Naucz się doceniać cudze sukcesy bo…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
22 listopada 2016
Naucz się doceniać cudze sukcesy bo...
Fot. iStock / jeffbergen

Zanim kolejny raz wstrzymasz przez telefon łamiący się oddech i łzy, kiedy siostra oznajmi zakup nowego, dwustumetrowego domu w podwarszawskim Konstancinie, nie daj się zdołować. To nie ważne, że w twoim mieszkaniu kiedy się poślizgniesz pod prysznicem głową prawdopodobnie przyłożysz o kaloryfer w dużym pokoju. Nic z tego, że od dwudziestu lat nie masz nawet zdolności kredytowej, kiedy ona dostała już osobiste biurko i wytarty od trzymania firmowy długopis w każdym oddziale. Powinnaś zacząć się uczyć cieszyć z jej sukcesów, bo ten niewielki krok może przyłożyć się do większych powodzeń na twoim prywatnym podwórku.

Zamiast ukrywać posty przyjaciela na socialowym salonie, który jeszcze wczoraj kitesurfował na wodach Nowej Zelandii, a dzisiaj karmi bananem żółwie na Galapagos, czerp z jego doświadczeń wibracje do działania. Z rolowania oczu, wywlekania ich na lewa stronę w bólu i zazdrości nie wyniesiesz nic, a ze szczerych gratulacji prawdopodobnie dużo więcej. Tylko jak to zrobić zanim popadniesz w depresję, a sukcesy twoich bliskich przyjaciół zamiast dmuchać w skrzydła porywistym wiatrem złożą żagiel i każą dryfować na oślep? Po pierwsze i najważniejsze – podnieś tyłek z kanapy, uwierz w siebie i zacznij robić cokolwiek co przybliży cię do sukcesu, zamiast jedynie bajać o jego potrzebie. Ten milion sam się nie zarobi! Zrozumiano?

Żeby nie zostać jednym z takich przygłupich, osiedlowych gołębi, który jest w stanie przybić kumplowi piątkę kiedy ten trafia z zamkniętymi oczami orzeszkiem do własnej buzi, ale nie potrafi powiedzieć „gratuluję”, kiedy długo wyczekany awans otworzył mu furtkę do podróżowania po świecie zupełnie za darmo, przeczytaj, co da ci szczere zrozumienie i poparcie. Możesz być po tym szczęśliwsza, otwarta i przy okazji sama napędzisz się do twórczego działania. Nie zakopuj się jedynie w marzeniach. Zrób rachunek sumienia, postaw sobie realne cele i działaj.

Nastawiasz się na przegraną. Po co?

Pogrążając się w niezdrowej frustracji i wyrzutach sumienia, że nie spożytkowałaś czasu na tyle dobrze jak ona, koleżanka z bloku obok, przyjaciółka od dziecka pamiętaj, że podświadomie programujesz umysł na porażkę. Im dłużej dołujesz się „wygraną” przyjaciółki tym mniej poświęcasz czasu na swoje potrzeby i budowanie muru pewności siebie. Otaczanie się malkontenctwem jeszcze nikomu nie przyniosło nic dobrego, a ty raczysz siebie tym zabiegiem zupełnie na własne życzenie. Takim zachowaniem udowadniasz, że jesteś małostkowa, i głośno deklamujesz strach przed brakiem osiągów. Rozumiesz już? Zamiast płakać w poduszkę wykorzystaj cudze doświadczenie i zacznij swoją historię.

Odsuwasz się od znajomych, którzy są wiele warci

Opcje są dwie. Albo ty sama zrezygnujesz z towarzystwa ludzi odnoszących sukcesy, bo nie będziesz w stanie znieść głośnych peanów na ich cześć przy wspólnych spotkaniach, albo oni podziękują tobie. Ile można w pozornie przychylnym towarzystwie powstrzymywać się od głośnego przyznawania do sukcesu? Ile  razy musi sobie przysłowiowo dać po łapach ktoś, żeby nie urazić twojego rozbuchanego ego? Męczące relacje prędzej czy później będą skracane do niezbędnego minimum i zanim się obejrzysz usuniesz ze swojego towarzystwa naprawdę wartościowych ludzi. Ty się powinnaś od nich uczyć, a nie szlochać w kątku nad marnym poziomem własnego życia. Skoro tyle osiągnęli, dlaczego nie skorzystać z przetartego już szlaku i nie zacząć biec w tym samym kierunku?

Takim zachowaniem nie przyciągniesz do siebie dobrych zmian

Nie od dzisiaj wiadomo, że dłuższe przebywanie z ludźmi o konkretnych cechach charakteru, z konkretnymi zainteresowaniami sprawi, że prędzej czy później zaczniesz się z nimi utożsamiać. Mało tego, zaczniesz się zmieniać chcąc wejść w społeczeństwo, które sama uznajesz za atrakcyjne. Pozostając w totalnej opozycji do przypadków, które zrobiły coś ponad przeciętną i chwalą się tym głośno, tworzysz środowisko niezdolne do zmian i postępu. Zamykasz się w małym pudełeczku strefy komfortu i ani myślisz wyściubić nosa przez szparki. Trochę słabo zważywszy na to, że taka postawa nie będzie matką sukcesu, a ty dostaniesz tytuł samonakręcającego się nieudacznika.

Łap za telefon, dzwoń i gratuluj. Jutro należy tylko do ciebie

Umiejętność podania ręki i docenienie trudu pracy drugiego człowieka świadczy o twojej inteligencji. Nie musisz czuć się głupio, kiedy poczujesz denerwujące mrowienie zazdrości między żebrami, bo to zdrowy objaw, ale tylko od ciebie zależy co z nim dalej zrobisz. Przepuścisz przez płuca dwa głębokie oddechy i docenisz skalę wydarzenia obiektywnie, albo zgnuśniejesz do reszty, zalejesz się żółcią i odbierzesz sobie szansę na spontaniczne poderwanie się do działania. Umiejętność gratulowania oprócz oczywistego – otwarcia się na ludzi i świat, oznacza jeszcze, że doceniasz drugiego człowieka, jesteś pozytywnym przypadkiem, a taka cecha charakteru pozwoli ci osiągnąć co tylko zechcesz. Do dzieła. Łap za telefon, dzwoń i gratuluj. Jutro należy tylko do ciebie.


Reforma oświaty: miliardy na niepotrzebną rewolucję

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
22 listopada 2016
Fot. iStock / alexeyrumyantsev
Fot. iStock / alexeyrumyantsev

Miało być bez żadnych kosztów. Miłościwie panujący nam rząd zapowiadał, że oświatę zreformuje, gruntownie, ale tanio. W zasadzie bezkosztowo. Teraz, gdy rząd przyjął projekt ustawy likwidującej gimnazja, okazuje się, że dobrze to nie będzie.

W projekcie zapisano, że reforma kosztować będzie 900 mln. Samorządowcy się jednak z tymi wyliczeniami nie zgadzają. Ich zdaniem będzie to wydatek rzędu co najmniej 1.5 mld zł. Plus oczywiście nowe podręcznik dla nowej szkoły.

Może jestem sknerą, może nie mam rozmachu ani ułańskiej fantazji, ale wydaje mi się, że przehulanie, powiedzmy 2 mld zł i wydanie ich na coś, co działa, jest grubą przesadą.

Zgadzam się, że polska szkoła wymaga reformy. Ale wydaje mi się, że są pilniejsze problemy do rozwiązania. A rozsądne wpompowanie w obecną oświatę kilku miliardów złotych z pewnością byłoby sporym krokiem w kierunku uczynienia szkoły otwartej na wyzwania współczesnego świata. Szkołę, która nie tylko uczy, ale i wychowuje. Szkołę, jakiej życzyłaby sobie premier Beata Szydło i o której tak pięknie mówi za każdym razem zapytana o edukację.

Nasze propozycje? Bardzo proszę…

Dostosowanie budynków do potrzeb uczniów

Od września tego roku przestały obowiązywać przepisy posyłające sześciolatki do szkół i znoszące obowiązek przedszkolny dla pięciolatków. Tłumaczono, że rodzice najlepiej wiedzą, kiedy ich dziecko gotowe jest do rozpoczęcia edukacji oraz, że polska szkoła nie jest przygotowana do nauki tak małych dzieci. Pełna zgoda.

W zamian wprowadzono możliwość nauki w przedszkolach. I rzeczywiście, pięciolatki mają już komplet podręczników do nauki pisania, czytania, liczenia i angielskiego. Mają też nauczycielki, które potrafią pokazać dzieciom „jak z pary wodnej zrobić w słoiku deszcz” oraz jak zrobić kompot pełen witamin z sezonowych owoców – witaminy dzieciaki wymieniają jednym tchem.

Czy nie mogły by się tego uczyć w szkole? Z pewnością nauczycielki klas młodszych też potrafią ciekawie przeprowadzić zajęcia. Pewnie trzeba by było dać im większą swobodę i dostosować klasy – ale przecież mamy na to miliard albo dwa miliardy złotych. Nie rozumiem dlaczego łatwiej robić rewolucję w oświacie, zamiast do klas kupić dywany, dziecięce pomoce naukowe i napisać programy nauczania specjalnie pod małe dzieci.

Wspólna, wczesna, dobra szkoła z pewnością by wyrównywała szanse edukacyjne dzieci. Bo do przedszkola to jedne chodzą, inne nie.

Nie tylko nauka

Choć oficjalnych statystyk nie ma, w Polsce mówi się o 400 tys. – 1 mln niedożywionych dzieci. Są takie, które z uwagi na ubóstwo w rodzinie, tygodniami żywione są mąką pod różnymi postaciami a ryby na stole widzą raz w roku – na wigilię. A przecież można by wprowadzić darmowe, dobrej jakości obiady dla wszystkich dzieci. Czy zamiast wyrzucać miliardy na likwidację gimnazjum nie lepiej by było dać dzieciom w szkole zupę w połowie dnia? Z pewnością system opieki zdrowotnej też by na tym skorzystał.

Bez pracy domowej

Miliardy z rewolucji też można by było wydać na wybudowanie dużych świetlic, w których dzieci mogłyby spokojnie odrobić lekcje i bawić się przed zajęciami albo po nich. By skończyć z tym wariactwem, że jednego dnia dziecko zaczyna lekcje o 11. a drugiego ma na 8 rano. Raz odbierasz dziecko w południe, raz po godz. 15. Na świetlicę nie wyślesz, bo często jest tam taki upał i zaduch, że siekierę można powiesić. A dziecko po takim pobycie choruje trzy dni.

Wyobrażasz sobie, że odbierasz dziecko o 17, a ono już ma odrobione lekcje i macie wieczór dla siebie? A nie próbujesz ogarnąć z czternaście stron zadań z matematyki i z osiem z języka polskiego równocześnie piorąc i gotując obiad na jutro.

Sama wiedza to za mało

Przyzwyczailiśmy się, że ze szkoły dzieci mają wychodzić z konkretną wiedzą. I uczą się zaawansowanej matematyki, położenia złóż naturalnych w poszczególnych krajach czy różnic między mitozą a mejozą. Oczywiście, zgadzam się z tym, że wiedzę ogólną mieć trzeba, ale powinna ona iść w parze z konkretnymi umiejętnościami. Tymczasem w niewielu szkołach uczy się projektowo. Uczniowie nie potrafią pracować w grupach, dzielić się obowiązkami i współpracować przy rozwiązywaniu problemów. Szkoła staje się przykrym obowiązkiem, nauczyciele realizują przeładowane programy a uczniowie nawet młodszych klas są nagradzani albo karani ocenami (wiem, wiem teoretycznie w młodszych klasach nie ma stopni). Może warto dać i nauczycielom i dzieciom więcej luzu i skupić się na nauczeniu dzieci radzenia sobie z problemami. To z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Bo tak naprawdę, która z nas (nie mówię o biolożkach) pamięta, w którym etapie mitozy dochodzi do rozpadu błony jądrowej? Wikipedię mamy w telefonie? Dzieci też.

Po co te kwity?

Czasami odnoszę wrażenie, że polscy nauczyciele są najbardziej wyedukowani na świecie. Dlaczego? Bo na wszystko muszą mieć kwity. Chcesz uczyć muzyki? Skończ wychowanie muzyczne. Masz jeden stopień szkoły muzycznej, dwadzieścia lat pracy artystycznej i uprawnienia pedagogiczne? To za mało. Lepiej, jeśli po jakimkolwiek kierunku zrobisz podyplomówkę na jednej z licznych uczelni. Praktyka wydaje się zbędna, ważne, że zapłaciłeś.

W obliczu zbliżającej się zapaści demograficznej nauczyciele kończą po kilka kierunków. Za własne pieniądze. Nikt nie widzi w tym niczego złego, gdy jeden nauczyciel uczy i języka polskiego, informatyki i muzyki. Byle tylko nie dać się zredukować, a to, czy ma predyspozycje do nauczania danego przedmiotu jest sprawą drugorzędną.

Teraz, razem z reforma oświatową, nauczycieli czekają zwolnienia. Rząd mówi że nie, ale szkoły wiedzą swoje i twierdzą, że redukcji raczej nie da się uniknąć. Najlepsi nauczyciele już szukają innej pracy i część z nich pewnie odejdzie z zawodu. W wielu szkołach zostaną często ci, którzy są za słabi, by poradzić sobie na rynku.

Rząd proponuje nauczycielom fundusze na przekwalifikowanie. Na przykład na kursy oligofrenopedagogiki. I nagle nauczyciel matematyki po kilku godzinach szkolenia zostanie nauczycielem wspomagającym. Bo przecież praca z osobami upośledzonymi to taki banał, każdy może się tego nauczyć chociażby w formie e-learningu. Bo co nas to obchodzi, czy ma on serce do pracy z dziećmi niepełnosprawnymi. Ważne, że zrobimy rewolucje i zlikwidujemy gimnazja. Nawet, gdy mają one niezłe wyniki w nauczaniu.


„Żywe i witalne…”. Czyli probiotyk probiotykowi nierówny

Redakcja
Redakcja
22 listopada 2016
Fot. iStock  / StudioThreeDots
Fot. iStock / StudioThreeDots

Z wyborem probiotyku jest jak z wyborem czekolady, nazwa i zawartość zachęca do zakupu, za to jakość okazuje się mizerna a z prawdziwą i smaczną czekoladą ma wspólną tylko nazwę. Na początek powinniśmy rozróżnić produkty probiotyczne od produktów zawierających w swoim składzie probiotyki. Kefiry, maślanki, jogurty i inne mleczne przetwory, to produkty zawierające, co prawda „jakieś” bakterie, aczkolwiek tylko w niewielkiej ilości i bioróżnorodności, o czym nie zawsze informują producenci.

Probiotyki są definiowane przez Światową Organizację Zdrowia jako „żywe drobnoustroje, które po podaniu we właściwych ilościach przynoszą korzyści zdrowotne gospodarzowi”.

Dlatego produkty probiotyczne, to kompozycja odpowiednich szczepów bakterii probiotycznych wykazujących na tyle silne działanie, by dotrzeć do jelit, zasiedlając je w całości na wysokim poziomie.

Probiotyki – czym się różnią?

Warto rozróżnić probiotyki ze względu na jakość i formę podanych do organizmu bakterii, naszych pożytecznych sprzymierzeńców. Jesteśmy przyzwyczajeni do probiotyków liofilizowanych w fiołkach, kapsułkach i saszetkach, które są produkowane w warunkach przemysłowych, gdzie liczy się największy przyrost masy, w jak najkrótszym czasie i jak najniższym kosztem. Te drobnoustroje (bakterie prozdrowotne) rozwijają się w procesach kilkudziesięciogodzinnych i jest to przyczyną braku ich witalności. A to z kolei przyczynia się do osłabionego działania i krótszej żywotności w drodze do jelita grubego.

Z założenia bakterie prozdrowotne powinny rozwijać się w jelicie grubym, niestety często tam nie docierają ponieważ są niszczone przez kwasy i sole żółciowe. Tylko nieliczne potrafią przeżyć atak kwasów żołądkowych i oprzeć się procesom trawiennym.

Zażywanie probiotyków staje się popularne, jednakże niejednokrotnie okazuje się bezskuteczne, ponieważ probiotyk probiotykowi nierówny. Duży wpływ na to ma nie tylko reklama, ale i wzrost świadomości konsumenta dbającego o własne zdrowie i równowagę.

Stan dysbiozy

Niedobór bakterii w naszych jelitach oznacza, że możemy nie przyswajać większości witamin, mikro i makroelementów nawet pomimo stosowania bardzo zdrowej diety. W tak wspaniałym narządzie jakim są jelita następuje wstępny i całkowity rozkład pokarmu wraz z przyswajaniem substancji odżywczych, jednakże ten złożony proces nie może odbyć się prawidłowo bez odpowiedniego wsparcia bakterii probiotycznych, które odpowiadają za szczelność jelit.

Fot. iStock / Kowalska-art

Fot. iStock / Kowalska-art

Stan dysbiozy, to stan gdy organizm jest osłabiony i bardziej podatny na infekcje, spowodowany najczęściej nieszczelnością jelit, w których kosmki nabłonka wychwytują niepożądane bakterie chorobotwórcze (patogeny) i wyrzucają je z naszego organizmu. Żeby temu zapobiec i cieszyć się zdrowiem, wystarczy zadbać o jelita dostarczając jakże ważnych drobnoustrojów.

Szczególnie ważne jest stosowanie probiotyków w trakcie i po antybiotykoterapii. Działanie antybiotyków doprowadza do dziesiątkowania drobnoustrojów, nie tylko tych będących przyczyną choroby, ale i tych prozdrowotnych, które mogą przeciwstawić się wirusom i niebezpiecznym bakteriom. Coraz częściej nadgorliwie stosuje się  antybiotyki, leki niesteroidowe, które doprowadzają wręcz do odwrotnych korzyści niż zamierzone. Nasze usta, gardło, nasz przełyk i żołądek, nasze aksamitne jelita, nasz cały organizm podziękują za silną i naturalną odżywkę.

Probiotyki intymnie

Zarówno kobiety jak i mężczyźni potrzebują równowagi flory bakteryjnej, ale dla kobiet jest to szczególnie ważne, gdyż często patogeny z jelita grubego mogą przedostać się do dróg rodnych i doprowadzić do infekcji mającej niestety tendencje do nawrotów. Czasem bardzo ciężko je wyleczyć.  Przyczyną schorzeń są problemy z florą bakteryjną pochwy, która w większości składa się z bakterii probiotycznych z gatunku Lactobacillus. To dzięki ich obecności utrzymuje się równowaga pH (poniżej 4,5), która zapobiega zasiedlaniu się szkodliwych mikroorganizmów, jednakże zbyt częste stosowanie antybiotyków doprowadza do osłabienia i zachwiania równowagi mikrobiologicznej.

Nasze tempo życia zmusza nas do ciągłej organizacji czasu, z którą wiąże się często stres – wynikający z natłoku spraw. Stres jak już wiadomo ma negatywny wpływ na nasz organizm, ponieważ doprowadza do zaburzenia równowagi mikrobiologicznej. Konsekwencją ogromnego nacisku spraw codziennych mogą być zaburzenia o podłożu fizycznym jak i psychicznym, które doprowadzają do dysfunkcji organizmu.

Problemy są niejednokrotnie poważniejsze niż na ogół się wydaje, spada nasza odporność, witalność, aktywność umysłowa i powstają problemy z funkcjonowaniem układu pokarmowego. Wiele badań naukowych udowodniło znaczenie prozdrowotnej flory bakteryjnej jelit na przeciwdziałanie konsekwencjom przewlekłego stresu, zmęczenia i wysiłku fizycznego, przyczyniając się do poprawy relacji z warunkami życia.

„Żywe i witalne”

JOY DAY to konsorcjum szczepów bakterii żywych i witalnych, zdolnych do zasiedlenia przewodu pokarmowego na całej jego długości, na wysokim poziomie. Witalność produktów JOY DAY polega na wyjątkowej dbałości o rozwój dobroczynnych bakterii, wraz z odpowiednim stadium ich kompozycji.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

JOY DAY to „rękodzieło” a nie „mechaniczny majstersztyk”. Dzięki żywotności i witalności, bakterie probiotyczne gotowe są na działanie na naszą korzyść. Szczepy bakterii wchodzących w skład koncentratów napojów probiotycznych JOY DAY hodowane są zespołowo w kaskadowym procesie hodowli, który trwa kilka tygodni. W tym czasie nabywają one swej naturalnej witalności, doświadczają synergicznego współdziałania i produkują cenne, prozdrowotne metabolity, w tym: witaminy, kwasy organiczne, mikroelementy i jakże ważne antyoksydanty.

JOY DAY zawiera żywe i witalne drobnoustroje, które wspierają procesy zachodzące w naszym organizmie, zaczynając od przełyku aż po jelito grube. Są to procesy odpowiedzialne za odżywianie, oczyszczanie a także ochronę organizmu.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


Artykuł powstał we współpracy z JOY DAY

 


Zobacz także

Fot. iStock/Kladyk

Kobieta w pracy, to dom w ruinie – kontrowersyjna reklama francuskiej stacji France 3

Fot. iStock

„Bo my dziewczyny, przy was wciąż zapominamy. Że co? Że trzeba słuchać mamy”. 5 lekcji o miłości, których nauczyła mnie moja matka

Fot. iStock/katatonia82

Nadmorski koszmar turystyczny? Rodzina z dwójką dzieci, z dmuchanym krokodylem, parawanem i podręczną lodówką