. Kiedy przegrywa kochanka, jej świat też sypie się w kawałki. Diabeł jak zwykle leży w szczegółach. Żona ma moralne umocowanie, pozornie wspiera ją porządek społeczny. Jest tą pokrzywdzoną, której męża zabrała latawica bezwstydna. Uwiodła… się mówi. Opętała go jak jakaś diablica. Seksem, bo przecież nie czym innym. Kochanka z kolei na społeczne wsparcie liczyć raczej nie może. Pozornie. Jej społeczność to kobiety kochanice. Tworzą własny porządek, własny zestaw reguł na przetrwanie. Żyją z dala od światła, otulone wieczną tajemnicą.

I tylko winowajca pręży się jak paw. Jego świat jak stoi, tak stał, wbrew wszelkim pozorom, wcale niewzruszony. Reguł społecznych do niego się nie stosuje, bo przecież reguły w patriarchalnym świecie tworzy on sam. Także, a może zwłaszcza te pozorne. W rezultacie żona, jak trzeba, napisze mu usprawiedliwienie i zgodnie na piwo pójdą do starych znajomych. Nikt nawet nie skomentuje mężowego faux pas. Kochanka, rzecz jasna, też ma możliwości. Z żony wariatkę tak niebezpieczną zrobi, że całe szczęście, iż facet dał dyla, bo jeszcze by mu żona poważną krzywdę zrobiła. No i znowu wygrany jest nasz panicz. W czepku się łajdak urodził, czy o co do diabła chodzi?

Coś mam wrażenie, że świata nie zmienimy. No chyba, że zmienimy świat (ale to zapewne jest temat na całkiem odrębny wpis). Póki co są żony i są kochanki, a ja mam przyjaciółki i takie, i takie. Ich prawdy są absolutne. Wszystko czego chcą, to uwagi i miłości. I może jeszcze potwierdzenia, że są jedyne. Bo taki model społeczny mamy. Jedyność jest aspiracją, sprawą pożądaną, o którą się walczy, jak zachodzi potrzeba. W patriarchalnym świecie walki dwóch kobiet oczekuje się niczym letniej burzy, która nadciąga po parnych dniach. Musi się ona zdarzyć, by system po raz kolejny mógł zostać usankcjonowany.

A skoro tak, to kusi mnie jedna myśl…no bo gdyby tak panicza wystawić zgodnie za drzwi? Pomyślmy, obraz taki: Panicz i ego zgrabnym kopem ze szpilki obu zaangażowanych pań lądują na bruku, a za nimi ocean skarpet niewypranych. Żona zamyka drzwi. Kochanka zamyka drzwi. Mina panicza…. bezcenna! Żegnamy panicza, rozdział się zamyka, a  świat jak gdyby nigdy nic, toczy się dalej.

Świat tak czy owak toczyć się dalej będzie. Z żoną szczęśliwą czy nieszczęśliwą, z kochanką w skowronkach, czy w pogardzie innych kobiet. Świat również się potoczy i wtedy, gdy to kobiety przejmą pałeczkę i abrakadabra z panicza wygranego zrobią gościa niechcianego. Potoczy się i już, bo światu doprawdy wszystko jedno jaki ludzie dramat właśnie przeżywają.

Tymczasem, gdyby kobiety były sobie bardziej bliskie, gdyby zamiast walczyć i sztukę współzawodnictwa szlifować, zaczęły być dla siebie bardziej jak siostry, gdyby życie żyły dla siebie, a nie dla mężczyzny, wtedy nie byłoby tej złości między nimi. Tego jadu, który każe im się obrzucać epitetami i pozbawia je całej konstruktywnej mocy. Nie wiem doprawdy jaki miałoby to wpływ na sytuacje, w których panicz postanawia udać się na boczek, ale może właśnie wtedy, w świecie kobiecego porozumienia, chłop po prostu nie szedłby tak łatwo w bok. A jakby szedł, to z pełną świadomością, że konsekwencje będą prawdziwe.


Dwoje na terapii. A może wasz kryzys w związku, to tylko hormony?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
3 grudnia 2015
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Uniesiona brew, lekko zmarszczone czoło. Widok śpiącego Marcina zwykle Magdę rozczula. Teraz drażni. Jest niedziela, popołudnie. Chciałaby być teraz w Kazimierzu. Albo w Zakopanym. Spadł śnieg. Wreszcie czas na narty. „Nuda”– myśli. I podgłośnia  telewizor. Narzeczony przewraca się na drugi bok, Magda wzdycha. Zakłada dres. Na dworze minus kilkanaście stopni. Ale musi biegać – inaczej oszaleje. Zanim wyjdzie z domu, wyłącza telefon. Niech Marcin się pomartwi.

Gdy wraca po godzinie, on już trzaska w kuchni garnkami. Zły. „Żadnego hej kochanie? Najpierw spanie, teraz foch?” Magda staje w drzwiach kuchni i zamiast powiedzieć coś łagodzącego, prowokuje. Marcin krzyczy: „Ja foch?! Gdzie byłaś?! Dlaczego wyłączyłaś telefon? Nie mogłaś zostawić cholernej kartki?!”. Magda czuje przypływ adrenaliny, znajome napięcie. Kolejne dwadzieścia minut według tego samego scenariusza. Awantura. Słowa: „Bo ty zawsze, bo ty nigdy. Nie dbasz, nie kochasz, myślisz tylko o sobie” Jedno z nich rzuci:  „To koniec!”. Drugie wyciągnie walizkę, ostentacyjnie zgarnie kosmetyki z szafki w łazience. Sąsiadka z dołu zacznie walić w ścianę. To ich otrzeźwi. Dziś ustępuje Magda. „Kochany, przecież jesteś miłością mojego życia” wyznaje. Seks w przedpokoju jest gorący i namiętny. Potem, już w łóżku, zasypiają wtuleni w siebie. Rano Magda znajduje na stole kartkę: „Kupuję bilety do Barcelony. Rachunki poczekają. Kocham do szaleństwa. Ciebie. Ciebie. Ciebie”.

Magda: – Upadanie i wstawanie. Setki kłótni, chwilowych rozstań. Albo ogień albo lód- żadnych półśrodków. Tak wygląda mój związek. Kto jest temu winny? Jeszcze rok temu byłam pewna, że Marcin. Siedzieliśmy u psychoterapeuty, po dwóch stronach kanapy. „Terapia to nasza ostatnia szansa” postanowiliśmy dzień po tym, jak on wyrzucił przez balkon choinkę. Tylko dlatego, że nie chciałam jej ubrać. W odwecie rzuciłam jego laptopem. Prawie się pobiliśmy.

W gabinecie Magda wyrzucała jednym tchem: „Awantury o wszystko. Źle kroję pomidora i cebulę. Za bardzo uśmiecham się do instruktora kite’a. Mam nie taką minę. Nie sprzątnęłam łazienki, zostawiłam naczynia w zlewie. Do tego nie mogę na nim polegać – rzuca mnie kilka razy w miesiącu, bez słowa wychodzi z urodzin obrażony, nie myśląc jak wrócę do domu. Kiedyś zostawił mnie w środku nocy, w centrum Nowego Jorku, bez pieniędzy. Dlaczego? Bo coś źle powiedziałam. Teraz jeszcze ta choinka. To chore”.

„A pan jak widzi tę sytuację?” terapeuta zwrócił się do Marcina. I nie pozwolił jej przerywać.  Usłyszała więc drugą wersja tej samej historii: wciąż prowokuje kłótnie, SMS-uje z innymi facetami. Nie umie się kochać, gdy jest między nimi dobrze. W każdym razie nie kocha się tak namiętnie. Jest idealną partnerką do szaleństw. Codzienność z nią? Udręka. Miała pamiętać o jednym rachunku za energię. Tylko 100 zł. Zapomniała, a potem – gdy wyłączyli im prąd z powodu tych nieszczęsnych 100 zł kłamała, że coś się musiało stać w banku. I tak wciąż. Zapominalstwo, nieobowiązkowość.

Wyszła z terapii wściekła. „I to ma mi pomóc? Psycholog nie stanął po mojej stronie. Magda: Powiedziałam, że zazdroszczę przyjaciółkom spokojnych mężów i facetów. Chcę niedzielnych obiadów, i pewności co będzie wieczorem i rano” „To dlaczego takiego mężczyzny pani nie szuka?” spytał po prostu psycholog. – Na kolejną terapię już z Marcinem nie poszliśmy. Pogodziliśmy się, znów było idealnie.

Kolejny kryzys?

Przed trzema miesiącami. Na stole pieczony bakłażan, tarta z szynką i serem. – Złożyłam w firmie wypowiedzenie,  otwierałam z przyjaciółką agencję PR.  W trójkę oblewaliśmy naszą wolność. Było wesoło, spontanicznie. Marcin założył się z nami,  że wyjdzie z winem, w samej koszuli, bez spodni, i będzie krzyczał: „Kobieta,  którą kocham awansowała”. Zrobił to. Była trzecia w nocy. Ktoś wyjrzał przez okno, ktoś otworzył balkon i pukał się w czoło. Marcin machał do nich radośnie: „Przepraszam. Jestem szczęśliwyyyy!”. „Gdzie znajdę takiego chłopaka” myślałam. Przyjaciółka wyznała: „Czasem zazdroszczę ci tego wiecznego haju” A potem, niespodziewanie, atmosfera siadła. Bo coś rzuciłam, że Marcin nie pamięta, że piję colę zero, a nie normalną. On na to, że ja w ogóle o niczym nie pamiętam, a jak nie zrobi zakupów, to lodówka stoi pusta. Znów krzyk, pretensje. Wszystko przy przyjaciółce. „Wyprowadzam się” stwierdził na koniec,  choć pół godziny wcześniej wyznawał miłość. W środku nocy spakował  rzeczy do czarnych plastikowych worków. Nawet sprzęt grający, i telewizor. Wtedy błagałam przyjaciółkę: „Nie chcę już rollercoastera. Muszę sobie pomóc”. To ona dała mi numer do kolejnego psychologa.

Pierwszy raz w życiu chciałam nad sobą pracować

– Potrzebuję kogoś „normalnego” –  miłego, lubiącego ludzi, dającego poczucie bezpieczeństwa – wyznałam w kolejnym gabinecie. Szczupła brunetka siedząca naprzeciwko patrzyła badawczo:  – To że deklarujemy, że czegoś pragniemy, nie znaczy, że tak naprawdę jest. Racjonalnie każda z nas czuje, że dobrze jest mieć partnera na którym można polegać. Ale instynkt, to inna rzecz. A większości wyborów miłosnych dokonujemy podświadomie. O tym, w kim się zakochujemy w dużej mierze wynika z chemii mózgu. Wie pani o tym? 

Spojrzałam ze zdziwieniem. Co to za teoria?  Do tej pory przyczyn swoich problemów z mężczyznami szukałam w dzieciństwie. Kiepsko mi to szło. Rodzice – do tej pory żyją razem. Szczęśliwie. Ojciec? Cierpliwy, nigdy nie podniósł na nikogo głosu. Owszem, bywa zamknięty w sobie, ale nigdy w życiu nie zachował się nieodpowiedzialnie. Mama? Oaza spokoju. „Może ja czegoś nie pamiętam?” zastanawiałam się przez lata. Utwierdzała mnie w tym przyjaciółki. „Lubisz silne emocje, skrajności. Pociąga  cię ryzyko i ból. Powodem musi być dzieciństwo. Nie pamiętasz, na pewno to wyparłaś?”. „Ech, jak ja lubię te młode kobiety, domorosłe psycholożki.” uśmiechnęła się terapeutka. „Ale ja nie mam szczęścia do mężczyzn! Tylko jednemu mogłam zaufać. I co? Znudził mnie. Przyciągam samych popaprańców. Mój były z dnia na dzień wyprowadził się do naszej wspólnej sąsiadki. Dla jeszcze poprzedniego najważniejsze były pasje: wspinaczka górska, windsurfing.

„Rozumiem. Warto więc pomyśleć dlaczego wybiera pani takich a nie innych partnerów. Co panią przyciąga w momencie poznania. Ale na początku mam propozycję. Proszę kupić sobie książkę Helen Fisher „Dlaczego on? Dlaczego ona?”.”

– Ta książka to był dla mnie przełom. Lektura obowiązkowa dla każdego, kto chciałby choć trochę zrozumieć siebie i swoje wybory – mówi Magda.

Zdaniem Helen Fisher to, jacy jesteśmy zależy od poziomu czterech substancji chemicznych w naszym mózgu. Dopaminy, serotoniny, testosteronu i estrogenu. I takie cechy jak tradycjonalizm, perfekcjonizm, spontaniczność, skłonność do poszukiwania nowości nie mają wiele wspólnego z dzieciństwem.

Mężczyzna szalony, spontaniczny, kochający sporty ekstremalne i zabawę? Najprawdopodobniej typ Badacza – jak określa Fisher. Rządzi nim dopamina. Hormon odpowiedzialny za skłonność do ryzyka, potrzebę silnych wrażeń, emocji. Miły, ułożony chłopak nie zwracający uwagi na ubiór, ale nigdy nie odwołujący spotkań? Prawie na pewno typ Budowniczego. Opanowany, ceniący zasady, rodzinne wartości, spokojne życie – za które to cechy odpowiedzialna jest serotonina. Męski, pewny siebie, wiedzący czego chce, trochę dominujący facet dla którego ważna jest kariera? Typ Dyrektora. A jego pewność, siła to efekt wysokiego poziomu testosteronu. I wreszcie ciepły mężczyzna – przyjaciel. O którym myślisz, że ma intuicję i emocjonalność jak kobieta.  Fisher nazywa go Negocjatorem. Jego empatia i intuicja jest wynikiem dużej dużej ilości estrogenu.

Co to ma wspólnego z miłością? Zdaniem Fisher to który z tych mężczyzn nas pociąga wynika z tego, którego my same hormonu mamy najwięcej.  Jak się tego dowiedzieć? Na portalu randkowym Chemistry.com znajdziemy test, który zamieściła Fisher po to, by właśnie pomóc ludziom szukającym miłości określić kim są i jakiej osoby szukają. A według jej badań Badaczy, pociągają inni Badacze, czyli osoby o podobnych cechach charakteru. Budowniczy też wolą ludzi podobnych do siebie. Natomiast dla Dyrektorów atrakcyjni są Negocjatorzy. I odwrotnie. Kolejne pytanie. Jak to możliwe, że ludzie przeglądają setki zdjęć, rozmawiają co najmniej z kilkudziesięcioma osobami, a wybierają taki, a nie inni typ?

– Marcin często powtarza:„ zwróciłem na ciebie uwagę, bo byłaś najbardziej kolorową osobą na imprezie i  śmiałaś się  najgłośniej ze wszystkich. A do tego ślicznie marszczyłaś czoło – mówi Magda.  Właśnie – najwięcej mówi o nas twarz, zachowanie, sposób ubierania. Na przykład kobiety o wysokim poziomie dopaminy są zwykle bardziej ekspresyjne, głośne, mają bogatą mimikę. I to właśnie taki typ kobiet podoba się mężczyznom Badaczom. Kobieta Negocjator ma zwykle delikatne i regularne rysy twarzy, ładną cerę, wysoki głos. To pociąga mężczyzn o wysokim poziomie testosteronu. Magda: – Wypełniłam ten test. I co? Jednoznacznie wyszło, że jestem typem Badacza. Dla mnie kanapa i spokojny facet to śmierć. Zresztą Marcin też jest Badaczem, podobnie jak inni moi partnerzy. Przyciągamy się i odpychamy, bo nie umiemy inaczej; uwielbiamy też przygody, zmiany. Badacze częściej niż inni zdradzają, bez skrupułów odchodzą. Nie ma dla nich rzeczy świętych.

Magda na kartce wypisuje: po lewej stronie plusy związku z Marcinem, po prawej minusy. Plusy; cudowny seks, życie pełne wrażeń. Tego zazdroszczą jej przyjaciółki. Który facet w piątek wieczorem wsiądzie w samochód, żeby spędzić noc na plaży, a o świcie wracać 400 km do domu. Minusy: nieprzewidywalność, wieczna huśtawka. Na koniec podsumowanie. Ryzyko rozstania? Duże. – Ale już lepiej rozumiem, że to kwestia moich decyzji. Chcę mocno i intensywnie nawet jeśli krótko czy spokojnie, ale nudno? Na razie wybieram to drugie.

Kolejne spotkanie Magdy z terapeutką

„Lepiej mi. Tak po prostu mam” wyznaje Magda. Brunetka się uśmiecha: „Pani Magdo, poziom hormonów w naszym organizmie może się zmieniać. Kiedy kobieta rodzi dziecko – wzrasta poziom estrogenu. Potrzebujemy mężczyzny, który się nami zaopiekuje, zapewni poczucie bezpieczeństwa. W tym czasie wiele związków Badaczy się rozpada. Bo on chce się wciąż bawić, a ona potrzebuje już czegoś innego. Z kolei leki antydepresyjne podnoszą poziom serotoniny, która łagodzi lęk, uspokaja więc nawet Badacza. Wtedy też wybieramy inaczej.

Magda: – Miałam jeden spokojny związek – wspomina. – Z Adamem związałam się krótko po tym, jak z dnia zostawił mnie facet. Załamałam się, nie wychodziłam z domu, lekarz rodzinny przepisał mi serotax. I rzeczywiście, podobali mi się  wtedy inni mężczyźni. Kiedyś nie zwróciłabym uwagi na kogoś, kto jest poukładany, przynosi mi co rano śniadanie, wakacje planuje z rocznym wyprzedzeniem. Ale byliśmy ze sobą ponad dwa lata. Zostawiłam Adama dzień po poznaniu Marcina. Kasprowy Wierch, środek zimy. Przypadkiem jechaliśmy razem wyciągiem. Na górze powiedział, że jestem miłością jego życia, tej samej nocy się kochaliśmy. Rano napisałam do Adama SMS-a: „To koniec. Zakochałam się”. Wtedy już nie brałam proszków. Myślałam: przy Adamie „wylizywałam” rany, teraz mogę znów żyć po swojemu.

A teraz sama nie wiem. Może naprawdę podwyższony poziom serotoniny tak na mnie podziałał. Rzeczywiście,  nie miałam wtedy potrzeby zmian, ryzyka. Adam pierwszy raz pocałował mnie po trzech miesiącach, wcześniej chodziliśmy tylko do kina i na wystawy. Normalnie umarłabym z nudów. Dla mnie miłość to wybuch, trzęsienie ziemi. Ale wtedy nawet w pracy  byłam spokojniejsza.

Naczynia równo poukładane, obrus na stole. Na meblach, jak zawsze, ani odrobiny kurzu. W wazonie kwiaty,  muzyka w tle. Niedziela w domu Ewy i Kuby, przyjaciół Magdy. Ciepło, miło i zawsze tak samo.

– Kiedyś nie potrafiłam zrozumieć, jak oni mogą tak żyć. Od liceum razem. Po przeczytaniu Fisher pomyślałam. „To typowi Budowniczy”. Tradycjonaliści, konserwatyści, trochę – choć ich lubię – nudziarze, kochający robić plany i żyć według harmonogramu. Sprzeczka z Marcinem w ich towarzystwie? Było mi wstyd, czułam, że jesteśmy nienormalni, a oni wspaniali. Tacy dla siebie dobrzy, czuli. Dziś nie czuję się winna, gdy kłócę się w ich spokojnym domu z Marcinem o to, kto będzie prowadził. „Przepraszam, my tak mamy” – mówię z uśmiechem po pięciu minutach.  Potem nadchodzi weekend, Marcin kupuje bilety do Barcelony, oni siedzą w domu. Coś za coś.

Czy wyobrażam sobie, że spędzę z Marcinem życie, że będzie ojcem moich dzieci? Nie wiem. Odkąd jestem bardziej świadoma siebie, więcej rzeczy puszczam. Nie planuję. Nie trzymam się go kurczowo, wiem, że to nie ma sensu. Gdy on się pakuje, zaciskam zęby i nie błagam by został, nie krzyczę. „To tylko mechanizm” powtarzam. I jeszcze: „Takie życie to mój wybór” Ale być może nadejdzie moment, gdy je kompletnie zmienię.


Zobacz także

"Przecież ty byłeś i jesteś taki sam, jak ja". List do przyjaciela

„Przecież ty byłeś i jesteś taki sam, jak ja”. List do przyjaciela

Fot. Screen z YouTube Realny 24

„Nic dwa razy się zdarza…” i Ona też już się nam nie zdarzy. 10 najpiękniejszych cytatów z wierszy Wisławy Szymborskiej

Chętnie sięgamy po kawę przy wysiłku umysłowym lub o poranku - może warto sięgnąć czasami po zieloną herbatę?

Siedem nieoczywistych powodów, by pić zieloną herbatę