Największa zakupowa trauma – przymierzalnie. Spróbuj stanąć przed lustrem i poczuć się dobrze. Nie ma szans

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
27 czerwca 2017
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Wybrałam się na zakupy. I oczywiście nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ja nie cierpię zakupów. Nienawidzę kupować sobie ubrań, jestem cała chora, kiedy już się wybiorę do jakiejś galerii i przeglądam i oglądam i nigdy nic mi się nie podoba. A tak ładnie te ciuchy wyglądają gdzieś na zdjęciach. Macie tak? Że widzicie gdzieś w reklamie super sukienkę i myślicie: „o to, to jest, czego chcę”, a później wchodzicie do sklepu i nie wierzycie, że to jest właśnie to, po co przybiegłyście.

A jak już jest ktoś tak niewymiarowy jak ja, kto na siebie spodni kupić nie może, bo jak już na udach jakoś leżą, to w pasie i tyłku tak szerokie, że w sumie spadają same. Albo za krótkie, albo za obcisłe. A do diabła z tym. Najgorsze jest, gdy widzicie fajny ciuch i zapala się lampka: „o to, będzie nam mnie leżeć jak ulał”. Celowo wybieracie rozmiar o numer większy, bo jednak milej stwierdzić, że coś jest za duże niż za małe, wchodzicie do przymierzalni i zonk. To, co na manekinie wygląda fantastycznie na was – jakiś koszmar. A przecież kolor taki piękny i krój jak na was przygotowany. Niestety, mam wrażenie, że w sklepach dopada nas jakieś złudzenie optyczne. Podziwiam kobiety, które wchodzą, ściągają z wieszaków pewnym ruchem ręki czy to bluzkę, sukienkę, czy spodnie, właściwie bez potrzeby kierują się do przymierzalni i z całym naręczem ubrań w fantastycznej wyprzedażowej cenie stają w kolejce do kasy. Zielenieję wtedy z zazdrości i UWAGA, mierzę się z największą moją zakupową traumą – przymierzalniami.

Naprawdę ciuch musi mi się bardzo podobać, żebym zmusiła się do przymierzenia go w sklepie. Mam tylko nadzieję, że nie jestem w tym odosobniona. Bo jak chciałabym sobie popsuć humor, to wystarczy zamknąć się w przymierzalni. Zresztą mam koleżanki, które przechodzą tę samą traumę. Przecież to jest jakiś koszmar. Bo po pierwsze – idziesz z drżącym sercem, czy wymarzony ciuch będzie na ciebie pasował, czy może jednak tylko na manekinie wygląda cudownie i na kobietach w rozmiarze 34. Po drugie wchodzisz do tej przymierzalni, patrzysz w lustro i twój nastrój leci na łeb na szyję, bo nagle widzisz siebie w jakiś takich wyświechtanych ciuchach z podkrążonymi oczami. Matko – czyżbym aż tak była ślepa, na to jak wyglądam? Przecież, kiedy wychodziłam z domu rzucając ostatnie spojrzenie w lustro pomyślałam, że kurczę całkiem fajnie wyglądam. Kolorowa, uśmiechnięta, z lekkim makijażem. A tymczasem w przymierzalni przybieram postać żywego trupa. Patrzę i nie dowierzam. Czy to naprawdę ja? Czy tak bardzo moje postrzeganie siebie samej jest tak złudne i nazbyt pozytywne?

To jeszcze nic. Prawdziwy koszmar zaczyna się, kiedy trzeba coś naprawdę przymierzyć… Ściągasz szybko spodnie, czy spódnicę, zadowolona, bo przecież przed wakacjami schudłaś trochę i jednak efekty pracy na siłowni są widoczne, ale wiadomo stojąc w samych majtkach zerkasz w stronę lustra i uwaga… Co to żesz ku*wa jest? Że to niby ja? Tak wyglądam? Jakaś blada, z żyłkami na wierzchu, z jakimś plamami i celullitem, o którym przecież już dawno zapomniałam. Nieeee, to niemożliwe!!! Wciskam się w nowe ciuchy, chcąc jak najszybciej zapomnieć widok, który przed chwilą miałam przed oczami. I… znowu ZONK. Przecież wzięłam numer większe, a ta bluzka jednak wydawała się dłuższa, myślałam, że w tym kolorze będzie mi naprawdę do twarzy, a tymczasem twarz to jedne wielkie sińce pod oczami, jakby mi ktoś tusz rozmazał, zamiast rzęsy pomalować. Ale to nie tusz, to ja tak wyglądam. Uciekłabym najchętniej jak najszybciej. Patrzę, a na wieszaku jeszcze dwie bluzki, spodnie i jedna sukienka do przymiarki… Mierzyć, czy dać sobie spokój. Przecież na taką szarą, brzydką i grubą babę nic pasować nie będzie.

A już w ogóle najgorzej to stanąć w przymierzalni w samej bieliźnie… Zmierzenie się z tym widokiem jest prawdziwym wyzwaniem. I to pytanie co się we łbie kołacze: które odbicie jest prawdziwe – czy to w domu, gdzie wyglądam naprawdę dobrze, czy to koszmarne z przymierzalni, które prawdę o mnie samej chce powiedzieć?

Ostatecznie uciekam nie kupując kompletnie nic i nie mając najmniejszej ochoty na dalsze przebieranki. Znajoma mi tłumaczy: „Nie przejmuj się, to wina tego koszmarnego zimnego światła, które świeci z góry i wyłuszcza wszystkie niedoskonałości”. Tylko, że ja w tym świetle jestem jedną wielką niedoskonałością. Myślę sobie, że przecież w tych sklepach pracują kobiety, wystarczyłoby szepnąć słówko, żeby klientki czuły się bardziej komfortowo. Dać ciepło światło wzdłuż lustra, oświetlić inaczej naszą sylwetkę i o ile chętniej chodziłybyśmy na zakupy zadowolone ze swojego wyglądu. Tak niewiele potrzeba. Na mnie na pewno by to podziałało.

Na szczęście są teraz oversize’y, które workowo pasują na każdego i nawet przymierzać ich nie trzeba. Stałam się mistrzynią wyszukiwania takich ubrań. Koszule, bluzki, sukienki – od koloru do wyboru, byleby tylko uniknąć koszmaru pod hasłem: „przymierzalnia”. Myślę sobie, że musiał je wymyślić facet kompletnie nieświadomy tego, jaką krzywdę robi każdej rozbierającej się w przymierzalni kobiecie. No cóż, faceci jednak myślą o sobie dobrze, a nam trupie światło przymierzalni przypomina o wszystkich naszych kompleksach. A przecież szłyśmy na zakupy, by poczuć się piękniej… Wolę chyba jednak fryzjera na poprawę humoru.


Kiedy kobiety zostając matkami dostaną realne wsparcie na rynku pracy? Przestaną pracować na kontraktach, śmieciówkach i nikt ich nie zwolni na etacie?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 czerwca 2017
Fot. iStock/Geber86
Fot. iStock/Geber86

Przeczytałam ostatnio o stewardesach pracujących na kontraktach, które muszą wybierać między pracą a macierzyństwem (przeczytacie TUTAJ). A właściwie tego wyboru nie mają, bo albo dziecko, albo praca. Nie ma niczego pośrodku. Żadnych świadczeń na kontrakcie, czekania, aż kobieta po porodzie wróci do pracy. Oczywiście, że pojawiły się głosy – przecież wie, na co się pisze, więc skąd nagle to zdziwienie. Każdy wie, jaki rodzaj umowy o pracę podpisuje. Tyle, że nie słychać głosów – a jaki kobieta ma wybór?

No więc po raz kolejny krew mnie zalała, bo od dawna obserwuję kobiety na rynku pracy, które za cholerę nie mają łatwo. Wszystko zaczyna się, kiedy już szukają pracy. Znam historie z pytaniami, czy planuje pani dzieci, kiedy i ile… Gdzie w efekcie facet z gorszym wykształceniem, słabymi kompetencjami dostawał pracę zamiast kobiety, bo tak. I nie są to odosobnione przypadki. Później zaczyna się kalkulowanie, czy to już odpowiedni czas na dziecko, czy wszystkie sprawy pozamykam, czy szef nie stwierdzi, że skoro nie ma mnie przez rok macierzyńskiego, a on sobie radzi, to właściwie do czego jestem mu potrzebna?

Moja przyjaciółka 10 lat przepracowała w sklepie z biżuterią. Urodziła pierwsze dziecko i wtedy jeszcze po 16 tygodniowym macierzyńskim wracała do pracy. Dziecko chorowało – do niani, w sobotę trzeba było być – leciała. Była na każde zawołanie. Ktoś powie – sama sobie tak zrobiła. Okej, ale w miejscowości niedużej, gdzie o pracę nie jest łatwo i w ofertach przebierać nie można, trzyma się kobieta każdej pracy. I nie nam to oceniać. Wszystko było super, dopóki nie urodziła drugiego dziecka. Oczywiście z rosnącym brzuchem pracowała, aż lekarz kazał jej się w domu położyć. A kiedy kończył się jej macierzyński dostała pismo, że owszem może wrócić, ale już na pewno nie na swoich warunkach. Trzy miesiące pracy na starych zasadach, a później pół etatu, z pracą w weekendy. Ja myślałam, że mnie krew zaleje, jak o tym usłyszałam! Jasne, za jedno 500 plus może siedzieć w domu, iść na zasiłek, tylko sama mówi, że już głowę dostaje spędzając 24 godziny z dzieckiem. No kurde i ja ją w 100% rozumiem. Jaki ma wybór?

I to sytuacja z umową o pracę, która powinna dawać kobiecie odpowiednie zabezpieczenie. A i tak nie daje. Historia stewardes z LOT-u nie jest odosobnioną sytuacją kobiet. Ile z was będąc w ciąży siedziało przy komputerze, odbierało telefony, wracało jednak szybciej do pracy, bo działy się tam jakieś niepokojące ruchy? Stajemy na głowie, żeby się wykazać, żeby choć przez chwilę nikomu nie dać odczuć, że jesteśmy niepotrzebne. A przecież wiadomo, że nie da się połączyć macierzyństwa z pracą. Choćby mnie ćwiartowano zdania nie zmienię! Nie da się, bo nie możemy dawać z siebie 100% w pracy i drugie 100% dziecku. Przecież nie jesteśmy cyborgami, których możliwości wynoszą 200% normy. W sytuacji, kiedy zostajemy matkami, nie dostajemy dodatkowych mocy, sił i energii super matki. Nie. Musimy podzielić to, co mamy, więc co nam zostaje, jeśli w pracy chcemy dać z siebie 100%. Zawsze gdzieś coś ucierpi i koniec kropka.

Moglibyśmy tylko szczęśliwie myśleć, że praca na etacie chroni kobiety, które chcą mieć dzieci i które po macierzyńskim do pracy wracają. Stewardesy z LOT-u mogłyby sobie pracę na etacie znaleźć, ale co, jeśli jej nie ma. Jeśli z zewnątrz dostajemy informację: własna działalność albo „śmieciówka”? Za własną działalność to ja już podziękuję. Sama tak pracowałam – pracodawca nie chciał mieć zobowiązań, więc wystawiałam mu co miesiąc fakturę, płacąc samej ZUS i podatki. Kiedy po pięciu latach policzyłam, że na ZUS wydałam 60 tysięcy złotych – zbladłam. Za te pieniądze, powiedzmy sobie szczerze, mogłabym mieć rok wolnego. A tymczasem harowałam jak wół oddając pieniądze państwu, płacąc dodatkowo za nianię, która zajmowała się dziećmi, gdy zamykano przedszkole, a ja musiałam jeszcze zostać w pracy,

A co powiedzą te kobiety, które pracują na „śmieciówkach”? Znajoma ostatnio urodziła drugie dziecko, cztery godziny po porodzie leżała z komputerem na kolanach, wysyłając tekst, na który miała zlecenie. Nie miała wyjścia, zleceniodawca czekał, ona się zobowiązała. „Nie stać mnie na opłacenie ubezpieczenia, czy założenia własnej działalności, zresztą dlaczego za swoją pracę jeszcze mam płacić państwu? Nic nie dostaję – nie mam bezpłatnego żłobka, nie mam preferencyjnych warunków będąc na działalności, nikt nie wpadł na to, żeby obniżyć składkę ZUS, żeby zabezpieczyć kobiety w trakcie ciąży, gdy nie mogą pracować lub gdy są po porodzie. Masz swoją działalność – płać państwu bez znaczenia w jakiej sytuacji się znajdujesz”. Wiele kobiet, które znam, a które decydują się na pracę na umowach nie dających im zabezpieczenia, woli ciężej popracować przez kilka tygodni, odłożyć swoje własne pieniądze, niż się nimi dzielić. I wiecie co, ja się im nie dziwię, bo nic nie mają w zamian. Oprócz przyznawanego 500 plus nie są w żaden sposób wspierane.

Myślę, o tych stewardesach, które na kontrakcie wcale kroci nie zarabiają, muszą być właściwie na każde wezwanie, a ciąża jest dla nich równoznaczna ze stratą pracy. Dla ilu kobiet ta sytuacja jest znana? Podobna? Co takiego musi się zadziać, żeby to się zmieniło? Żeby sytuacja kobiet na rynku pracy, które chcą zostać matkami stała się bezpieczna, stabilna i przede wszystkim wspierająca nie tylko głośnymi hasłami rzuconymi w społeczeństwo, ale faktycznymi działaniami…


Muszę się do czegoś przyznać. Otóż bywam wredną żoną i to lubię… Co więcej – polecam

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
20 czerwca 2017
Fot. iStock  / max-kegfire
Fot. iStock / max-kegfire

Muszę się do czegoś przyznać. Otóż bywam wredną żoną. Chociaż czasami się zastanawiam, czy nie bywam tą dobrą, a wredną jestem na stałe… No, ale nie ma co tak krytycznie do siebie podchodzić, prawda?

Nie lubię spijania sobie z dziubków i i całego tego „niuniania”, ściskania i pokazywania światu, jaka ta miłość nasza jest piękna. To już przerabiałam i nieustannie dziwię się, że ludziom się wydaje, że jak na zewnątrz będą obsesyjnie wręcz okazywać sobie miłość, to ona taka cudowna będzie. A guzik prawda, bo jak wiecie – niestety – jeśli na zewnątrz cudownie, to w środku cuchnie na odległość. Na taką odległość, że w końcu ci ludzie muszą się wyprowadzić bardzo daleko od siebie, bo tego smrodu wytrzymać nie mogą.

No więc ja nie z tych dziubkujących. Nie też z tych, co to sobie miłość na mediach społecznościowych wyznają. Mam wręcz organiczny wstręt do tego typu zachowań i też bardzo długo mojego osobistego męża nawet do znajomych nie przyjmowałam. A jak już przyjęłam, to zastrzegłam, żeby go ręka boska broniła przed wrzucaniem mi jakiś wyznań miłosnych i wspólnych pragnień. Na szczęście on podejście ma podobne do mojego, więc jedynie od czasu do czasu coś sobie zalajkujemy nawzajem i na tym nasze publiczne okazywanie uczuć w wirtualnym świecie się kończy. Ale skoro inni mają taką potrzebę – to okej, aczkolwiek nadziwić się nie mogę, że oni wysyłają do siebie wiadomości, zdjęcia, na których się oznaczają, jakby nie mogli ze sobą pogadać. To jak z tymi turystami, co to robią sobie foto z atrakcją turystyczną stojąc do niej tyłem i nie przyglądając się jej na żywo. Ale to takie moje spostrzeżenia i subiektywne zdanie, z którym nikt zgadzać się nie musi.

I też daleka jestem od teorii, że co nie bez nas razem, to nie istnieje. Że my zawsze i wszędzie wspólnie. Jak biegamy, to razem, jak idziemy do kina, to też razem, każdy wyjazd wspólny, każda impreza tylko we dwoje. I sobie tak myślę, że to oszaleć idzie, jak przez całe swoje życie taki cień masz, który jest z tobą wszędzie i ty z nim tak samo. Brrr aż mam ciarki i myślę, że to jak strzepywanie jakiegoś pyłku z ubrania, który odkleić się nie chce. Co to, to nie, jestem wyznawcą teorii, że każde z nas jest osobnym bytem. Odrębną istotą, która ma swoje potrzeby i pragnienia, swoje pasje, a to, że się spotkaliśmy i że ze sobą jesteśmy to fart. To naprawdę szczęście, że się udało i nie muszę tego udowadniać nieustannie swoją obecnością.

Znałam kiedyś jednego strasznego dupka. Chyba nigdy później, ani nigdy wcześniej nie poznałam takiej kanalii w męskim wydaniu, ale on rozrysował mi kiedyś jedną mądrą rzecz (wiedziałabym to bez niego, ale niech mu będzie). Że my jesteśmy jak dwa zbiory, które mają pewną część wspólną. I ta pewna część jest tu istotna, bo ona nigdy nie zajmuje więcej niż 50% nas samych, nie może o nas stanowić i uzależniać naszego życia od tego drugiego człowieka. No bez przesady, nie mam aż tylu deficytów, żeby łatać miał je drugi człowiek, o nie.

No więc w naszym przypadku są rzeczy, które uwielbiamy robić wspólnie, tylko dlatego, że mamy te same pasje, tak samo lubimy spędzać wolny czas, śmiać się z tych samych rzeczy i odpoczywać dokładnie tak samo – to jest nasza część wspólna. Ale jego wyjazdy z kumplami w góry i moje fanaberie zawodowe to są nasze spersonalizowane części i nie musimy się zmuszać do tego, żeby brać w nich udział, co więcej nie musimy wymagać, by ktoś nas do nich zapraszał.

Jest jeszcze jedna rzecz. Przestałam się starać, stawać na głowie, gotować obiadki, sprzątać, robić zakupy, wieszać pranie, robić wszystko, by ktoś, a nie ja był szczęśliwy. Frustracja uszami mi się wylewała, kiedy widziałam, jak on sobie siada na kanapie, a ja zapieprzam z cudowną kolacją dla niego i dzieci. Cudowna to może ona była na początku, ale w trakcie jej przygotowania tyle żółci i złości w nią wlewałam, że nie wiem, jak im to później przez gardło przechodziło. Oczywiście sama demonstrując swojego focha, że on ZNOWU nic nie zrobił, mówiłam, że nie dziękuję, ja jeść nie będę. I jakoś nikt się tym nie przejmował… No tak, bo ja to bym się przejęła.

Matko, co za ulga kiedy pozbyłam się tej swojej potrzeby dogadzania i nieustannego dawania. Wtedy okazało się, że można normalnie i że słowo „partnerski” w związku może zaistnieć. Że on nie ma jednak dwóch lewych rąk i wszystko potrafi zrobić i nie kocha mnie mniej i nie ucieka do innej, gdy mówię, że nie chce mi się dzisiaj robić obiadu. Nic się nie dzieje, po prostu on gotuje, albo zamawiamy pizzę. I wszystko jest w porządku.

A dzisiaj wyjechał. O rety, jak dobrze. Dreptałam już w miejscu odliczając godziny do jego wyjazdu. Sama z dziećmi przez cztery długie dni. Czy może być coś cudowniejszego, gdy facet, którego kochasz, a który ma swoje wady, które doprowadzają cię czasami na granicę twojej własnej cierpliwości, wyjeżdża? Możecie spokojnie mówić: „jak tak można, ja za moim tęsknię, jak tylko próg przekroczy”. A można. Spróbujcie, to jest fantastyczne uczucie móc zostać w końcu sama ze sobą. Skupić się na tym, co dzisiaj dla mnie ważne. Pogadałam z dziećmi, jak wróciły do szkoły, zrobiłam obiad bezmięsny, a jutro zrobię jakiś makaron (mój mąż się nie najada takim obiadem). Pójdę pobiegać bez wyrzutów, czy to będzie półtorej godziny czy dwie, że w całym natłoku dnia nie wygospodarowałam dla niego chociaż 15 minut na rozmowę – co się oczywiście, że zdarza i co on rozumie, ale wiecie, jak jest, niby wredna, a poczucie winy w sobie nosi. I dzisiaj na pewno nie zatęsknię. Kładąc się do łózka wezmę książkę i pewnie z godzinę przegadam z przyjaciółką przez telefon, nie czując na plecach wzroku: „ile można gadać?”. A jak wiemy, my kobiety, można długo.

Rano wypiję kawę, pierwsza przejrzę gazetę i wiedzieć będę, że to ja śmieci wyrzucić muszę, dzieci na trening zawieźć, zakupy zrobić. Czasami fajnie jest tak liczyć tylko na siebie, chociażby po to, by docenić, ile on robi i w końcu zatęsknić… Pewnie koło trzeciego dnia, tuż przed jego powrotem.

To ja wredna żona, która cieszy się jak mąż wyjeżdża i tęskni dopiero przed jego powrotem.