No diamonds today, czyli jak się dałam złapać na „Żony Hollywood”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 listopada 2015
Fot.  Screen z YouTube / pudelektv
Fot. Screen z YouTube / pudelektv
 

Zaczęło się niewinnie. – Włącz sobie, raz można obejrzeć, pośmiejesz się – mówiła znajoma. – Naprawdę, to jest zupełnie inny świat, inne problemy.

Na co mi inne problemy? Mam swoje, własne. I dlaczego mam się z nich śmiać? No, ale skoro tak namawiają… I telewizja też obiecuje cuda mamiąc bajecznym relaksującym spotem, w którym pięć prawie identycznych (choć podobno w różnym wieku) blondynek kroczy po kalifornijskiej plaży dumnie wypinając biusty. No a poza tym trzeba promować to, co polskie. Trudno, włączyłam… I tak właśnie zostałam wierną fanką programu Żony Hollywood.

Jak to się stało? Nie pytajcie mnie, sama nie rozumiem tego fenomenu. Tak, oglądam i nie wiem dlaczego. Co tydzień siadam przed szklanym ekranem i niby przypadkiem przełączam kanał na ten emitujący mój ulubiony program. Już są… Wszystkie bajecznie bogate i spełnione (poza jedną, która stara się o dziecko). Wszystkie niemiłosiernie kaleczą język ojczysty (a bywa, że również język angielski) deklarując jednocześnie miłość do ojczyzny i polskiej kultury. Wielbicielki „szanelek”, „labutinów” i „witonów”, a także małych piesków w szytych na miarę ubrankach od światowych projektantów… Co ja oglądam?!

– Stanlej! Gdzie on jest, ten mój mąż – woła z ekranu elegancka Helena, która planuje właśnie eleganckie party w swoim olbrzymim, eleganckim domu – Zabieram się do roboty – w jej przypadku oznacza to wykonanie kilku telefonów –  Dom, w który mieszkam kupiliśmy od Michael Jordan. Każdy pyta, kto był twoim dizajnerem (…) Niestety ja to urządziłam.

Niestety, wygląda na to, że to prawda. Wnętrza przytłaczają zamierzonym przepychem: wielkie lustra w złoconych ramach, olbrzymie obrazy przedstawiające polskich królów i meble a la Ludwik XIV. Plus stolik kawowy wypatrzony u Sylwestra Stallone. Czy jest jakaś metoda w tym szaleństwie?

Fot. Screen z YouTube / PudelekTv

Fot. Screen z YouTube / PudelekTv

– Hany – mówi inna, słodka blondynka do swojego męża, biznesmena o azjatyckiej urodzie otwierając rocznicowy prezent – No diamonds today?… No i rzeczywiście, piękne opakowanie zawiera tym razem „jedynie” oprawiony w szlachetny metal zegarek pewnej szwajcarskiej firmy.

No diamonds?! Spoglądam rzewnym wzrokiem na mojego pochrapującego na kanapie męża oraz omdlewający wiecheć różyczek podarowanych z tej okazji, że drogi małżonek zapomniał o innej okazji. Znajoma miała rację: inne problemy, inny świat. Ale, jak to wciąga!

Po kilku odcinkach coś we mnie pęka. Czuję w sobie wewnętrzną sprzeczność. Kiedy część mnie mówi: „Nie oglądaj, wyłącz, przełącz na jakiś wartościowy program”, druga kusi: „Jeszcze tylko zobacz, jak ona sobie poradzi z tym tygodniowym ograniczeniem wydatków na kosmetyczkę do 10 000 dolarów”. Dosyć! Postanawiam podzielić się swoją tajemnicą ze znajomymi z pracy. Kiedy zagaduję koleżankę, (tę, która czyta Kantora i Różewicza), czy wie może co to za program, ona wyznaje bez skrępowania – Pewnie, sama oglądam. No jasne, że obciach, ale wiesz, to niesamowicie wciąga. Patrzysz i się zastanawiasz, czy bogactwo nobilituje głupotę. Taki socjologiczny eksperyment. – O tak, eksperyment! – przyznaję jej rację i od razu czuję się usprawiedliwiona. Chociaż, cholera jasna, dlaczego ja się w ogóle muszę usprawiedliwiać? To już nie mogę oglądać tego, co chcę?! No i właśnie, dlaczego ja właśnie TEGO chcę…?

– A widziałyście tę blondynę, co nakładała sobie na twarz ślimaki? – zagaduje inna koleżanka, która od kilku minut udaje, że nie podsłuchuje naszej rozmowy.

– No, to była Kinga. – gruby głos naszego szefa rozbrzmiewa tuż obok. – A ty skąd wiesz? – pytamy prawie chórem – Żona ogląda, to ja nie mam wyjścia – mówi lekko zawstydzony, ale zaraz przyznaje, że i jego „wciągnęło” – Bo to takie głupie, tego się nie da nie oglądać… Oni to specjalnie tak pokazują, żebyś chciała wiedzieć, co jest dalej. Jak im się życie potoczy, co głupiego jeszcze wymyślą. Ale przedstawiają te dziewczyny w taki sposób, żebyś je jeszcze polubiła, przywiązała się do nich.

– Czyli co, padliśmy ofiarą jakiejś manipulacji? – lecę Macierewiczem, ucieszona, że mogę poczuć solidarność ofiar tej telewizyjnej mafii, która postanowiła nam takie świństwo zrobić, w tak perfidny sposób uzależnić od przygód Żon z Hollywood.

– E tam, my po prostu tacy jesteśmy. Podglądacze. Interesuje cię to życie, którego nigdy nie będziesz miała. Oglądasz, bo chcesz. – pozbawia mnie złudzeń wielbicielka Kantora i Różewicza. – Patrzysz na jedną, drugą, myślisz, no dobrze, tyle mają kasy, a jak brzydko ten dom urządziły. Ja to bym zrobiła inaczej. I od razu ci lepiej. I żal, że ten dom nie twój, też trochę mniejszy…

Wobec takiej riposty jestem bezbronna. Czyżby naprawdę chodziło o tak niskie uczucia? W ramach buntu, w środowy wieczór nie włączam telewizji. Parzę zieloną herbatę, przeglądam miesięcznik psychologiczny. Z zadumy wyrywa mnie dźwięk SMSa. Potem następnego i jeszcze jednego. „ Pamiętaj, 21:50 ;)” brzmią mniej więcej, wszystkie trzy.


Stajecie pod drzewem i staje się TO, jesteś jak sparaliżowana. Gdyby to wydarzyło się dziś…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 listopada 2015
Fot. Flickr/CC BY-SA
Fot. Flickr/Sigfrid Lundberg / CC BY-SA
 

To było dawno. – Świat jest mój! – krzyczałaś wtedy głośno, a w Twoich długich włosach hulał wiatr. Miłość? Piękna, kolorowa i radosna, żadne tam smutki i smuteczki. Kiedyś na pewno przyjdzie, otuli cię sobą i uniesie, gdzieś wysoko. Tam, gdzie wszystko się zaczyna. Kiedyś… Będzie jak w filmie. Albo całkiem zwyczajnie jak to w życiu. Zaczekasz przecież, przekonasz się w końcu.
On? Przeciętny facet, niski, łysiejący. Przyjacielski, z imponującym dorobkiem naukowym. Na koncie mnóstwo ciekawych publikacji. W bezpośrednim kontakcie – typ opiekuna. Idealny szef dla kogoś, kto dopiero zaczyna pracę. Dla kogoś takiego jak ty.

– Właśnie ciebie szukałem – mówi przez telefon, kiedy dzwonisz w odpowiedzi na ogłoszenie („młodych, nowe przedsięwzięcie, języki, od zaraz”). Te słowa dodają ci skrzydeł. Oto twój pierwszy, maleńki zawodowy sukces! Opowiadasz o nim przyjaciółce, rodzicom. Tę pracę masz już w kieszeni. Osobiste spotkanie z przyszłym szefem to naprawdę tylko formalność. Umawiacie się w biurze, które dopiero co wynajął. Wita cię z uśmiechem, mocnym uściskiem dłoni. To wzbudza twoje zaufanie. Zawsze zwracałaś uwagę na to, w jaki sposób witają się z tobą nowi znajomi. Dłoń można podać na tyle różnych sposobów!

Popijając kawę z mlekiem słuchasz, jak on roztacza przed tobą wizję rozwoju swojej firmy. Czujesz, że chcesz budować to razem z nim i wiesz, że twój entuzjazm robi dobre wrażenie. Szef wspomina, że ma żonę i maleńką córeczkę. Cieszy cię to, to kolejny plusik do kolumny „zaufanie”. Mija czterdzieści minut rozmowy i wydaje ci się, że jesteście dobrymi znajomymi. Oficjalnie zostajesz pierwszym pracownikiem nowej firmy. Po kilku dniach dołącza do was jeszcze sympatyczny chłopak w twoim wieku, programista.

Masz służbowy email i gruby, czerwony kalendarz w którym rozplanowujesz każdy, kolejny dzień. Tak bardzo się cieszysz, że się udało! Mija pierwszy tydzień pracy. Szef zmniejsza dystans. – Wpadnij dziś w to miejsce – rzuca pewnego dnia na odchodnym zapisując na kartce adres modnej knajpki – Wykąpię Zosię i przyjadę. Będzie kilka nowych osób, poznamy się lepiej.
No czemu się dziwisz? Przecież tak się robi, prawda? Pracujecie razem, żeby to wszystko grało zespół powinien się lepiej poznać. Ktoś przecież ma do nas dołączyć. – Tylko pamiętaj, załóż spódnicę – dodaje jeszcze on. Te cztery słowa na chwilę przykuwają twoją uwagę. Pewnie chodzi o to, że ma być elegancko. Ale jest zimno, zakładasz dżinsy i ulubioną marynarkę, tę z miłego sztruksu.
Jesteś punktualna, on też. Inni chyba nie: rozglądasz się, ale na miejscu jesteście tylko wy dwoje. Szef uspokaja: za późno dałem im znać. Pijecie więc kawę, a on opowiada o swoich podróżach i o maleńkiej córeczce. Potem on proponuje krótki spacer po parku. Patrzysz na zegarek i wahasz się. Jest 21. Spacer? Po parku? No, ale przecież ufasz. Idziesz i w zamyśleniu odpowiadasz na jego pytania.

Potem wszystko dzieje się jak w jakimś filmie. Stajecie pod drzewem i staje się TO. Pocałunek i jego ręce na twoich piersiach i coraz niżej, na spodniach. Jesteś jak sparaliżowana. Nie mówisz nic, nie jesteś w stanie się poruszyć. Zabierasz jego ręce. – Przecież masz żonę, dziecko – mówisz naiwnie, kiedy udaje ci się wydobyć z siebie jakiś dźwięk. – No ale nie robimy nic złego, prawda? Moja żona o niczym nie wie. Jedźmy do mnie, Kasia z małą wyjechała. Możemy pobyć sami.

Nie jesteś w stanie mówić, więc tylko kiwasz przecząco głową. Widzisz jak w jednej chwili jego wyraz twarzy zmienia się z przymilnego na rozczarowany i wściekły. Odwraca się i odchodzi, zostawiając cię tam, pod drzewem.

W domu biegniesz do łazienki i zmywasz makijaż. Pod prysznicem spędzasz bezlitosne pół godziny. Twoje łzy mieszają się z wodą.
Co czujesz? Wszystko i nic. Pustkę i samotność. Wstyd, strach i niepewność przełamane złością. Ale to jest złość na siebie samą. Na swoją naiwność. I jeszcze coś przeciwko czemu się buntujesz: poczucie winy. I na to, że w tamtej chwili nie zrobiłaś nic, że stałaś. Powoli, bardzo powoli dociera do ciebie co się stało. Bezsenną noc przecinają dźwięki smsów: „Nikomu ani słowa”, „Myślałem, że jesteś dużą dziewczynką”, „Przecież, to nie jest złe”…

Następnego dnia działasz jak automat. Kiedy wchodzisz do biura on już jest, twój kolega z pracy również. Ale od tej chwili wszystko wygląda już inaczej. Każdy twój ruch jest surowo krytykowany. Pod twoim adresem zaczynają padać inwektywy, nagle okazuje się, że z niczym sobie nie radzisz, że jesteś „beznadziejna”. Do obowiązków, szef dorzuca ci kilkanaście nowych, w tym czyszczenie wspólnej toalety. Stajesz się ofiarą regularnego mobbingu.

W biurze odbierasz telefony od żony szefa, w czasie, kiedy on wyskakuje „na miasto” ze starą znajomą. Wiesz, że to jedna z jego kochanek, szef tego przed tobą nawet nie kryje. Bijesz się z myślami: powiedzieć jego żonie czy nie? Przestajesz sobie radzić. Po dwóch tygodniach, przychodzi ten moment. Bez słowa wstajesz od swojego biurka i podchodzisz do NIEGO. – Już tu nie wrócę – mówisz i wybiegasz za nim zdąży zareagować. Czujesz, że znowu możesz oddychać.

Mija kilkanaście lat, a ty nie możesz zapomnieć. Masz poukładane życie, dzieci, dom. Kochasz. Ale czasem, myśl o NIM i o TYM, zakrada się i tak  bezczelnie włamuje do twojej głowy. Wyobrażasz sobie spotkanie z nim, po latach. Kolejny raz wracasz do sceny z parku i nie możesz zrozumieć. Dlaczego nie krzyknęłaś, nie uciekłaś, nie biegłaś? Dlaczego nie uderzyłaś?  Dlaczego nie powiedziałaś jego żonie?

Jeśli macie córki, sprawcie by nigdy nie pozwoliły, by sparaliżował je strach.


Nigdy nie wiesz na kogo trafisz w autobusie…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 listopada 2015
Fot. Flickr /
Fot. Flickr / CC BY
 

Nie wierzę w pecha przyniesionego przez czarne koty, piątki 13-go, czy przechodzenie pod drabinami. Na widok kominiarza nie łapię się za guzik i nie spluwam przez lewę ramię. Rude nie oznacza dla mnie „fałszywe”, a z ludźmi głoszącymi teorie spiskowe jest mi zdecydowanie nie po drodze…

Jednak, jak wiecie, istnieje takie niespisane prawo w przyrodzie, że przeciwieństwa się przyciągają… Znacie to? Wsiadacie do autobusu, wyjmujecie książkę (tę, „komunikacyjną”, do czytania w drodze właśnie), a kiedy na następnym przystanku kierowca otwiera drzwi, pojawia się w nich ON. Albo ONA. Istota płci wszystko jedno jakiej, która ma tylko jeden cel: przekonać jak najwięcej osób do jedynej słusznej racji. Do swojej racji. A racja ta może dotyczyć: inwazji kosmitów, katastrof lotniczych z udziałem głów państwa, nadchodzącej zagłady, najazdu Hunów, ostatniej reklamy soków „Tymbark”, sześciolatków w szkole, dziewięćdziesięciolatków na ławce w parku, piosenek na festiwalu Eurowizja, kobiet w sejmie i ogólnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju i na świecie.

Tak, czy siak, wiesz dobrze, że gdy takie indywiduum nie daj Boże złapie z tobą kontakt wzrokowy, to umarł w butach. Zostałeś wybrany.

Ja zostałam wybrana wczoraj rano, wracając z przychodni po rutynowym badaniu kontrolnym i to nawet bez kontaktu wzrokowego. Spokojnie, nie spodziewając się ataku, stanęłam przy oknie i wyciągnęłam ulubiony tygodnik, otwierając go na stronie z felietonem ulubionego autora. – Oj – usłyszałam dwie sekundy później, tuż za prawym uchem – Sprzedają jeszcze takie szmatławce? Niech pani się nie ogłupia. Młoda osoba powinna mieć swój rozum.

Niewysoka pani w średnim wieku i w czerwonym palcie mruga do mnie porozumiewawczo: ona mi teraz wszystko wytłumaczy.

Uśmiechnąć się grzecznie w milczeniu czy nie zareagować wcale? Wybieram to drugie, bo wewnętrznie zaczyna mną telepać. Spokój, tylko spokój. Przechodziłaś przez to nie raz, dasz radę i tym razem. Kontynuuję lekturę, niewzruszona na zewnątrz, a w myślach liczę ile to jeszcze przystanków. – Niech pani nie udaje – pada za chwilę – Jeszcze nie jest za późno. Ja mam tutaj taką książkę, gdzie jest wszystko napisane, wytłumaczone… Jak oni nami sterują, proszę pani.

Oj, niedobrze. Trafił mi się typ: misjonarz. Nadal nie mówię nic, ale kątem oka łapię radosne spojrzenia współpasażerów. Wyglądają, jakby się cieszyli, że mają taką urozmaiconą podróż. Milczeć, przesiąść się, grzecznie poprosić o zaprzestanie ofensywy?… Czytałam gdzieś, że w takich sytuacjach należy bezwzględnie zachować spokój, żeby nie prowokować i nie pogorszyć sytuacji. W końcu nigdy nic nie wiadomo…

– Im zależy na tym, żeby pani w to wszystko wierzyła. Te kolorowe zdjęcia, te reklamy. Oni chcą panią kupić! – moja prześladowczyni już prawie krzyczy, stoi też teraz zdecydowanie bliżej niż na początku naszej wspólnej podróży. Kolejny raz mój brak asertywności daje mi się we znaki. Jeszcze jakieś 20 minut jazdy. Przez ten czas wiele się może wydarzyć.

– Ma pani rację – mówię więc tak przekonująco, jak tylko potrafię – Im nie można ufać. Manipulują nami jak się da. Ostentacyjnie składam ulubiony tygodnik i wrzucam go do torby. – A w ogóle, chrzanić to wszystko! Naprawdę jestem zbulwersowana.

Nieświadomie wywołuję reakcję, której się zupełnie nie spodziewałam. Pani w czerwonym palcie otwiera szeroko usta, i jeszcze szerzej, szaro-niebieskie oczy.
– Tak pani myśli?… – jej niepewne pytanie dodaje mi skrzydeł.

– Oczywiście – płynę dalej – Ja uważam, że to w ogóle skandal, to co oni robią, proszę pani, tak po prostu nie można! Trzeba coś z tym zrobić, bo inaczej będzie coraz gorzej! Ja mam nawet kilka pomysłów, żeby im w końcu pokazać!

Czerwony paltocik ucieka gdzie pieprz rośnie, czyli na drugi koniec autobusu, kryjąc się za plecami pokaźnego jegomościa ze skórzaną teczką.

– Niech pan uważa – słyszę jej teatralny szept – To jakaś wariatka. Nigdy nie wiadomo na kogo się trafi w takim autobusie…