Hanna Dunowska: „Kryzysy nie zdarzają się tak po prostu, bez przyczyny, chcą nas do czegoś przygotować albo od czegoś oderwać”. Jak wyjść z kryzysu?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 października 2017
Arch. prywatne
Arch. prywatne

„W momencie, kiedy jest się w kryzysie, człowiek nie ma możliwości wyobrazić sobie, jak potoczy się jego życie. Trzeba tylko się otworzyć i iść – jak we mgle; nie widzę, gdzie idę, ufam temu, że to co stoi na mojej drodze, jest tym, co ma stać i co ja mam wziąć” – mówi Hanna Dunowska, która na wiele lat utknęła w kryzysie, kiedy czuła, że nie jest ani dobrą aktorką, ani matką, ani żoną. Jednak kryzysy zdarzają się nam po coś, pozwalają wyciągnąć rękę po to, co staje na naszej drodze. Co stanęło na drodze Hanny Dunowskiej, a co ty możesz spotkać na swojej?

Zastanawiałam się, co takiego musi się wydarzyć, że postanawiamy zmienić nasze życie? Że kończymy wieloletni związek, odkrywamy w sobie nowe możliwości, pasje, umiejętności? Była Pani aktorką, dzisiaj jest też terapeutką, jak długą drogę trzeba było przejść, by odważyć się na takie zmiany?

Hanna Dunowska: W moim życiu pojawił się taki czas, kiedy wyciszyły się zupełnie wszystkie oferty zawodowe. Tak, jakbym wpadła w dziurę. Miałam tylko moje drugie małżeństwo, w którym zaczęły się trudne rzeczy dziać – dom, który właśnie budowaliśmy i dziecko w drodze. Głos wewnętrzny mówił mi, że to ma być czas na moje świadome macierzyństwo.

Swoją córkę, urodziłam tak trochę w biegu robiąc dyplom w szkole teatralnej, grając z moją własną ciążą postać ciężarnej. Kiedy Joasia pojawiła się na świecie, pisałam pracę dyplomową, chodziłam z nią do szkoły, do biblioteki, była jakby dodatkową częścią mojego życia, ale nie główną, niestety.

Teraz, kiedy na to patrzę, żal mnie ogarnia, że straciłam coś, co jest bezpowrotne – radość z pojawienia się i opiekowania własnym dzieckiem. Szkoda mi tego czasu, żałuję. Nie byłam niestety, wewnętrznie dojrzała na dziecko, miałam w głowie budowanie mojej kariery zawodowej.

Natomiast, kiedy urodził się Julek, pomyślałam: teraz się ukierunkuję na bycie mamą. Na początku rzeczywiście tak było, ale po roku bycia w domu i zajmowania się dzieckiem już mnie coś wypychało w świat, już byłam bardziej zniecierpliwiona. Poczułam się jak we własnej pułapce. Macierzyństwo już mi nie wystarczało. To, czego chciałam, to wyjść poza dom, wrócić do pracy, coś robić w świecie, chociaż nie bardzo wiedziałam co. Ale los był twardy i nie dość, że już byłam w tym domu tak bardziej z obowiązku niż z serca, to jeszcze byłam w nim ciągle sama .

W takim momencie życia, w takim rozdarciu, człowiek zaczyna myśleć o sobie, o tym, kim ja tak naprawdę jestem. Jestem mamą, jestem żoną, ale inaczej to wszystko sobie wyobrażałam, myślałam, że będziemy razem nasz dom tworzyć, wspólnie to nasze życie prowadzić. A tu okazało się, że dom na mojej głowie, dziecko na mojej głowie, że muszę sama wszystkiemu podołać, bo mąż w pracy, a jak wraca, jest zmęczony. To było trudne, bo ciąża i poród zabrały ze mnie na wiele miesięcy wszystkie siły i całą energię. Długo dochodziłam do siebie po porodzie.

Może to było naiwne myślenie, może mało dojrzałe, może wynikające z ogromnych deficytów uczuciowych (zwłaszcza ze strony ojca), jakie ciągnęły się za mną od dzieciństwa.

Doskwierała mi samotność, moje samopoczucie było coraz gorsze. Zaczęłam dzwonić do agencji, po różnych miejscach, gdzie tylko mogłam się przypomnieć. Owszem dostawałam propozycje wzięcia udziału w castingu. I oczywiście jeździłam wszędzie, gdzie się dało, jeździłam z Julkiem. Moja córka, która wtedy była nastolatką, pomagała mi. Ja szłam na casting, a ona chodziła z wózkiem. Było bardzo trudno, a do tego nic mi z tych castingów nie wychodziło.

Ta moja dziura zawodowa trwała pięć czy nawet sześć lat. Do tego doszły coraz większe pretensje mojego męża, większe poczucie niespełniania się w roli żony. Poza tym zaczynało we mnie kiełkować przekonanie, że nie daję mojemu synowi tyle, ile powinnam. Pytałam siebie: kim ja jestem, skoro ani dobrą żoną, ani matką, ani aktorką. Dlaczego nic mi w życiu nie wychodzi? Dlaczego ciągle utykam?

Był to straszny okres, nie zarabiałam, nie miałam swoich pieniędzy, byłam zależna. Tymczasem mam w sobie bardzo silną potrzebę niezależności, w dorosłym życiu zawsze samostanowiłam o sobie. Byłam energiczna i aktywna i z taką JA się utożsamiałam. Kiedy zderzyłam się z inną JA – nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić.

Ale jak długo można w tym trwać?

Okazuje się, że długo… Choć widzimy, że stoimy w miejscu, że nic się nie dzieje, że nasz związek się rozsypuje, a wszelkie próby zmiany status quo nie przynoszą efektów…

Zaczęłam wątpić w swoje umiejętności, w swoje możliwości. Myślałam: przecież gdybym byłą dobrą aktorką, to by mnie chcieli. Gdybym była dobrą żoną, on by mnie kochał…

Kiedy teraz o tym myślę, widzę jak bardzo ciężki był to dla mnie czas. Nawet pod względem towarzyskim zrobiła się jakaś pustka… Dziadostwo. I ja tak w tym trwałam. To był olbrzymi kryzys.

Poczucie, że już w żadną stronę nie można pójść, że stoi się pod ścianą?

Tak, kiedy nie ma się nawet siły, by na tę sytuację się zdenerwować, tu zamiast: „Ku*wa mać, o co chodzi”, jest raczej „O Jezu…”.

I jeszcze rak?

To był koniec września, mój mąż wyjechał robić zdjęcia do kolejnego filmu, a ja pomyślałam, że może czas się wziąć za siebie. Taki był pierwszy impuls: chociaż się przebadam. Nie chodziłam do lekarzy prawie w ogóle. Nic mi nie dolegało, uważałam się za zdrową fizycznie osobę, natomiast nie zdawałam sobie sprawy, że psychicznie jest coraz zgorzej. I diagnoza: nowotwór piersi…

Najpierw nie dowierzałam, ale skoro słyszę i widzę na USG, to musi być prawda.

Diagnoza okazałą się momentem zwrotnym, poczułam mocno, że ja nadal chcę żyć, że nie chcę się poddać. Odezwała się we mnie stara Hania, energiczna harcerka, co nie da sobie w kaszę dmuchać, poradzi sobie ze wszystkim. Obiecałam sobie, że wygram z tym rakiem. To był mój cel.

A że zawsze byłam zainteresowana medycyną naturalną postanowiłam zadbać o siebie także w tym obszarze. Zupełnie przypadkiem trafiłam na cudownego człowieka, który był bioenergoterapeutą, czerpał swoją wiedzę od ludzi, którzy mieszkają w odległych zakątkach ziemi. Pod wpływem impulsu zadzwoniłam do niego mówiąc: „Mam raka, potrzebuję porozmawiać z panem”. Nie miał terminów, ale oddzwonił po 15 minutach mówiąc: „Pani Hanno jutro mogę się z Panią spotkać”.

Mówię o nim, bo to był ważny człowiek, który potem pokierował moim wejściem w inny obszar życia, ten bardziej duchowy. ponieważ, aby dobrze w życiu funkcjonować trzeba się rozwijać, poznawać siebie. Człowiek jest istotą fizyczno-duchową, nie może koncentrować się tylko na swojej fizyczności i życiu materialnym; musi zadbać o swojego ducha. W przeciwnym razie żyje taki jak na pół gwizdka, połowicznie.

To właśnie Marek Pilkiewicz ( już nie żyje) podsunął mi pierwsze książki, pod wpływem których inaczej zaczęłam patrzeć na siebie, na swoje życie, czułam, że idę w dobra stronę.

Podobno, gdy my otwieramy się na to, co jest w nas, to świat otwiera się na nas…

Absolutnie! To już Paulo Coehlo napisał, że jeśli wejdziesz na właściwą ścieżkę, to cały świat będzie ci sprzyjał. Jedni mają do tego bardzo sceptyczny stosunek, a ja nie, wierzę w to, dlatego, że sama tego doświadczyłam. Wierzę, że jest gdzieś w nas ukryty bardzo głęboko wewnętrzny głos, który mówi nam, gdzie mamy iść, który nas popycha we właściwą stronę.

Czujemy zgodę na to?

Tak i to jest wtedy zgoda bez wątpliwości. Proszę zauważyć, że często mamy zgodę na coś, ale jednak ją warunkujemy. Ja w tamtym momencie swojego życia poczułam, że to jest absolutnie to, czego chcę. Wracając do tego, że kiedy sprzyjasz sobie, świat sprzyja tobie – tak się zadziało. Wtedy właśnie dostałam pracę – prowadzenie warsztatów aktorskich. Nie zastanawiałam się ani chwili, bo potrzebowałam swoich pieniędzy. Potem nagle zadzwoniła do mnie agentka z Wrocławia z propozycją zagrania w serialu „Pierwsza miłość”. Później odezwała się Ilona Łepkowska proponując rolę w „Barwach szczęścia”. Jakby się coś otworzyło. To było niesamowite…

W trakcie leczenia zbliżyłam się bardzo do siebie samej. Od pewnych mądrych ludzi usłyszałam, że choroba, która mnie dotknęła, to jest rak mojej duszy, że strasznie dużo w moim życiu było smutku, cierpienia, samotności. Postanowiłam to zmienić, bo nie chciałam już tak żyć. Chciałam więcej radości, więcej zaufania, do tego, co się pojawia na mojej drodze. I przede wszystkim nie lekceważyć żadnych swoich odczuć, a wręcz słuchać i podążać za nimi.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Stąd wzięła się psychoterapia?

Sama myśl przyszła właściwie przypadkiem, a raczej znowu została mi jakby podsunięta. Kiedy leżałam w szpitalu, natknęłam się na reklamę Letniej Szkoły Psychologii Procesu. Zatrzymało mnie to, zwłaszcza, że jedyny terapeuta, z którym rozmawiałam, kiedy się rozchorowałam, był właśnie terapeutą psychologii procesu. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Gdy zobaczyłam ogłoszenie, pomyślałam: ja tam chcę, ja tam muszę pójść.

Napotkałam opór. Mój mąż powiedział, że nie stać nas na to, pytał, co będzie z Julkiem, jak sobie to wyobrażam. A ja nigdy w życiu nie miałam takiego autentycznego przekonania, że ja tam muszę być, żeby się waliło, paliło, tam jest moje miejsce. Wszystko przezwyciężyłam i męża i pieniądze, i poszłam. Po raz pierwszy stanęłam tak mocno za sobą i za impulsem, po raz pierwszy od tego wielkiego sześcioletniego dołu.

To był cudowny miesiąc. Wychodząc po ośmiu godzinach zajęć już chciałam, żeby był kolejny dzień. Kiedy letnia szkoła się skończyła, wiedziałam, że chcę studiować psychologię zorientowaną na proces, że chcę zostać psychoterapeutką. Spełniała się moja afirmacja: żeby spotkać na swojej drodze coś, co by mnie rozwijało, co dawałoby poczucie spełnienia, satysfakcję i jeszcze jakieś pieniądze. Teraz uważam, że to było po prostu na mojej drodze, ja tylko to zauważyłam i odważyłam się po to sięgnąć… Gdyby nie ten okres sześcioletniej ciszy i smutku, może bym to przegapiła, może nadal byłabym tylko aktorką i czekałabym, aż telefon zadzwoni i dostanę upragnioną rolę.…

Nie byłaby Pani w tym miejscu, co dzisiaj?

Nie byłabym. Tam bym została, szukałabym nowych ról, rozwijałabym się jako aktorka, może i nawet odnosiła jakieś sukcesy. Mój rozwój osobisty pewnie by posuwał się do przodu, ale z pewnością nie tak, jak to się zadziało.

Jak ważne okazuje się zatrzymanie i skorzystanie z kryzysu, który się nam przytrafił?

Przede wszystkim trzeba mieć zaufanie do losu, trzeba zrozumieć że wszystko przytrafia się nam po coś i, że gdy jesteśmy w tej dziurze, warto mieć w sobie akceptację na to, ale również uszy i oczy pozostawić szeroko otwarte na to, co przynosi życie.

Uważam, że nie należy zamykać się, ale zaakceptować, że coś się musi w nas wyciszyć, aby coś mogło się otworzyć na nowe, które ma przyjść. Kryzysy nie zdarzają się tak po prostu, bez przyczyny, chcą nas do czegoś przygotować albo od czegoś oderwać, albo po prostu przestawić zwrotnicę na naszym torze życie w zupełnie inną stronę. Bo coś już się dopełniło, albo za daleko odeszliśmy od naszych marzeń, albo zagubiliśmy się, straciliśmy kontakt z naszą duszą.

Teraz wiem, że te sześć lat było czasem wyciszenia mojego myślenia: jestem aktorką i chcę nią być, chcę się rozwijać jako aktorka. Było czasem na zbudowanie życia rodzinnego, na macierzyństwo, czasem na kontemplację. Wiem, że nie wykorzystałam tego momentu w pełni, ale wzięłam tyle, ile umiałam. Zrobiłam tyle, ile byłam w stanie. I też dobrze. To było przygotowanie do wejścia w głębszy obszar mnie samej. I myślę, że ten rak był mi potrzebny, bo inaczej bym się nie zatrzymała. I wszystko, co się pojawiło w moim życiu było potrzebne, łącznie z tą cholerną chemioterapią, podczas której naprawdę myślałam, że umrę…

Kiedyś ludzi oceniałam biało-czarno, uważałam, że jak wlazłeś w gówno, to wyjdź, zrób krok do tyłu i już, nie podoba ci się, to powiedz „do widzenia”. Wydawało mi się to takie łatwe i oczywiste.

Przecież to ty decydujesz o swoim życiu.

Właśnie, prawda? Dopiero, kiedy doświadczyłam tylu rzeczy w moim życiu, przeszłam przez to, co przeszłam w moim małżeństwie okazało się, że nie wszystkie decyzje są proste, że powiązani jesteśmy na różnych poziomach, że wszystkiego odciąć się nie da… Na jednym poziomie mówię: „pie*dolę to wszystko”, a na innymi pojawia się zbyt wiele „ale”.

Zaczęłam odkrywać wszystkie szarości, jak trudne są czasami życiowe decyzje.

To takie zwrócenie uwagi na siebie?

Tak, skierowanie wektora na to, co czuję, co myślę. Nazywam to kontaktem ze sobą, uważnością na wszystko, co mi się w życiu przytrafia, co mnie spotyka, bycia otwartym, na to, co podsuwa nam życie – sytuacje, ludzi. To wszystko ma ukryty sens, musimy tylko chcieć to zobaczyć, zatrzymać się i dać temu szansę. Być blisko ze sobą w kontakcie.

Przez pół mojego życia byłam odcięta od siebie, robiłam mnóstwo różnych rzeczy i wydawało mi się, że tak się powinno robić. Wielokrotnie traktowałam siebie tak bardzo po macoszemu, nie zwracałam uwagi, że coś mnie w moim życiu uwierało.

Ważne, żeby dać sobie szansę pójścia tą drogą, którą uważamy, że jest słusznie. A przecież bywa, że nawet w kryzysie robimy coś wbrew sobie.

A dlaczego? Ze strachu. Człowiek, który jest w kryzysie ma bardzo mało energii, jest zagubiony, wytrącony ze swojej równowagi. Zaczynają go wówczas dopadać różnego rodzaju strachy: nie dam sobie rady, nie podołam. Do tego spada poczucie własnej wartości i taki człowiek ima się różnych okazji, które mu się przytrafiają, nie myśląc o tym, żeby wsłuchać się w siebie, zadać sobie pytanie, czego mi tak naprawdę potrzeba.

Pani podjęła decyzję o rozwodzie.

Do podjęcia decyzji o zmianach jest potrzebna wewnętrzna siła. Trudno ją wykrzesać w kryzysie, ale w procesie wychodzenia z niego, jest łatwiej. Po roku studiowania w Dwuletnim Studium Psychologii Procesu przy Instytucie Psychologii Procesu, biegając na terapie, zaczynałam zbierać siebie do kupy. Niby na tych moich sesjach terapeutycznych nie wydarzały się jakieś fajerwerki, ale każda coś mi dawała. Zaczęłam mówić, nazywać myśli, emocje, przyszedł moment zastanowienia się nad sobą – co mówię, co czuję… Miałam na początku wielkie kłopoty z tym, by zwerbalizować, co się ze mną dzieje…

Wszystko się rozsupłuje?

Tak, bo kiedy człowiek słyszy, co mówi, to już jest terapeutyczne. Nagle zaczęłam na sytuację w moim małżeństwie patrzeć innymi oczami. Nie czułam się taka strasznie słaba, zaczęłam wreszcie oddzielać to, co mówi mój mąż do mnie. Dotarło do mnie, że to, co on mówi, jest w jego głowie, on tak myśli, ale to nie jest wcale prawda o mnie. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, jego słowa przestały mnie ranić. Przestałam wrzucać to w siebie i powtarzać, że pewnie jestem taka, jak on mówi.

To był kolosalny krok do przodu. Zaczęłam precyzować sobie, czego nie chcę, na co nie daję zgody. Zdałam sobie sprawę, że nie chcę być tak traktowaną, że nie daję zgody na to, by tak do mnie mówiono, nie ma we mnie zgody, że nie jestem kochana. Nie chcę, ja chcę być kochana! Więc po cholerę tkwić w miejscu, w którym jest mi źle. Nie chcę. Chcę zawalczyć jeszcze o swoje szczęście. To było dla mnie bardzo ważny moment, bo będąc już w takim miejscu mogłam powiedzieć: „Paweł, chyba najlepiej będzie, jak się rozstaniemy”. Straszne trudno jest to powiedzieć. „Źle się w tym czuję, jest to dla mnie koszmarne, a jeśli ja tak czuję, to tobie też musi być źle”.

Pozostając w kryzysie nie miałabym siły na to, pojawiałyby się tysiące wątpliwości – jest dziecko, nie dam sobie rady, nie mam pracy, co zrobię z domem. Ale kiedy zbierzesz siły, kiedy wchodzisz na tę właściwą ścieżkę, kiedy budujesz siebie na nowo, poznajesz swoje pragnienia i potrzeby, czujesz, że możesz wszystko, co jest w zgodzie z tobą.

Wbrew pozorom szybko sprzedaliśmy dom, chwilę później znalazłam działkę w Milanówku, postawiłam na niej swój dom. Później posypały się propozycje pracy. Zaczęłam praktykę jako terapeutka i dzisiaj pomagam innym wyjść z kryzysów, które ich spotykają. Oczywiście to nie znaczy, że było już tylko różowo, ale jakoś wszystko posuwało się do przodu.

I szczerze – ja bym tego nie wymyśliła. W momencie, kiedy jest się w kryzysie, człowiek nie ma możliwości wyobrazić sobie, jak potoczy się jego życie. Trzeba tylko się otworzyć i iść – jak we mgle; nie widzę, gdzie idę, ufam temu, że to co stoi na mojej drodze, jest tym, co ma stać i co ja mam wziąć.

Tylko tak ciężko jest nam sobie zaufać…

Ciężko nam sobie zaufać i uwierzyć, że to, co się dzieje, jest dla nas dobre, bo ma nas wykopać w inną stronę, coś ważnego ma się jeszcze zadziać w naszym życiu.

Dzisiaj jest pani bardziej terapeutką czy aktorką?

Dzisiaj – terapeutką. Ale aktorką jestem nadal i nie chcę z aktorstwa rezygnować. Jestem wdzięczna aktorstwu za to, że mogłam odnaleźć w sobie różne kawałki – zachowania, uczucia, reakcje – które należały do postaci, które grałam, a które może nigdy bym nie miała szansy nawet dotknąć w życiu prywatnym. Stać się kimś innym i poczuć to, czego pewnie nigdy w swoim życiu bym nie doświadczyła i nie poczuła. To strasznie lubię w aktorstwie, tu cała moja emocjonalność zawsze miała świetne ujście. A teraz myślę, że jako aktorka tę moją emocjonalność przetrawiając przez wszystkie doświadczenia i głębie, mogłabym przekuć na ciekawe role. Dlatego marzy mi się, by jeszcze zagrać. Marzy mi się rola dojrzałej i mądrej kobiety. Na pewno nie chcę z tego rezygnować. Może coś mi się jeszcze przytrafi.


10 sygnałów, że małżeństwo zakończy się rozwodem, zdaniem organizatorów ślubów

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
9 października 2017
Fot. iStock /  momcilog
Fot. iStock / momcilog

Moda na zatrudnienie organizatora ślubu przy planowaniu tej ważniej uroczystości przyszła do nas ponad dziesięć lat temu. Dziś już więc nikogo nie dziwi, jeśli para młoda korzysta z usług profesjonalnej firmy. Tymczasem wedding planner spędza z narzeczonymi wystarczająco dużo czasu, by ich dobrze poznać, a czasem nawet, że zdumiewającą dokładnością przewidzieć, czy ich związek przetrwa.

10 sygnałów, że małżeństwo zakończy się rozwodem, zdaniem organizatorów ślubów

1. Panna młoda/pan młody z piekła rodem

Brak szacunku i pogarda dla partnera czy partnerki, jędzowaty charakter, wyzwiska… Emocje związane z przygotowaniami do ślubu potrafią w niektórych wyzwolić najgorsze cechy. Co będzie, gdy para napotka w swoim wspólnym życiu poważne problemy? Nietrudno przewidzieć jak żona lub mąż, który nie panuje nad sobą jeszcze przed zawarciem małżeństwa potraktuje swoją drugą połówkę po ślubie.

2. Podczas wznoszenia toastu/ ślubnych przemów, mowa jest jedynie o pannie młodej/panu młodym

Jeśli twoi znajomi lub członkowie rodziny lekceważą osobę, z którą planujesz spędzić życie, lub boją się o niej wspominać, pora przestać udawać i zastanowić się o co tutaj chodzi. To są przecież ludzie, którzy cię kochają i życzą ci jak najlepiej. Może dostrzegli coś, czego ty nie widzisz?

3. Tylko jedno z partnerów podejmuje wszystkie decyzje związane ze ślubem

W dodatku próbując zataić przed drugim jakieś szczegóły (np. „narzeczony nie musi wiedzieć o tym zaproszeniu”). To bardzo zły znak, mówiący wiele o tym związku, w którym prawdopodobnie brak jest szczerości, a jedna ze stron stara się zdominować drugą, nie biorąc pod uwagę jej potrzeb.

4. Narzeczeni są bardziej zainteresowani ślubem niż samą relacją. 

Proces planowania ślubu jest niezwykle romantycznym przedsięwzięciem. Zdarza się jednak, że zamiast emanującej od młodej pary miłości i fascynacji sobą nawzajem, widzimy dwoje młodych ludzi podekscytowanych organizacją wielkiej imprezy, gotowych wydać ostatnie pieniądze (swoje lub rodziców), aby zyskać spektakularny efekt. A co potem?…

5. Narzeczony nie reaguje, gdy jego rodzice obrażają/strofują przyszłą synową

Teściowa krzycząca na pannę młodą podczas ślubu, teść strofujący pana młodego, że źle wznosi toast i że „ktoś tam” (np. były narzeczony jego córki) zrobiłby to lepiej? Dla jednych niewyobrażalny pokaz prostactwa, dla innych jasny sygnał, kto będzie chciał rządzić w tym małżeństwie. Zwłaszcza, jeśli druga strona nie stanie natychmiast w obronie partnera.

6. Nadużywanie alkoholu podczas wesela

A to się zdarza, częściej niż myślicie. Pan młody, który dosłownie „spada pod stół” przed końcem imprezy, wywołuje (nie wiadomo dlaczego) ogólną wesołość wśród zebranych i wściekłość żony. Nie ma co tłumaczyć nerwami, emocjami, przejęciem i zmęczeniem. Takie zachowanie jest bardzo niepokojące, bo oznacza, że jedno z partnerów próbuje radzić sobie ze stresem za pomocą alkoholu.

7. Para wita swoich gości weselnych oddzielnie

To znaczy, ona rzuca się w ramiona swoim przyjaciołom i zapomina o istnieniu swojego świeżo poślubionego małżonka. On nie przedstawia jej krewnym, których jego żona widzi na oczy pierwszy raz w życiu. Gdzie się podziało to „razem”?…

8. Jedno z narzeczonych nie przejawia zainteresowania organizacją ślubu

Panowie z reguły nie skupiają się za bardzo na detalach takich jak kwiaty, faktura zaproszenia, kolor dekoracji, ale jeśli przy tym pokazują całkowity brak wsparcia emocjonalnego dla swojej wybranki, prawdopodobnie nie są tak bardzo zaangażowani w tę relacje jak im się wydaje.

9. Narzeczeni zadłużają się, żeby zorganizować ślub

Bardzo ryzykowne jest wydawanie pieniędzy, których się nie ma. Niefrasobliwe rozpoczynanie „nowej drogi życia” z kredytem zaciągniętym po to by zorganizować sobie ślub pod hasłem „zastaw się, a postaw się” nie wróży dobrze domowemu budżetowi.

10. Lekceważone są potrzeby gości lub jednego z małżonków

Ślub spełnieniem marzeń tylko jednego z partnerów? Co można powiedzieć o dalszym życiu z osobą, która podczas tak ważnej uroczystości nie troszczy się o komfort swojej drugiej połówki, ani zaproszonych na ślub, najbliższych osób?


Na podstawie: huffingtonpost.com

 


„Zaszłam w ciążę, a on mówił, że to dziecko ma kilku ojców”. Akcja „Napisz nam swoją historię”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 października 2017
Fot. iStock / da-kuk
Fot. iStock / da-kuk
Byłam w trakcie rozwodu, kiedy się poznaliśmy. Wszystko zaczęło się banalnie, a zarazem z dnia na dzień brnęłam w miłość bez odwzajemnienia, w związek bez przyszłości nie wiedząc co dopiero mnie czeka. I ile zmartwień i łez mi przysporzysz!

Wiedziałeś w jakiej znajdowałam się sytuacji. Wiedziałeś, że mój rozwód był długi i ciężki i przez co przeszłam przez 14 lat małżeństwa!W trakcie rozwodu spotykaliśmy się dzień w dzień, kochaliśmy się jak szaleni, gdzie tylko popadnie. W głowie miałam wiele planów i problemy, które się piętrzyły.
W pewnym momencie zaczęłam remont mieszkania, w którym miałam zamieszkać razem z córką. Przytłaczały mnie kredyty i praca za biurkiem po 12 godzin. I nagle niespodziewanie przychodzi szok – nieplanowana ciąża. Gdy zobaczyłam dwie kreski, byłam najszczęśliwszą kobietą na ziemi, mimo iż wiedziałam, że ty jako ojciec maleństwa raczej nie będziesz szczęśliwy z tego powodu. I miałam rację!
Nagle odwróciłeś się od mojej osoby, unikałeś twierdząc, że musisz sobie to wszystko przemyśleć i że to szok jest dla twojej mamy! Dziwne to było dla mnie, bo przecież tak nie zachowuje się dorosły mężczyzna. I dziwne to było, bo wszyscy wiedzieli o nas.
Chwilę po tym nasi wspólni znajomi doprowadzają do machiny, która niszczy mi życie. Od plotki do plotki dopiąłeś mi metkę tej łatwej, tej która wrabia cię w dziecko. Słyszałam, że ta istotka nie jest twoja, że ma kilku ojców. było mi przykro i ciężko mi zrozumieć, jak można wymyślić taką historię, która odbija się na naszym maleństwu!!!
Znosząc te wszystkie upokorzenia od twojej osoby i ze strony Twojej rodziny czułam, że odebrałeś mi godność. Straciłam pewność siebie. Idąc ulicą czułam na sobie wzrok innych i wytykanie palcami – to ta puszczalska.Wiele razy łapałam się na tym, że rozmawiając z kimś zastanawiałam się jaką ta osoba ma opinie na mój temat. Chciałam z Tobą rozmawiać, wytłumaczyć się, ale mnie unikałeś i nagle po dwóch miesiącach dałeś mi ultimatum – badania na ojcostwo w trakcie ciąży albo nie istnieję dla Ciebie!
Nosiłam w sobie Twoje dziecko, maleństwo, które było moim największym marzeniem. Czułam jak ta mała istotka bardzo się niepokoi! Było mi ogromnie źle, że to niczemu winne maleństwo jest na ustach całego miasta. Było mi przykro, że Ty sam opowiadasz, że to nie Twoje dziecko i że ojcem może być mój były mąż.
Czułam się jak zero, jak kobieta bez wartości! Nie pomagało nic. Moje zapewnia, że mówię prawdę… Najważniejsze były opinie innych, ale nie to co ja mówiłam. Zgodziłam się na badania myśląc, że w końcu będziesz miał wszystko czarno na białym i miałam nadzieję, że skończy się to całe nieporozumienie. Mimo tego i tak do siódmego miesiąca ciąży byłam dla Ciebie obca. Traktowałeś mnie z pogardą i chamstwem. Już wtedy widać było, że nic dla Ciebie nie znaczyłam!
Kiedy dostałeś wyniki padłeś na kolana przepraszając i prosząc o wybaczenie.Wybaczyłam i nie dla siebie, czy dla ciebie, ale dla naszej córeczki, której tak bardzo oczekiwałam, bo chciałam, aby wychowywała się w pełnej rodzinie. Obiecywałeś mi tak wiele. W dniu porodu trzymałeś mnie dzielnie za rękę, kiedy nasza córka przychodziła na świat. Miałeś się odciąć od rodziny, ale to nie doszło do skutku, wiele nieporozumień wynikło przez Twoją mamę i siostrę, pamiętasz? Nawet w momencie, kiedy nasza kruszynka przyszła na świat, byłeś za tym, aby nasza córka nie chodziła do Twojej rodziny. Twierdziłeś  że oni mnie nie akceptują i dziecka też nie, ale ja bardzo chciałam, aby ona miała rodzinę, bo przecież moi rodzice nie żyli, a rodzeństwo miałam za granicą.
Jedyną osobą, jaka była mi najbliższa, była moja 13-letnia córka i nasza kruszynka, która przyszła na świat! Prosiłam, abyś porozmawiał ze swoją rodziną, aby ją zaakceptowali, ale to wszystko odwróciło się jeszcze bardziej przeciwko mnie! Otwarcie mi mówiłeś, że Twoja rodzina mnie nienawidzi! Godziłam się na wszystko, aby tylko Twoja rodzina i znajomi zrozumieli jaki błąd popełnili. Starałam się i im wybaczyć, bo wiem że rozpamiętywanie nie miało sensu, ale po czasie zrozumiałam że sensu nie ma nasz związek .Pozwalam Ci na wiele,  na wyjście do dyskoteki, kiedy ja sama siedziałam z małą, na wracanie do domu rano, pijany do nieprzytomności. Na to, że wszystko było na mojej głowie! Nie interesowały Cię potrzeby naszego maleństwa – rachunki, zakupy, wszystko miałeś podane na tacy, wszystko, a ja potem jeszcze tolerowałem  wyzwiska, bo myślałam że się zmienisz.
Aż przyszedł dzień, kiedy zrozumiałam, że mimo że Cię kocham, muszę się odwrócić i odejść, bo wiem że muru głową nie przebiję, że nie mogę pozwolić, aby nasza córka dorastała w rodzinie, gdzie nie ma szacunku. Wiedziałam, że nie mogę pozwolić, aby patrzyła na Ciebie, kiedy jesteś pijany i słuchała wyzwisk! Musiałam powiedzieć stop, bo moje wcześniejsze małżeństwo skończyło się dlatego, że mój były mąż się znęcał nade mną i nad moją  córką. Nie chciałam, aby i ona przechodziła kolejny raz przez podobną sytuację!
Dziś wiem, że postąpiłam najlepiej, jak mogłam. Wiem, że moje córki będę dorastały może i bez ojców, ale w ciszy, spokoju i szacunku! Dziś już wiem, że zaszczepię im siłę i to że wyrosną na piękne i mądre kobiety, które będą świadome swoich potrzeb i wartości! Bo moje córki to „moje wszystko”. Zrozumiałam, że nie mogę nigdy więcej pozwolić żadnemu mężczyźnie, aby  mnie wykorzystywał, bo Ty przecież mnie wykorzystywałeś. Miałeś za naiwną, która  będąc niezależną kobietą, podawałam Ci wszystko na skinienie palca!
Dziś pytam siebie, jak mogłam sobie pozwolić na takie traktowanie, na obelgi od Ciebie i od Twojej rodziny? Jak mogłam pozwolić Tobie, abyś mnie tak bardzo oczernił i poróżnił z innymi? Dziś już wiem, że mimo tylu wylanych łez, mimo tego, że tak bardzo było mi ciężko. Powoli odbuduję swoją pewność siebie i zacznę żyć normalnie. Na chwilę obecną zgubiłam wiarę w człowieka, wiarę w mężczyznę. Mimo, że mam żal do Ciebie, mimo że za każdym razem, kiedy przychodzisz po naszą córkę, odbijam się jak od ściany. To jeszcze bardzo długo nie będę mogła wymazać tej historii z mojego życia! Mimo tego bólu i tego, jak mnie potraktowałeś, wiem, że nasza córka była, jest i będzie wszystkim najpiękniejszym, czym mogłeś mnie obdarować i bardzo Ci za to dziękuję!
Kasia

Akcja „Napisz nam swoją historię”

Przez cały miesiąc będziemy czekać na wasze historie pod adresem kontakt@ohme.pl. Będzie nam niezmiernie miło, gdy zechcecie się podzielić tym, co wam w duszy gra. Co was boli, a co cieszy, kim jesteście i gdzie byście chciały być. Najciekawsze z historii opublikujemy na łamach portalu, a najlepsze z nich nagrodzimy.

Prosimy o dołączenie do wiadomości poniższego oświadczenia:

Oświadczam, że jestem autorem nadesłanej pracy konkursowej oraz wyrażam zgodę na jej publikację przez portal Oh!me.
Wyrażam zgodę na wykorzystanie i przetwarzanie przez Organizatora swoich danych osobowych uzyskanych w związku z organizacją Konkursu, wyłącznie na potrzeby organizowanego Konkursu, zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r., Nr 101, poz. 926 z późn. zm.).

Nagrody:

10 x zestaw 7 dwufazowych ampułek POWER EFFECT Bi-Phase serum od KLAPP Cosmetics, idealny jako 7-dniowa intensywna kuracja

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


10 x zestaw kosmetyków Kneipp® – W HARMONII Z NATURĄ, składający się z:

Bestseller marki Kneipp®BIO-Olejek do ciała,

BioOel_100ml_Pl_hi_40

Kneipp®Balsam pod prysznic Kwiat migdała Jedwabna skóra,

BC_PSD0308Duschbalsam_Mandelbluete102_hi_40

Kneipp®Olejek do ciała Kwiat migdała Jedwabna skóra,

Hautoel_Mandel_100ml_Pl_hi_40

Kneipp®Olejek do kąpieli Kwiat migdała Jedwabna skóra,

Oelbad_Mandel_20ml_Pl_hi_40


8 x egzemplarz książki „Projekt: Związek”

To książka, która ukazuje wszystko to co ważne i poważne w naszym związku w formie komiksu. Fantastyczna lektura, w której temat najważniejszej dla nas relacji potraktowano w nietuzinkowy sposób.

projekt zwiazek druk


10 x film „Azyl” na nośniku DVD

FILMOSTRADA_logo_bez_tla

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

W Polsce, w 1939 roku, Antonina Żabińska (dwukrotnie nominowana do Oscara ® Jessica Chastain) i jej mąż, z powodzeniem zarządzają warszawskim ZOO, gdzie mieszkają wraz z rodziną w idyllicznych warunkach. Jednak ich świat wali się w gruzy, gdy hitlerowcy napadają na Polskę, a oni zostają podporządkowani przybyłemu z Rzeszy zoologowi (Daniel Brühl). Dla odzyskania wszystkiego co stracili, Żabińscy ryzykują życiem, podejmując współpracę z ruchem oporu, wykorzystując klatki i sekretne tunele ZOO do ratowania ludzi przed okrucieństwem nazistów.

To jedna z takich historii, o które kino musiało się upomnieć. Poruszająca filmowa opowieść, która wydarzyła się naprawdę. Antonina Żabińska, żona dyrektora warszawskiego zoo, wspólnie z mężem, Janem, ukrywali podczas II wojny światowej dziesiątki Żydów. Osobiście wydostawali ich z getta i pomagali przetrwać w opustoszałych murach ogrodu zoologicznego. Niektórzy ukrywani byli w miejscach przeznaczonych dla zwierząt, inni w willi Żabińskich. W 1965 roku Jan i Antonina Żabińscy zostali odznaczeni przez instytut Jad Waszem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o wstrząsającą książkę Diane Ackerman „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”.

O samej Antoninie mówiono, że była nie tylko piękną kobietą, ale także mądrym, dobrym, odważnym człowiekiem, który dobro innych stawiał nad własne bezpieczeństwo. W roli Antoniny zobaczymy dwukrotnie nominowaną do Oscara Jessicę Chastain. W pozostałych rolach m.in.: Johan Hendelbergh (w roli Jana Żabińskiego) i Daniel Brühl.

Czas trwania akcji: 05.09.2017 – 05.10.2017 roku. Wyniki zostaną opublikowane na www.ohme.pl do dnia 15.10.2017.

Regulamin akcji dostępny jest tutaj.


Zobacz także

Fot. iStock/xavierarnau

Przystojniacy są samolubni! Uważaj też na panów, którzy regularnie publikują zdjęcia w serwisach społecznościowych

Fot. iStock/Milan_Jovic

„Ktoś podpie*dolił mi dzień”. Jak to możliwe, że dajemy się tak wykorzystywać? Ha, znalazłam na to sposób

Fot. iStock/mixetto

Chcesz mieć dobrego partnera, dowiedz się czy miał ciepły, przyjazny dom