Rezygnować z podróży, nie kochać, nie zmieniać się. 20 rzeczy, których nie wypada robić przed siedemdziesiątką!

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
26 października 2015
Fot. iSTock / kieferpix
 

Wpadł mi niedawno w ręce tekst. „Po trzydziestce nie wypada”. Słowo, zgubiłam gdzieś dystans. Nie wypada? Przeczytałam więc tekst dokładnie, bo może nie wypada nienawidzić na przykład, ranić innych, wygłaszać teorie na każdy temat. Ale skąd. Nie wypada położyć się bez makijażu (WTF?), za bardzo krzyczeć,  mieć nieprzespanej nocy ( z powodu alko) i…. Nie twierdzę, że to jakiś prestiż mieć nieprzespaną noc z powodu procentów, ale czy trzydziestka to jakaś magiczna data po której nasze ulubione słowa powinny brzmieć: burka, grób, koniec?! Auć!

A gdyby tak to odwrócić? Są rzeczy, których nie wypada robić przed…. hmm, powiedzmy siedemdziesiątką. Nie wiadomo czy po siedemdziesiątce wypada, ale wcześniej – nigdy w życiu. NIGDY. Nie, nie po to, żeby ktoś uważał, że jesteśmy dobrze wychowani tylko, żeby nam było łatwiej, milej, szczęśliwiej. I ludziom, którzy żyją obok nas również. Żeby mieć energię, moc i po prostu radość!

Tak więc zupełnie nie wypada:

1. Używać fraz: „nigdy się nie zmienię”, „starych drzew się nie przesadza”. Może naprawdę starych nie, ale średnie a i owszem.

2. Za dużo wspominać. Snuć przeszłe opowieści,  wyświetlać nieustannie jakieś filmy w głowie i nie mieć przez to czasu na nowe. Będzie na to czas w bujanym fotel (o ile się w taki kiedyś zaopatrzymy).

3. Mówić: „Nigdy już sobie nikogo nie znajdę”. Smętnie to brzmi. Są kobiety, które wielką miłość znalazły grubo po pięćdziesiątce (znam osobiście bardzo dobrze).

4. Używać zwrotu: „Bo w życiu mi nie wyszło”. Może coś nie wyszło, ale nie w całym życiu, bo ono jeszcze przed nami.

5. Budzić się i od razu stwierdzać: „nie chcęęę tego dnia”, albo „boli mnie tak strasznie głowa”, „okropnie się czuję”. No czasem można, jak jesteśmy chorzy można, ale, żeby prawie codziennie?  Męczące to nie tylko dla nas, ale też dla tych, z którymi się budzimy. Albo spotykamy w pierwszych godzinach naszego dnia.

6. Twierdzić: „Za stara jestem na tę sukienkę”, „No nie wypada kupić mi takiej kurtki”. WTF? Oczywiście, nie musimy biegać w różowych sukienusiach w zielone grochy z kokardą na głowie, ale cała reszta….

7. Rezygnować z podróży. Bo za drogo, bo za daleko, bo po co. Wyjątek: ludzie, którzy szczerze nie znoszą podróżować.

8. Mówić: Ech, nigdy już nie schudnę, za stara jestem, przemiana materii nie ta. Komuś może się nie chcieć schudnąć, to może być trudne. Ale móc to on może z pewnością. I po co rozsiewać energię niemocy?

9. Twierdzić: uniesienia już za mną, seks jest przereklamowany. Zawsze jak to słyszę z ust kobiet, które jeszcze nie umierają – dziwnie się czuje. Jak można tak świadomie rezygnować z tak pięknej i mocnej sfery życia. No chyba, że ktoś jest oziębły seksualnie. Ale to się zdarza rzadziej, niż myśli.

10. Myśleć: „Nic nie osiągnęłam”, „Nie zrealizowałam się zawodowo”. Nigdy nie jest za późno, żeby coś osiągnąć.

11. Uważać, że za późno jest na naukę. Na studia, na zgłębianie tajników nowoczesnej techniki, na języki.

12. Niekonstruktywnie bać się śmierci. Drżeć, wyobrażać sobie, zadręczać i … nie badać się.

13. Zwalać wszystkie obowiązki na nianię, panią do sprzątania. Nie, to nie znaczy, żeby ich nie mieć. Ale słabe jest, gdy mamy dwie ręce, nogi, siłę, zalegamy na kanapie, na manicure, a ktoś na kolanach szoruje nam podłogę.

14. Być niemiłym dla ludzi, którzy mają mniej pieniędzy, są niżej w społecznej hierarchii. (po siedemdziesiątce też nie wypada, ale można to  chyba łatwiej wybaczyć, bo może ktoś ma demencję starczą? Albo jest ciężko chory?)

15. Nie czytać książek. Bez komentarza nawet.

16. Zanudzać innych opowieściami o sobie. J.w..

17. Konfabulować. Snuć historie o kochankach, powodzeniu, urodzie, które nie mają nic wspólnego z prawdą (paniom po 70-tce można to naprawdę wybaczyć).

18. Interesować się zanadto życiem innych (kiedyś to może nie będziemy mieli nic innego do roboty).

19. Nie pracować nad sobą i zatruwać innych swoją frustracją. Nie chcesz zmieniać swojego życia, nie zmieniaj – ale nie męcz żalem innych.

20. Nie mieć dystansu. Do tekstu powyżej również:).

P.S: Ten poniedziałek będzie miły, mimo wszystko. Przed siedemdziesiątką, doprawdy, nie wypada snuć katastroficznych wizji.  Nawet jeśli…. Ech, nie wypada o tym mówić.

P.S 2: Przepraszam wszystkich ludzi po siedemdziesiątce. Tak, wiem, to może jest dość tendencyjne. I wy czujecie się tak samo urażeni, jak ja byłam urażona po przeczytaniu tekstu:  „Czego nie wypada po trzydziestce”.


Złamane serca, frustracja w pracy, a to wszystko przez bałagan… O sprzątaniu, które jest sposobem na szczęście

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
5 listopada 2015
Fot. iStock
 

Tonę, tonę, tonę. Wśród rzeczy tonę. Tych sukienek nie wyrzucam. Na pewno założę, jak już schudnę, te książki wyrzucić? Nieeeeee! Pamiętniki z liceum? O Boże! Przyda się i to i tamto.

Też boisz się wyrzucać? No cóż, według Marie Kondo autorki książki „Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji” w takiej sytuacji nie mamy za wiele szans na ułożone i szczęśliwe życie.

I nie pocieszaj się myślą: „E, ta laska na pewno nie sprząta, kto trzyma pamiętniki z liceum i sukienki w rozmiarze 36, jak ma rozmiar 42. Ze mną jest inaczej”. Na pewno?! Ja też myślałam, że ze mną jest inaczej. Sprzątam przecież. Sukienusie rozmiar 36 to taka mała słabość. I żeby z tego powodu mieć w życiu chaos?

Może ty też wcale nie sprzątasz tylko przekładasz rzeczy z jednego miejsca w drugie (źle), może wyrzucasz za mało śmieci (bardzo źle), może masz za dużo tak modnych pudełek i kartonów, idealnych skrytek na różne drobiazgi i nie-drobiazgi (koszmar).

Sprzątanie to nie tylko czynność. To filozofia życia, sposób na zmianę, zamknięcie przeszłości. Pierdoły? No sama nie wiem…Ale skoro ktoś twierdzi, że coś może pomóc– dlaczegóż nie spróbować?

Już od dawna mówi się o tym, że poziom czystości naszego domu świadczy o nas. O tym kim jesteśmy, jak traktujemy życie, jak podchodzimy do obowiązków. Mówi wiele o naszych relacjach i aktualnym stanie ducha.  Wrogowie sterylnego ładu mówią: „Im ktoś częściej sprząta, tym ma większe problemy”. Potrzebuje sterylnego wnętrza, żeby ukoić „burdel” w głowie. Niekoniecznie. Przynajmniej na pewno nie zgadza się z tą teorią Marie Kondo. Ona twierdzi, że bałagan odwraca naszą uwagę od źródła chaosu. Masz rozgardiasz– nie kontrolujesz swojego życia na innych płaszczyznach. Autorka mówi wprost: „Jestem pewna, że ład może zmienić twoje życie. Tylko jeśli mamy ład zewnątrz, możemy skupić się na tym co wewnątrz, w nas”.

Zrozum, teoria jest jedna

Lubimy myśleć, że mamy taki dom jaką osobowość. To w dużej mierze prawda. Nieprawdą jest jednak, że każdy człowiek powinien mieć sposób sprzątania dopasowany do jego osobowości.  Dla jednych sprzątanie jest rewolucją, dla innych metodycznym działaniem. Jedni czują się „dobrze” tonąc w starych zdjęciach i pamiątkach, inni nie. Ten inny sposób do porządkowania to– zdaniem Marie Kondo– bzdura. Wszyscy jesteśmy podobni. I dzielimy się na trzy typy. Grupa pierwsza mówi: „Mam bałagan, bo nie potrafię tego wyrzucić”. Grupa druga: „Mam bałagan, bo nie potrafię tego odłożyć na miejsce”. W grupie trzeciej mieści się 90 proc. społeczeństwa. „Mam bałagan, bo nie potrafię tego ani wyrzucić, ani odłożyć na miejsce”. Nie szukaj więc dla siebie usprawiedliwień. Bałaganisz nie dlatego, że masz „skomplikowaną” osobowość, nie dlatego, że jesteś stworzona do wyższych celów. Po prostu nie potrafisz dwóch prostych rzeczy– wywalać i odkładać na miejsce tego co zostało. Koniec, kropka.

 Nie bądź zbieraczem

To jest nasz największy problem. Wszystko nam się przyda. Sukienkę na pewno założymy, książkę przeczytamy, notatki? O Boże, co z tego, że to są notatki ze studiów– potrzebujemy ich. W końcu KIEDYŚ do tego sięgniemy, nadrobimy. Ten angielski z panią X był taki świetny, uff całe szczęście, że mam te notatki.  Kiedyś będę miała z tego pożytek– kolejne rzeczy lądują w szafce, w pudle. Bo przecież kiedyś się przydadzą. Prawda jest jednak taka, że coś co odkładasz, najprawdopodobniej  już się nie stanie. Nie przeczytasz książek, które obiecywałaś sobie, że przeczytasz, nie wrócisz do notatek. Nie naprawisz też rzeczy, o których obiecywałaś sobie, że na pewno to zrobisz. Marie Kondo rozumie to przekonywanie samego siebie: „Aaa, potrzebuje”. Uważa, że to jest nasz naturalny lęk przed zmianą. Tak samo jak niechętnie pozbywamy się wspomnień– tak samo niechętnie pozbywamy się rzeczy.

Kondo radzi: „Nie pytaj siebiem czy coś ci się przyda”. Lęk będzie tak silny, że powiesz: „Taaak”. Pomyśl inaczej: „Czy ja chcę to zatrzymać, czy ta rzecz przynosi mi radość? Czy cieszę się z niej?”. Obejrzyj tak wszystko w domu. Zobaczysz wtedy jak wiele rzeczy jest ci obojętnych, nawet ich nie zauważasz. Zagracają i tyle. Prawda jest też taka, że wszystkie fantazyjne pudełka są piękne, ale pomagają nam utrzymywać w domu graty. A po co nam stare agrafki? Papier? Klucze? Podobno świetnym pomysłem jest odpowiedź na pytanie: „Po co to robię. Po co sprzątam”. Bo muszę mieć czysto. A po co musisz mieć czysto? Bo potrzebuję ładu. A po co ci ład? Zadajesz te pytania tak długo, aż uzyskasz odpowiedź: „Bo to mi przyniesie szczęście i spokó”j. I tak naprawdę– zdaniem Marie Kondo, o to chodzi. Porządek ma nam przynieść spokój i szczęście Ale musimy to czuć całym sobą. Kondo odwiedziła kiedyś klientkę. Owa klientka tonęła w bałaganie i syfie. Wieczorem ściągała rzeczy z łóżka na podłogę, żeby móc się położyć. Rano z powrotem kładła rzeczy na łóżko – żeby móc przejść swobodnie do łazienki. Na pytanie po co chce sprzątać odpowiedziała: „Bo chcę mieć kobiece mieszkanie, buduar, poduszki, koc rzucony na sofę, świeczki”. Wizualizowanie idealnego wnętrza pomaga. Dlatego warto kupować magazyny, oglądać je i … marzyć. O tym jak my sami chcemy mieszkać.  Potem zostaje tylko pytanie: co mogę zrobić, żeby osiągnąć swój cel. Co muszę wyrzucić, jak zmienić swoją przestrzeń.

 Posprzątaj wszystko za jednym zamachem

Nie rozkładamy sprzątania na kilka dni, tygodni. Nie wyrzucamy jednej rzeczy dziennie. Nie robimy czegokolwiek. Prawdziwe sprzątanie to rewolucja. Najlepiej wstać rano tak, by zacząć sprzątać mniej więcej w okolicach 6.30, 7.00 i poświęcić na to cały dzień. Nie słuchaj głośniej muzyki, bo to tylko zakłóca harmonię. Porządkowanie to dialog z samym sobą. Inaczej: rozmowa ze sobą poprzez posiadane przedmioty. Biorę książkę, album, dzbanek, bluzki, buty– zastanawiam się, czy potrzebuję tej rzeczy, wspominam sytuację, w której ją dostałam, kupiłam. Wracam myślami do przeszłości po to, by realnie ocenić, czy ja naprawdę tego czegoś potrzebuję.

Nie kieruj się lokalizacją

Nasz błąd polega na tym, że często sprzątamy „przestrzeniami”. Dziś kuchnia, jutro łazienka, pojutrze salon. W efekcie sprzątamy nieustannie. Najlepiej wyrzucać „tematami”. Ubrania, książki, papiery.To porządkuje nas od razu, wprowadza harmonię i ład nawet do samej czynności.

Zacznij od tego co najłatwiejsze

Zdaniem Marie Kondo najłatwiej porządkuje się ubrania. Nie wyrzucamy ich wszystkich hurtem tylko też dzielimy na „podkategorie”. Najpierw tzw. górę ( koszulki, swetry itp), potem spodnie, spódnice, kolejno: rzeczy, które powinno wisieć ( marynarki, płaszcze), skarpety, bieliznę, torebki, kostiumy kąpielowe i buty. Wszystkie rzeczy wywalamy na środek pokoju i zadajemy fundamentalne pytanie: „Czy to ubranie wywołuje we mnie radość” ( przy tym pytaniu pytaniu chichrałam jak szalona, ale potem przeprosiłam się z panią Kondo. W końcu to ona robi na swojej książce fortunę, a ja nie mam kasy za to dużo sarkazmu).

Idźmy dalej. Ubrania wyrzucamy na środek jednego pokoju. Możemy poczuć totalny szok, nie spodziewaliśmy się, że tyle mamy rzeczy. Wyrzucaj dresy, zbędne koszulki. Zostawiaj to, w czym czujesz się elegancko i kobieco. Z kolejnymi rzeczami zasada jest prosta: im mniej tym lepiej. To samo z książkami, papierami, kosmetykami w łazience. To co zostaje powinno mieć swoje miejsce. Niezbędne kremy w szafkach, kawa, herbata w szufladach. Na zewnątrz powinnyśmy mieć czysto i sterylnie.

Każdej rzeczy wyznacz miejsce

To, że masz mało rzeczy, nie jest równoznaczne z tym, że możesz tę resztę kłaść, gdzie chcesz. To tylko sprawia, że bałagan będzie narastał i prędzej czy później wrócisz do punktu wyjścia. Czyt. bałaganu. Dlatego w twoim nowym życiu każda rzecz ma swoje terytorium. Torbę odkładasz to specjalnej szafki, kluczyki tam, książki na określonej półce, podobnie z kremami, papierami– wszystkim. Koniec, żegnasz się z chaosem– dzięki temu nie będziesz musiała nieustannie sprzątać.

Po co to wszystko?

Żeby wreszcie się ogarnąć, zamknąć przeszłość, w spokoju skupić myśli. Moja sąsiadka wysprzątała całe mieszkanie po rozstaniu z mężem. Patrzyłam oniemiała jak wywala kolejne rzeczy z domu. Tych worków było kilkadziesiąt. Teraz ma sterylne wnętrze i …spokój w sobie – tak twierdzi.

Dla spokoju to ja oddam duszę diabłu, a co dopiero bałagan. Od kilku dni wywalam, wywalam, wywalam, wywalam.

Może i Wam się przyda coś wywalić?


Nie jestem już dzieckiem! Dlaczego u licha chowam się w toalecie przed własną matką?! „Rodzice są za starzy, by ich wychowywać”

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
22 października 2015

Jest niedziela, piękne nadmorskie miasto, obiad u mamy.  Przyszło parę ciotek. Gdzieś w połowie obiadu uciekam do łazienki. Stamtąd piszę rozpaczliwe SMS-y  do koleżanek z pracy. „Chwila i zwariuję. Zabierzcie mnie do mojej codzienności. Ciotka A. mówi, że nie powinniśmy mieć domu, bo kto będzie nam kosił trawnik i to tyleeee roboty,  ciotka B., że po co nam pies, ciotka C…. aaaaa. Ratunku, zaraz zabije je wszystkie. Nie wspominam o mamie, która poucza mnie w kuchni: „Bądź miła dla A., zapytaj B. o coś tam”. I nieustanne: „Kochanie, ty tak dużo pracujesz”.

Koleżanki współczują,  piszą:  „Rozumiemy, też tak mamy”. „Dłuższy pobyt z rodzicami to grozunia, koszmarek, wracaj już”. Albo:  „Jak tak źle, siedź sobie w tej toalecie jeszcze z godzinę. Możesz być w końcu chora, prawda?”.

Uff. Na szczęście niedziela się kończy. W drodze do domu, w samochodzie włączam głośno muzę (nikt mi nie mówi, że to wrzaski – chociaż jadę z Synem i Mężem), bałaganię (nikt mnie nie poucza) i w ogóle robię, co chcę. Oddycham z ulgą. A potem zaraz myślę. WTF? Jestem dorosła już od dawna, czemuż to zachowuję się jak nastolatka, która musi przed naukami starszych  zamykać się w łazience?

„Z moją mamą to jest jeszcze gorzej”, wyznaje przyjaciółka (36 lat, dwoje dzieci, bardzo zaradna i samodzielna). „Przyjeżdża do mnie i od początku teatralnie wzdycha. „Jesuuuuuu, jaki tu bałagan. Jak ty tak możesz żyć? Nie przeszkadza ci to?”. „Co te dzieci jedzą na śniadanie? Naprawdę TYLKO kanapki im dajesz? Ech…. ci dzisiejsi rodzice…”.

Przysięgam, u przyjaciółki nie ma żadnego bałaganu, przyjaciółka ogarnia dzieci i można powiedzieć o nich sporo, ale na pewno nie to, że chodzą głodne lub jedzą byle co. „No i wiesz, mama potem jest u mnie tydzień, sprząta, gotuje, zadręcza mnie, a ja po prostu nie mam sumienie być dla niej niemiła”.

Inna opowiada, że mama jest najgorszym sędzią jej macierzyństwa: „Dlaczego moja wnuczka jest tak lekko ubrana?” – pytanie zawisa w powietrzu i wisi sobie tak chwilę, bo przecież mama nie oczekuje szczerej odpowiedzi, która brzmiałaby mniej więcej tak: „Bo JA matka uważam, że jest dość ciepło. Poza tym twoja wnuczka umie już mówić. Nie sądzisz, że powiedziałaby, że jest zimno?” Nie, taka odpowiedź nie zadowoliłaby rodzicielki. Bo przecież mama tak naprawdę chce powiedzieć: „Ubierz ją, do cholery! Wiem lepiej od ciebie”. Mama „wie lepiej” różne rzeczy: jakie dziecko powinno mieć włosy, na jakie zajęcia dodatkowe chodzić, o której iść spać. Uff.

I naprawdę wielu z nas nie ma rodziców potworów, nie ma potworów ciotek. Oni to wszystko robią z TROSKI ( brr, przeklęte słowo).

Z TROSKI czepiają się: naszej kobiecości („Kochanie, co to za sukienka?”), związków („Hmm, i naprawdę do ten?”), macierzyństwa (o, gdybym zaczęła o tym pisać, nie skończyłabym do wieczora), pracy (za dużo pracujesz, za mało, za dużo zarabiasz, za mało”), wyborów (domów, mieszkań, podłogi, parapetów, kuchni etc, wakacji etc).

Jedna moja koleżanka, psycholog mawia: „Ale co ty się przejmujesz i na siłę udowadniasz swoją rację? Co to jeden obiad? Kilka dni? Odpuść, uśmiechaj się, przecież wiesz co robić. Rodzice są za starzy, by ich wychowywać”.

Wróćmy do sceny z obiadu.

Ciotka: Nie powinniście mieć domu, to tyle pracy, nie macie czasu… (ocena, jej opinia)

Zainteresowana: Ciociu, to TY uważasz, że nie powinniśmy mieć domu, bo to tyle pracy. JA uważam inaczej.

Niby – według psychologa– odpowiedź dobra, bo wyrażamy własne zdanie. Oddzielamy fakty od opinii ciotki. Z drugiej strony zaraz może pojawić się milion pytań i pretensji ze strony ciotki („Oczywiście, że uważasz inaczej, nigdy nie byłaś odpowiedzialna, ja znam się lepiej, w końcu tyle przeżyłam”), atmosfera się pogorszy i… po co to? Ech, po co?

Czy nie lepiej się uśmiechnąć i to zbagatelizować. Niech sobie ciocia (mama, babcia, tata, każdy) myśli, co chce. Przecież WY wiecie lepiej, co jest dla was dobre. To jest tak oczywiste, że po co w ogóle o tym mówić. A mamy żyć lekko, a nie w napięciu, prawda?

Może gdyby każdy z nas wziął sobie do serca rady mojej koleżanki psychologa, nie byłoby takiego stresu podczas rodzinnych obiadów, kolacji etc… No cóż, rodzice i osoby od nas starsze myślą, że wciąż jesteśmy dziećmi, my wiemy, że tymi dziećmi nie jesteśmy. Jak tu znaleźć stałe porozumienie?

I tak się można mądrzyć, mądrzyć dopóki sami jesteśmy w roli córek i synów.

Dość zaskakujące to uczucie, gdy nagle… (oj długo to wypieramy) widzimy, że sami pouczamy swoje dzieci.Dlaczego ty NIGDY?”, „Czy to takie trudne”, „Jak można mieć w pokoju taki bałagan, czy tobie to nie przeszkadza?”. Auć. :). Jeśli ktoś bez winy, niech pierwszy rzuci kamień.

Ja chyba przeproszę się z mamą i ciotkami, bo wczoraj darłam się na syna: „Czy to takie trudneeeeeeee nauczyć się matematyki”. Dobre, doprawdy. Jakbym sama była matematycznym talentem. To ja chyba następnym razem powiem mamie, że ma rację. Niech będzie jej dobrze i przyjemnie:) Niech czuje się ważna. Może za 30 lat moje dziecko też mi pozwoli tak pomarudzić i wybaczy męczące wtrącanie. Przecież ja to będę robiła z TROSKI. Może nie będę miała za wiele do roboty poza pouczaniem jego, partnerki, dzieci… (o ile będzie je miał. Ale błagam, błagam o jedno. Niech Bóg mnie chroni przed zadaniem pytania: „Ale dlaczego nie masz dzieci, chciałabym już zostać babcią”).

Kochajmy swoich rodziców, wybaczajmy im pouczania. I nie pouczajmy swoich dzieci.

Ot taka myśl na środę.