Tych 7 rzeczy inteligentni emocjonalnie ludzie nie robią!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
22 października 2016
Inteligentni emocjonalnie ludzie, nigdy nie robią tych kilku rzeczy...
Fot. iStock / SanneBerg
 

Kiedy klienci narzekają na obsługę, ona z nimi rozmawia, uspokaja, tłumaczy i proponuje rozwiązanie – jest jak uniwersalny plaster na konflikty. Po prostu potrafi swoją obecnością wprowadzić utracony spokój, racjonalność. On pracuje w ratownictwie, pomaga obcym, cierpiącym ludziom. Nie wypala go to, choć nie jest łatwe. Ona jest filarem związku, stroną, która nie musi ustępować, żeby rozwiązać problem. Na co dzień ma dobry kontakt z ludźmi, sporo osób wskaże ją, jako „prawdziwego przyjaciela” – dobrze słucha, cieszy się sukcesami swoich bliskich, chce być, pomagać, nie ocenia – jakby wszystko rozumiała, bez zbędnych pytań, wałkowania tematu.

Co wspólnego mają ze sobą te osoby? Inteligencję emocjonalną. W psychologii EQ definiuje się jako zdolność do umiejętnego zarządzania i rozpoznawania emocji innych osób oraz swoich. Ale inteligencja emocjonalna nie jest tylko potężną dawką empatii przyklejoną do pleców, to również zdolność do bycia empatycznym, wyrozumiałym i racjonalnym wobec samego siebie.

Czy „opłaca” się być EQ? Bardzo, bo taka zdolność bardzo ułatwia życie, trzyma na większy dystans kłopoty emocjonalne, w które często się pakujemy i pozwala żyć lżej, bliżej szczęścia. Inteligentni emocjonalnie ludzie, nigdy nie robią tych kilku rzeczy…

1. Nie dają się wciągnąć w dramaty innych osób

Podstawową cechą EQ jest empatia. Jednak istnieje olbrzymia różnica pomiędzy zrozumieniem czyjejś sytuacji i chęcią pomocy – a przenoszeniem na siebie negatywnych emocji, czy wręcz życie czyimiś problemami. Dzięki inteligencji emocjonalnej dużo łatwiej obronić się przed toksycznymi związkami, które bazują na „wciąganiu” drugiej strony w swoją emocjonalna sieć.

2. Nie narzekają

Marudzenie i narzekanie ma dwa ukryte znaczenia. Pierwsze, oznacza, że mamy problem, którego nie potrafimy rozwiązać. Po drugie, że jesteśmy ofiarami. Zamiast szukać winnych – szukają rozwiązania. Wiedzą też, że ich reakcje emocjonalne – wpływają na innych ludzi.

3. Nie mówią zawsze „tak”

Bo „rozumiem cię” – nie oznacza zgadzam się na wszystko. Czyjaś ciężka sytuacja nie oznacza złotego biletu na życie. Wiedzą też, że kolejny kieliszek wina – będzie miał swoje konsekwencje rano, spontaniczny wyjazd na weekend – uniemożliwi spełnienie wcześniejszych zobowiązań. Nie godzą się na wszystko dla akceptacji, pod presją, w potrzebie chwili. Potrafią racjonalnie decydować, nie omijając konsekwencji.

4. Nie liczą na szczęście

Ani dla siebie, ani dla innych osób. Nie muszą. Biorą swoje sprawy i szczęście w swoje ręce – i chętnie pomagają innym też w ten sposób spojrzeć na świat. Nauczyli się już w życiu, że jest różnica między sprezentowaniem ryby i wędki. Że zawsze następuję moment, gdy trzeba nauczyć się żyć na własny emocjonalny rachunek – a wtedy lepiej na dokładkę nie dostawać od świata rozczarowania i beznadziejności. Żalu. Na szczęście liczą, pracują na nie, szanują je, uczą się go nie omijać.

Fot. iStock / MilosStankovic

Fot. iStock / MilosStankovic

5. Nie są cynikami

Choć nie ma ludzi całkiem niepodatnych na negatywne emocje, atmosferę – inteligentni emocjonalnie ludzie potrafią ograniczać ich wpływ na siebie.Nie są cyniczni.

6. Nie plotkują

Zupełnie nie rozumieją plotek. Bo przecież nie wciąga ich teatralne, dramatyczne przeżywanie cudzych problemów. Kłopot – to  nie powód do ekscytacji, ale sprawa do rozwiązania.

7. Nie rozpamiętują przeszłości

Wiedzą, że przeszłość ukształtowała teraźniejszość. Korzystają z tej wiedzy, ale nie zamierzają rozpamiętywać przeszłości. Wiedzą, że do niczego się już nie przyczyni, mogą tylko stracić tak cenny dzisiaj czas, czas na lepsze życie.


 Na podstawie: Lifehack,  huffingtonpost


Marysia Markiewicz: „Wszędzie najważniejsza jest naturalność!”

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
22 października 2016
fot. materiały z sesji wizerunkowej Nessi
 

Przyszłość polskiej sceny muzycznej, prawdziwa pasjonatka, ale przede wszystkim – skromna i uśmiechnięta nastolatka. Tak najprościej opisać Marysię Markiewicz. Na jej koncie są dziesiątki nagród na międzynarodowych konkursach, ale ona sama podkreśla, że najważniejsza jest dla niej muzyka. Choć ta ma wiele płaszczyzn działania.

Agnieszka Sierotnik: Twoja przygoda z muzyką to pasmo sukcesów, pomimo tak młodego wieku!

Marysia Markiewicz: Zaczęłam śpiewać w wieku siedmiu lat. Od tego czasu minęło już około ośmiu lat. Na początku chodziłam do ośrodka kultury i właśnie dzięki temu moje śpiewanie zaczęło nabierać rozpędu. Startowałam w konkursach bardzo lokalnych, wojewódzkich. Wszystko nabrało rozpędu, gdy wygrałam Festiwal „Majowa Nutka” w Częstochowie. Główną nagrodą był wyjazd na międzynarodowy festiwal w Estonii. Pojechałam, zdobyłam pierwsze i trzecie miejsce w dwóch różnych kategoriach. Od tamtego momentu dzięki śpiewaniu odwiedziłam jeszcze Maltę, Berlin, Turcję, Armenię, Teneryfę…

Brzmi jak prosta droga do ogromnej kariery!

Na tej drodze pojawił się także występ z Edytą Górniak na gali Viva! Najpiękniejsi. Potem zgłosiłam się na casting do programu Must Be The Music, tam zajęłam drugie miejsce w finale. I tak sobie śpiewam do teraz. Kształcę się, jeżdżę na różne festiwale.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Scena to jednak nie tylko muzyka, ale także kreacje. Wybierasz je sama?

Aktualnie moje stroje szyje i projektuje Maciej Muszyński. Nie mam jednak wielkich wymagań. Najważniejsze, żeby było mi wygodnie. No i może jeszcze, żeby mi się podobało! Na co dzień także stawiam wygodę ponad trendami.

Jako świetnie zapowiadająca się piosenkarka, bierzesz także udział w sesjach zdjęciowych.

Zgadza się. Ostatnio brałam udział w sesji dla marki Nessi. Nie była to jednak pierwsza taka sesja zdjęciowa. Wcześniej uczestniczyłam w podobnym projekcie dla MIMABags, której założycielem jest wcześniej wspomniany projektant Maciej Muszyński. Jednak ta współpraca z Nessi przydarzyła się całkiem przypadkiem i bardzo mnie ucieszyła! Na jeden z eventów założyłam ich buty, a jakiś czas później dostałam propozycję współpracy. To dla mnie ogromne wyróżnienie, że mogę być ambasadorką tej marki.

Ale praca modelki wcale nie jest usłana różami.

Tak się złożyło, że zdjęcia na sezon jesień/zima musieliśmy robić w lipcu. Było to trochę trudne i wymagało skupienia. W końcu pozowaliśmy w ubraniach jesienno-zimowych! Na dworze 40 stopni, a my w grubych swetrach i grubych płaszczach. Spięliśmy się wszyscy i udało się nam się wytrzymać.

Było coś, co szczególnie Cię zaskoczyło?

Chyba te wielogodzinne przebywanie na planie zdjęciowym. Na szczęście pani fotograf była bardzo miła i udzielała nam wielu wskazówek: jak się ustawić, jak się zachować, ale co najważniejsze – jak dobrze wyeksponować buty. Przecież to one były najważniejsze!

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Modeling jest teraz wszędzie, szukałaś inspiracji?

Przeglądałam jakieś zdjęcia w Internecie, żeby mniej więcej wiedzieć, jak się ustawić. Jednak nie jestem zbytnio ‚modowa’. Oglądam Top Model i bardzo lubię Anję Rubik, naszą polską ambasadorkę mody.

A trema?

Na początku bardzo się stresowałam. W końcu do obiektywu trzeba się specjalnie ustawić. To zupełnie inaczej niż na normalnej scenie, gdzie śpiewa się tyko do publiczności. Musisz mieć świadomość, jak się obrócić, gdzie się spojrzeć. Niby szczegóły, ale jednak trzeba o nich pamiętać. Trzeba mieć bardziej podzielną uwagę.

fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne

Fotografowie ciągle dają jakieś wskazówki.

Zapamiętałam najbardziej tę, żeby wyglądać jak najbardziej naturalnie, a jednocześnie sprawić, żeby zdjęcie wyszło jak najlepiej. No i najważniejsze – zawsze trzeba pamiętać o tym, żeby produkt który promujemy był na pierwszym planie. Wszędzie najważniejsza jest naturalność!

Wszyscy mówią, że takie doświadczenia bardzo kształcą.

Ja nauczyłam się dużej cierpliwości. Wykształciłam też w sobie hart ducha, bo w końcu nie mogłam się poddać, a na dworze była gorąco.

To może zamiast sceny, modeling?!

Nie, nie! Dla mnie to po prostu kolejne nowe doświadczenie. Dzięki temu mogę poznać świat mody od kulis, ograć jakąś rolę, wcielić się w kogoś innego. To na pewno przyda się w muzyce, jeżeli w przyszłości zdecyduję się na zawód piosenkarki.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

A jeżeli nie muzyka, to…

Medycyna! Chciałabym skończyć studia, mieć jakiś zawód. Choć na pewno, jeżeli będzie taka możliwość, postawię na muzykę.

Ale na razie jeszcze szkoła. Jesteś jeszcze bardzo młoda, masz na swoim koncie ogromne sukcesy. Jak patrzą na to Twoi rówieśnicy?

Mam grupę przyjaciół, z którymi trzymam się od samego początku. Nie ma znaczenia, czy wyjeżdżam na jakieś festiwale czy pokazy. Jasne, że pojawiają się tacy, którzy mi zazdroszczą i krzywo patrzą, ale staram się nimi nie przejmować i robić swoje. Wiadomo, że każdy ma swoich przyjaciół i wrogów. Kiedy ktoś myśli, że jestem taka czy owaka – po prostu nie zwracam na to uwagi.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

A fani?

Duży boom był po programie, ale to wiadomo – telewizja. Dostawałam dużo wiadomości, że ludzie kibicują i trzymają kciuki. To było naprawdę bardzo miłe! Do dziś jest kilka osób, które stale interesują się tym, co się u mnie dzieje.

Kiedy ogląda się Twoje występy, można stwierdzić jedno: muzyka daje Ci wiele radości.

Oj tak! Na scenie czuje się bardzo dobrze. To dla mnie coś wyjątkowego. Przede wszystkim bardzo lubię ten moment, kiedy wychodzę na scenę i mogę pokazać wszystkim siebie. Z drugiej strony, właśnie to pokazanie siebie innym jest najtrudniejsze. No i odbiór przez widzów, słuchaczy, jurorów – na tym bardzo mi zależy!

fot. archiwum prywatne

fot. archiwum prywatne


Maria Markiewicz

Swoją przygodę ze śpiewem rozpoczęła w wieku siedmiu lat w lokalnym ośrodku kultury. Uczestniczyła w wielu międzynarodowych konkursach wokalnych m.in. na Malcie, Teneryfie, w Rumunii czy w Niemczech. Na Universong 2016 wygrała główną nagrodę. Śpiewała w duecie z Edytą Górniak, a rozgłosu dodał jej występ w Must Be The Music, gdzie zdobyła drugie miejsce.


„Wszystko co było jego, to półtora miliona długów, dwójka dzieci i żona. Reszta należała do mnie”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
22 października 2016
fot. iStock/Martin Dimitrov

Droga Redakcjo,

Piszę ten list ostatkami sił. Zapłakana, w starym dresie i nieumytych od kilku dni włosach siedzę na parapecie okna, które miało być naszym romantycznym miejscem. Widok może i jest piękny, ale nienawidzę tego miasta z całego serca. Tak jak i tego cholernego komputera, na którym zobaczyłam jego zdjęcia pierwszy raz. Kilka dni temu przeczytałam na waszym portalu artykuł o związkach z dużą różnicą wieku. Zazdroszczę wszystkim kobietom, którym się udaje…

Poznałam go przez portal randkowy. Napisałam pierwsza, bo nie należę do tych dziewczyn, które czekają na pierwszy krok faceta. Już samo zdjęcie sprawiło, że miałam ochotę rzucić dla niego wszystko. Motyle latały mi w brzuchu, a w głowie miałam pstro, jak zakochany szczeniak. Odpisał. Pamiętam ten moment doskonale. Warszawska piątkowa noc, dużo alkoholu, flirt… I nagle dźwięk, zwiastujący największą porażkę w moim życiu. Choć wtedy myślałam, że będę najszczęśliwszą kobietą na świecie. Przez chwilę nią byłam.
On – 48 lat, wysoki, przystojny, ideał! Mieszkał na Śląsku, miał dwójkę dzieci z poprzedniego związku i ten swój amerykański styl bycia. Kiedy przy pierwszej możliwej okazji powiedział mi, że spędził w Stanach piętnaście lat, zapiałam z zachwytu! Bo ja, lat 29, przeciętna blondynka z małego miasta, mieszkająca w Warszawie, marzyłam o kimś, kto widział wielki świat. Przyjechał do Warszawy przy pierwszej możliwej okazji. Zanim mu to zaproponowałam, w  żartach zapytałam, czy mnie nie zgwałci i nie zabije. Nie zgwałcił mnie fizycznie, ale zabił dawną, radosną mnie.

Byłam zakochana do tego stopnia, że po trzech miesiącach znajomości rzuciłam swoją świetnie płatną pracę w Warszawie i przeprowadziłam się do Katowic. Nie znałam tu nikogo poza nim, nie miałam pracy, ale czy to miało wtedy znaczenie? Liczył się on! Mogłam patrzeć na niego godzinami, z dumą wędrować z nim przez miasto i widzieć zazdrość innych kobiet. Byłam z siebie taka dumna! Moje zagubienie nie trwało długo. Szybko znalazłam świetną pracę, poznałam kilka osób, wszystko zaczęło się układać. Moje szczęście było jednak jak bryła węgla, którą ktoś w końcu musiał napalić w swoim piecu zwanym „życie”.

Mieszkaliśmy w jego kawalerce, co wcale mi nie przeszkadzało. Te kilkadziesiąt metrów było dla nas wystarczające. On jednak upierał się na znalezienie czegoś większego. „Planuje naszą przyszłość! Chce mnie w swoim życiu!” Znalazłam piękne mieszkanie w samym centrum Katowic, z ogromnym oknem wychodzącym na centrum miasta. Znalazłam, bo on nie miał na to czasu, ciągle był w pracy, w trasie, u dzieci… W mojej głowie nie pojawił się żaden alarm. Nawet w momencie, kiedy podpisując umowę najmu, on zapomniał swojego dowodu i przekonał mnie, żeby spisać umowę na mnie. „Nie martw się, przecież i tak będziemy płacić razem!” – rzucił szybko i dał mi całusa w czoło. Ten znak miłości i zaufania był pocałunkiem Judasza. Kiedy dzisiaj o tym myślę, mam ochotę zedrzeć z czoła całą skórę, może to pozwoliłoby mi pozbyć się tamtego wspomnienia…

Mijały miesiące, a ja ślepo zakochana brałam na siebie kolejne rzeczy – samochód, kredyt, najnowszego iPhone’a i Macbook’a, bo przecież nie mógł pracować na zwykłym laptopie! Rozumiałam go nawet, w końcu tyle lat spędził w Stanach, był do tego wszystkiego tak przyzwyczajony, a ja chciałam, żeby był ze mną szczęśliwy! Pewnego dnia sprawdziłam stan swojego konta. Nie było na nim ani grosza, choć był dopiero początek miesiąca. Karty w porfelu także nie było. On siedział wygodnie w kanapie obok mnie, a ja z paniką w oczach zaczęłam biegać po mieszkaniu i szukać karty. Nie było, nigdzie jej nie było! Widząc moje zagubienie wziął telefon i kazał mi zastrzec kartę. Bez wahania to zrobiłam, a przy okazji zamówiłam dwie nowe karty, tak jak prosił – dla bezpieczeństwa. Boże, jak mogłam być tak naiwna?! To był początek końca.

Dla partnerki rozwodnika nie ma chyba większego koszmaru od spotkania twarzą w twarz z jego przeszłością, czyt. z byłą żoną. Wpadłam na nią, kiedy stała pod naszym blokiem. Czekała na niego zupełnie rozwścieczona. „Gdzie on jest?! Mów! Na mieszkanie w takiej dzielnicy was stać, a na 1200 zł alimentów już nie?!” Byłam przerażona, cała się trzęsłam. Nie miałam pojęcia, o czym ona mówi. Przecież każdego miesiąca dorzucałam się do zabawek dla dzieciaków, do ich wspólnych wyjazdów, wypadów do zoo, do kina, na lody… Dopiero po dłuższej chwili, kiedy obie się uspokoiłyśmy, opowiedziała mi o jego długach, przez które wrócili ze Stanów. Było tego półtora miliona. To jednak nie było najgorsze – on ciągle był żonaty…

Rozwodu nie wzięli, bo gdyby tylko podał miejsce zamieszkania, komornik od razu by go znalazł i zaczął egzekwować długi. Jego była żona chciała ruszyć na przód, wziąć ślub po raz drugi, stworzyć dzieciom normalny dom, a on ciągle ją blokował. Poczułam, jak spływał na mnie zimny prysznic. Jakby ktoś w jednej sekundzie przebił moją mydlaną bańkę w której żyłam. Zapłakana pobiegłam do domu, zaczęłam sprawdzać wszystkie kredyty i konta. Spłacone były tylko raty, które sama płaciłam. Całe to szczęście i bogactwo było na niby. Jego firma wcale nie była jego, ale kuzyna. On dostawał pieniądze „na lewo”, żeby tylko nie miał stałych dochodów. Alimentów nie płacił od roku, a wszystkie prezenty które dostawałam, były z pieniędzy, które dorzucałam do jego wyjść z dziećmi.

Byłam wściekła, miałam ochotę go zabić, pozbawić wszystko. Niespodzianka – on niczego nie miał. Wszystko, co miał, należało do mnie. Samochód, drogie gadżety, dizajnerskie ciuchy. Jedyne o czym marzyłam, to ognisko przed domem, w którym płonęłyby wszystkie jego rzeczy. Znienawidziłam go w jednej sekundzie.

Kiedy wrócił do domu, próbował się tłumaczyć, błagał o przebaczenie, o jeszcze jedną szansę. Nie miałam jednak litości, już nie. Zabrał swoje rzeczy i wyprowadził się do kuzyna. Do dziś próbuje się ze mną skontaktować, ale gdy ostatni raz zagroziłam, że napiszę donos do skarbówki – odpuścił.

I tak oto siedzę sama w ogromnym mieszkaniu, które miało być symbolem mojego nowego życia. Oczy bolą mnie od płaczu, a paznokcie pożółkły od nadmiaru papierosów. Nigdy nie paliłam, ale od momentu tamtego spotkania wypaliłam już kilkaset paczek. Wypalam siebie. Nie wiem, czy komukolwiek jeszcze zaufam, pokocham, pomogę…


Zobacz także

Podróż za jeden uśmiech? Nie, ale za seks już owszem. Tak, to się dzieje naprawdę – nowa aplikacja, w której „płaci się” ciałem

Maja dorasta – tak genialnej książki o dojrzewaniu, jeszcze nie było!

Kobiety nie śpią przez to po nocach, a faceci nawet o tym nie wiedzą