Gdy świat stoi tyłem

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
10 czerwca 2016
Fot. Pixabay / Pixabay / CC0 Public Domain
Fot. Pixabay / Pixabay / CC0 Public Domain
 

WSTĘP
Tu był naprawdę dobry tekst. Ale komputer się zbiesił. I macie, co poniżej 😉

ROZWINIĘCIE
To zadziwiające, jak w ciągu pół roku świat może się odwrócić o 180 stopni. Myślę o tym, wpatrując się w zrobioną jeszcze w grudniu rezerwację w uroczym pensjonacie w górach. Miał to być prezent dla mojego partnera z okazji jego urodzin. Takie reset na nowy rok życia i kolejny rok ze mną. Było, ale się zmyło, no cóż. Oczywiście, mogłabym pojechać sama albo z kimś innym, ale nie czas i nie miejsce. Miałabym poważne trudności logistyczne i techniczne, poza tym byłoby podwójnie przykro, jak sądzę. Obecnie rytm mojego dnia i nocy wyznacza walka o siebie. Licząc te wszystkie leki i krople, przyjmowane z rozsądku, zastanawiam się przynajmniej dwa razy dziennie, jak można być hipochondrykiem – kto z własnej, nieprzymuszonej woli, pisałby się na to wszystko?

Mój świat wirował niezapowiedzianie kilka razy w moim życiu. Najmniej lubiany przeze mnie okres to ten, gdy nagle świat obrócił się do mnie tyłem i moje życie przypominało kiepski remake filmu „Och Karol”. Nie wiem, czy wiele rzeczy umiem, ale wydaje mi się, że jestem mistrzynią w zaczynaniu od nowa – lub od zera, jak wypada. Obecnie nie wiem, jak naprawdę zacząć, skoro zanosi się, że niebawem może będę musiała skończyć…? Jak nie zmarnować ani dnia? Jak się nie poddawać?
Bardzo bawi mnie, gdy słyszę od lekarzy, że mam nie dźwigać nic cięższego niż 4 kg (na litość boską, moja torebka jest cięższa!), mam unikać stresu (czy w naszym kraju jest w ogóle taka opcja, gdy prowadzi się działalność gospodarczą?) i unikać ludzi, którzy mnie denerwują i wysysają pozytywną energię (wolne żarty!). I odpoczywać, ciągle odpoczywać! Odpoczynek wychodzi mi już bokiem.
Bawię się więc w ogrodniczkę amatorkę, tłumacząc sobie i innym, że przecież zabawy w ziemi to zabawa oraz element arteterapii. Wystarczy zapytać dowolnego przedszkolaka, potwierdzi. Podobnie sprawa się ma z malowaniem domu – dlaczego mi nie wolno?

Tylko nagle cholera bierze, że wymaluję połowę pomieszczeń i siły znikają. Choroba się nie poddaje, syczy na mnie w nieodpowiednich chwilach i próbuje przejąć kontrolę.
Z tym można sobie jeszcze dać radę, wbrew pozorom. Chciałabym, żebym odtruwanie i leczenie organizmu było tak łatwe jak odcinanie się od trujących ludzi i wspomnień. Te toksyny odkładają się w nas na lata…

Trudne są wieczory i noce. I ataki bólu, zanim zdołasz je uśmierzyć, ujarzmić. Wtedy czujesz najmocniej samotność. Widzisz wszystko wyraźniej. Czasem czujesz wyraźniej, że świat nadal jest do ciebie odwrócony tyłem. Przeważnie nie czujesz już złości, tylko zgodę na świat. Poważna choroba jest czymś tak intymnym, że nie chcesz jej dzielić z byle kim.

ZAKOŃCZENIE
„Nieważne jak wielka bitwa i jak wielkie zwycięstwo, ostatecznie i tak każdy bohater umiera sam” – Hans Fallada


Karma z siekierą

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
15 czerwca 2016
 

Wierzyć w to, że ludzie będą dla nas dobrzy i mili, skoro my jesteśmy dla nich dobrzy i mili – to jakby wierzyć, że lew nas nie zje, bo my nie zjedliśmy jego. Jako że takie porównanie przemówiło do mnie, przeprosiliśmy się z moją karmą nieco. Mamy w końcu być ze sobą po kres mych dni, więc warto się jakoś dogadać. Uświadomiono mnie ponadto, że to, iż nie widzę działania karmy w życiu innych, to nie znaczy, że ona nie funkcjonuje – może akurat w danym przypadku postanowiła się zamanifestować hemoroidami albo opryszczką narządów płciowych, skąd mnie to wiedzieć, innym ludziom nie zaglądam w majty bez zaproszenia. To fakt, nie wszystko mogę widzieć. Co prawda nadal nie do końca rozumiem, dlaczego u jednych karma odbija się wrzodem, a innemu rakiem, ale ostatecznie młoda jeszcze jestem i nie wszystko rozumieć muszę.

– No widzisz, ja ci przecież mówiłem jakieś 15 lat temu, żebyś się nie martwiła tyle, bo ci się to guzem mózgu odbije, no nie mówiłem? Mówiłem przecież!

No mówił, nie przeczę. Teorii na temat tego, co się ze mną dzieje i dlaczego, jest tyle, co osób dookoła mnie. Niebiosom niech będą dzięki za tych ludzi w moim otoczeniu, którzy obdarzeni są cudownym, wisielczym poczuciem humoru i troskę o mnie owijają w czarny humor. Kocham dystans do siebie i do mnie, a każdy problem okraszony śmiechem wchodzi mi łatwiej do krwiobiegu i oczyszcza organizm. Ludzie, którzy traktują siebie śmiertelnie poważnie, moim zdaniem umarli już za życia.

– Wie Pani, wstrzykniemy Pani takie kolorowe koktajle, rak się nie oprze, upije się, a my sprawdzimy, na jaki kolor delikwent będzie świecił.
– Yyyy, i czego się dowiemy?
– No, jak będzie świecił na niebiesko, to będzie rak – chłopczyk, a jak na różowo, to rak – dziewczynka.
– Ooookeeej… A co, jeśli, dajmy na to, chłopczyk?
– No jak to co? Śmierć na miejscu. Samiec twój wróg!
– To ciekawe. Podobno większe spustoszenie zwykle robią kobiety…
– Ale to w przyrodzie. Takie tornada na przykład. Kobieta = żywioł nie do opanowania.
– Naprawdę mam nadzieję, że Pan mnie jednak podpuszcza.
– Podpuszcz to moje drugie imię. Ale pomyślałem, że będzie Pani przyjemniej, jak powiem, że wrednemu samcowi w Pani imieniu odetniemy członki.

Nie przeczę, że dużo we mnie jeszcze gniewu i smutku. Nie jest łatwo pogodzić się z taką ilością rozczarowań i przykrości, jaką karma szanowna mi zaserwowała. Ale już wiem, że to, co robią nam inni – to ich karma, a jedynie to, co ja z tym zrobię, jak zareaguję – to jest moja karma właśnie. Tylko na to mam wpływ. Tylko nad sobą mogę pracować. Staram się więc każdego dnia przybliżać do mojego własnego ideału. Pracuję nad moim własnym spokojem i coraz mniej się chcę zajmować małością i podłością innych. Daleka od ideału, uczę się każdego dnia czegoś nowego na swój własny temat.

– Jako najlepszy środek przeciwbólowy zalecam dużo śmiechu oraz dzbanek czułości, pity trzy razy dziennie oraz w stanach nagłego napadu boleści.
– Czułości??
– Tak. Jak Panią boli, to niech Panią ktoś zawinie w puchaty kocyk szczelnie niczym naleśnik, położy na łóżku i tuli, dopóki ból nie przejdzie.
– Hmmm… Ze śmiechem dam radę, ale z tym tuleniem mam pewne problemy natury technicznej, rzekłabym. Chyba że zgłasza się Pan na ochotnika jako naleśnikarz…
– Niestety mam już żonę.
– Ja niestety mam męża. Tak jakby. Technicznie…
– Ale to nie ma problemu, zaraz wyjdziemy do dyżurki i zrobimy rekrutację.
– Ciekawymi rzeczami zajmują się teraz lekarze po godzinach pracy.
– Bo jak to wyżyć za te marne pieniądze, droga Pani, biedny lekarz orze jak może. Zwłaszcza że moi pacjenci szybko odchodzą… Proszę tak na mnie nie patrzeć – oni zdrowieją, oczywiście, że wszyscy w szaleńczym tempie zdrowieją!
– Przy takiej terapii to się nie dziwię.

Na początku jest sympatycznie – każdy ból głowy, brzucha, gardła, palca nawet, jest przez ukochanego zcałowywany, przeganiany, rozpuszczany w miłości. Każda łza jest suszona niemal natychmiast. I nagle coś się dzieje. Nie potrafię wskazać dokładnie, w którym momencie zostałam sama ze wszystkim bolesnym, co się przytrafiało. Pojawiła się totalna obojętność i teksty w stylu „Nie płacz, bo denerwujesz koty”. Jednocześnie miałam już świadomość, że pod pretekstem wyjazdu do pracy jechał do innej pani, by ją otulić i otrzeć łzy, bo miała gorszy dzień. Moje dni przestały się liczyć już tak dawno temu, że nie pamiętam już, jak to jest być czyimś naleśnikiem. Obawiam się, że ta część recepty mojego lekarza jest awykonalna, ja i moja karma skupiamy się więc na tej części związanej ze śmiechoterapią.
Każdemu wedle możliwości.

Podobno to nie tak, że jak się już wszystko dobrze ułoży, to wtedy będziemy szczęśliwi, ale wręcz odwrotnie – jak będziemy szczęśliwi, to wszystko się dobrze ułoży.

A ja zamierzam być jeszcze obłędnie szczęśliwa.

A dzisiejszy wpis sponsorowała piosenka „Siekiera” Dominiki Barabas – siedzi mi w głowie od tygodni, niczym zmiany chorobowe.


Między przyjemnością a obowiązkiem

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
8 czerwca 2016
skarbonka
 

Niedawno wybrałam się ze znajomą do restauracji. Okazja była wyjątkowa, więc znajoma się zgodziła, chociaż zaznaczyła, że ona to w zasadzie nie lubi restauracji i nie chodzi, dla niej to bez sensu. Ale poszła. Siedziała naprzeciwko mnie i zachwycała się każdym kęsem chinkali i każdym łykiem gruzińskiego wina. Patrzyłam na nią i widziałam, że to nieprawda, że nie lubi restauracji. Zaczęłam drążyć. Szybko okazało się, że to „bez sensu” to konieczność wydania pieniędzy – znajoma jadła w domu nie z miłości do zdrowego jedzenia, nie z dbałości o smak i jakość potraw, a z troski o koszty. Niby dobra rzecz, oszczędność, zgadzam się.

Tyle że to część większego planu była, ta niechęć do wydawania pieniędzy. Znajoma ma naprawdę dobrą pracę, razem ze swoim partnerem zarabiają tyle, że za roczną pensję każdego z nich można by wyjechać w podróż dookoła świata. Ale oni nigdzie nie jeżdżą, wszak podróże to zbytek. Wakacje, jeżeli już, spędzają na campingu, pod namiotem, w domku letniskowym cioci – wyłącznie. Bo taniej, wiadomo. Do kina nie chodzą, bo po co, skoro filmy można ściągnąć za darmo? Kto by wydawał pieniądze na książki, oryginalne płyty cd, teatry, nawet na ciastko w kawiarni. Na co wydają wobec tego? No na samochód na przykład – co roku jest większy, nowocześniejszy, z większą ilością gadżetów. Tylko że nim nie jeżdżą za często, bo paliwo drogie przecież. Odkładają na dom – i super, tyle że co jakiś czas się okazuje, że zmieniły się priorytety i chcą mieć większy i bardziej odpicowany niż planowali poprzednio, więc nie przystępują do budowy czy kupna, tylko odkładają pieniądze dalej. Mają milion elektronicznych gadżetów, których nie używają – no ale mają! I tak dalej. Być może ta moja znajoma to przypadek ekstremalny, owszem – tylko że ja znam całkiem sporo osób, które wypruwają sobie żyły i odmawiają sobie niemal każdej przyjemności po to, żeby mieć kolejną rzecz w domu, na półce, w garażu. Żadna z tych rzeczy nie zmieści im się do trumny, gdy nadejdzie moment.

Wiem, że priorytety są sprawą indywidualną. Ale czy w życiu naprawdę chodzi tylko o to, żeby mieć kolejny przedmiot? Tylko o pracę i o kasę (ze wskazaniem na to drugie oczywiście)?

Zdarza się, że pracuję po 16 godzin dziennie, owszem. Na szczęście udaje mi się czasami pracować, dla równowagi, np. dwie godziny lub wziąć wolne po to, żeby pojechać do lasu. Mój budżet jest mocno ograniczony i każdą złotówkę oglądam przez palce nim ją wydam, mimo to pilnuję, żeby regularnie chodzić do kina, do teatru, do restauracji. Szukam okazji, promocji, obniżek – udaje mi się! Im jestem starsza i im więcej problemów mam w życiu, szczególnie ze zdrowiem, tym więcej sybaryty odkrywam w sobie. Jest tyle piękna i mądrości dookoła, tyle smaków, zapachów, widoków… Rezygnować z tego w imię najnowszego modelu Playstation?
No cóż, ale z takim podejściem to ja się na przykład Iphona nigdy nie dorobię, mam świadomość. Nie noszę staników za 1000 zł, jak moja koleżanka, ale mam w biblioteczce książki warte łącznie dziesiątki tysięcy.

Jest jeszcze druga strona medalu – są tacy, którzy przedłożą przyjemność nad obowiązek czy zdrowy rozsądek. Takich też znam. Odwiedzą Modesta Amaro i zapłacą mu 100 zł za mini piankę na talerzu, a nie zapłacą mandatu. Nie pójdą do dentysty, ale wybiorą się na narty. Alimentów nie zapłacą, bo nowy moto muszą kupić. Telefon niech im mama albo żona opłaci, oni zbierają na nowe buty z górnej półki. I tak dalej.
Taki brak dojrzałości i umiejętności wyznaczania sobie, co jest ważne i na co można sobie pozwolić w danej chwili – wbrew pozorom nie jest rzadki.

Oczywiście, życie z kimś nieodpowiedzialnym, komu wszelkie pieniądze przechodzą przez palce, to jest tragedia. Ale naprawdę, związek z zapatrzonym w portfel materialistą jest drogą przez mękę. Równowaga jest w życiu chyba najważniejsza. Finanse ogarnąć jest bardzo trudno, niestety nie uczy się nas zarządzania pieniędzmi, co robią np. Amerykanie i Szwedzi już w przedszkolach. Musiałam się nauczyć tego sama, żaden milioner bowiem nie uznał za stosowne przybyć i wyratować mnie z obowiązku zarabiania i cudownego rozmnażania pieniędzy, by na wszystko starczyło. I jeśli ja dałam radę, to każdy może.