Pieniądze „na chwilę”? Czasem za tę chwilę, płacisz długie lata – szczęściem, zdrowiem i życiem, które ktoś chce z ciebie wyszarpać razem z odsetkami

Anika Zadylak
Anika Zadylak
31 stycznia 2017
Fot. iStock / IvanBastien
 

– Ale macie mamuśkę. Niezłe piekiełko wam zgotowała, dłużniczka.

Gdy wyszli, Kuba tylko płakał. Starszy krzyczał, że jak mogłam im to zrobić, że nigdy się tak nie bał. Czułam upokorzenie, wstyd i żal. Do życia, że jeszcze mnie przy sobie trzyma.

Barbara, 48 lat

– Najgorszy nie był ten strach, że komornik, że konto mi zajmą, że znowu ktoś nieprzyjemny zapuka do drzwi. Ani te telefony, które doprowadzają do obłędu, bo dzwonią każdego dnia, nawet w niedzielę i późnymi porami. Nawet nie to, że bałam się odpowiedzialności karnej. Tyle się naczytałam, byłam pewna, że mogą mnie posadzić. Najgorszy był ten dzień, gdy moi synowie się dowiedzieli. I to w  straszny sposób. Usiłowałam w kuchni skleić coś, z prawie niczego, gdy usłyszałam, głośne pukanie. Serce podeszło mi do gardła, bo chłopcy się rozchorowali, byli, więc w domu. Zawsze, jakoś udawało mi się to ukrywać, unikać. Nie wiedziałam, co robić, wpadłam w popłoch. Jak takie zwierze, co je całe życie trzymają w ciemnej klatce i nagle, wypuszczą. Chcesz uciec, tylko nie masz dokąd. Nie wiesz nawet, w którą stronę. Otworzyłam drzwi, bo walili i wołali głośno, kim są. Wizyta terenowa. Nie przebierali w słowach, podniesionymi głosami i przy dzieciach mówili wprost, że jestem nikim, że mnie załatwią, jak nie oddam. I gdy wychodzili, jeden schylił się do Kuby, młodszego syna i powiedział: – Ale macie mamuśkę. Niezłe piekiełko wam zgotowała, dłużniczka.

Gdy wyszli, Kuba tylko płakał. Starszy krzyczał, że jak mogłam im to zrobić, że nigdy się tak nie bał. Czułam upokorzenie, wstyd i żal. Do życia, że jeszcze mnie przy sobie trzyma.

Gdyby mnie dziś pani zapytała, na co było mi tyle pieniędzy, co się takiego stało, to uczciwie, wypadałoby powiedzieć, że nic. Albo, że nie wiem.

Nigdy nie było zbyt kolorowo, jeden syn chory, nieuleczalnie, wiadomo, co to znaczy. Drugi, też nie do końca zdrowy, ale był mąż, było lżej. On pracował i zarabiał dostatecznie, ja dorabiałam gdzie i ile mogłam. Wynajem się zapłaciło, czynsz i na życie takie w miarę spokojne, bez szaleństw było. Potem mu odbiło,  nie wiem jak to nazwać inaczej, bo odszedł. Najpierw mnie dochodziły słuchy, że on tam z jakąś jeździ, ale się śmiał, jak mu powtórzyłam. Potem zniknął, zniknęli oboje, jak się okazało. Napisał raz SMS, że jest szczęśliwy, że będzie pomagał, ile będzie w stanie. I tyle. Fundusz alimentacyjny na chłopców płaci, bo tatuś przepadł, nie figuruje nigdzie. Kuba zaczął wtedy mocniej chorować. Ataki miał często, wyjazdy do kliniki, pielęgniarka w domu. Nie wiem, może to odejście ojca, narobiło bałaganu. Nie chce go winić, bo do dziś nie umiem sobie z tym poradzić i zrozumieć. Jak można tak żonę z dziećmi, zostawić po tylu latach? Na pastwę losu. Bo wciąż powtarzał, że ja sobie, zawsze poradzę? A jakie ja mam wyjście. Samotna matka, jest gotowa się sprzedać, byle tylko uchronić  i nakarmić dzieci. Bo co one winne. Oszczędności miałam niewielkie, szybko stopniały. Z pracą różnie, bo dzieciaki niby nie malutkie już, ale chorowite. Musiałam zmienić mieszkanie, nie stać mnie już było na poprzednie, większe. Niewiele to zmieniło. I to ciągłe poczucie winy, że inne dzieci mają, że jadą na wakacje, chodzą na pizzę. Moje nawet na bułkę nie dostają, bo trzeba liczyć każdy grosz, na wszystkim oszczędzać. Ciągle się pilnować, kombinować, myśleć. Czujesz nieustające zmęczenie, tym myśleniem, co jutro, bo to już za kilka godzin, a w portfelu pustawo. Można, dostać na głowę. I może ja dostałam, skoro dałam się omamić i skusić?

Myślisz, że ty nie dasz się „naciąć” – przecież nie jesteś głupia

Najpierw tę reklamę widziałam w telewizji, potem w Internecie. W duchu się śmiałam, że to pewnie kłamstwo. Bo niby jak to, dają pożyczkę wszystkim, nawet, gdy nie pracują? Nie ma takiej możliwości. Sprawdziłam z ciekawości, byłam pewna, że zaraz wyskoczy okienko o dochodach i pracodawcy. Ale nie. Zaczęłam kalkulować, bo zauważyłam, że nie ma tam ratalnego spłacania. Trzeba po 30 dniach oddać całość, albo przesunąć spłatę długu do miesiąca. Niestety, za odpowiednią małą opłatą. Potrzebowałam na zaległy rachunek, kończyło się jedzenie, do zasiłku jeszcze daleko. Przecież nikt mi nie pożyczy, a tu opłaty przy pierwszym razie, były zerowe.

Przemyślałam na szybko, desperacko, tak jak żyłam od dawna. Nie wydam wszystkiego, resztę dołożę po alimentach, dam radę. Jeden przycisk na klawiaturze laptopa, telefon potwierdzający, trzy minuty i 1000 złotych na koncie. Co zrobiłam, gdy już uwierzyłam, że one tam są? Poszłam na porządne zakupy, spożywcze, zwykłe. I proszek i płyn do prania i obiad z dwóch dań. I nowe buty chłopakom. No i ten zaległy gaz, który spędzał mi sen z powiek. Zostało niewiele, ale nie martwiłam się. Bo wtedy pierwszy raz, zasnęłam jakaś lżejsza. Bo widziałam ich uśmiech i zadowolenie. To, że się cieszą, są najedzeni. To takie straszne, prawda? Że ja, matka i one, moje dzieci, nie mogą mieć tego, na co dzień. Jakby to był jakiś skarb, nie dla wszystkich dostępny. A to zwyczajne życie przecież. I takie czasem, nieosiągalne.

Czas mija…

Oczywiście miesiąc minął szybko, termin się zbliżał, ja nie miałam pieniędzy. Ale zdobyłam je. Jakimś cudem, wpłynęło mi coś zaległego i zdążyłam. I to mnie chyba pociągnęło dalej, niczego nie nauczyło. Znowu zabrakło i wzięłam ponownie. Z każdym razem, mogłam coraz więcej i na trochę dłużej. Niestety, jakby się od tego uzależniłam i przestałam też w końcu, wyrabiać z terminami. Przedłużałam spłatę o kolejny miesiąc, płacąc za to horrendalną opłatę. Ktoś na jakimś forum podpowiedział, że można wziąć gdzie indziej i spłacić tę poprzednią. No i zyskać czas. Boże, gdybym wtedy chwilę pomyślała, zatrzymała się na moment, to bym wiedziała. Że to był początek końca – spirala, która wciąga bardziej niż bagno. Bo tam w końcu utoniesz. A tu windykatorzy będą cię nękać, nie pozwolą pójść na dno, póki nie wyssą z ciebie każdego grosza. Wszystkiego, co można spieniężyć, na poczet długów. A te, rosły w zastraszającym tempie.

A potem czas nagle przyspiesza…

Coraz więcej firm do mnie dzwoniło i domagało spłaty. Coraz mniej miałam opcji, bo kolejne placówki zaczęły mi odmawiać. Oni się tam wewnętrznie informują, o takich jak ja. O „problemowych”, którzy biorą, podpisują i deklarują a potem, nie dotrzymują słowa. Tak się czuję, do dziś. W końcu dorosła jestem, czytałam, wiedziałam jak to wygląda. I brnęłam w to, bo  próby wydostania się z tego labiryntu, wciągały jeszcze bardziej. Brałam pożyczkę na pożyczkę, to nie mogło się dobrze skończyć.

Zaczęły przychodzić pisma i nie tylko, polecone. Cała skrzynka, była wiecznie zawalona. I te telefony, bez przerwy. Dzień i noc, w święta i soboty. Groźby, poniżanie, zastraszanie. Propozycje ugody, na które nie miałam szans. Choć prosiłam, starałam się jakoś dogadać. Sprzątałam u ludzi,  wpłacałam na początku, ile tylko mogłam. Ale to było jak studnia bez dna, rosły odsetki, opłaty i koszta. Nie dawałam rady, byłam ciągle wystraszona, nie mogłam spać. Chudłam, jakby mnie coś żarło od środka. Zaczęły się te wizyty. Nie ważne, czy był jeden czy dwóch. Czy facet czy kobieta. Zawsze tak samo podle, zawsze gorzej niż do zwierzęcia. Śmiali mi się w twarz, szydzili z moich łez i próśb.

Załamałam się, nikomu nie powiedziałam. Wstyd nie pozwalał. Bo co powiem? Że mam tyle tysięcy długów,  bo je przejadłam? Bo wydałam na ubrania, na leki, na ogrzewanie zimą? Ale tak było, nie jeździliśmy na wczasy. Raz ich zabrałam, na cały dzień niedaleko miejsca, gdzie mieszkamy. Taki zwykły wyjazd, trochę pozwiedzali, zjedli lody i frytki pod parasolem. Dla nich to frajda, nie mają tego często. Takich dni, kiedy, nie widzą mnie zmartwionej, skrajnie zmęczonej, toczonej przez nerwy.

Aż dzieje się coś, co sprawia, że wszystko się zatrzymuje

Było coraz gorzej, młodszy syn przestał się do mnie odzywać. Potem, nie rozmawiał już z nikim. W szkole się skarżyli, że się opuścił w nauce, że dziwnie wycofał. Rozmawiałam z nim, ale milczał. Albo powtarzał, że wszystko ok, że ma gorszy okres. Wiedziałam, że to przez to gadanie na osiedlu. Mieścina mała, rozniosło się, że mnie za długi ścigają. Koledzy się podśmiewali, nie było nam łatwo. Do czego tak naprawdę,  doprowadziły mnie „chwilówki” i złudzenia, zrozumiałam, gdy go znalazłam. Podciął sobie żyły. Bardzo głęboko, ledwo go odratowali. Napisał na komputerze, że już dłużej nie może. Że śmieją się i straszą, że komornik po niego idzie. Tego, co wtedy poczułam, z czym zmagam się do dziś, nie życzę nikomu. Zwłaszcza drugiej matce. Widzisz, że on leży w kałuży krwi i nie oddycha. Nie wiesz, czy jeszcze żyję, czy przyjadą na czas. Ale wiesz, że to przez ciebie.

Czasem masz w tym wszystkim szczęście…

… bo odnajdujesz pomoc.

Zainteresowali się nami, już w szpitalu. Lekarzowi, wykrzyczałam większość zanim, mi dali coś na uspokojenie. Potem, przyprowadzili psychologa. Dostałam namiary na różne fundacje i jedna z nich, bardzo mi pomaga. Mam prawnika, tłumaczy mi, co powinnam zrobić, rozmawia z firmami. Przede mną ogrom pracy, wysiłku i wyrzeczeń. Ale już nie jestem z tym sama. I wiem, że za długo byłam. Za długo w to brnęłam, nie przyznałam się, nie poprosiłam o pomoc. Zbyt wiele czasu mi to zajęło, zbyt wiele niepotrzebnych sytuacji się wydarzyło. Nigdy już nie będę, tą kobietą sprzed lat. Zbyt mnie stłamszono, zgnojono. Za bardzo nas zniszczono. Przypominam sobie o tym, za każdym razem, gdy patrzę na blizny mojego syna.


Od pasa w dół jesteśmy przezroczyste…

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
31 stycznia 2017
Fot. iStock / SensorSpot
 

Nie lubimy rozmawiać o chorobach, zwłaszcza o nowotworach, jakby samo wypowiedzenie słowa RAK miało go na nas sprowadzić. Prawda jest jednak taka, że coraz więcej ludzi staje się pacjentami onkologicznymi – ale też coraz więcej, w momencie wykrycia nowotworu w odpowiednim czasie – zostaje wyleczonych.

Rak szyjki macicy to nowotwór, który nie musi odbierać życia. Wręcz przeciwnie – regularność badań wystarczy, by pozostać zdrową. „Kwiat Kobiecości” to Ogólnopolska  Organizacja Idy Karpińskiej. Ida 11 lat temu odebrała wyniki cytologii, które wydawały się jej końcem życia.

Ewa Raczyńska: Od ponad 10 lat edukujesz kobiety mówiąc o tym, jak ważne jest badanie cytologiczne.

Ida Karpińska: Prowadzimy działania zakreślone na dużą skalę. Są to akcje edukacyjne wśród dojrzałych kobiet, np. pracujących w urzędach, też docieramy na uczelnie – zwłaszcza te o kierunkach zdrowotnych, na położnictwo, ginekologię , gdzie akurat kładziemy nacisk na psychologiczne podejście do chorujących kobiet. Ponadto od wielu lat działa nasz program „Młoda i zdrowa” skierowany do  dziewczyn z gimnazjum i liceów. Podczas wizyt w szkole niezmiennie obserwuję jedną rzecz: nastolatki wiedzą dokładnie, jak dbać o swoje urodę zdrowie, ale kompletnie nie wiedzą, jak są zbudowane,  gdzie mają jajniki, gdzie jest pochwa, macica. To są takie dziury, które trzeba uzupełnić, bo szkoła tego niestety nie robi…

Szkoła swoją drogą, ale czy z młodymi dziewczynami rozmawiają matki?

Różnie, co widać po naszych spotkaniach. Bardzo często bywa tak, że dziewczyny wracają do domu i zadają pytanie swoim matkom: „Mamo, kiedy ty robiłaś ostatnio cytologię?”.

Jakie jeszcze działania podejmujecie?

Oprócz tego, o czym już mówiłam, mamy dwie duże kampanie społeczne. Pierwsza, dotyczy profilaktyki raka szyjki macicy – „Piękna, bo Zdrowa” – właśnie zainaugurowałyśmy jej ósmą odsłonę. Podczas inauguracji, kobiety, w specjalnym cytobusie, wypożyczonym z Bydgoskiego Centrum Onkologii, mogły sobie zrobić bezpłatną cytologię. W ciągu dwóch dni, od rana do nocy, położne POLMEDU pobrały ponad 300 cytologii! Ponadto w ramach tej kampanii do końca czerwca rozdajemy 4 500 bezpłatnych cytologii, do których kupony będzie można znaleźć w aktualnych czasopismach dla kobiet: magazynie Naj, Tina, Oliwia, Kobieta i Życie, Świat Kobiety. Dodatkowo wraz z portalami poradnikzdrowie.pl, mjakmama.pl przeprowadzimy konkurs na kolejne 200 cytologii. Drugą, równie ważną kampanią, którą organizujemy kilka miesięcy później, jest Diagnostyka jajnika.

Póki żyję i mam siłę, będę robić wszystko, by kobiety miały  możliwość bezpłatnej cytologii, bo być może to będzie ta jedyna ważna cytologia w ich życiu, która je uratuje.

Przechwytywanie

Ty tę swoją najważniejszą cytologię zrobiłaś…

Zrobiłam 11 lat temu i mimo, że systematycznie się badałam i chodziłam do ginekologa, bo tak zostałam wychowana, to szczerze mówiąc mama o badaniach mi przypominała.

To właśnie ta jedna cytologia uratowała mi życie. Pamiętam ją doskonale, bo po raz pierwszy miałam robione badanie szczoteczką cytologiczną… okazało się, że mam nowotwór. Na początku w ogólenie uwierzyłam w to, co mówią lekarze.

Jak to?

Kiedy dowiadujesz się, że masz raka – chwytasz się wszystkiego, chociażby tego, że przecież każdy może się pomylić. Było we mnie niedowierzanie. Przecież ja mam 35 lat i gdzie – ja rak? Przecież zasuwam, pracuję. A pracowałam jako charakteryzator, wizażystka i stylistka , więc poruszałam w takim trochę innym, piękniejszym świecie, bez chorób i raków. Poza tym wydawało mi się, że jestem osobą, która dba o swoje zdrowie – robiłam badania, chodziłam do lekarza.

Nie przyjęłam tej diagnozy, myślałam, że lekarze się pomylili, że źle zostało przeprowadzone badanie, że w laboratorium nieświadomie zamienili próbki. Znalazłam ginekologa onkologa i poprosiłam go o pobranie jeszcze dwóch próbek, chociaż w międzyczasie moja pani ginekolog zrobiła mi biopsję i jej wynik potwierdził, że mam nowotwór.

Ale ja dalej nie wierzyłam, tak silne miałam wyparcie. Zrobiłam kolejne dwie biopsje, jedna została przebadana na onkologii, a druga poleciała do Szwecji –  chciałam sprawdzić diagnozę w niezależnych źródłach. Po dwóch tygodniach przyszły dwa wyniki – właściwie w tym samym czasie, diagnoza oczywiście  była taka sama… Siedziałam na łóżku i wyłam, bo wtedy nowotwór kojarzył mi się ze śmiercią.

Stawia się znak równości między śmiercią a nowotworem.

Tak, właśnie to są stereotypy, w które nadal wierzymy, a które robią dużą krzywdę. Ja sama na początku leżałam w łóżku, nie byłam w stanie się podnieść, bo człowiek nie wie, co ma ze sobą zrobić, nie wie, jak ma żyć, co się wydarzy.

To co takiego się wydarzyło, że zmieniłaś podejście?

Do dzisiaj nie umiem tego wytłumaczyć, ale ja się chyba wściekłam, że nie mam kontroli nad tą całą sytuacja. Byłam zła i postanowiłam, że muszę wziąć się z tym wszystkim za bary i zaczęłam walczyć.  Przeszłam operację  12-tego lutego, która była długa, skomplikowana, wielogodzinna, bo okazało się, że nowotwór dał już przeżuty. To wtedy okazało się, że nie będę mogła zostać mamą. To dla mnie wewnętrznie była bardzo trudna walka….

Nie masz dzieci?

Nie, nie zdążyłam przed rakiem. Moja mama mnie tu bardzo wsparła, odegrała ważna rolę w moim życiu i myślę, że powiedziała najważniejsze i najcudowniejsze słowa, jakie może w życiu powiedzieć jedna kobieta drugiej kobiecie, ale również matka-córce. Ona wtedy rzuciła pracę w Trójmieście, bo szef nie chciał jej dać urlopu, żeby mogła przy mnie być, siedziała przy mnie i mówiła: „Wiesz co córciu, być może to wszystko, co teraz się dzieje w twoim życiu, jest po coś. Być może ktoś, gdzieś porzucił dziecko, żebyś ty je odnalazła, bo ono potrzebuje tej twojej miłości”.

Faktycznie tak było? Adoptowałaś dziecko?

Niestety, z adopcją mi się nie udało, bo w Polsce bywa to dość skomplikowane. Najpierw odrzucono nasz wniosek ze względu na moją chorobę nowotworową, trzeba było odczekać jakiś czas. Mąż, który był wiele lat starszy też był przeciwwskazaniem. A teraz jesteśmy już po rozwodzie i wiadomo, że samotnej kobiecie jeszcze trudniej o zgodę na adopcję dziecka. Chyba Organizacja  przejęła tutaj moją energię… To takie moje dziecko.

Kiedy pomyślałaś o założeniu organizacji?

To też nie zadziało się z dnia na dzień. Po operacji szybko zaczęłam wracać do życia, do normy. Miałam wszystkich przy sobie – moją mamę, moją siostrę, męża, który wiele ze mną przeszedł i wspierał mnie bardzo jak chorowałam i choć jestem po rozwodzie, to życzę wszystkim kobietom, by miały takie wsparcie partnera, jak ja miałam

Potem nastąpił trudniejszy etap leczenia, z tego co pamiętam i z tego, jak się czułam – to była chemioterapia i naświetlenia. Dzień w dzień przez siedem tygodni oddział chemioterapii dziennej – chemia, naświetlania, chemia naświetlenia, wolna jedynie sobota i niedziela. I kiedyś, jak siedziałam tam ze słuchawkami, książkami, żeby odciąć się od tego wszystkiego co wokół, poczułam, że wcale nie jest mi tak dobrze, że czuję się bardzo samotna  Odłożyłam książki, wyciągnęłam słuchawki i zaczęłam rozmawiać z pacjentami. Wtedy uświadomiłam sobie, że bardzo wiele kobiet choruje na raka szyjki macicy i to choruje bez względu na wiek, niestety. Wróciłam do domu i zaczęłam szukać informacji na temat organizacji, które wspierają kobiety chorujące na raka szyjki macicy. Jedyne co udało mi się odnaleźć to grupy wsparcia dla kobiet z rakiem piersi… Pamiętam, że trochę im wtedy pozazdrościłam…

Kiedy skończyłam leczenie, stanęłam na nogi, pojechałam w moją wymarzoną podróż – sama na miesiąc z plecakiem do Indii. To, co tam przeżyłam i z czym wróciłam to w ogóle osobna historia, ale kiedy przyjechałam z powrotem, już wiedziałam, co chcę w swoim życiu robić.

Jak długo odkładałaś tę podróż?

Całe życie – bo zawsze znalazł się pretekst, żeby nie jechać – chociażby praca, na której się wcześniej bardzo koncentrowałam. Mam to szczęście, że jak bardzo czegoś chcę, to na mojej drodze pojawiają się odpowiedni ludzie. „Kwiat Kobiecości” zaczął kwitnąć we mnie podczas chemioterapii, a kiedy wróciłam z Indii, wykorzystałam swoje kontakty zawodowe. Znałam dużo fajnych dziennikarek piszących w pismach kobiecych czy zdrowotnych. Zrobiłam spotkanie przy kawie i spytałam je, dlaczego tak mało się mówi i pisze o raku szyjki macicy. Dlaczego tak dużo i fajnie pisze się o raku piersi, a my kobiety od pasa w dół jesteśmy przezroczyste?

Kwiat Kobiecosci_ambasadorki NOWE_1-01-01-01-01

Spytały, jak o tym pisać?

Właśnie, mówiły, że to trudny temat i bardzo niemedialny, że ciężko go ugryźć. Zaproponowałam, że dam im coś, co wzbudzi emocje, co da bodziec do zajęcia się tym tematem.

I co zaproponowałaś?

Dałam im swoją historię. Mówiłam o wszystkich trudnych, bolesnych emocjach, ale też o wesołych, które dodają innym optymizmu i wiary, że rak to nie wyrok. Miałam jeden warunek, by pod artykułem podać mój prywatny, numer telefonu dla innych kobiet.

Szczerze, to nie liczyłam, że kobiety będą dzwonić, bo myślałam, że my nie chcemy rozmawiać o raku szyjki macicy. A tymczasem od pierwszego artykułu mój telefon zaczął dzwonić 24 godziny na dobę. Trochę mnie to na początku przeraziło, bo to nie były rozmowy typu: „hej fajną bluzkę sobie kupiłam”. Odbierałam telefon, a z drugiej strony był jeden wielki płacz i rozpacz, a kobiety były w stanie ledwo z siebie wydukać: „Pani Ido dowiedziałam się, że mam raka szyjki macicy”.

Mi leciały łzy jak grochy, ale każdej z nich opowiadałam, jakie etapy będzie przechodzić. Kiedy ja usłyszałam diagnozę, gdy trafiłam na chemioterapię, nie wiedziałam, co mnie czeka. Tu mogłam im pomóc – opowiadając swoją historię oswajałam je z tym, co je czeka, mówiłam, co się wydarzy.

I od tego zaczął się budować „Kwiat kobiecości”, bo te kobiety, które wyzdrowiały, zaczęły otwierać oddziały, koordynować nasze działania. Która ile miała czasu i chęci angażowała się, a ja to wszystko brałam docierając jak najdalej i jak najszerzej.

Jak dziś wygląda „Kwiat kobiecości”?

Po ponad 10 latach mamy centralę w Warszawie i 16 oddziałów na terenie całej Polski. Robimy akcję  „Święty Mikołaj”, kiedy to około stu wolontariuszek przed Świętami rusza na oddziały ginekologii onkologicznej i przytula wszystkie kobiety, które się tam znajdują. Firmy kosmetyczne nas kochają, wiec zarzucają nas kosmetykami, które rozsyłamy do naszych oddziałów. Mamy też gabinety „Pod kwiatkiem”. To są gabinety ginekologiczne, które spełniają naszych 10 standardowych punktów. Czyli w takim gabinecie przeprowadzony zostaje wywiad z pacjentką, raz do roku zostaje pobrana cytologia specjalną szczoteczką cytologiczną, odbywa się badanie narządów płciowych za pomocą jednorazowego wziernika, regularnie wykonywane jest USG dopochwowe. To kilka z warunków.

Od czasu do czasu wysyłamy cichą pacjentkę, by sprawdzić, czy w takim gabinecie standardy są spełniane. Zależy mi, by kobiety otrzymywały dobrą jakość badań, żeby czuły się komfortowo w takim gabinecie, to jest delikatne i bardzo intymne badanie.

Ale my zawsze znajdziemy jakiś pretekst, żeby nie iść do ginekologa.

Zgadza się i to czasami są naprawdę zaskakujące tłumaczenia. Zadałyśmy kobietom pytanie, co powoduje, że nie chcą iść do ginekologa. I okazuje się, że najczęściej są to bardzo prozaiczne sytuacje,  np., że mają niezrobione stopy – jest rozwiązanie – jednorazowe kapcie na nogi. Dla wielu kobiet problem stanowiło przejście z gołą pupą na fotel – do gabinetów przez nas rekomendowanych wprowadziłyśmy papierowe opaski na biodra. Niby nic, a jednak komfort badania jest zupełnie inny.

Nadal widzisz potrzebę mówienia głośno o raku szyjki macicy, o cytologii?

Oczywiście, bo wiem, że trafiamy do kobiet. Kiedyś po spotkaniu edukacyjnym rozdaliśmy dwustu uczestniczkom bezpłatne badanie cytologiczne, żeby sprawdzić, czy nasze działania odnoszą zamierzony skutek. Jak myślisz, ile z nich poszło zrobić badanie?

Jeśli 50% kobiet, to super.

A poszło 80 procent! To pokazuje, jak bardzo udaje się nam do tych kobiet trafić. Co ważne, nie jesteśmy organizacją straszącą. Nie mówimy: „ty i ty umrzesz na raka”. Nie, my mówimy „zadbaj o siebie, bo jesteś po prostu tego warta i pamiętaj, że choć na zewnątrz wszystko wygląda ok, to w środku może być różnie”.

Tylko mam wrażenie, że my odwlekając badanie, nie chcemy wywoływać wilka z lasu.

Ale jeśli nie będziemy robić tych badań i nie wywołamy wilka z lasu w odpowiednim momencie, to już go nie wyleczymy. A jeśli już go wywołamy i okaże się, że coś się dzieje, to w dobie postępu medycyny potrafimy już dobrze leczyć te nowotwory. A rak szyjki macicy jest wyjątkowy, bo jeśli wykryjemy go w stanie nieinwazyjnym jest w 100% wyleczalny. Popatrz na mnie, minęło 11 lat i żyję, jestem po raku szyjki macicy, mimo że bardziej zaawansowanym. Ale udało się. I jasne, że to nie była łatwa walka, nie wzięłam pigułki i już było po wszystkim. Ale wyszłam z tego wszystkiego, jestem dowodem na to – ja i wiele innych kobiet, że warto chodzić do ginekologa, warto się badać, bo nawet jeżeli się okaże, że jesteś chora możesz podjąć leczenie i wyzdrowieć.

Po ostatnim spotkaniu z NFZ dowiedziałam się jednej rzeczy, o której nie miałam pojęcia. Otóż nam kobietom w ramach zwykłej wizyty ginekologicznej przysługuje jedna bezpłatna cytologia. Zdziwiona spytałam, czy  te cytologie są wykorzystywane? Okazuje się, że nie bo kobiety o nich nie wiedzą. Więc to jest informacja dla kobiet: drogie panie, w ramach NFZ proście swojego ginekologa, żeby wam zrobił cytologię, bo się wam należy. To jest nasza kasa, nasze składki, my za to płacimy. To jest nasze zdrowie i nasze życie.

plakat PbZ-poziom


Nauczyciele: pozwoliliście, żeby rodzice weszli Wam na głowę

Listy do redakcji
Listy do redakcji
31 stycznia 2017
Fot. iStock / alexeyrumyantsev

Nie raz słyszałam narzekania na roszczeniowych rodziców. Takich, którzy ciężar wychowania zrzucili na szkołę. Takich, którzy wrzucają do szkolnych i przedszkolnych sal chore, ledwo trzymające się na nogach dzieci, którym tuż przed wejściem podano środki przeciwgorączkowe. Takich, którzy uważają, że szkoła źle działa i awanturują się o wszystko starając się przerobić placówkę na własną modłę. I wreszcie takich, do których nie docierają żadne krytyczne uwagi dotyczące własnego dziecka, bo przekonani są o geniuszu latorośli i o tym, że ich metody wychowawcze są najdoskonalsze na świecie. Co rzecz jasna skutkuje tym, że i ich dziecko jest niemal bez wad.

Słuchałam tych opowieści kiwając głową ze zrozumieniem i współczuciem. Jak wiele muszą znieść nauczyciele, a ich praca to nie tylko użeranie się z małolatami, niepotrzebnymi procedurami i biurokracją, ale także z rodzicami.

Kiedy jednak moje dzieci trafiły do szkół i przedszkoli, przekonałam się co do jednego: rodzice może są upierdliwi i włażą nauczycielom na głowę, ale robią to dlatego, że WY im na to pozwalacie.

Przykład z mojego podwórka: pani K. boi się, że córka nie jest w przedszkolu bezpieczna i szczęśliwa. Dlatego też od września wisi nad nią praktycznie cały czas, wpada niezapowiadana, kilka razy w tygodniu robi też awantury nauczycielce o to, że ktoś skrzywdził jej dziecko. Na czym polega krzywda? Na przykład G. powiedziała jej, że ma brzydką sukienkę. Albo A. odchodząc od umywalki w poszukiwani ręcznika niechcący się o nią otarł. Dla pani K. jest to już naruszenie nietykalności cielesnej. I najlepiej, żeby A. za agresję trafił do szkoły specjalnej.

Pani K. wchodzi więc w środku zajęć do sali, zasiada przy biurku nauczycielki, zdejmuje kurtkę i żąda rozmowy mnożąc pretensje. Pani porzuca grupę, która widząc brak uwagi nauczycielki, natychmiast zaczyna stawać na głowę. A nauczycielka przybierając pozę galicyjskiego chłopa memlącego czapkę ze spuszczoną głową i rozedrganą żuchwą słucha o swojej niekompetencji.

Korzystając z okazji swego częstego pobytu pani strofuje cudze dzieci i guzik ją obchodzi, że nie wolno jej tego robić. Od pięciu miesięcy nikt tej pani nie wywalił z sali, nie powiedział, że teraz są zajęcia opłacane z budżetu i do godz. 13 ma obowiązek prowadzenia zajęć i zajmowania się dziećmi, a nie puszczania samopas grupy. Bo przyszedł rodzic, a on ma prawo rozmowy o dziecku. Zwłaszcza wtedy, gdy w jego przekonaniu, dzieje się mu krzywda i panie Boże ratuj przed traumą.

Dlaczego nauczycielka nie reaguje? Być może dlatego, że jest mało asertywna. Ale może też dlatego, że na zdecydowaną reakcję nie pozwala jej dyrekcja.

Dyrekcja uważa, że rozmawiać z rodzicami trzeba. Skądinąd ma rację, ale żeby tak bez przerwy? Po złożeniu skargi przez panią K. rodzice innych dzieci wzywani są do przedszkola taśmowo. Tłumaczy się mama G., że jej córka ma inny gust. Tłumaczy się ojciec M., dlaczego syn powiedział o córce K., że jest głupia, tłumaczy się matka A., że jej syn jest tylko żywym dzieckiem i zapewnia, że na pewno A. nie włoży dziewczynce do oka długopisu w gimnazjum (pani K. zaznaczyła to w skardze).

W styczniu byłam już w sprawie sprzeczek pięciolatków wzywana do przedszkola trzykrotnie. Za każdym razem, bo pani K. się skarży. Co prawda bezpodstawnie, co potwierdzają nauczyciele, ale dyrekcja czuje się w obowiązku wezwać rodzica.

I po trzeciej wizycie, kiedy usłyszałam, że moje dziecko jest absolutnie normalne, z pewnością nie jest agresywne, ale mama K. wolałaby, byśmy zmienili przedszkole i może bym swoje dziecko przeniosła do prywatnej placówki, szlag mnie trafił. Bo do jasnej cholery, kto w tej placówce rządzi: rodzice czy dyrekcja? Dlaczego nauczyciele mówią, że wszystko jest ok, a rodzice systematycznie muszą zrywać się z pracy, by tłumaczyć się, dlaczego dziecku nie podobała się czyjaś sukienka?

Kochani nauczyciele, dlaczego pozwalacie sobie wejść na głowę? Dlaczego byle mamusia posyłająca dziecko do państwowego przedszkola, żłobka czy szkoły może wam napluć w twarz, a wy nie reagujecie i udajecie tylko, że deszcz pada. Dlaczego zamiast skupić na na grupie, słuchacie często wyimaginowanych zarzutów jakiejś sfrustrowanej baby, zamiast wykonywać swoje obowiązki. Dlaczego stać was tylko na powiedzenie „przepraszam” i „dopilnuję”, a nie odpowiecie stanowczo, że dzieci są bezpieczne, a wy kompetentni i panujecie nad grupą? Dlaczego nie wierzycie w siebie?

Dlaczego nie możecie zażądać, by rodzice zabrali do domu gorączkujące dziecko, które za chwilę zarazi pół grupy? Dlaczego zaświadczenie od lekarza, że dziecko jest zdrowe, jest zwykłą fikcją?

Boicie się, że stracicie pracę? A dlaczego, skoro wykonujecie swoje obowiązki rzetelnie? Skoro jesteście profesjonalistami? Za nauczycielką mojego dziecka nie raz stanęłam murem, bo rzeczywiście jest świetna. Ale jako jedyna z tego przedszkola nie dostała specjalnej nagrody z okazji Dnia Nauczyciela.

Dlaczego, drodzy nauczyciele, nie boicie się tego, że poświęcając czas rodzicom a nie dziecku ryzykujecie, że rzeczywiście coś się stanie? Dlaczego nie jesteście fair wobec tych rodziców, którzy się nie awanturują i nie zawracają wam głowy trzy razy w tygodniu?

Przecież to wasza grupa i wy najlepiej wiecie, co się w niej dzieje. To dlaczego dajecie wmówić dyrekcji, że jest źle, skoro jest dobrze. I dlaczego przedszkole zrzuca odpowiedzialność za to, co się w nim dzieje na rodziców? Niech oni się tłumaczą, bo dyrekcja przedszkola systematycznie organizuje konfrontacje pani K. z rodzicami „niegrzecznych” jej zdaniem dzieci.

Czy naprawdę nie możecie powiedzieć: Odpieprz się od nas głupia babo i się lecz…

No, może w trochę grzeczniejszej formie…


Zobacz także

Każdy rozmiar może być fit. I to w dodatku sexy fit! To udowadnia meksykańska gimnastyczka

Dzień Kryzysu Mężczyzny

Pięć korzyści, jakie przynosi naszemu ciału codzienne jedzenie płatków owsianych