Starość jest pięknem pomarszczonej twarzy, ale też niesprawnymi nogami i rękami, które nie mogą utrzymać kubka z herbatą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 stycznia 2017
Fot. iStock/Branimir76
Fot. iStock/Branimir76
 

Pożegnanie z człowiekiem, który był obecny w twoim życiu odkąd pamiętasz, z którym wiążą cię dobre emocje, wspomnienia – to, co dobre i piękne – jest bardzo trudnym doświadczeniem. „Trudne” jest tu wszystko: i ostateczność, i ta egoistyczna chęć zatrzymania go przy sobie „jeszcze na chwilę” i twoje zaprzeczanie prawdzie, że to się musi stać, że tak ten świat jest urządzony. A jednak. I mój i twój zaplanowano tak samo, by składał się z ciągłych powitań i pożegnań z tymi, których kochamy.

I nie wiem tylko co jest bardziej bolesne: świadomość, że tak bliska ci osoba, ktoś kogo nie tylko kochasz, ale uważasz za fundament twojego jestestwa, z kim masz tysiące najlepszych wspomnień z dzieciństwa i młodości, powoli zmienia się w obcą osobę, czy to że ją utracisz fizycznie. Starość nie udała się stwórcy – kimkolwiek on jest.

Zagadka człowieczeństwa, istota humanizmu. Jak w kimś, kto pod wpływem choroby, upływającego czasu i lęku przed nieuchronnością śmierci przeistacza się w rozgoryczoną i rozżaloną osobę targaną negatywnymi, złymi emocjami, ciągle jeszcze widzieć tego, kto kiedyś dał ci wszystko, co najlepsze? Jeśli opiekujecie się starszymi rodzicami, albo niedołężną babcią, czy dziadkiem, pewnie znacie to uczucie.

Bo starość bywa bardzo osobistym dramatem, mimo bliskości kochających dzieci i wnuków, mimo troski i najbardziej starannej opieki. Mimo całej miłości, którą w sobie macie.

Patrzę na bliską mi osobę i wiem, że jej już się na tym świecie nie podoba. Że wzbiera w niej żal i złość na swoje niesprawne nogi, na trzęsące się ręce, na odbicie w lustrze, które zamiast pięknej, roześmianej twarzy, pokazuje ciągle tę pomarszczoną, zapadłą i smutną. W jej głowie zapewne pytania: To już? Tak szybko to życie minęło? To wszystko i nic więcej? Dlaczego już?…

Kocham ją i rozumiem jej cierpienie. Jeszcze kilka lat temu, była panią swojego losu. Dziś brak jej sił, by odgrzać sobie obiad, by wyjść na spacer, do kina, ba, nawet na ławkę do pobliskiego parku. Ona znika, a wokół pulsuje życie. Rodzą się dzieci, wnuki, prawnuki. Młodzi zakochują się, są szczęśliwi, piękni. Zupełnie tak, jak ona kiedyś. I jej głos, teraz coraz słabszy, coraz mniej pewny, rozbrzmiewał kiedyś głośno, sprężyście, mocno. Tak jak jej życie. Wypełniało niewielką przestrzeń jej mieszkania przez kilkadziesiąt lat.

Dziś jest coraz mniejsza, zgarbiona, coraz lżejsza i bledsza. Coraz bardziej jest jej „wszystko jedno”. Dlatego cieszę się z każdego momentu, kiedy jeszcze chce „tu być”, kiedy odczuje ciekawość nowego smaku, radość z obecności prawnucząt…

Jak trudno mi patrzeć na nią, wiedząc, że powoli gaśnie. Jak źle mi z tym uczuciem, że gdy odejdzie, nie znajdę jej w jej fotelu bujanym, w pokoju pełnym zdjęć i pamiątek, w którym przeżyłam tak wiele szczęśliwych chwil, dzięki niej. Jak trudno zaakceptować fakt, że i ona już zaraz będzie wspomnieniem. I cieszę się, że jeszcze ciągle czasem bywa sobą, a nie tym kimś, kogo zabiera mi jej starość.

Znajoma opiekuje się swoją starszą, niedołężną mamą. Jest u kresu sił. Tych psychicznych i fizycznych. Fizycznych, bo opieka oznacza właściwie pełną obsługę: pranie, gotowanie, karmienie, mycie, zmianę pampersów…

Psychicznych, bo ciągle słyszy raniące, oskarżycielskie ostre słowa z ust swojej mamy, która pluje na nią jedzeniem, oskarża o to, że córka regularnie dolewa jej trucizny do zupy i że kradnie. Mama czasem kopie, często wykrzykuje słowa nienawiści. Rzadko kiedy wie na pewno gdzie jest, a kiedy już wie, cierpi i mówi o śmierci. O tym, że nikt jej tu nie chce, że jest przeszkodą. Ta starość boli jeszcze bardziej – i matkę i córkę.

–  Nie mogę oddać mamy do zakładu – mówi znajoma – nie wybaczyłabym tego sobie. Moim obowiązkiem jest o nią zadbać, jak najlepiej potrafię. Zadbać o to, by te ostatnie lata jej życia upłynęły godnie.

Więc moja znajoma opiekuje się mamą, zaciska zęby, czuje bezsilność. Cierpi. Bo nawet jeśli człowiek tłumaczy sobie, że ten „obcy bliski” nie jest przykry i złośliwy intencjonalnie, że jego mózg nie działa już sprawnie, że słowa, które padają  wypowiada pod wpływem żalu i emocji, jest ciężko, nie zawsze można oddzielić serce od rozumu.

Uczono nas szacunku do starszych, ale nie nauczono nas, że starość jest trudna. Dla obu stron – tych, którzy odchodzą i tych, którzy tu zostają. I to nie wszystko. Starość jest piękna i brzydka zarazem, nie można się tego wstydzić, ani przed tym uciekać. Starość jest doświadczeniem i wiedzą z jednej strony, ale jest też utratą pamięci i zacieraniem wspomnień, pomieszaniem zmysłów i nierozpoznawaniem bliskich. Starość jest pięknem pomarszczonej twarzy, ale też niesprawnymi nogami i rękami, które nie mogą utrzymać kubka z herbatą. Starość naszych najbliższych jest lekcją odchodzenia dla nas samych.

Nie osądzajcie tych, którzy oddają rodziców czy dziadków do domu seniorów, tam, gdzie opieka jest dobra, a warunki godne. Nie mówcie też, że wy nigdy nie postąpilibyście w ten sposób.


Drogie, perfekcyjne mamy! Dziecko to nie kolejny punkcik do odhaczenia w życiorysie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 stycznia 2017
Drogie, perfekcyjne mamy! Dziecko to nie kolejny punkcik do odhaczenia w życiorysie
Fot. iStock/IvanJekic
 

Zamarłam. Przeczytałam artykuł o matkach, które podają wieczorem swoim dzieciom leki na sen i zamarłam. Wiecie co nimi kieruje? Nie, nie problemy maluchów z zasypianiem, nie zalecenia lekarza, nie wskazania medyczne. To chęć pozbycia się problemu. Mieć dziecko szybciej z głowy, móc wcześniej zająć się sobą, odpocząć. Przespać 8 godzin. Nie słyszeć tego denerwującego „mamo”. Nie musieć zajmować się swoim dzieckiem. Pediatrzy biją na alarm. Moda na usypianie dzieci za pomocą środków nasennych rozprzestrzenia się w naszym kraju z zadziwiającą prędkością. Skutki? Przerażające: prawdziwe zaburzenia snu, uzależnienie od leków, uszkodzenie wewnętrznych narządów (wątroba, nerki). Ale co tam. W perfekcyjnym świeci perfekcyjnych mam, skutków ubocznych się nie przewiduje. Wszystko ma działać tak, jak w zegarku.

Zajrzyjcie na internetowe fora dla matek. To tylko kilka, losowych wpisów:

„Kochane mamusie, co podać roczniakowi, żeby szybciej zasnął, chcielibyśmy wreszcie z mężem mieć wieczorem czas dla siebie”;

„Drogie mamuśki, kiedy zaczęłyście zostawiać dziecko z kimś obcym, jestem miesiąc po porodzie i czuję, że dłużej nie wytrzymam  z nim w domu, czy coś jest ze mną nie tak?”;

„W jakim wieku wasze dzieci powiedziały „mama”? Denerwuje mnie już to ciągłe domyślanie się o co mu chodzi.”

Nie piętnuję tych matek. Z ich słów przebija samotność, bezradność, fizyczne i emocjonalne zmęczenie. I pewnie także rozczarowanie, że całe to piękne, różowe macierzyństwo tak właśnie wygląda. Chcę powiedzieć coś zupełnie innego. Chcę was zwolnić z obowiązku przeżywania perfekcyjnego macierzyństwa.

Niektórzy całymi latami walczą o ciążę. Przechodzą kosztowne i pochłaniające tony emocji, nadziei, wiary w to, że się w końcu uda leczenie, bez pozytywnego skutku. Rozpaczają, bo nie mogą zostać rodzicami, albo tracą swoje dzieci w wyniku nieszczęśliwych okoliczności losu, czy chorób. Inni mają dzieci, choć zupełnie nie rozumieją co to właściwie znaczy i dlaczego się na to zdecydowali. Mają, bo tak trzeba, bo najwyższa pora, bo wszyscy na to czekali. Mają, żeby wreszcie móc kimś sterować, mieć nad kimś kontrolę, realną władzę. Mają, bo nie wypada nie mieć. Mają, żeby wpisać je w grafik i odhaczyć kolejny punkcik w notesie. Taki sam grafik założą w chwilę po porodzie swoim dzieciom. I będą monitorować ich rozwój (najlepiej, żeby był szybszy niż przeciętny), postępy na nocniku (pochwalą się potem nimi na Facebooku) i sukcesy w szkole (obowiązkowe zajęcia dodatkowe, tak, by dziecko nie miało już siły ani ochoty „przeszkadzać’’ rodzicom w domu). Przejść przez to macierzyństwo szybko i bezboleśnie – to wasz cel. A gdzie w tym wszystkim DZIECKO?

Droga Perfekcyjna mamo,

która tak bardzo chcesz mieć wszystko pod kontrolą, w swoim idealnym, wymyślonym świecie:

Dziecko to nie kolejny punkt w twoim życiorysie. Dziecko to olbrzymia odpowiedzialność, którą nie każdy jest w stanie unieść. Nie każdy musi być rodzicem, są tacy, którzy zdecydowanie nie powinni nimi być.

Dziecko to człowiek, ktoś odrębny od ciebie, ktoś kto czuje, cierpi, śmieje się i płacze, ktoś, kto dopiero uczy się swoich emocji i tego jak sobie z nimi radzić. Ktoś, kto przez kilkanaście lat będzie od ciebie zależny. Nigdy nie wykorzystuj tego ostatniego faktu przeciw swojemu dziecku. To, co uszcześliwia ciebie, niekoniecznie uszczęśliwi twoje dziecko.

Dziecko to nie jest modny gadżet, dopasowany do twojego stylu życia. To ty musisz na trochę zwolnić i zmienić ten styl życia, kiedy pojawia się twoje dziecko. Przykro mi, ale tak właśnie jest.

Dziecko bywa kłopotliwe, głośne, męczące, głodne, histeryczne. To nie jest jego wina. I nie jego winą również jest to, że sobie z tym nie radzisz.

Dziecko nie choruje tobie na złość, żeby pokrzyżować ci wszystkie plany, opóźnić wyjazd na upragniony urlop, żeby zepsuć ci nastrój i wyssać z ciebie całą energię.

Dziecko wymyka się twoim miarom i szablonom, myśli i czuje inaczej niż ty, ma własny pogląd na tę samą sytuację, bo nie jest tobą.

Dziecko oddaje ci to, co od ciebie dostaje. Im bardziej je od siebie odsuwasz, tym mniejsze masz szanse na porozumienie i sukces wychowawczy. Im mniej słuchasz, im więcej narzucasz, tym bardziej obcy stajecie się dla siebie nawzajem.

Rozumiem twoje zmęczenie, pot i łzy bezradności, kiedy jest naprawdę ciężko. Ale nie żyjesz sama. Zacznij wymagać od swojego partnera, ojca swojego dziecka wsparcia. Proś o pomoc rodzinę. Nie bądz Matką Polką – heroską z zegarkiem w ręku i wiecznie niezadowoloną miną.

Jeśli masz problem ze swoim dzieckiem, chciałabyś je wymienić na lepsze, oddać z powrotem, zostawić i wrócić, kiedy będzie już całkiem dorosłe i „ogarnięte”, pora przyhamować i zajrzeć w głąb siebie. To nie dziecko jest twoim problemem. To ono ma problem z tobą.


Miłość na przeczekanie. Ile czasu dasz ukochanej osobie na zmiany, które nie nadejdą?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 grudnia 2016
Miłość na przeczekanie. Ile czasu dasz ukochanej osobie na zmiany, które nie nadejdą?
Fot. iStock/prudkov
 

Ile czasu można dać ukochanej osobie na zmiany, które uporządkowałyby wasze relacje, ulepszyły waszą miłość, sprawiły, że wreszcie pozbyłabyś się wątpliwości, że w końcu mogłabyś być szczęśliwa? Ile trzeba czekać, aż on „zrozumie”, „przejrzy na oczy”, wybierze…? Jak to jest, żyć miłością „na przeczekanie”, mieć „byle jaki” związek i tylko wyobrażać sobie jak to mogłoby wyglądać, gdyby wszystko byłoby inaczej. Albo gdybyśmy zdecydowały się zakończyć tę relację, odejść, wyjść z tej iluzji, poszukać czegoś prawdziwego…

Piętnaście

Iwona czeka na swojego męża już piętnaście lat. Ma z nim dwójkę wspaniałych dzieci, dom, kota i dwa psy, w ogrodzie. Można powiedzieć, że to bardzo dużo. Ale Iwonie brakuje najważniejszego: jego spokoju, radości z tego, że ma piękną i zdrową rodzinę. Wspólnego czasu, rozmów z chłopcami, jego obecności, kiedy grają w sobotnie popołudnie w planszówki, całego tego „ojcowania”. Jego miłości wyrażanej nie wysokością kwoty jaką przelewa jej na konto co miesiąc („ty tak mało zarabiasz, kup sobie coś porządniejszego”), ani marką ubranek jakie na gwiazdkę dostają od niego ich synowie. Mąż Iwony z pewnością ją kocha, ale nie jest w stanie dać jej z tego uczucia więcej niż bezpieczeństwo finansowe, sporadyczna troska o jej zdrowie, kiedy nadchodzą chłodniejsze dni.

Męża Iwony nie ma. Emocjonalnie, bo fizycznie „bywa” tuż obok. Tyle razy prosiła: „Zajmij się nimi, zabierz ich na spacer, oni tak cię potrzebują”. Obiecywał i i jej i chłopcom, a potem, jak zwykle łamał tę obietnicę. I wcale nie zawodowe obowiązki stawały mu na przeszkodzie. On po prostu „nie chce”. Na zewnątrz, wśród obcych , cieszy się sukcesami synów, jest z ich dumny. Ale w domu, potrafi być bardzo wymagający i oschły, kiedy z czymś sobie nie radzą. Nie ma w nim spontanicznej chęci „bycia z nimi”, radości z czasu spędzonego razem, nie ma inicjatywy i woli by ich lepiej poznać. Czasem mówi wprost, że go męczą, drażnią. Żeby ich zabrać. Czasem wpada w szał, wykrzykuje te wszystkie okropne, wulgarne słowa, i że bez niego są niczym, że nic by nie mieli, że powinni codziennie dziękować za to, że urodzili się w takiej rodzinie. Czasem szarpie, mocno i patrzy, tak groźnie, że chłopcy kulą się w sobie jakby chcieli zniknąć.

Iwona wie, że to jest gdzieś głęboko w nim, że to jego dzieciństwo zaważyło na relacjach z synami. Wie, widzi jak dzieci rosną, jak coraz rzadziej czekają na tatę, jak coraz bardziej rozumieją, że nie mogą na niego liczyć, jak się odsuwają, jak nawet z „męskimi” sprawami przychodzą do niej. Mówi, że czeka, bo wierzy, że to „się zmieni”. Znalazła terapię dla niego, dla chłopców, dla siebie. Terapeutka zobaczyła jej siniaki, powiedziała: niech pani już nie czeka, niech pani się ratuje, zabiera chłopców, póki są jeszcze mali i przestanie się o niego troszczyć. Ale Iwona się martwi i czeka dalej. Bo przecież to nie jego wina, że tak sobie nie radzi z emocjami, że nie umie być ojcem. On się jeszcze zmieni, podejmie leczenie. I kiedyś będą wszyscy szczęśliwi. Na pewno.

Dwanaście

Ania jest z Pawłem od liceum. To już całe dwanaście lat. Kocha go, bardzo. I on ją też kocha. Przecież tyle razy rozmawiali o tym, że trzeba by w końcu „coś z tym związkiem zrobić”, założyć rodzinę, mieć dzieci: chłopca i dziewczynkę. Oboje chcą tej rodziny. Wynajęli razem mieszkanie, zaczęli wić gniazdko. Paweł jest cudownym partnerem. Wtedy, kiedy jest z Anią. W chorobie to potrafi ją wspaniale pielęgnować, nawet syrop jej nalewa na łyżeczkę. I chusteczki do nosa przynosi. Nikt nie potrafi takich śniadań jak on jej przygotować. Mówi też tak pięknie o ich miłości, że kiedyś będą mieli te dzieci i duży salon, wakacje w górach… Ale najpierw piękny ślub. Lada moment, już niedługo, da jej pierścionek. Tylko musi zdecydować jaki, bo dla niej to musi być naprawdę coś wyjątkowego.

Pięć lat temu ją zdradził. Przyszedł, powiedział, że się zakochał, że między nimi koniec. I, że przeprasza i dziękuje, było cudownie, ale to już koniec. Wyprowadził się z mieszkania i zostawił ją samą z czynszem i wszystkimi płatnościami, z dnia na dzień. Pół roku później okazało się, że się pomylił, że tamta dziewczyna była dla niego „nikim”. Że tylko ją, Anię potrafi tak kochać, to przeznaczenie. Wrócił, znów zapłacił swoją połowę czynszu. Znów mówili o dzieciach i o pierścionku.

– Ania – mówi jej przyjaciółka – Przecież on cię traktuje jak wyjście awaryjne. Raz zrobił Ci taki numer, to i następny raz nie zrobi?…

Przyjaciółka się nie myliła. Rok później Paweł zaczął spotykać się z koleżanką, którą znał od dzieciństwa. W cudowny sposób odnaleźli się po latach, zaiskrzyło… – Nie rób sobie nadziei – mówił Ani. – To miłość.

Miłość skończyła się po dwóch tygodniach. Ania wie, że Paweł się w końcu ustatkuje, że to ją wybierze „ostatecznie”. Że wcale nie jest żadnym wyjściem awaryjnym, na wypadek, gdyby nowa miłość nie wypaliła. A poza tym, to dobrze, że on wie, że ona będzie na niego zawsze czekać. Tą miłością, taką prawdziwą, wierną, ona zasłuży sobie na takie samo uczucie z jego strony.

I jeszcze jedno, Paweł zawsze wraca na gwiazdkę. A to coś znaczy. No dobrze, raz, jedyny raz zostawił ją samą, pojechał z tamtą dziewczyną z pracy w góry. Ale wrócił przecież i mówił, że to był błąd, że on zrozumiał i że już nigdy więcej. Chciał tylko sprawdzić, czy to uczucie do Ani jest większe niż każde inne. Sprawdził to jeszcze raz, miesiąc temu.

Ania czeka. Wie, że Paweł się zmieni, że zrozumie. Iwona też czeka, zakrywa posiniaczone ręce wciągając bluzkę z długim rękawem. Miłość nie zawsze jest przecież od razu szczęśliwa, prawda? Warto czekać.