Dlaczego ukrywamy przed innymi nasze związki? Czasem zmusza nas do tego życie, czasem po prostu staramy się ochronić naszą miłość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 stycznia 2018
Fot. istock/olegbreslavtsev
 

„Jaki jest status tej relacji” – zapytała moja przyjaciółka naszą wspólną znajomą, która od kilku miesięcy spotyka się z „kimś”. Nikt go nie zna, nikt nie widział, nikt nie ma pojęcia jak wygląda i jak właściwie przedstawiają się sprawy między nimi. A znajoma pilnuje tej anonimowości jak oka w głowie. Tak jest lepiej – twierdzi. Dlaczego? Każdy ma swoje powody, by ukrywać związek.Znają się od roku. Jak każda inna para spędzają ze sobą wolny czas – chodzą do kina, na spacery, na kolacje. A czasem wyjeżdżają razem na urlop. Oboje dobrze sytuowani, oboje niezależni, oboje szczęśliwi, że się odnaleźli. Jasne, że myślą o wspólnej przyszłości. Łączy ich jeszcze jedno. Nie chcą, by ktoś o nich wiedział. Przynajmniej „na razie”. Czego się boją? Chyba najbardziej presji ze strony rodziców. Ale są też inne sprawy.

Asia

„Jeśli masz normalną rodzinę, pewnie nie masz się czego obawiać” – mówi mi moja znajoma, Asia, zagadnięta podczas przyjacielskiej pogawędki o to, dlaczego nie chce ujawniać się ze swoim związkiem. – „Ja się po prostu boję tych wszystkich komentarzy. Mam 36 lat, moja mama od dziesięciu widzi mnie w białej sukience i z wózkiem niemowlęcym. Każdego z moich chłopaków witała słowami „synu”, każdego pytała o to, kiedy zamierza się oświadczyć. Było mi wstyd, każda z tych relacji rozpadała się właściwie w dość naturalny sposób, a mama nie kryła niezadowolenia. Pochodzę z małego miasteczka, gdzie rodzina i dzieci są na pierwszym miejscu. Rodzice są dumni z tego, że „robię karierę” w ogromnym mieście, ale potrzeba pochwalenia się wnukami i zorganizowania wystawnego wesela jest chyba o wiele silniejsza.  Nie chcę na to wszystko narażać mojego obecnego partnera. Na wszystko przyjdzie czas”.

Asia przyznała się więc jedynie rodzicom i siostrze, która również mieszka w Warszawie, że od czasu do czasu spotyka się z „kimś”, ale że to nic poważnego. Milczy skutecznie i kłamie systematycznie opowiadając jak i z kim spędziła Sylwestra, urlop, długi weekend. I póki co, absolutnie nie zamierza przestawiać swojego ukochanego rodzicom. Żeby go nie wystraszyć. Co on na to? Kocha ją i stara się zrozumieć jej powody. Sam jest dość zamknięty w sobie, więc nie cierpi specjalnie z powodu tej dziwacznej sytuacji.

Maciek

Maciek ma innym problem. Nie mówi bliskim o swojej dziewczynie z innego powodu. Jego matka jest bardzo zaborcza. Zrujnowała pierwszy poważny związek Maćka – dosłownie. Dzwoniła do jego ukochanej, zapraszała ją do siebie na ciasto i herbatę, a potem opowiadała jej o dziewczynach, z którymi kiedyś się spotykał, powodując coraz większe napięcie między obojgiem. Do tego starała się kontrolować każdy ich krok ciągłymi telefonami do obojga. Koniec nastąpił niedługo potem, jak postanowili ze sobą zamieszkać, a mama – umeblować im mieszkanie i dostarczać bez zapowiedzi bezpłatny catering, bo przecież „ta twoja Ania to ani gustu nie ma, ani nie umie ugotować jak trzeba”.  Tym razem Maciek woli nie ryzykować. Ma 30 lat i po prostu „nie spowiada się” matce ze swojego życia. Jest mu o tyle łatwiej, że ma swoje mieszkanie, dobrą pracę i od pewnego czasu odcina się systematycznie od domu rodzinnego i emocjonalnej zależności od swojej matki.

Karolina

Sytuacja Karoliny jest jeszcze bardziej skomplikowana. Karolina jest w trakcie rozwodu, jej związek z mężem rozpadł się właściwie kilka lat temu, ale dopiero teraz zdecydowali się oboje na podjęcie prawnych kroków, żeby uregulować swoją relację. Karolina poznała kogoś, jest szczęśliwa, ale ukrywa swoją nową miłość z obawy przed tym, co się może wydarzyć, jeśli jej mąż „się dowie”. Jak to wpłynie na decyzję sądu w sprawie dzieci? Komu można zaufać? Na wszelki wypadek nie ufa nikomu. Spotykają się, kiedy dzieci są u dziadków, bo nawet wtedy, kiedy dzieci są u niego, Karolina boi się, że wydarzy się coś takiego, że były mąż stanie w jej drzwiach z dziećmi. I co wtedy mu powie? „Przestawiam ci mojego nowego chłopaka?” Taka sytuacja jest dla niej niewyobrażalna. Karolina marzy o dniu, kiedy przestanie ukrywać swoją miłość. Kiedy bez obaw wyjdzie na ulicę trzymając za rękę Piotra. Kiedy przestawi go w końcu znajomym i rodzicom. Ale wie, że jeszcze chwilę będzie musiała na to poczekać.

Dlaczego boimy się mówić o naszych związkach? Bo nasze relacje z bliskimi bywają tak skomplikowane, że przestajemy się ze sobą komunikować w sprawach najważniejszych. Najpierw sami na to pozwalamy, a potem już nie chcemy się nikomu tłumaczyć z naszego życia, z naszych wyborów, nie chcemy być dłużej oceniani, pouczani, pozbawiani prawa do popełniania swoich błędów. Przestajemy ufać i nie chcemy, by ktoś ingerował w tę najważniejszą dla nas, najbardziej delikatną sferę.  Albo po prostu, zmuszają nas do tego okoliczności.


Dziewczynki w szkole robią „testy na przyjaźń”. To emocjonalne okrucieństwo. Co zrobiliśmy naszym córkom?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 stycznia 2018
Fot. iStock/anyaberkut
 

Kiedy jest mała, tulisz ją do serca często i rozpływasz nad jej kreatywnością, wyobraźnią, wiarą we własne siły. Kiedy zaczyna dorastać, widzisz jak z dnia na dzień staje się inna. Czy tak jest naprawdę, czy może to twój stosunek do niej się zmienia i coraz trudniej dostrzec ci w niej te wszystkie zachwycające cechy, które widziałaś bez trudu, gdy była małą dziewczynką? Co takiego zrobiliśmy naszym dziewczynkom, że bywają okrutne dla swoich rówieśniczek, że potrafią być bezwzględne wobec nas samych, że coraz trudniej nam do nich dotrzeć, by się z nimi porozumieć?

Przyglądam się koleżankom mojej córki. Większość z nich znam od przedszkola. Jak się zmieniły, jak wyrosły w ciągu tych kilku lat. Kilka wygląda już jak nastolatki, niektóre noszą biustonosze, nawet jeśli biustu wciąż nie widać. Niektóre ubrane modnie, w obcisłych dżinsach i fikuśnych tunikach, inne – wciąż jeszcze bardziej dzieci niż młodzież – kolorowo i „byle wygodnie”. Zaraz, stop. To dopiero czwarta klasa podstawówki, a już tak wyraźnie  widać te różnice?

Ale nie tylko o ubrania tu chodzi. Nastała nowa moda, „testowanie przyjaźni”. Najpierw dziewczyny walczyły wzajemnie o sympatię tej jednej, najbardziej popularnej. Później w klasie zapanowały coraz większe podziały i moja córka straciła możliwość zabawy z ulubioną koleżanką. „Jeśli chcę się nią przyjaźnić muszę przejść test przyjaźni” – wyjaśniła mi pewnego dnia. Zrobiło mi się słabo. Przed oczami pojawiły się natychmiast wszystkie możliwe artykuły dotyczące niebezpiecznych, ale coraz bardziej obecnych wśród dzieci zabaw, wyzwań i zakładów. Ale tak jawne okrucieństwo emocjonalne nie dotyczyło nas nigdy w tak bezpośredni sposób. Z bólem serca słuchałam o tym, jak mojej córce nie wolno bawić się z przyjaciółką, którą znała przecież od kilku lat, dopóki nie przejdzie odpowiedniej próby. Jakie zadania ją czekają, tego nie wiem. Na razie „jest przyjęta”, na chwilę. Ale musi się starać, bo inaczej, straci sympatię koleżanki i „mózgu” całej afery, czyli „tej trzeciej”, kierującej wszystkim niczym szara eminencja.

Tego wieczora odbyłyśmy długą rozmowę o tym, czym jest przyjaźń, miłość i lojalność. O tym, że nie wolno nikomu kazać na nie zasłużyć. I o tym wreszcie, że warto poczekać trochę na szczerą, dobrą relację z kimś, kto polubi i zaakceptuje cię takiego jakim jesteś. Obie płakałyśmy w poduszkę, choć z zupełnie innych powodów.

Znajoma mówiła mi ostatnio, że w klasie jej córki panuje jeszcze inna moda. Codziennie wybiera się tę dziewczynkę, która wygląda (czyli jest ubrana i uczesana) najlepiej oraz tę, która wypada najgorzej. Ta ostatnia zostaje odrzucona na cały dzień, a następnego dnia musi się „zrehabilitować” lepszym wyglądem, lub „przekupić” jakoś koleżanki.

W tym wypadku rodzice i wychowawca klasy zadziałali od razu, organizując serię spotkań z psychologiem.

Widać to coraz bardziej w naszym codziennym życiu. Dziewczynki uczą się, że agresja relacyjna jest po prostu czymś naturalnym. Tylko niewielu z nich uda się tego doświadczenia uniknąć, większość, choć raz padnie jej ofiarą..

Agresja relacyjna ma wiele postaci i może obejmować zarówno plotki jak i publiczne upokarzanie , wykluczenie społeczne i budowanie sojuszy przeciw upatrzonej „ofierze”. Biorąc pod uwagę, że wiele dzieci ma teraz dostęp do smartfonów, tabletów i innych form technologii, przybiera także postać  cybernękania. Granice są tu bardzo niejasne. Co się dzieje z dziewczynkami, które doświadczają takiej przemocy?

Cóż, zaczynają się nieobecności w szkole, bo to miejsce i osoby, które tam spotkamy napawają nas lękiem. Są problemy ze zdrowiem psychicznym, zaburzenia psychosomatyczne, a nawet zaburzenia jedzenia. Jeśli w porę tego wszystkiego nie wyłapiemy, sytuacja naszego dziecka może doprowadzić je do myśli samobójczych oraz depresji i zaburzeń lekowych. Naszym podstawowym błędem i przyczyną kłopotów jest zaniedbanie i brak czasu na to, co naprawdę ważne – stały i dobry kontakt z dzieckiem.

Co możemy i powinniśmy robić?

Przede wszystkim od dzieciństwa mówić córkom (synom również, ale nie o nich dziś ten tekst), czym jest agresja. Musimy podawać konkretne przykłady i konkretne podpowiedzi, jak sobie radzić w momencie, gdy ktoś stosuje wobec nas elementy przemocy relacyjnej. Starajmy się pomóc zrozumieć różnicę miedzy dokuczaniem, kłótniami i aktami zastraszania. Rozmawiajmy, odgrywajmy scenki.

Poza tym ważne jest, by nasze dzieci wiedziały, że muszą stawać w obronie kolegi lub koleżanki, któremu dzieje się krzywda.

No i najważniejsze chyba, to budowanie empatycznego środowiska. Dzieci, które ranią innych, cierpią. Musimy pomóc dzieciom zrozumieć, że empatia i współczucie są ważniejsze niż popularność, wygląd, wyniki testów i zasobność portfela. Bądźmy dobrym przykładem.


Właśnie, że kupię sobie taką choinkę jak chcę. Bo były mąż mówił, że mała wystarczy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 grudnia 2017
Fot. iStock/SrdjanPav

Kilka dni temu koleżanka wysłała zdjęcie. Na tym zdjęciu choinka – piękna, wielka, ślicznie ustrojona. Drzewko – marzenie. I jeszcze podpis: „Bo były mąż zawsze mówił „po co duża choinka, w doniczce wystarczy”. „Jezus Maria” – pomyślałam – „przecież to o mnie”. Ta choinka to symbol mojego życia. To znaczy tego, które właśnie zaczynam. Tego „potem”. Od dziś koniec z rezygnowaniem z marzeń. Nawet z tych o dużej choince w małym mieszkaniu. A przede wszystkim, o spokoju w domu.

Siadam sobie wieczorem z kanapką na mojej ukochanej sofie. Dzieci śpią. Właśnie, że będą teraz oglądać telewizję, mimo, że pewnie rozsądniej byłoby się położyć do łóżka. Albo przynajmniej spróbuję obejrzeć jakieś wiadomości, zanim zasnę. Pierwsza, odruchowa myśl? „Matko Boska, gdzie jest tacka, przecież zaraz tę kanapę uświnię?! Upaćkam jak nic”. I za chwilę rozum wraca.

Uspokój się, nie masz trzech lat, nie wetrzesz w nią łapami majonezu, a jak nawet nakruszysz to posprzątasz. Nikt na ciebie nie patrzy z wyrzutem, nie wydrze się znacząco: „Wiesz, ile to kosztowało?! (nie bułka z szynką, rzecz jasna, tylko kanapa w gustowny rzucik), wiesz, ile ja to będę czyścił?! „. Co ja wtedy robiłam? Na paluszkach przechodziłam do stołu albo jeszcze lepiej do kuchni, bo tam płytki, to już naprawdę łatwo zmyć i nikt nic nie zaważy nawet jak dżemem nakapiesz. I ta jego mina, tez wzrok mordercy na widok czerwonej plamki na białej posadzce…

I chociaż to już było, chociaż to już skończone, taką mam ochotę kiedyś specjalnie tym dżemem nakapać…

Swoją drogą, co ci się działo ze mną takiego, że ja po pierwszym tekście o płaceniu za praniu kanapy i o tym, że, „wszyscy jesteście leniwi w tym domu”, nie pokręciłam mu po prostu kółka na głowie i nie postukałam znacząco w czoło? Do dziś nie potrafię zrozumieć.

Wyciągam odkurzacz i nie czuję oddechu na plecach. Nie słyszę, że źle odkurzam, nie tą końcówką, nie takimi ruchami i nie w takim tempie. Że on wie lepiej, a mi nie ufa. A w ogóle to tak mi nie ufa, że zabierze ten odkurzacz ze sobą do pracy, żebym więcej źle nie odkurzała.

Rano myję zęby i nie zastanawiam się, czy równo pluję i czy po każdym pluciu spłukuję ładnie brzeżki umywalki, bo wiem, że nikt obok nie stoi i nie pilnuje, komentując, że to „obrzydliwe”. Pluję sobie spokojnie w głowie błądząc myślami gdzieś daleko i myjąc te zęby trochę dłużej niż trzy minuty, ale mam to w nosie, bo perfekcyjnie odmierzającej czas (na górę i dół) wibrującej szczoteczki elektrycznej brak. Jak skończę, to sobie opłuczę co trzeba, zgarnę nieposkładane wcale do kupy dzieciaki i pobiegnę do metra, nie bojąc się, że ON już przecież na mnie czeka w samochodzie. Zdenerwowany, a więc zły. A dzieci spięte, przestraszone, milczące. Na wszelki wypadek, żeby bardziej nie zdenerwować.

Ach, samochód. Ten, w którym nawet podczas długiej podróży nad morze nie wolno było nakruszyć, że o wymiotowaniu nie wspomnę. Ten, w którym śpiewać też nie wolno, bo słuch absolutny pana i władcy każdy najmniejszy fałsz wykryje, skrytykuje i zabierze całą radość z bycia razem, z wyjazdu na wakacje.  A ja śpiewać kocham. I moje dzieci podobnie. I dziś śpiewamy głośno, kiedy mamy na to ochotę.

Kiedy zaprosimy znajomych na obiad, nie będziemy szorować przez pół tygodnia podłóg, ani robić ciasta, którego nie wolno będzie dotknąć ani nawet spróbować, zanim przyjdą. Nie będziemy układać na półkach książek pod linijkę i pilnować, żeby nikt nie wyjął, gdyby naszła go, nie daj Boże, ochota na czytanie, bo jak raz ułożone, to już wyjąć nie można.

I nawet zaczęłam myśleć o psie. Tak, takim co ma sierść, a z pyska czasem mu coś poleci. Takim, co kiedy szczeka, nie myśli o tym, czy fałszuje.

Idę po choinkę. Wielką. Taką, żeby mi pół salonu zasłoniła gałęziami. A potem powieszę na niej niepraktyczne bombki, niesymetrycznie. I we wszystkich kolorach tęczy. A anielskie włosy będą mi się walać po dywanie. Odkurzę po świętach. Zrobię sobie sama dobre życie. Takie, jak chcę.