Święta, święta i po świętach

Poli Ann
Poli Ann
23 kwietnia 2019
Fot. iStock / LittleBee80
 

Święta, święta i po świętach. Tyle roboty, szykowania, zakupów i sprzątania. A tu jak z bicza strzelił. Było i się skończyło. Jeszcze w sobotę podłogi myłam, żur gotowałam, chałupę ustrajałam. Tu gałązki, tam bukszpan i stroiki z jajeczkami. Dziatwę, sztuk dwie plus głowa rodziny, z koszyczkiem z rana do kościoła wyprawiłam, by mieć spokoju trochę. Jeszcze na pieszo im kazałam iść, by pod prysznic wleźć, paznokcie pomalować i może jeszcze maseczkę na zmęczone lico nałożyć. Alem przypomniała sobie, że jeszcze mięsiwo udusić muszę, więc domowe SPA musiało poczekać dobre dwa kwadranse, bo żeberka pokroić trzeba było, przyprawić i w omaście miodowej zanurzyć.

Gdy zadanie wykonałam ochoczo udałam się do łazienki lśniącej tak, że biała rękawiczka Perfekcyjnej Pani Domu pozostałaby bielusieńka. A tu nagle trach! Wody ciepłej brak. Na śmierć zapomniałam, że na dwie godziny mieli wyłączyć. Akurat teraz, kiedy stoję w czyściutkiej łazience tak jak mnie Pan Bóg stworzył! Trudno, trza być twardym nie „miętkim”. Zimnym prysznicem się potraktowałam. Ponoć cellulit zabija. Czy coś zabiło to nie wiem, bo gęsiej skórki dostałam. Orzeźwiłam się, maseczkę błotną nałożyłam, rozłożyłam pilniki i lakiery, by pazury ogarnąć. To był mój czas. Na bóstwo się może nie zrobiłam, ale ogarnęłam przyzwoicie.

Kawę nawet sobie zrobiłam i kontemplowałam ciszę. Jeszcze pół godziny i zacznie się młyn. Dzieciaki wpadną i będą się kłócić o to, co kto je ze święconki. Mąż będzie doglądał garnków i wyjadał po kryjomu. A niebawem nadjedzie reszta familii. Rodzice jedni i drudzy, ciotka Halinka od strony mamy i wujek Jędruś od strony męża. Kuzynka moja jedyna z rodziną na Kanary uciekła wygrzewać się w słońcu, bo świąt rodzinnych ma ponoć po dziurki w nosie i wypięła na nas swoje cztery litery (w sumie to z sześć, bo przytyło się jej ostatnio) zostawiając mnie tym samym samą z przygotowaniem świąt.

I nastała godzina W jak Wielkanoc. Nadjechali szumnie i głośno. Weszli równo, wyperfumowani i wyfryzowani. Z milionem toreb, walizek i siatek. Mamy nagotowały wszystkiego co możliwe, choć tyle razy prosiłam, że nie trzeba. Wujek przywiózł naleweczki, a ciotka Halinka napiekła ciast twierdząc, że przytyć muszę, bo w mieście chude wszystkie te baby jak szczapy, a że chłopaki pojeść lubią, to się nie zmarnuje. Od razu wzięły się dziewczyny za szykowanie. Wujek domył okna, bo coś cholera zauważył (a jak tak szorowałam). Mama doprawiła żur, bo oczywiście posmakować już zdążyła i stwierdziła, że śmietany dodać trzeba. Teściowa natomiast zastawę zaczęła wyjmować, choć mówiłam, że chcę na zwykłych talerzach, tych kwadratowych z Ikea. Dzieciaki już bałagan zdążyły zrobić w swoim pokoju i wyjadły pół święconki nabrudziwszy niemiłosiernie. Kilka minut i armagedon wielkanocny gotowy. Dobrze, że maseczkę zmyć zdążyłam i pazury pomalować na piękny turkus, co ciocia Halinka już po swojemu skomentowała, że czerwień ponadczasowa i elegantsza.

W sobotę jeszcze pokładów cierpliwości mi starcza, w niedzielę już trudniej szczególnie, gdy ciotka budzi wszystkich skoro świt, by na rezurekcję zdążyć. A ja tak marzyłam żeby sobie pospać. Potem dziewczyny, mamy znaczy się, zaczęły wędrować do łazienki, każda po kolei, pospieszając się nawzajem, co by do kościoła wyjść punktualnie. Hitem było pytanie, czyja to szczęka leży przy umywalce. Czy to Bogusi czy Halinki, na co moja matula kochana, rzeczona Bogusia, krzyczy z salonu, że ona swoją już założyła, Zenka przy łóżku leży, a ta w łazience to Jędrusia chyba, bo sama też myślała, że to jej, ale przymierzyła i latała jej trochę…No padłam. Ze zmęczenia, bo to piąta rano była i ze śmiechu. Nie ma co, z taką bandą nudów nie będzie.

Śniadanie było uroczyste, z przemową teścia. Trochę przydługą jak zwykle i starym sucharem na końcu. Stół suto zastawiony, mamy i ciotka o wszystko zadbały mi nie pozwalając się wtrącić w to, jak mają wyglądać święta w moim własnym domu. Szkoda, że to śniadanie dopiero, bo bym se naleweczki strzeliła kropelek kilka albo i kilkanaście. Tak dla kurażu, jak to mój tatuś mawia.

Po śniadaniu znów wycieczka do kościoła, po mszy przez godzinę komentarze tego, co na kazaniu było. Następnie spacer wcale nie taki krótki. Ekipa nie najmłodsza przecież wykazała się kondycją. Dzieciaki styrane były.

Obiad, na który już nie miałam siły ani miejsca w brzuchu, przygotowały znów moje kochane seniorki. Kłócąc się niesamowicie o to, co gdzie postawić, a chłopaki już po cichu popijali naleweczkę wujka Jędrusia. I mi polali kapkę, bo widzieli żem spacyfikowana w swoim domostwie kompletnie.

Wieczorem przy planszówce ponownie nasłuchałam się opowieści, które znam od lat. Mama z tatą znów się poróżnili o to, kiedy się poznali. Mąż mój zasnął w fotelu, a dzieciaki umierały ze śmiechu jak ciotka Halinka opowiadała, ile to razy za mąż wychodziła. Gwoli wyjaśnienia, razy cztery i żaden chłop z nią nie wytrzymał, i na cmentarz uciekał. Bez jej pomocy, dodać trzeba.

W Lany Poniedziałek oczywiście nie pospałam, bo płeć męska tradycji dochować chciała i zmoczyła nas w łóżkach dokumentnie. Jako, że złość piękności szkodzi postanowiłam nerwy na wodzy trzymać. Śniadanie zrobiłam po swojemu, gdy cała gromada uprawiała Śmigus Dyngus robiąc mały potop w łazience. Potem obowiązkowo klasztor, bo tam msza przez Dominikanów prowadzona i znów długi spacer, żeby kalorii trochę spalić i o słabą kondycję młodzieży zadbać. Po obiedzie wszyscy zaczęli się pakować robiąc niemały bałagan i znów śmialiśmy się do rozpuku, gdy ekipa udała się na poszukiwania swojego sztucznego uzębienia. Już bez przymierzania.

Wieczorem, gdy dzieciaki już wykąpane i najedzone, jak bąki leżały w łóżkach, małżonek mój pozmywał naczynia, ja zmęczona usiadłam z nogami wyciągniętymi na szezlongu. Gromada gości jak tornado przebrnęła przez mój dom pozostawiając po sobie rozgardiasz, pełną lodówkę (dziecko Ty tak marnie wyglądasz, zjedzcie sobie wszystko do końca) i na szczęście żadnej szczęki w szklance. Ja zmęczona niemiłosiernie z ilością jedzenia nie do przejedzenia, niewyspana, bo towarzystwo spać nie dało i objedzona (zjedz jeszcze dziecino, taka dobra kiełbaska, pyszny mazurek, smakowity żureczek z jajeczkiem) z zakwasami mięśni brzucha od śmiechu i nóg od spacerów, pomyślałam sobie, że za rok to na święta też ucieknę jak kuzynka moja. Opalę się, odpocznę i wypięknieję. Wypnę na świat cały co się da i stanę się egoistką. Pogrążona w myślach ocknęłam się usłyszawszy dźwięk telefonu. A to kuzynka moja z Kanarów pisała jak to deszcz im leje, hotel paskudny, a żarcie takie, że całą rodzinką toaletę okupują. Toteż zmieniłam front rozważań, co tam opalenizna, drinki z palemką, rewolucje żołądkowe i karaluchy w hotelu. Za rok znów jednak zaproszę rodziców, ciotkę i wujka, bo żadna wycieczka i żadne pieniądze nie zapewnią mi tyle rozrywki (i jedzenia), co moja ekipa.

A za rok kupię im oddzielne kolorowe szklaneczki i podpiszę je własnoręcznie, by nikt z mojej wesołej gromadki swojej szczęki więcej nie zapodział:)


Portret Zaskoczonej

Poli Ann
Poli Ann
24 kwietnia 2019
Fot. iStock / martin-dm
 
Dawno mi tak szczęka nie opadła jak dziś. Każdego dnia dzieją się rzeczy, które wołają o pomstę do nieba, ale w dniu dzisiejszym Jowita to mnie zaskoczyła. I nie będę tu prawić o sytuacjach politycznych, tylko o supermarketowych. Znów (sic!). A kto mi zabroni?

A zatem, Jowita wpadła mąki pożyczyć, bo jej się skończyła, a naleśników chciała dzieciakom nasmażyć. A że ja zawsze przygotowana jak na wojnę to sąsiadkę w biedzie poratuję, żeby tylko dziatwa, rozbrykana trójka płci męskiej mówiąc dokładnie, głodem nie przymierała. 

Więc Jowita stoi u mnie w przedpokoju, nerwowa jakaś taka i nieswoja. Zastanawiam co się dzieje. 

Siku chce? Dzieci przyłapały ją z mężem na amorach?

W robocie coś nie tego?

Czy zawał serca się nie daj Boże zbliża?

A ona zapomina o mące i głodnych dzieciach (wyrodna) i zaczyna opowieść jak to się do znanego supermarketu wybrała. Z samego rana, bo obiecała teściowej jakiś mikser kupić, który będzie tego dnia w super atrakcyjnej cenie. I żeby kobiecina się autobusem nie tłukła, miksera nie dźwigała to Jowita obiecała podjechać po ten cud techniki. Kwadrans przed siódmą zajechała nie spiesząc się wcale i ujrzała dziki tłum ludzi przed sklepem. Za darmo rozdają? No niestety nie. Ustawiła się więc w kolejce, nasłuchała rozmów motywujących do biegu, że trzeba szybko wpaść i od razu w lewo, bo tam zawsze promocje ustawiają.

A że Jowita ma problem z biegami na orientację to jak wrota supermarketu się otwarły, pobiegła w odwrotną stronę niemal przywracając się o pudła, w których (o cudzie!!!) stały upragnione miksery. Jakaż była radość Jowity. Trafiony zatopiony. Schyliła się zatem po skarb czując już zakwasy w udach od morderczego biegu, a tu nagle ktoś chwyta za pudło (niemałych wcale rozmiarów, i pudło i ten ktoś) i bardzo niełagodnym głosem wrzeszczy: „Oddawaj!” Jowita aż spąsowiała w trakcie relacjonowania mi tejże traumatycznej akcji, a mi szczęka opadła. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać, ale jako że instynkt samozachowawczy posiadam to podjęłam decyzję, że śmiech zdrowszy, więc ryknęłam jak dzika (locha raczej). 

Jowita jest niewysoka, do chudych nie należy, a że była w dresach, nieumalowana to zachowała się jak na dresa przystoi (nie ujmując nic absolutnie amatorom dresów zaznaczam, zachowanie dresowe mam tu raczej na myśli, gwoli ścisłości). Francję elegancję postanowiła schować do kieszeni owych starych, spranych dresów i warknęła: „Bo co?”. I może by się jegomość do rękoczynów posunął, gdyby nie inny klient obok się zrezygnowany przechadzający, który ostudził gniew agresora mówiąc, że też wychodzi z niczym, żona go ukatrupi pewnie, ale porażkę zniesie po męsku i to samo jemu radzi. A w promocji przypomina mu, że chyba kolega dobre wychowanie na parkingu pod sklepem zostawił i lepiej niech szybko po nie wraca, bo wstyd rodowi męskiemu przynosi. Tamten coś odburknął, ale nic w klimacie „przepraszam”, raczej kury przez wu. Rozejrzał się jeszcze, czy może gdzieś jakiegoś słabszego osobnika nie upoluje, ale nie zobaczywszy nikogo, wyszedł faktycznie, ale raczej nie w poszukiwaniu dobrego zachowania.

Jowita trofeum zdobyła, teściowa szczęśliwa i nieświadoma traumy jaką synowa przeżyła o 7.03 tegoż ranka zaskoczona butą i agresją innego myśliwego, który na łowy przybiegł. 

Stoimy więc w tym przedpokoju, bo Jowita się spieszy do głodnej gromadki, ale wciąż obie uwierzyć nie możemy, że takie sytuacje naprawdę mają miejsce. Rozumiem gdyby chodziło o przetrwanie. Czytałam dużo literatury obozowej, „Pianistę” i tym podobne filmy oglądałam, i tam w obliczu śmierci często głodowej, jestem w stanie spróbować (i tylko spróbować) zrozumieć zwierzęce zachowania ludzi.

Ale w supermarkecie???!!! Ludzie kochani. Jowita poszła smażyć te naleśniki, ciśnienie mi podniosła, bo w głowie się nie mieści do czego jesteśmy zdolni w imię dóbr materialnych. Ja pierdzielę, żeby sobie do oczu skakać, siłą brać? O leki dla chorego dziecka też bym pewnie jak lwica walczyła, ale nie o mikser do cholery!!! A najlepsze jest to, że następnego dnia Jowita wysłała mi link na allegro, gdzie ten wspaniały cud techniki mogę sobie bezstresowo kupić siedząc wygodnie we własnym fotelu czy na sedesie nawet i to o całe 13.50 zł taniej, dodam, że z przesyłką!!!


NieMADKA. Kto ma prawo moją macicę i biust oceniać?

Poli Ann
Poli Ann
19 kwietnia 2019
Fot. iStock / phaustov

I znowu widzę, że Internet huczy. Nagłówki biją kolorami po oczach. Wow! Niesamowite! Masakra! Nie do wiary! Co się stało? – pytam się na głos, myśląc, że może tsunami, trzęsienie ziemi czy wybuch elektrowni gdzieś ma świecie. Ale nie. To u nas. Katastrofa narodowa, tak KATASTROFA, bo jakaś gwiazdka nakryła wózek pieluchą tetrową i tym samym wszystkie madki Polki wylały na Bogu ducha winną dziewczynę wiadra pomyj. Gigabajty hejtu rzecz dokładnie ujmując, określając ją mianem morderczyni. Bo bakterie, bo dziecko się udusi, bo to niezdrowo, bo nieodpowiedzialna i głupia, bo bo bo…
I takie katastrofy dzieją się w internetach niemal każdego dnia i całe rzesze rzeczonych madek z wypiekami na twarzy zapewne, gotując się w sobie, udzielają biednym celebrytkom rad, jak to prawidłowo należy pielęgnować dziecko. A ja, chcąc nie chcąc, widzę te artykuły, bo przecież trudno ich nie zauważyć skoro nagłówki ogromne, miliony wykrzykników i kolory nachalne. I szlag mnie trafia jak czasem już kliknę na ów link, przeczytam te całe trzy zdania napisane przez jakiegoś dwudziestoletniego guru dziennikarstwa, a następnie zajrzę w komentarze. Tu to już dżungla bezlitosna, bo nienawiść taka tam agresywna, że się czasem własnego telefonu boję. A jak, nie daj Boże, ktoś nieśmiało napisze, że to czyjaś osobista sprawa albo ostrzej się wypowie, że nic im do tego, kto co na wózku wiesza, to już całe tłumy wrzeszczących wykrzyknikami i emotkami madek stają w obronie maltretowanego niemalże dziecka.

Co się dzieje pytam? Kiedyś to co najwyżej się teściowa wtrącała albo sąsiadka jakaś nachalna z radami nie od parady przychodziła. A propos tego właśnie, ostatnia zasłyszana przeze mnie rada, że mało z krzesła nie spadłam? Dziecko potrzebuje cukru i ta życzliwa, babcia dzieciaka dodajmy, mimo zakazu matki owej dziecinie cukier łyżeczką dawała, co by energii jej nie zabrakło (dziecinie oczywiście, a nie babce). I choć mnie krew zalewała i zalewa nadal jak takie głupoty słyszę, to jestem w stanie jakoś sobie to wyjaśnić. Wiadomo, inne pokolenie, doświadczenia życiowe, gdzie bieda często z nędzą w parze tańcowały, toteż rumiane, pulchne poliki były oznaką i zdrowia, i dobrobytu. A dziś?

W internetach widać, że mamy kilka milionów ekspertów w dziedzinie macierzyństwa, którzy o każdej porze dnia i nocy są gotowi nieść pomoc wirtualną albo, i rzucać jadem zaciekle najpierw w bohatera postu (najczęściej niemowlaka tudzież jego opiekunkę prawną), by następnie samych siebie tymże jadem opluwać.

Zapytacie, po cholewkę czytam coś, co mnie z równowagi wyprowadza? Ano najpierw mnie to bawi. I najczęściej tak się dzieje, jak czytam, że dziewczyny już w 5 tygodniu idą na USG i z płaczem wychodzą z gabinetu (zostawiwszy lekarzowi stówę albo dwie), bo zarodka nie widać. Dodam, że i ja dziecko powiłam dekadę temu i też na USG prawie z testem ciążowym w ręku leciałam. Na szczęście jakiś mądry lekarz oświecił mnie i ostudził zapędy tłumacząc, że zarodek za mały jeszcze, że najprawdopodobniej nic nie będzie widać i po co się stresować. Poszłam więc za jakiś czas i ujrzałam na monitorze tę malutką plamkę, która dziś mnie czasem do szału doprowadza.

A wracając do tematu. Po kiego grzyba tak szybko to sprawdzać, najlepiej z płcią od razu, by po kwadransie wyjść w stresie i telepać się w nim ze dwa tygodnie, bo dopiero wtedy zarodek, mówiąc fachowo, się zagnieździ i mamusi w całej okazałości się ukaże? I żeby była jasność: NIE JESTEM PRZECIWNIKIEM BADAŃ!!! Moja ciąża była trudna i latać po specjalistach musiałam naprawdę sporo i łzy wylewałam, bo powód ku temu naprawdę był (nikomu nie życzę).

I z takich napalonych, wyedukowanych przez Wujaszka Google’a madek, co to wszystko wiedzą najlepiej, faktycznie śmiać mi się chce do rozpuku. Wtedy też zachodzę w głowę jak nasze matki nas urodzić zdołały bez takiej ilości badań, internetu i z mlekiem od krowy na dodatek? Dziw jak one w ogóle w ciążę zaszły? Ale jak czytam komentarze typu, że kobieta, która nie rodziła naturalnie i nie karmiła piersią to żadna matka, no to do jasnej Anielki aż się we mnie gotuje!!! I para mi idzie uszami. Nosem zresztą też.

A kto ma prawo moją macicę i biust oceniać, moje macierzyństwo poprzez pryzmat sposobu rozwiązania ciąży i karmienia dziecka kwestionować?? Do jasnej ciasnej, aż mi się eufemizmy wyczerpują, jak o tym pomyślę. I nawet jeśli urodziłam przez cięcie i karmiłam butelką, bo mi się tak żywnie podobało, to chyba moja sprawa i co najwyżej lekarz może krytykować takie podejście, ale nie rzesze obcych bab!!! A co mają powiedzieć te matki, ze mną na czele podkreślę, które naturalnie dziecka ze względów i fizjonomicznych, i zdrowotnych by nie urodziły? I ze względów medycznych karmić nie mogły? W ciążę miałyby nie zachodzić? No litości!!! W czym ja jestem gorsza? Matką nie jestem? Bo bóli porodowych nie znam? A wyobraźcie sobie, że znam. Przez kilka godzin miałam tę wątpliwą przyjemność je odczuwać. Bo nie wiem jakie to uczucie, gdy bobas ssie pierś? Ano nie wiem. Pamiętam natomiast doskonale ból, gdy pokarm mi zasuszano i gdy po cesarce na pół zgięta szłam do toalety i siku bałam się zrobić z obawy, że mi szwy pójdą. O grubszej robocie nawet nie wspomnę.

Swoje wypłakałam dowiedziawszy się, że ani nie urodzę naturalnie ani do piersi dziecka nie przystawię. Wyrzuty miałam jak stąd na Marsa, a tu jakieś anonimowe ekspertki mają czelność w wątpliwość poddawać kimże ja jestem?? Miesiąc po porodzie, gdy hormony mi jeszcze w ciele pijane tańczyły, to bym pewnie w łeb se dała albo w najlepszym wypadku w depresję wpadła. Dziś kiedy czytam lub słyszę tego typu teksty to patrzę dumnie po prostu na siebie i na moje dziecię, i przypominam sobie, ile milionów buziaków mi ono dało, ile przytulasów, i ile tysięcy razy mi powiedziało, że jestem najcudowniejszą mamą (tak, mamą) pod słońcem. Dałam życie, pielęgnuję najlepiej jak potrafię, kocham całym sercem. To chyba ma znaczenie?!

Moja latorośl rozwija się prawidłowo, uczy bardzo dobrze, ma wiele talentów, jest radosna i mądra. Szybko nawiązuje kontakty z rówieśnikami i jest lubiana.
Co z tego, że nie musiała się przepychać przez kanał rodny i że wyrosła na Bebiko? Co z tego, że nie wiem jak wygląda koniec porodu naturalnego (początek znam) i że cycki moje mlekiem nie płynęły? Żeby zasłużyć na miano matki muszę rodzić najlepiej dwie doby, tarzać się w kałuży krwi, mieć ciało poorane rozstępami (cholera o tym zapomniałam napisać, rozstępów nie mam…ale spokojna głowa, cellulit już tak), być szytą na żywca przez jakiegoś rzeźnika, a nie przez ginekologa z powołania? I jeszcze sutki pogryzione przez własną dziecinę mieć powinnam, też do krwi, a jakże! Tak wtedy faktycznie ta martyrologia warta jest określenia MAMA.

Więc na koniec powiem, że choć cycki i macicę mam nienaruszone, a blizna po cesarce ślicznie się zagoiła na dodatek, to dumnie odwracam głowę, gdy mój skarb woła „mamusiu”. I w poważaniu mam ten hejt madek, które swoją energię kierują w stronę telefonu tudzież laptopa, zamiast zająć się po prostu swoimi pociechami. A co!