„Kochanie pomyłem CI gary”. Jakie „ci” i jakie „moje gary”, ja się do cholery pytam. A pan to obiadu nie jadł z tych garów?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 października 2017
Fot. iStock/vladans
Fot. iStock/vladans

Wiecie, faceci czasami zachowują się jak ograniczeni umysłowo. Oczywiście nie wszyscy i nie zawsze, ale kiedy słyszę, jak mąż znajomej mówi do niej: „Kochanie pomyłem CI gary”, to robię wielkie oczy ze zdumienia. Co znaczy: pomyłem CI?!? Jakie ci?

I wiecie, on jeszcze dumnie pręży pierś, jakby dokonał czynu na miarę przebiegnięcia morderczego maratonu w Dolinie Śmierci. Tyle, że tu się nie zasapał nawet, nie widać po nim śladów zmęczenia, jak choćby po przebiegnięciu jednego kilometra. Nie, on jest dumny z siebie, jakby osiągnął coś co najmniej niemożliwego.

Początkowo myślałam, że to żart z jego strony, ale gdzie tam. On pomył JEJ gary. Gary, w których ONA dla NIEGO i całej rodziny ugotowała obiad, który ON też ze smakiem zjadł. Ale to i tak są jej gary, no przecież, że nie jego. Może gdyby gotował, to by się do nich przyznał, ale w sumie, to nie warto. Lepiej być z siebie zadowolonym, bo to się nazywa, że zrobiło się coś dla kogoś.

Opowiadam o tym innej mojej znajomej, a ona patrzy na mnie coraz większymi oczami i mówi: „Ja pie*dole, mój zawsze mówi: posprzątałem CI kuchnię/łazienkę – co tam ma do wyboru akuratnie”. I dupa blada, okazuje się, że kredyt wspólny, w papierach oboje widnieją jako właściciele mieszkania, ale już bałagan i syf w nim jest tylko jej. No przecież, że nie jego, on nie sika, nie je, nie goli się i nie daje swoich gaci do prania. No skąd! Sprząta JEJ kuchnię, w której są JEJ okruszki, brudne naczynia i ekspres do kawy do wyszorowania. A niech ma kobiecina, a niech się cieszy, że on taki wyrywny i nie swoje sprząta, a przecież wcale by nie musiał. To jego dobra wola, że się wziął za zasikana deskę w kiblu. Ktoś w końcu na nią sika, co nie, proszę pana?

Ale takim facetom brak refleksji. Naprawdę. Oni są jak troglodyci. Wpadają do domu i od progu jedyne co są w stanie zakomunikować to: jeść, pić, odpocząć, spać i seks. Wszystko. Tyle im do życia wystarczy. A kto im tego dostarczy, kto się nimi zajmie, to już mają w dupie. Do swojej jaskini przyciągnęli za włosy niewiastę, która całe to jedzenie, picie i seksy ogarnia. Ale ten troglodyta jest facetem wykształconym, świadomym, w końcu nie bez powodu dożył XXI wieku i nie wyginął po drodze. Więc, jako ten światły i dojrzały mówi: „Umyłem CI gary”, co by ona nie myślała, że o nią nie dba i o niej nie myśli. A jakże, myśli i jeszcze wspaniałomyślnie wtrąca się w te kwestie, które przecież jego udziałem być nie powinny, wiecie on: jeść, pić, spać, seks i polowanie. Bo do pracy przecież chodzić musi. A że ona też musi, by na te jego jedzenie i picie też zarobić, to już przecież mało znaczące.

Przyjaciółki mąż raz się tylko rozpędził, a może ona raz i krótko postawiła granicę. Otóż widząc, że żona sprząta z dumą oznajmił: „Kochanie, przyniosłem CI odkurzacz”. Takiego morderczego wzroku nie przeżyłby nawet Bazyliszek. „Ale ja się o odkurzacz nie prosiłam” – wysyczała przez zęby dodając: „Przyniosłeś, to odkurz”. I tym sposobem podział obowiązków został rozdysponowany. Krótko i na temat.

Najbardziej mnie wkurza, jak jeszcze kobiety takim troglodytom, co to umyli im naczynia, dziękują niemal kłaniając się w pas. „Och, jakiś ty cudowny, dziękuję ci kochanie” będąc pewne, że ta zachęta sprawi, że częściej będą to robić. Może i będą, ale nadal z myślą, że to dla nas wykonuje wielką przysługę, w zamian za to oczekując licznych przywilejów. A przecież w myśl zasady co moje to i twoje, to jego są brudne gary, niedomyta podłoga i zasyfiony pastą do zębów zlew w łazience. Ja nie wiem, czy im brakuje jakiegoś styku, czy może my ich tego styku pozbawiamy, po kilku latach wyrzygując, że on nic dla nas nie robi, w niczym nie pomaga, a on ze zdumieniem patrzy na nas, kompletnie nie rozumiejąc, o co tak nagle nam chodzi, przecież przez lata było tak fajnie. Jasne, dla niego fajnie, dla ciebie pewnie ciut mniej. I kiedy mówisz, ogarnij dzieci do placówek, to on jest w popłochu. Bo nie wie, która kurtka jest czyjego dziecka i które właściwie do jakiej placówki chodzi i co ty do cholery masz na myśli. W końcu to są TWOJE dzieci. Twoje, jak tylko trzeba się nimi zająć w inny sposób niż zabawa.

Eh, mówię wam. Jasne, że są chlubne wyjątki od tej reguły i pewnie wcale nie jest ich tak mało, co to dom i życie naprawdę traktują jako wspólne i na równi są za nie odpowiedzialni. Gdzie w domach nie słychać jedynie: „Mamo, a zrobisz śniadanie, a pomożesz w lekcjach, a wyprałaś mi strój na wuef”. Tam wszystko się miesza i tak samo jak mama, tak i tata potrafi zrobić śniadanie (czasami nawet lepsze), i wyprasuje dziecku koszulkę do przedszkola, a córce zrobi warkocze.

Przyjaciółka ma faceta. Fajny gość, czarujący, inteligentny. Spotykają się jakiś czas, ale żadnemu z nich nie spieszy się, żeby wspólnie zamieszkać. Co prawda on czyni deklaracje, od czasu do czasu brzmią nawet poważnie, ale najchętniej spędza u niej długie weekendy będąc przez nią obsługiwany. W końcu miłość, ona go kocha. I tak sobie żyli do czasu, kiedy on podczas jej tygodniowej nieobecności u niej mieszkał, bo ktoś JEJ koty musiał karmić. Po powrocie została obdarowana długą listą rzeczy, które musi w swoim domu naprawić: okap, cieknąca zmywarka, żarówki, kontakty, spłuczka w toalecie na górze, zacinające się drzwi od tarasu, trawa do skoszenia w ogrodzie, to było preludium, koniec listy wieńczyło: „Papier toaletowy się skończył”. Nie muszę dodawać, że to był początek końca ich znajomości. W końcu to był JEJ dom, który on po prostu traktował jak dobry hotel, a przynajmniej gospodarstwo agroturystyczne (bo te koty).

Tak wiem, ktoś zaraz powie: chciałyście równouprawnienia, to macie. I okej, ja chcę bardzo RÓWNOuprawnienia, ale dla mnie równo, to znaczy po równo, więc jak ja CI piorę, gotuję i sprzątam, to ty MI żarówki wymieniasz, gniazdka naprawiasz. A jak nie umiesz, to chociaż dzwonisz po gościa, który to potrafi i mu płacisz. I świetnie, i po sprawie, wszyscy są zadowoleni, prawda? Pan zarobił, facet się wykazał, a ty nie musisz już sobie tym głowy zawracać.

Ciekawe, czy dożyjemy czasów, że on te gary wymyje i jeszcze masaż stóp zaproponuje z wdzięczności za pyszny obiad?


Po co kochasz tego pajaca, co to docenić ciebie nie potrafi. A niech idzie sobie w pi*du! Wyluzuj babo

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 października 2017
Fot. iStock/gpointstudio
Fot. iStock/gpointstudio

Zadzwoniła przyjaciółka: „Wiesz, on mnie chyba już nie kocha”. Dobrze, że rozmawiałyśmy przez telefon, bo nie zobaczyła, jak przewracam oczami. „No, a jak nie kocha, to co?” – pytam grzecznie, a po drugiej stronie zapada cisza. „No jak to co? Świat mi się skończy” – słyszę, choć niezbyt pewnie. Po tych słowach następuje długa dyskusja przy butelce wina z jednej strony i z drugiej. Nie będę tu przytaczać szczegółów, bo nie o to chodzi, ale na miłość boską, serio? Jak on przestaje kochać, to już nic nie ma znaczenia i życie jest do niczego?

Wiecie, bez wahania mogę wskazać profile moich dalszych i bliższych znajomych, które doznały właśnie zawodu miłosnego. Te cytaty, memy, te boleści i łzy wylewane nad pajacem, który – umówmy się, nie zasłużył zwyczajnie na twoją miłość.

W takich sytuacjach włącza mi się tryb: „Baby są jakieś dziwne”, bo czyż nie jest dziwne, że tylko w tym jednym jedynym upatrujemy szczęścia naszego życia? Obiadeczki gotujemy, majteczki prasujemy, ciumkamy, wzdychamy i opływamy w zachwytach, jak on nam żaróweczkę wymieni, nożyk naostrzy, czy łaskawie talerz do zmywarki wstawi. Ja pie*dole, że tak powiem. A później łzy, czarna rozpacz, rwanie włosów z głowy i utrata wszelakiego sensu życia następuje. Bo komu teraz te obiadki, sratki i gadki? Komu pokazać, jak wspaniałe jesteśmy, jak wrażliwe, czujne na jego wymagania i uważne na jego potrzeby. Bo o swoich oczywiście już dawno zapomniałyśmy, zresztą kto by pamiętał, jak tu takiego obrastającego w tłuszcz i wygodę typa mamy pod nosem. Przecież my całe życie na niego czekałyśmy, wszystkie nasze starania skierowane były właśnie tam, gdzie jego oko dojrzy naszą miłość i zaangażowanie.

O matko! I najgorsze, że ja tu nie piszę o jakiś wyjątkach, o kobietach zacofanych, co to ledwo czytać się nauczyły, a wychowane zostały jedynie do ogarniania domu, dzieci i tej głowy rodziny, co to od dobroci tejże we łbie się przewraca i wydaje mu się, że niezastąpiony jest. Ja piszę o kobietach wykształconych, mądrych, fajnych i pięknych, z poczuciem humoru, dystansem do świata, który ulatnia się wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się on gotowy wykorzystać jej dobroć i chęć dogodzenia mu byleby tylko z nią został i innej nie uznał za lepszą.

„Ja mu się już chyba nie podobam” – słyszę drżenie w głosie. Strzał w łeb normalnie. No, a jeśli nawet, to świat się zawali? Cześć i czapka, nie doceniasz tego, co masz, to spadaj chłopie na drzewo, ja sobie dam świetnie radę bez ciebie, czego raczej nie można powiedzieć o tobie.

Kurczę, takie jesteśmy świetne. Znam masę cudownych kobiet, które mogłyby mieć świat u stóp, a tymczasem one same padają na kolana szorując podłogę po śladach butów jakiegoś typa, przez którego później płaczą w poduszkę, czują się nic nie warte i co najgorsze – głupie.

Szczerze – najchętniej to bym wzięła i nakopała do tyłka. Spójrz na siebie, na to jak wyglądasz. Zobacz w końcu w sobie fajną dziewuchę, która ma ekstra nogi, albo ekstra cycki albo uśmiech rodem z Hollywood. Serio? Potrzebujesz faceta, żeby czuć się dowartościowana i kochana. A może czas najwyższy ściągnąć różowe okulary przez które to zerkasz na wszystkich facetów i w końcu przyjrzeć się sobie?

Fajna z ciebie babka, zobacz, jak wiele osiągnęłaś, w jakim miejscu jesteś. Naprawdę jest ci dzisiaj na tu i teraz potrzebny facet, któremu obiadki pod nos podtykać będziesz, który nie będzie do ciebie oddzwaniał, nie będzie cię szanował, który wszystkie twoje próby rozmowy kwitować będzie: „Nie histeryzuj” albo jeszcze gorzej: „Masz okres?”.

Nie, żebym nawoływała do porzucania facetów, sama jestem w naprawdę już długoletnim związku, który przeszedł niejedną burzę, nie mówiąc o prawdziwych tornadach. Może dlatego przetrwał i na szczęście jest coraz lepszy, całkiem jak wino, które wypijamy wspólnie od czasu do czasu. Ale jest też taki dlatego, że ja w końcu przestałam się zastanawiać, czy on mnie zostawi, czy porzuci, czy wyrzuci jak zużytą ścierkę na śmietnik. No ja tu bardzo przepraszam, ale jak stary – chcesz odejść to idź w pizdu, ja sobie bez ciebie poradzę. Dlaczego? Bo jestem niezależna, bo nie uwikłałam się w tę relację kompletnie zatracając siebie. Mam swoją pracę, swoje pasje, przyjaciółki, znajomych. Mój mózg nie został zniewolony papką pod tytułem: „musisz mieć męża”. Nie muszę, właściwie nic nie muszę poza jedynym – docenić w końcu siebie i o siebie zadbać. I wcale nie mam tu na myśli dbania dla niego, czy dla kogokolwiek innego. Czas się obudzić i spojrzeć, że kurczę, ty jesteś dla siebie najważniejszą osobą, bez względu na to, czy twój związek trwa dwa czy dwadzieścia lat.

Babcia mojej przyjaciółki mówiła mi: „Wiesz, kiedy będziesz naprawdę szczęśliwa? Kiedy będziesz w stanie wyobrazić sobie życie bez niego, nie jako gorsze, słabsze, tylko inne, ale równie wartościowe”. Noszę te słowa głęboko w sobie, bo są zaprzeczeniem tego tego, kim my kobiety jesteśmy. Przestańmy wylewać łzy, myśleć źle o sobie, obwiniać się o to, że on odszedł, że znalazł młodszą, ładniejszą. Serio go potrzebujesz? Potrzebujesz takiego chama obok siebie, takiego fiuta, który miał cię za nic i za nic miał twoje uczucia? No właśnie. Więc może lepiej podnieść głowę do góry, kupić sobie fajny stanik, w którym poczujesz się kobieco, wyjechać gdzieś na weekend i pomyśleć: „Kurde, jestem zajebista, szczęście będzie miał ten kto mnie pokocha”, a nie odwrotnie!

Amen.


„Kto to rucha?”. Ja pie*dole czy w Polsce nigdy nie będzie szanować się kobiet?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 października 2017
Fot. iStock/stock_colors
Fot. iStock/stock_colors

Kim dla ciebie jestem facecie, który publicznie oceniając kobiety mówisz: „Kto TO rucha”. Kim jesteś ty, który gdzieś w komentarzach piszesz: „Zamiast łazić po mieście, zajęłyby się tym, do czego są stworzone: sprzątania, prania, zajmowania się dziećmi i domem”.

Co trzeba mieć w głowie, by kobietę nazywać grubą foką, którą tylko Greenpeace mógłby tylko zabrać.

Jakim trzeba być skończonym fiutem, by w ogóle myśleć, że kobiety są do ruchania, gotowania i usługiwania tym, którzy te swoje nad wyraz debilne opinie wyrażają.

Od kilku dni czytam o Czarnym Proteście, o tym co przed nim, co po nim. O nas kobietach, którym są ograniczane prawa. Czytam i ogarnia mnie coraz większe przerażenie na to, co myślą ludzie i nie mają w sobie żadnego hamulca, żeby swoje opinie wyrażać.

Ku*wy, dziwki, szmaty, bezmózgi, lampucery, to tylko niektóre z inwektyw, które padają w stronę kobiet, także tych, które na demonstracjach nie stanęły. Padają w stronę każdej kobiety, która ośmiela się zabrać publicznie głos i wyrazić swoje zdanie jakże odmienne od poglądów tych facetów, co chcieliby je widzieć jedynie w kuchni, którym podczas seksu każą powtarzać jacy są świetni i jakiego mają dużego, bo sami nigdy w siebie nie wierzyli, a od kompleksów roi się w ich głowach.

I nie chcę tu roztrząsać kwestii praw kobiet, wolności i polityki. Nie dlatego, że nie są dla mnie ważne, bo wręcz przeciwnie – są bardzo. Chodzi mi o to, jak długo damy się jeszcze tak „ruchać”. Jak długo pozwolimy na to, by mężczyźni uważali nas za ludzi jakieś gorszej kategorii.

Kiedy postawimy jasno granicę: „Stary dzisiaj ja myję gary, jutro robisz to ty, jeśli ci nie pasuje spadaj, nie jesteś tym, z którym chcę spędzić życie”. I niech te gary będą symbolem wszystkiego, co w nas uderza. Począwszy od tego, że oczekuje się od nas pełnej gotowości do bycia matką, żoną i kochanką po tę, która zarabia kasę i współutrzymuje dom.

Halo, proszę pań! Nie tędy droga. Co z tego, że my się naginamy, staramy. Co z tego, że wierzymy, że im więcej z siebie damy, tym więcej faceci zrozumieją. Gówno zrozumieją. Oni mają w głębokim poważaniu to, co my im chcemy zaoferować – fajny dom, mądrą i świadomą siebie kobietę, która chce zbudować partnerski związek. Nie, oni chcą żebyśmy co wieczór rozkładały nogi z wielka ochotą chwilę wcześniej podsuwając im pod nos talerz z żarciem. I tak, mówię to z pełną odpowiedzialnością. Bo dopóki faceci będą tolerować wypowiedzi innych facetów w tonie eksperta występującego w publicznej telewizji, to nic się nie zmieni.

Możemy sobie mówić, że to nie dotyczy mojego męża, on jest inny. Ale czy naprawdę? Przez chwilę pomyślcie, czy gdybyście powiedziały: „Kochanie, rzucam pracę, od dziś zajmuję się tylko domem i dziećmi, i jestem gotowa na seks z tobą o każdej porze”, to czy on by na to nie przystał. Czy by nie przyzwyczaił się do tego szybciej niż do godzin odbierania dzieci z zajęć? Jasne, że tak, bo jemu byłoby wygodnie. Baba w domu, nie słucha głupot, nie w głowie jej awanse i praca, jest na każde skinienie, ogarnia wszystko co ogarnąć powinna, łącznie z jego penisem, więc o co chodzi.

Hej, my same sobie to robimy. To my pozwalamy, żeby o nas tak myślano. Nie sprzeciwiamy się, gdy jeden z drugim krzyczy za nami, że fajna z nas dupa i że z chęcią coś by z nami zrobili i nie mają na myśli zabawy w chowanego. Nie uczymy naszych synów, żeby szanowali kobiety. Syn mojej znajomej ostatnio powiedział: „A ona to taki pasztet”… Zamarłam, ona nie zareagowała, ojciec też nie, ale ja nie wytrzymałam. Że jak to można o kimś tak mówić, jak obrażać i czy chciałby, by o nim ktoś tak się wypowiadał, czy myślał, jak to o nim świadczy. Zaczerwienił się. Matka spojrzała na mnie ze zdumieniem i zapadła dość mocno ciążąca wszystkim cisza… No ja pie*dolę. A co matka by powiedziała, gdyby syn ją tak nazwał? Uśmiałaby się po pachy rozwodząc się nad jego językowymi zdolnościami?

To jest dramat. Od dłuższego czasu obserwuję język, jakim posługują się publicznie faceci. Szowinistyczny, chamski i prostacki (tak wiem, że wśród nich są też kobiety, ale dzisiaj nie o nich) i wiecie co jest najgorsze, że mówiąc o nas, kobietach, o każdej z nas, każdej bez wyjątku „Kto TO rucha” dają przyzwolenie tym facetom, którzy tak właśnie o nas myślą, mówić głośno. Przeraża mnie, jak wielu przepełnionych jedną słuszną wizją patriarchatu mężczyzn obraża kobiety, a jeszcze bardziej przerażają mnie kobiety, które im przytakują i wtórują.

W głowie mi się to nie mieści. Mówię poważnie. Mój mózg nie jest w stanie tego ogarnąć, jak można być tak ograniczonym, tak pełnym nienawiści, a jednocześnie strachu, że kobiety strącą jednego z drugim z piedestału, że dzisiaj od wielu tych imbecyli są zwyczajnie lepsze, fajniejsze, mądrzejsze. Są wykształcone, świetnie zarabiają, są fantastycznym kierowcami, realizują swoje marzenia i pasje. Są kimś. W przeciwieństwie do nich.

I myślę, że oni tego się boją. Boją się naszej siły, naszej pewności siebie, tego, że za chwilę nie pozwolimy sobą pomiatać, że już teraz niektóre z nas potrafią postawić nieprzekraczalne granice, że mamy własne zdanie i solidne argumenty do jego podparcia.

Drogie panie, przestańmy zamykać oczy i uszy na to, gdy ktoś nas obraża, gdy obraża nasze poglądy, gdy wyśmiewa i umniejsza to, kim dzisiaj jesteśmy. Niech każda z nas wykona choć jeden gest, powie chociażby: „wypie*dalaj”, bo oni czasami tylko to są w stanie zrozumieć. Może wtedy nikt już nie odważy się spytać: „Kto to rucha”bo zwyczajnie dostanie w zęby od… innego faceta.

P.S. Jeśli ktoś chce ze mną dyskutować, proszę, niech najpierw obejrzy to i dopiero wtedy zabiera głos…