Lifestyle

„Przepraszam, chcę się rozstać”. Dlaczego nie potrafimy uszanować przeszłości?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
12 października 2015
Fot. iStock
 

Nie lubię się rozstawać. Nie lubię rozczarowywać ludźmi. Nie lubię bliskości, która zamienia się w obojętność, szacunku przemieniającego w pogardę. Nie lubię takich sytuacji i w życiu osobistym, i w pracy.

Niestety, większość z nas popełnia przy rozstaniach miliony błędów. Ucieka, zaczyna nie lubić, znika. Czasem ciężko mieć nawet tę –oczywiście pseudo –  wiedzę psychologiczną (uśmiech w stronę osoby, z którą niedawno w pewien sposób się rozstałam), która pozwala ci choć w miarę rozumieć te mechanizmy. Również, o zgrozo, w sobie.

Jakiś czas temu nie pożegnałam się z kimś, z kim byłam związana zawodowo.

– Przykro mi – powiedział ten ktoś.

– Wiesz, ja chyba wolę uciec – odpowiedziałam.

Wtedy pomyślałam, że to jest temat na tekst. Nie o tym jak przeżyć rozstanie, jak sobie z nim poradzić, tylko jak zrobić to bez uciekania, złości.  Chodzi o to, żeby uszanować, że coś kiedyś, choć przez chwilę, było ważne. Tak mało osób to potrafi.

ICH znałam jeszcze w liceum. Z nią się przyjaźniłam, on był starszy, odpowiedzialny, czuły. Dużo niepotrzebnych przymiotników określających jaki był fajny. Byłam na ich ślubie, oni byli na moim.  Nierozłączni. Potem straciliśmy kontakt na wiele lat. Ostatnio, przez fejsa, z nią się odnalazłyśmy. Opowiadała o rozwodzie. Przestraszyłam się. Czy ludzie potrafią aż tak się zmienić? Ich małżeństwo psuło się wiele lat. W  końcu on ją tak pobił, że trafiła do szpitala, miała złamany nos. Opowiadała mi sceny jak z amerykańskiego dramatu. A ja zastanawiam się: „Jak to w ogóle możliwe. Przecież tak ją kochał, mają dwoje dzieci”.

Strach kochać po takich historiach.

JE też znam długo. Zawsze koleżanki, wspólna praca, wiedziały o sobie tyle rzeczy. Potem jakiś konflikt. Dziś jedna mówi: „No, ja do Tamtej nic nie mam, ale to jednak wredna sucz”. Druga: „Ależ szanuję to, co między nami, ale wiesz, ona kompletnie zwariowała…”. Poznaję szczegóły relacji, tajemnice jednej, drugiej.

Strach się przyjaźnić po takich historiach.

No i ONI młodsi. Krótkie zakochanie. On taki zauroczony, ona trochę też. On potem mówi: „Jesteś mi  taka bliska, chcę żebyś zawsze była”. Potem znika. Bez słowa.

Strach wierzyć jakiemukolwiek mężczyźnie po takich historiach.

Czy chodzi o to, żeby w ogóle się nie rozstawać? Tkwić w czymś, choć nie chcemy? Ależ nie. Ale żeby rozstając się uszanować przeszłość i czyjeś uczucia – już tak.

Ktoś mi kiedyś opowiadał o swoim rozstaniu. Opowiedział: „No i wiesz, spotkałem się z nią, powiedziałem, że to koniec, ale  myślałem tylko o tym, żeby iść biegać. Obiecałem, że zadzwonię, zjemy kolację, jeszcze pogadamy”.

„Zadzwoniłeś?”, spytałam. „No co ty”, odpowiedział lekko. Potem zrozumiałam, że to jest jego scenariusz życia tego Ktosia. Obiecywanie, niedotrzymywanie. Rozstanie teoretycznie z klasą. Bo bez awantury i nienawiści. Tak naprawdę tak samo słabe.

Nie ma chyba morału tej historii, bo sama – pewnie – nie wiem jak się rozstawać.

Ale rozmawiałam dzisiaj z bardzo mi bliską osobą. Leży w szpitalu. Leży już wiele dni, więc sporo analizuje.

– Wiesz o czym myślę najwięcej – powiedziała TA osoba.

– No o czym? – spytałam.

– Z iloma ludźmi się rozstałem w życiu, z iloma pokłóciłem, ilu znienawidziłem, ilu porzuciłem bez myślenia o ich emocjach.

– No i?

– No i to jednak słabe jest. Bo potem, na koniec życia, rozumiesz, że oni wszyscy są częścią ciebie i do niemal każdego chcesz zadzwonić, pogadać.

– Aha – odpowiedziałam.

I obiecuje, TA osoba nie jest sentymentalna. Nie prowadzi pseudo psychologicznych analiz. 😉  Może nie czekajmy więc na choroby, szpital, momenty ostateczne? Szanujmy osoby, z którymi byliśmy blisko. Którym zaufaliśmy. Jakkolwiek. Kiedykolwiek. Gdziekolwiek.


Lifestyle

10 powodów, dla których warto cieszyć się z dzisiaj!

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
13 października 2015
For. iStock
 

Smęciłam, nudziłam, marudziłam. Ech, niby nie, mi przynajmniej wydawało się, że nie, ale potem ktoś mi bliski powiedział, że lubię tak wytarzać się w życiowej zgrozie. Taaa, to byłam ja kiedyś. Teraz dziękuję, do widzenia. Bo gdyby tak policzyć te dni, w których użalamy się nad sobą. Znajdujemy minusy swojego życia. Brr. Mogłyby wyjść z tego nawet lata. Lata młodości, najfajniejszego czasu. Po co tak wszystko marnować.

Poniżej – MOJA– subiektywna lista powodów, żeby cieszyć się z dzisiaj. Paulo Coelho by się nie powstydził. Nie lubię go, więc trochę mi smutno, że uderzam w jego tony. No cóż, wolę jednak tak niż leżeć w swojej grozie. Męczyć innych energią frustry. Już wolę sobie napisać te – banalne – powody do radości. Powiesić na lodówce, położyć gdzieś w widocznym miejscu. Ot, na wszelki wypadek, gdybym zapomniała.

1. Dziś rano było lepsze niż wczoraj wieczór. Tak mnie ktoś wczoraj zezłościł, że myślałam, że dziś rano rozniosę świat. A tu proszę….Obudziłam się zadowolona. Rację mają więc ci, którzy mawiają, że poranek jest zawsze bardziej zdystansowany niż wieczór.

2. Jednak żyłam. Hmm, niby oczywiste. Ale kilka dni temu słyszałam, że pewna trzydziestolatka umarła we śnie. Pękł jej tętniak. Przepraszam, naprawdę się cieszę, że nią nie jestem.

3. W moim domu toczyło się rano życie. Koty, zwariowany pies, dziecko biegające i krzyczące: „Gdzie są moje skarpetki, a gdzie bluzka,  a gdzie?” Uff. Z drugiej strony to przecież piękne, że ktoś czegoś ode mnie chce. No i że mam zwierzęta. Nie wiem, jak ludzie mogą nie mieć zwierząt– toż to pozytywna energia w czystej postaci.

Ale załóżmy – gdybym była samotna, nie miała czworonogów, bo bym ich nie znosiła – też bym się cieszyła. Ech, luksus wypicia kawy w spokoju, muzyka, kąpiel. I błogosławiona cisza. Tak, samotność bywa cudowna.

4. Jednak wciąż miałam przyjaciół. Choć jestem upierdliwa, nerwowa i  tak dalej. Przyjaciół ma większość z nas, prawda? Dlatego więc się nie cieszyć, że oni istnieją? Szczególnie, gdy piszą „jak się czujesz?”

5. Wypiłam kawę. Nie ma życia bez dobrej kawy ranka. Banał, jasne, ale niech któryś kawosz obudzi się rano i zobaczy, że w pudełeczku nie ma nawet ziarenka. Grozunia.

6. Spotkałam panią, która sprząta na naszym osiedlu.  Prawie każdego dnia jest dla mnie małą lekcją: spokoju, radości życia, pokory i klasy. Ma tak dobrą energię, że mogłaby ją rozdawać wszystkim frustratom, którzy obiektywnie ( choć w sumie licho wie, co to znaczy obiektywnie) mają lepiej od niej. Na pewno każdy z nas ma, wśród ludzi z którymi kontaktuje się na co dzień, taką osobę Energię.  Niezły to cud, prawda?

7. Porozmawiałam z własną matką. Niby normalna sprawa, ale czy ja wiem? Matki mogłabym nie mieć. Albo mieć beznadziejną, taką, że nie byłoby z nią o czym rozmawiać. U mnie radość z rozmowy z mamą, u was niekoniecznie. Ale przecież ktoś w rodzinie fajny jest na pewno. Albo wróć do przyjaciółek. Chodzi o rozmowę z życzliwą, kochaną osobą.

8. Pobiegałam z psem, mam to szczęście, że mieszkam na osiedlu, które znajduje się w samym środku lasu. Ech…. Złości mnie ta Ewa Chodakowska czasem, ale jednak trzeba jej przyznać jedno– ruch to raj dla frustratów.

Inni nie mają lasu, ale mają parki, siłownie, fitnessy. Mają w końcu Ewę na You Tubie.  Mało w ludziach smutku, gdy mają dużo sportu.

9. Zrozumiałam, że jestem wolna. Żyję jak chcę, bo dążyłam do tego wiele lat. Ale załóżmy: gdybym pracowała w korporacji– to też bym się cieszyła, bo jednak to etat, stałe pieniądze, stali ludzie i rytm tak czasem nam potrzebny. Gdybym nie miała pracy, cieszyłabym się marzeniami, że w końcu ją znajdę. No nikt nie jest wiecznie na dnie. Gdzie nie spojrzeć tam fajnie;-)

10. Jak wszystkie wyżej punkty są do bani, nic nie działa– zawsze mamy siebie. To jest niezły powód do radości. Moja mama powtarza: „Każdy nowy dzień jest początkiem reszty twojego życia”. No, mama to już leci Coelho po bandzie, ale z drugiej strony tak lubię tę jej frazę. Jest taka obiecująca, optymistyczna, nawet jeśli wczoraj zrobiliśmy najgłupsze rzeczy w swoim życiu. Czyż nie?

Uff, trochę zmęczyłam się tą radością. Praca nad sobą bywa męcząca. Wolę jednak tak niż te intelektualne smęty dookoła do których sama mam tendencje. A kysz!


P.S: Z dedykacją m.in dla Pauli, która dziś na naszym redakcyjnym Facebooku napisała, że nostalgia i chce jej się wyć.


Lifestyle

Dekalog żony (nie) zwyczajnej

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
10 października 2015
Dekalog żony (nie) zwyczajnej
Fot. iStock – Dekalog żony (nie) zwyczajnej

Podziwiam i uwielbiam kobiety, które realizują się w roli żony, matki i nie mają z tym żadnych kłopotów. Uwielbiam ich ciasta pieczone po nocy, nieskazitelny wizerunki, jogę, bieganie i pranie. I nadzwyczajne pracowanie. Wiele mam takich przyjaciółek. Ba, mamę miałam taką, ciotki, babcię…

Obserwowałam życie tych kobiet. I jednak stawiam na bycie żoną zwyczajną. Oczywiście niejedna bliska mi kobieta mawiała czasem: „ogarnij się”, „no wiesz, dobra żona nie powinna”. Tak jakby „dobra żona” to był zestaw stałych cech, bardziej twór niż osoba. Tymczasem, obiecuję, w byciu żoną nietradycyjną nie ma nic złego.

Moja rodzina nie żyje w chlewie, moje dziecko chodzi do szkoły, odrabia lekcje, nikt nie głoduje, pies wychodzi na spacery, koty nakarmione. Wesoło mamy. Zwyczajnie. Ale bez ciśnienia.

„Jak się wyluzować?” spytała mnie ostatnio bardzo, bardzo ogarnięta koleżanka. Dla niej i dla innych zmęczonych żon postanowiłam napisać krótki przewodnik z życia żony zwyczajnej (i wyluzowanej).

Dekalog żony (nie) zwyczajnej

TAK WIĘC ŻONA ZWYCZAJNA

1. Nie stawia sobie ze cel porannych pobudek i latania wokół reszty rodziny. W końcu nie jest sama, prawda? A skoro mąż jedzie rano do pracy, to może przy okazji zabrać dziecko. „Ale dlaczego ty mu nie dajesz rano śniadania i kanapek do pracy?” (to o mężu). Hmm, pomyślmy. Bo mąż nie je rano śniadań? A kanapki do pracy mógłby sobie zrobić sam gdyby, na przykład, chciał? Tyle, że nie chce. A dziecko… dziecko, cóż, może zjeść rano musli z mlekiem. Zrobienie takiego śniadania zajmuje chwile.

2. Nie lata z mopem od rana, nie wstawia prania. Na lodówce wisi kartka z podziałem obowiązków. Milion rzeczy do zrobienia podzielić na trzy, cztery osoby to jednak mniej niż milion rzeczy podzielić na jeden– czyli do wykonania przez jedną osobę. Żona zwyczajna wciąga wszystkich domowników w prace domowe. I wcale nie czuje się szefem tej brygady. Bo niby dlaczego ona?

3. Nie robi ciśnienia o porządek. Nikomu. A w szczególności mężowi. Jest już przecież mądra, jej nad–emocjonalność została w przeszłości. Dojrzała kobieta robi w głowie szybką kalkulację. Czy mi się właściwie opłaca wkurzać o drobiazgi? Czy mi się chce tracić nerwy na tłumaczenie? Lepiej je sprzątnąć. Albo, gdy sytuacja się powtarza, po prostu je zostawić. Mąż w końcu potyka się o nie i pyta: „A co z tymi skarpetkami?”. Hmm, kochanie, cóż. Leżą sobie? A tak, leżą. Bo, pomyślmy, sam je porozrzucałeś?

4. Nie robi ciśnienia o inne ważne sprawy. Kontakt z dzieckiem, rachunki, wspólny czas. Jakby to powiedzieć górnolotnie: życie rozliczy każdego ze wszystkiego. Za to kim był, co zrobił. Zaniedbywana żona może w końcu odejść, prawda? Dziecko nie będzie miało z ojcem więzi… Po co na siłę sprowadzać kogoś na dobrą drogę. Może jego droga jest inna? Poza tym zwyczajna doskonale wie, że ma mnóstwo wad, łatwiej więc wybacza wady innym.

5. Nie uważa, że jej praca jest mniej ważna. Jest ważna tak samo jak praca męża. Ważna tak samo jak lekcje dzieci. Skoro on może siedzieć przed komputerem i mówić „Aaa, zostawcie mnie”, to ona też może siedzieć przed komputerem i krzyczeć „Aaaaa, zostawcie mnie”. Czas pracy zwyczajnej, to czas święty.

6. Nie lata jak wariatka, bo on zaprosił na kolację gości. Albo dziecko zaprosiło kolegów. Zaprosili? Wspaniale. Może Ci coś pomóc, kotku? Pomóc. P-o-m-ó-c. Nie zrobić za ciebie.

7. Nie uważa, że ze stałym partnerem należy dzielić się każdą emocją. Rozczarowywać się, że On nie rozumie? To nie rozumie. Zwyczajna nie oszukuje się, że jej mąż jest nadzwyczajny. Od czego ma się przyjaciółki.

8. Wie, że te wyżej wymienione są bardzo ważne. W przestrzeni „rodzina”, „obowiązki” znajduje czas na „przyjaźń”. W ogóle poświęca sobie czas. Cokolwiek to jest. Nie uważa też tego za jakieś wielkie szczęście, że mąż jej na to pozwala. Wolność to niezbywalne prawo człowieka.

9. Ponieważ wolność to niezbywalne prawo człowieka– ona szanuje również wolność partnera i dzieci.

10. Sobie też nie robi ciśnienia. Za znaną dziennikarką powtarza: jest coś ważniejsze od życia, dystans do życia:)

I obiecuję, żona zwyczajna nie jest matką wyrodną. Żoną wyrodną też nie jest. Jest po prostu żoną i matką szczęśliwą. „Muszę” zamienia na „chcę”. Jest kochana, szanowana przez domowników, bo naprawdę nie daje sobie wejść na głowę.

Powodzenia!