„Nie chciałam jego picia, rodzinnej fikcji. Odeszłam. Po latach przyszła nagroda”. Historia samotnej matki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Sarah Greybeal / CCO
 

Jakiś czas temu na swoim blogu mamajojo.blog.pl, zamieściłam pewien wpis. Wpis, który w wielkim skrócie opowiada blaski i cienie mojego samotnego macierzyństwa. Jeden z komentarzy pod nim głosił, iż mam się „nie gloryfikować bo to żadne halo”.

A ja „….pisząc ten post nie oczekiwałam żadnych gloryfikacji i braw, bo nie czuję się bohaterką i nie czuję abym dokonała rzeczy niemożliwych. Moja w skrócie opisana historia ma pokazać, że macierzyństwo samotnej matki jest inne niż macierzyństwo partnerskie. Ale ma dać kobietom nadzieję, że samej też da się radę, można wszystko ogarnąć i ułożyć. Wystarczy chcieć i pokonać lęk. Tysiące kobiet żyje obok nas w toksycznych i chorych związkach latami, z alkoholem, dziwkami i kolejnymi kochankami, pięściami i innymi rzeczami w tle, tylko dlatego, że uważają, iż dla dobra dzieci lepiej zostać niż zrobić krok na przód i odejść…. Ja się na takie życie nie godziłam i takiego życia nie chciałam. Z drugiej strony chciałam pokazać, że jesteśmy takimi samymi matkami/kobietami jak każda i tak samo mamy prawo do szczęścia i życia, mimo nieudanego startu…

Myślę, iż ten wpis może być fajną odpowiedzią na akcję „Pokonałam kryzys. Ty też możesz.” Jeśli moja historia da siłę i odwagę choć jednej kobiecie i jeśli choć jedna kobieta dzięki temu podejmie walkę z przeciwnościami losu – będzie to dla mnie najpiękniejsza gloryfikacja mojej historii.

 Nie-samotne życie samotnej matki czyli rzecz o tym jak to jest naprawdę i czy samotna matka faktycznie samotną jest. O sile i życiu od środka. O tym czego nie widać i nie czuć, o niemym krzyku, którego nie słychać….O losie, który się odwraca….

 Bliski memu sercu i duszy jest temat matek, które z różnych życiowych powód i w różnych okolicznościach przyrody zostały same ze swoimi pociechami. Bo uwierzcie mi, że nie jest to łatwy kawałek chleba, ma swoje blaski i cienie, zresztą jak wszystko. Rola matki i wychowanie dziecka na uczciwego i porządnego człowieka nie jest sprawą łatwą, a co dopiero jak robi się to w pojedynkę, bez pomocnej dłoni obok, bez wsparcia, zdanej tylko na swoje siły i mądrości.

Od zawsze raziło mnie i denerwowało określenie „samotnej”. Mocno przeciw niemu się buntowałam i broniłam, iż sama nie znaczy samotna. Pewnie był to mój sposób wyparcia z siebie
i otoczenia stanu mojej duszy i zaprzeczanie temu, jak jest naprawdę. A z drugiej strony nie byłam sama, bo miałam Jaja i na niego mogłam skierować wszelkie pokłady mojej miłości i energii. Wiadomo jednak, że każdy z nas ma w sobie potrzeby spełniania się w wielu rolach społecznych, nie tylko w roli matki, roli pracownika, córki czy innej, ale także w tej jednej z ważniejszych życiowych ról dla kobiety tj. roli partnerki, kochanki, żony.

Zostałam samotną matką w wieku 25 lat

Z siedmiomiesięcznym synkiem, leżącym wówczas w szpitalu i czekającym na zabieg chirurgiczny. Zostałam samotną matką z dnia na dzień ze świadomością, że na początku następnego miesiąca zostanie mi wypłacony ostatni zasiłek dla bezrobotnych, a potem pusty portfel. Marzenie o powrocie na studia magisterskie właśnie rąbnęło o asfalt, zresztą podobnie jak wszelkie inne. Nie miałam wcześniej ustalonego planu B i gotowego scenariuszu podanego na tacy jak mam dalej żyć. Jednak muszę zaznaczyć, iż była to moja w pełni świadoma decyzja, od której zresztą Pan ówczesny mąż mnie za mocno nie odciągał.

Miałam dosyć udawania, że żyję, że jesteśmy rodziną, której nigdy nie było. Miałam dosyć kłamstw, bólu, nic nie robienia, alkoholu i imprez, innych wielu spraw i ludzi, którzy zawsze byli na pierwszym miejscu i ważniejsi niż my. Miałam dosyć bycia samej w związku z człowiekiem, z którym od dawna nic mnie nie łączyło. Chciałam godnego i spokojnego lepszego życia dla siebie i Jaja.

Chciałam czegoś więcej, chciałam się w końcu podnieść z poziomu zero, do którego pociągnął mnie Pan. Wiedziałam, że sama będę w stanie zapewnić dziecku lepsze i szczęśliwsze dzieciństwo. Głównie czyste i wolne od awantur, kłótni, pretensji, alkoholu, kochanek itp. itd. Robiłam to wszystko z myślą o nim, o lepszym i spokojniejszym jutrze dla niego. Jednak wieczorami gdy tuliłam go  w ramionach, całowałam po czółku i wsłuchiwałam się w jego spokojny oddech i patrzałam na jego piękną i delikatna buźkę – przepraszałam go za taki stan rzeczy…..

Dziecko potrzebuje wychować się w pełnej rodzinie, potrzebuje i taty i mamy…

Ale potrzebuje też spokoju i miłości, szczęścia, a przede wszystkim bezwarunkowej miłości i oddania płynącego prosto z serca, takiego szczerego i naturalnego. Potrzebuje taty, prawdziwego z krwi i kości, takiego co to jest i oddaje nam swój czas i siebie, takiego pisanego przez duże TTTTT…. Jednak nic na siłę i za wszelką cenę. Ja na tamten moment nie mogłam zapewnić mojemu dziecku takiego życia i takiego domu, a równocześnie na skutek wielu innych sytuacji życiowych, podjęłam decyzję, że zostaniemy we dwoje.

Byłam w komfortowej sytuacji. Miałam rodziców, na których mogłam polegać i którzy mogli i chcieli nam pomóc. Wielka pięść mego taty walnęła w stół, w konsekwencji czego złożyłam dokumenty na studia zaoczne i po dwóch latach szczęśliwie obroniłam tytuł magistra wydziału Prawa i Administracji. Wszystko po to by 3,5 roku później zasiąść ponownie w ławie szkolnej na Studiach Podyplomowych, które również bez problemów skończyłam.

Zdjęłam obrączkę ślubną, która bardzo mocno mnie uwierała w palec i złożyłam papiery w sądzie. Pan bardzo bał się, bym nie orzekała o winie, oczywiście Jego winie :). A ja chciałam mieć go szybko z głowy i jak najszybciej zatrzasnąć za nim drzwi swego życia. Rozwód dostałam bez problemu na pierwszej 30 minutowej rozprawie….. Jajo miał równo rok i 22 dni….. Zostaliśmy sami, a ja po bardzo długim czasie w końcu mogłam spokojnie oddychać i zacząć żyć. Tak normalnie żyć, bez tłamszenia, strachu, awantur. Mogłam żyć swoim i Jaja życiem. I w końcu zaczęłam spokojnie przesypiać noce.

Miesiąc przed rozwodem udało mi się pójść do pracy, w której dzięki swojej ambicji i zacięciu stopniowo wspinałam się wyżej

Od tamtej pory na długie lata wraz z Jaja stworzyliśmy nierozdzielny dwupak. Jaja w tym czasie był dla mnie niesamowitą siłą i energię. Był fundamentem moich wszelkich działań i decyzji. W nim czerpałam siłę do dalszej drogi i walki. Był moją motywacją i mocną stroną. Wszystko było dla niego, z nim i dzięki niemu. Był dla mnie „drabiną” na której się przytrzymywałam i wchodziłam wyżej i dalej. Był siłą, która mnie podniosła z łopatek i zaprowadziła do miejsca,w którym jestem dzisiaj.

Inspirował mnie i motywował w każdym moim działaniu, przywracał uśmiech na twarzy i dodawał energii po ciężkim dniu. W chwilach słabości ukrywałam przed nim łzy, nie chciałam by widział, że mi ciężko i płacze. Nawet gdy je widział jego gesty i słowa były miodem na moje wszelkie smutki i zmartwienia. A wszystko to miało jedno imię: MIŁOŚĆ. Nasza wzajemna bezgraniczna i bezwarunkowa miłość. Miłość, która sprawiła, że razem przenieśliśmy góry. Jego „jesteś najcudowniejszą mamą na świecie” dodawało mi wiatru w żagle.

Razem robiliśmy wszystko: chodziliśmy na spacery, jeździliśmy rowerami, pływaliśmy. Pokazałam Jajowi góry i morze, las, naturę. Wyjeżdżaliśmy razem na wakacje, czytaliśmy książki, układaliśmy puzzle i oglądaliśmy po setny raz Jego ukochane „Auta”. Jajo razem ze mną stawiał pierwsze kroki na świecie i uczył się życia. Do tego odprowadzałam go najpierw do przedszkola, potem odbierałam ze szkoły, uczyłam pisać i czytać, woziłam na treningi, najpierw pływackie potem piłkarskie. Wieczorami goniłam do mycia i kładłam spać. Dzieliłam swój czas pomiędzy niego, dom, obowiązki zawodowe, odpoczynek i swój czas dla siebie samej. Czułam w tamtym czasie, że muszę starać się podwójnie i dawać mu siebie podwójnie. Czułam, że muszę więcej  i chciałam wypełnić lukę w jego życiu, bo Pan tata pojawiał się co drugi weekend. Chciałam by jak najmniej odczuł skutki tego, że wychowuje się w niepełnej rodzinie.

Dzisiaj jak to pisze i czytam wszystko wydaje się takie łatwe, proste i sielankowe. Nie powiem, byliśmy szczęśliwi, ale nie wszystko było proste i przyjemne jak 2 dodać 2. Pan pojawiał się co dwa tygodnie i jedyne co go interesowało, to by Jajo z nim pojechał – obowiązki i problemy wychowawcze go nie dotyczyły. Ja musiałam każdą decyzję przefiltrować tylko swoim tokiem myślenia, wszelkie ciężary losu spadały tylko na moje barki.

Wszelkie problemy, sprawy, obowiązki przechodziły tylko przez moją głowę. Nie mogłam tego podzielić na dwa, czyli siebie i partnera życiowego, który stał obok bo go nie było. Na mnie spoczywały wszelkie obowiązki i sprawy związane z życiem, z Jajo. Gdy Jajo chorował nie było zmiennika przy Jego łóżku, w nocy do czuwania też byłam tylko ja. Nawet radości i sukcesy, nasze fajne szczęśliwe chwile celebrowaliśmy sami. Czasami radością nie było z kim się podzielić. Nie powiem: rodzice mieszkali z nami i nam pomagali jak tylko mogli…. Ale wiadomo, że dziadek taty nie zastąpi,
a mama nie będzie mężem czy partnerem…..

Rodzina była też wokół nas, byli znajomi, przyjaciele. Niby spędzaliśmy razem czas, niby się spotykaliśmy, niby było sympatycznie…. Ale puste krzesło zawsze było i zawsze czegoś,
a właściwe kogoś brakowało. I zawsze człowiek czuł się nie do końca komfortowo w towarzystwie samych par. I jeszcze te zabawne pytania i komentarze w stylu, a masz kogoś, spotykasz się z kimś, kiedy sobie życie ułożysz. Ale ja jakoś nie uważałam bym miała życie nie poukładane.

Przestałam bywać na uroczystościach typu wesela, bo nie chciałam pojawiać się tam sama. Zresztą wiedziałam, że część zaproszeń, na różnego rodzaju imprezy rodzinne było tylko z grzeczności, na doczepkę do moich rodziców. A ja nie chciałam niczyjej litości i grzeczności. Nie chciałam czegoś co wypada, nie chciałam tych spojrzeń, tych komentarzy i idiotycznych pytań. Wszystko we mnie krzyczało przeciwko temu wielkie i stanowcze NIE……. Ja chciałam swojej rodziny, swojego azylu, swojego partnera przy mym ramieniu i swojego świata, który z nim bym zbudowała….

Znajomi i przyjaciele byli obecni w moim, naszym życiu. Czasami więcej, czasami mniej. Wiadomo każdy miał już swoje życie, swoje rodziny, swój świat. I nie koniecznie zawsze samotna znajoma była miłym gościem i towarzystwem. Powodów było zapewne kilka: ci bardziej rozumni i dyskretni wiedzieli, że nie będę czuła się komfortowo w towarzystwie samych par, a co niektórzy pewnie obawiali się o swoich mężów, co niejednokrotnie dało się odczuć. Spokojnie miłe panie: samotne matki to nie spuszczone ze smyczy kobiety, ani zdesperowane, wygłodniałe lwice, które rzucą się na pierwszego lepszego samca. Samotne matki to takie same kobiety jak każde inne i mają swoje zasady i wartości. I nie spotykają się z wami po to, by odbić/przelecieć wam faceta.

Prawdziwi przyjaciele jednak zawsze przy mnie byli. Zawsze i bez podtekstów, obaw i bez pytań. Zawsze czekali w gotowości, by służyć swym ramieniem i ręką wyciągniętą w moją stronę. Kiedy trzeba było pomogli, wysłuchali, wsparli. Kiedy trzeba było pocieszyli, rozśmieszyli, zabrali na wino czy odebrali telefon w środku nocy. I nigdy mnie nie potępili czy ocenili. Zawsze starali się rozumieć, choć mam wrażenie, że w tamtym czasie nawet ja sama siebie nie rozumiałam……

Co czułam przez te lata, o czym marzyłam, czego chciałam…..

Byłam zmienna jak kameleon i bardzo złożona. Czułam się momentami nic nie wartą i nic nie znaczącą kobietą, czułam się momentami gorsza od innych kobiet. Czasami błądziłam w swoim życiu, w swoich pragnieniach jak dziecko we mgle. Z jednej strony czułam się wolna i spełniona,z drugiej strony czułam się sama i samotna, brakowało mi bliskości i miłości. Z jednej strony tak bardzo chciałam, żeby mnie ktoś pokochał i się mną zaopiekował, z drugiej bałam się tego.

Dostałam dwa porządne kopy w dupę od facetów, po których długo i ciężko wracałam do trzymanego wcześniej pionu. Czułam się cholernie źle, czułam ból i tęsknotę, cierpiałam. Wszystko we mnie krzyczało, czułam się rozgoryczona i oszukana. Czułam momentami ból istnienia. Płakałam w poduszkę, krzyczałam w nią. Czułam się taka bezsilna i wypompowana przez życie. Czułam, że im bardziej chce to tym bardziej mi nie wychodzi. Ale nie mogłam się poddać bo był Jajo i dla niego musiałam iść dalej.

Z drugiej strony miałam dosyć wieczorów z książką, które w tamtym czasie były moją odskocznią i antidotum na wszelkie zło. Miałam dosyć bywania gdzieś na siłę, z litości. Musiałam być silna i mieć dobrą minę do złej gry. Dla Jaja. Pomimo wewnętrznego bólu, ale on nie mógł tego widzieć i o tym wiedzieć. W dzień się uśmiechałam, a wieczorami, nocami płakałam do poduszki. Tylko moje ściany widziały jak się męczę, choć myślę, że Jajo też czuł, że byłam w kiepskiej formie.

Wydawało mi się, że chciałam tak niewiele od życia…

Chciałam tylko drugiej osoby, która będzie blisko i która mnie podtrzyma gdy będzie trzeba. Marzyłam o miłości, a mój książę z bajki się nie pojawiał. Za to każdego dupka, którego spotkałam na swojej drodze żegnałam szybciej niż witałam. Nie chciałam bylejakości, nie godziłam się na nią, zdesperowana nie byłam, mimo wielkiej samotności jaką czułam. I myślę, że zrozumie taki stan tylko ten, kto sam przez niego przeszedł.

A z drugiej strony mieliśmy fajne i ciekawe życie. Życie, które mi dało kilka solidnych lekcji i wiele zadań domowych do odrobienia. Życie, którego różne smaki skosztowałam i barwy widziałam. Życie, które doprowadziło mnie tu gdzie jestem i ukształtowało. Sprawiło, że wiele rozumiem i widzę szerzej i dalej, to czego inni nie dostrzegają. Słyszę to co inni lekceważą.

I doceniam, wszystko co mam i cieszę się tym, cieszę się życiem. Jestem wdzięczna za nie, za takie jak było. Dziś nie chciałabym innego i nie żałuje nic. Bo było to moje życie i ja sama przez nie przeszłam, pokonałam je, zmierzyłam się z nim. Upadłam wiele razy, ale się podniosłam i mam siłę iść dalej.

Pewnego pięknego dnia, w czasie kiedy kompletnie nie byłam na to gotowa i kiedy najmniej się tego spodziewałam pojawił się mój wymarzony książę z bajki. Taki mój upragniony i jedyny, a wraz z nim przyszła wielka i niespodziewana miłość. Taka moja wymarzona i wyczekana, wytęskniona, taka jedyna i do końca, szczera i prawdziwa, pełna.. To było jak wybuch wulkanu, jak fajerwerki w Nowy Rok. Marzenia się spełniają, trzeba tylko w nie wierzyć. I cierpliwie czekać, choć mi tej cierpliwości zabrakło w międzyczasie.

Samotne matki są i będą wśród nas, obok nas. Są takimi samymi kobietami jak każde inne. Mają takie same prawa i marzenia jak my, takie same uczucia i odczucia. I jedno życie, które chcą przeżyć w pełni. I właściwie mają jedno marzenie: mieć ramię, w które będą się spokojnie wtulać każdego wieczora i przy którym będą bezpiecznie zasypiać. Chcą mieć spokojne i fajne życie we dwoje. Nie nam je oceniać, nie nam je potępiać. One są wielkie i silne, i nie jedne z nas nie zajdą tak daleko jak one. One mają siłę i chęci, które są w stanie przesunąć Everest. Dla nich niemożliwe nie istnieję. Mają siłę za dwoje i jaja facetów. Pozwólmy im żyć i wspierajmy je, zamiast traktować jak rywalki czy kobiety gorszej kategorii.

 

Magdalena Joncem, mamajojo


Przypominamy wam o naszej akcji: „Pokonałam kryzys. Ty też możesz”. Piszcie do nas, na najciekawsze historie czekają nagrody. Szczegóły znajdziecie tutaj. 


Grzybki, podchody i dwa ognie… a jednak przeżyliśmy. 10 symboli naszego dzieciństwa

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
23 kwietnia 2016
Fot. Pixabay / InspiredImages / CC0 Public Domain
 

Komuna silnie kojarzy się nam z Jaruzelskim, kilometrowymi kolejkami do sklepów w których królowały puste półki. Chleb, ocet i papier toaletowy, tego nigdy nie brakowało. Z sentymentem cofamy się myślami 20, 30 lat wstecz by zobaczyć siebie w dzieciństwie. Co jeszcze pamiętacie? Guma Donald i Turbo, Pewexy, wszechobecne maluchy i duże Fiaty na polskich drogach, o tak.

Młodzi nie znajo!

My, pokolenie lat 70` i 80` tych mieliśmy ciekawe zajęcia. Działo się, bo inwencja twórcza była wręcz niewyczerpalna. Szybka zbiórka pod osiedlowym trzepakiem i się zaczynało. Aż miło wspomnieć strzelanki z patyków, akrobacje na trzepaku (że nikt się nie bał tak fikać!), przeskakiwanie przez piłkę odbijaną od ściany bloku. I nie tylko!

Oto gry które my, dzieci komuny, z sentymentem wspominamy:

GRZYBKI

Fot. Flickr / Ian D. Keating / CC BY

Fot. Flickr / Ian D. Keating / CC BY

Rysowano nożem grzybki na ziemi. Grzybków musiało być dużo i były łączone liniami które prowadziły po kolei do ostatniego grzybka. Zabawa polegała na rzucaniu nożami tak, aby ostrze wbijało się w pole każdego grzybka. Kto pierwszy miał farta i trafiał w grzybki, docierając do ostatniego z nich, wygrywał rundę. Kto nie trafiał, oddawał kolejkę. Zabawę powtarzało się wielokrotnie aż do znudzenia, urozmaicając teren rozgrywki o miejsca, w które nóż było trudno wbić. Czasem ostrza trafiając na kamień pękały (to chyba obecnie nazywa się “level hard” w grze, prawda?).

KAPSLE 

Fot. Pixabay / goranmx / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / goranmx / CC0 Public Domain

Gra była fantazyjna,  a same kapsle nie byle jakie. Najczęściej po napojach wyskokowych, zapychane były plasteliną i kamieniami/monetami aby były cięższe i lepiej było zrobić nimi ruch, przy którym trzeba było się czasem położyć na ziemi. Zasady były proste, polegały na ściganiu się zawodników pstrykających na zmianę swoje kapsle, na torze wytyczanym patykiem lub kredą na chodniku lub piaskownicy. Zwyciężał ten, kto pierwszy swoimi kapslami pokonał tor przeszkód na wyznaczonej trasie. Wypadnięcie kapsla poza wyznaczoną trasę oznaczało cofnięcie ruchu. 

PODCHODY 

Fot. Pixabay / EME / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / EME / CC0 Public Domain

Klasyka z gier rywalizujących ze sobą grup dzieciaków. Bardzo popularna polegająca na wyłonieniu dwóch drużyn – jedna uciekała po lesie wcześniej, zostawiając na drzewach, drodze wydrapane lub narysowane strzały, które wskazywały miejsce ukrycia pierwszej grupy. Dopuszczalne były zmyłki, czyli zostawianie śladów kierujących grupę pościgową na fałszywy trop. Gra była genialna, uczyła logicznego myślenia, spostrzegawczości, ostrzyła ząbki rywalizacji oraz uczyła współpracy. Zwinności także, wielu z nas właziło na drzewa, im wyżej tym lepiej, by tylko podejrzeć czy uciekinierów nie widać. Niemądre? Tylko trochę, nawet jak trzasnęła gałąź a i tak czasem bywało, to powrót do domu z siniakami był powodem do przechwałek i dumy, a nie zgłaszania rodziców do opieki społecznej za brak należytej opieki nad dziećmi.

 

BITWY NA „SPLÓWKI”

Fot. Pixabay / Kapa86 / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Kapa86 / CC0 Public Domain

Najczęściej dzielono się na drużyny i organizowano zbiorowe bitwy na „splówki”, gdy samotne spluwanie było ciut nudnawe. Kto chciał zagrać musiał mieć albo szklaną rurkę, albo sztywną łodygę rośliny która była pusta w środku, wkładało się kulki z ołowiu plasteliny lub ryż i wdmuchując powietrze w rurkę, opluwało się przeciwnika. Wygrywał ten, kto  więcej napluł. 

CHOWANY 

Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

Przed długi czas to była bardzo popularna gra podwórkowa. Osoba tzw. „kryjący” za pomocą specjalnej odliczanki „Pałka, zapałka, dwa kije, kto się nie schowa ten kryje”, odmierzał czas na ukrycie się pozostałych graczy. Następnie odliczał do stu, wydawał okrzyk “szukam” i w jak najkrótszym czasie starał się znaleźć kryjówki towarzyszy. Musiał tego dokonać, zanim kumple dobiegną do miejsca „zaklepywań”. Okrzyk ” Raz, dwa, trzy za siebie” oznaczał ze kryjący poległ. Jeśli ktoś miał dość wiecznego szukania i chciał skończyć zabawę, krzyczał „Pomylone gary” i wracał do domu.

DWA OGNIE 

Inaczej „zbijak”, znana nie tylko na podwórkach ale i lekcjach W-F. Z chętnych wybierano dwóch zawodników, stających na przeciwko siebie. Między nimi dowolna ilość graczy miała za zadanie unikać “ogni” czyli piłki ciskanej przez zbijających. Kto oberwał niefortunnie, musiał skończyć grę. Jeśli piłka została złapana przez zawodnika, gracze zamieniali się rolami.  

ŚLEPIEC

Niegdyś place zabaw tętniły szalonym życiem. Na obowiązkowo stojących na środku placu „drabinkach” znakomicie się bawiono.
Należało wejść na drabinkę i wybrana osoba nazywana ślepcem musiała chodzić po konstrukcji z zamkniętymi oczami. Jej zadaniem było złapanie złapanie kogoś i odgadnięcie kto to jest. Jeśli się powiodło to ta osoba przejmowała rolę ślepca. Ślepiec mógł w każdej chwili zawołać „Ziemia!” i natychmiast otworzyć oczy. Jeśli ktoś akurat grał nieczysto i schodził z drabinki, np. uciekając przed ślepcem to wtedy też zamieniano się rolami.

„SYF” 

To dość specyficzna odmiana”berka” praktykowana w szkołach. Gracze jednak zamiast biegając dotykać się dłońmi i krzycząc berek, tym samym przekazując konieczność pogoni za ofiarą kolejnej osobie, używali akcesoriów. Mianowicie brudnej ścierki, którą osoba zwana „syfem” miała za zadanie rzucić celnie w ofiarę, która przejmowała jej rolę. Gra najczęściej kończyła się, gdy woźna zabierała główną atrakcję , czyli ścierkę.

GUMA 

Fot. Pixabay / imordaf / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / imordaf / CC0 Public Domain

Ulubiona zabawa rzeszy dziewczynek. Gdy nie było do dyspozycji „profesjonalnych” gum do skakania, wyciągało się gumy z pasa różnych ubrań i wiązało się ich końce. Następnie dwie osoby stawały naprzeciw siebie napinając gumę, a jedna – czasem więcej – wykonywały akrobacje na wysokości kostek, łydek, kolan, ud, półdupków, pasa a nawet pach. Wygrywała osoba, która wykonała akrobacje nie dotykając gumy. Jeśli ktoś “skusił” odpadał z gry i zastępował osobę na drugim końcu gumy, zamieniając się rolami. Jeśli nie było towarzystwa do zabawy, gumę zahaczało się o dwa krzesła i można było skakać.

CHŁOPEK 

Gra lubiana przez dziewczynki, polegała na skakaniu po narysowanym na asfalcie „chłopku” i przechodzeniu kolejnych etapów. Dodatkowo trzeba było celnie rzucać kamykiem w odpowiednie pola figury. Najtrudniejszą ewolucją na “chłopku” był obrót w podskoku na jego “głowie”.

 


Prosta drożdżówka, która nie może się nie udać

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 kwietnia 2016

Ciasto drożdżowe to często niedoścignione marzenie wielu kobiet. A bo to te drożdże muszą wyrosnąć, a nie wiadomo, co znaczy odstawić w ciepłe miejsce – to znaczy jak ciepłe?

Tak, drożdżówka dla wielu bywa wyzwaniem. Ale my mamy dla was banalnie prosty przepis. Ciasta jest tyle, że można zrobić dwie blachy lub rozłożyć na jeden dużej z piekarnika. Można też dodać dodatki, które lubimy. Świetnie smakuje z masą makową, z budyniem, owocami, choć pyszna jest z samą kruszonką. Nawet dwa dni później idealnie smakuje posmarowana masłem.

SKŁADNIKI:

1 kostka świeżych drożdży

2,5 szkl. mleka

1 szkl. cukru

5 jajek

1 kg mąki 0.5 kg kostki margaryny do pieczenia

WYKONANIE

Drożdże rozpuszczamy w niedużej ilości ciepłego mleka z łyżką mąki i łyżką cukru i odstawiamy do wyrośnięcia. Uwaga – rozczyn rośnie błyskawicznie. Ubijamy białka, na koniec dodajemy cukier, a później kolejno po żółtku. Do tak przygotowanej masy dodajemy drożdże. Wszystko mieszamy i powoli na zmianę dodajemy mąkę i ciepłe mleko (ja dodaję bardziej ciepłe niż chłodne). Nie ma się co spieszyć. Na koniec dodajemy roztopiony tłuszcz i to jest etap, kiedy ciasto wyrabiam przez chwilę ręką, aż odklei się od ręki.

13082006_1309137249099657_1337623621_n

Rośnie

Odstawiamy w ciepłe miejsce – może być na parapecie, gdzie świeci słońce. Kiedy ciasto wyrośnie – a rośnie dość szybko, wykładamy na blachę lub dwie. I myślimy nad dodatkami. Całość posypujemy kruszonką. I wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni na około 40 minut. Zawsze z termoobiegiem.

I tyle. Smacznego.


P.S. Przepis podsunęła mi moja siostra i dzięki niej mogę sobie pyszne proste drożdżówki piec 😉


Zobacz także

„Jedno zdjęcie dziennie, najgorszy rok mojego życia”. Będziecie zszokowani tym, jak wiele może się wydarzyć w ciągu roku

10 rzeczy, które świadczą o tym, że nie jesteś gotowa na kolejny związek

Co widzisz pierwsze na tym obrazku?