Czas sprawia, że pamiętamy to, co dobre, rzadziej to, co złe. Co z tego? Przecież i tak już nigdy się nie spotkamy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
1 listopada 2017
Fot. iStock/AntonioGuillem
Fot. iStock/AntonioGuillem
 

Pamięć o bliskich jest mądra i prowadzi nad dokładnie tam, gdzie powinniśmy się znaleźć. Ratuje nas przed żalem i wskazuje, którą drogą pójść, by, nie zapominając o nich, pozwolić im odejść. Pozwala zatrzymać to, co naprawdę ważne, odpuścić tam, gdzie się minęliśmy, gdzie zabrakło zrozumienia i chęci.

Mój dziadek umierał w szpitalu, jego serce było już zmęczone, przeszło zbyt wiele. Postanowiło się zatrzymać. Tej jednej nocy, babcia poszła do domu odpocząć. Rano, jak co dzień, miała pojechać do swojego męża, pocałować go w czoło, potrzymać za rękę i opowiedzieć o tym, jak kasztany na ich ulicy zaczynają kwitnąć. I że sąsiadka z domu naprzeciwko już dawno nie wychodziła na podwórko. Może coś jej dolega? I nawet pomarańcze były już spakowane i leżały w plastikowej torebce, w przedpokoju. Tam już zostały, jeszcze długo po owym poranku, gdy zadzwonił telefon ze szpitala.

Tuż przed śmiercią, w nocy, dziadek wołał głośno imię babci. Nie wiem, czy można nazwać to odzyskaniem przytomności, iskierką woli, ostatnim wysiłkiem, by pożegnać ukochaną osobę. By być blisko kogoś, z kim spędziło się całe życie. Ja właśnie tak to widzę. Tym bardziej, że ten głos trafił do serca mojej babci. Tej nocy śniła sen o dziadku. Obudziło ją przeczucie, że odszedł. Intuicja nie zawiodła.

Wierzę w miłość. Wierzę w energię między dwojgiem kochających się ludzi, która sprawia, że w krytycznych momentach „wyczuwamy się” nawzajem, odczuwamy niebezpieczeństwo, jesteśmy w stanie przeczuć, że czyjeś życie się kończy.

Ale nie tylko. Miłość bliskiej osoby, prawdziwa, szczera bliskość, to siła, która pozwala nam również czuć mocniej, bardziej intensywnie to, co dobre i piękne.

I wierzę w pamięć. W to, że ona się jednak nie myli. Że tak wszystko w naszej głowie się układa, byśmy mogli po śmierci bliskiej osoby żyć dalej, spokojnie. Niezależnie od tego, jak się między nami układało, ile żalu nosiliśmy w sobie, kiedy jego/jej już nie ma, zostają tylko wspomnienia. Nawet jeśli nie są dobre, czas tak je „zaciera”, że nabieramy dystansu, że rozumiemy już – wina często leży po środku. Żałujemy niewypowiedzianych słów, spacerów, których już nie odbędziemy, gestów, których nie wykonamy. Niepotrzebnie.

Mówi się, że o zmarłych nie powinniśmy powiedzieć nic złego, że to się „nie godzi”. Nie lubię tego powiedzenia. Nie uważam, żeby śmierć w jakikolwiek sposób „uświęcała” albo sprawiała, że należy kogoś bardziej szanować, udawać, że był kimś innym. Że my byliśmy kimś innym. Myślę, że trzeba mówić o negatywnych uczuciach, zdarzeniach, zamiast udawać, że ich nie było. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. To czas zadecyduje, kiedy „złe” przestanie mieć znaczenie. Bo nasza pamięć ma to do siebie, że dobrze filtruje nasze wspomnienia. Z czasem, to co negatywne,  niewygodne, to, o czym nie chcemy pamiętać samo „zaciera się”, odchodzi na dalszy plan. A takie momenty jak umieranie, pożegnanie zostają w nas na zawsze, jak furtka między dwoma światami. Styczność z nieuchronnym, świadomość, że to odejście jest realne i na zawsze sprawia, że zaczynamy rozumieć również swoje błędy. Jakoś to się samo „równoważy” i wracamy do poczucia wewnętrznej harmonii. Oswajamy to odejście.

Kilkanaście lat po śmierci dziadka, babcia wciąż pamiętała te „dobre momenty” z ich życia. Mówiła o uczuciu, które ich łączyło, nie o kłótniach i problemach, które ich w pewnym momencie podzieliły. To wcale nie był „łatwy” związek. Ale na pewno autentyczny.

Pamięć o tym, co dobre sprawia, że idealizujemy. Ale tak właściwie – co z tego? Przecież już nigdy więcej się nie spotkamy. Jeśli była między nami naprawdę silna więz – zachowajmy z niej w sobie to, co najlepsze.


Synku, ona do ciebie nie pasuje, czyli pozwólmy każdemu kochać tego, kogo i jak chce

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 listopada 2017
Fot. istock/South_agency
Fot. istock/South_agency
 

Poznali się niedawno, ale już wszyscy o nich wszystko wiedzą. Że przyjechał ją odwiedzić, że chyba przyniósł kwiaty. Że ona chyba jest po rozwodzie, że chyba pracuje w tej dużej firmie i może nawet nieźle zarabia. Żeby mieć jednak pewność… Bo może wcale nie chodzi o nią?

Kasia spotyka się z Jackiem od miesiąca. Są sobą zauroczeni, to świeże, fajne, pozytywne uczucie. Całowali się, byli razem w kinie, zakochują się w sobie. Powoli, w swoim tempie, w ukryciu przed całym światem. „Całym światem”, czyli rodziną Jacka, jego matką, ciotkami i siostrami, które bardzo chciałyby wiedzieć na pewno o kogo też może chodzić. Z kim ten Jacek jest? Czy to poważne, czy tylko na chwilę? Czy w ogóle „coś z tego będzie”? Przecież one zachodzą w głowę od kilku lat, żeby Jacek w końcu kogoś sobie znalazł. Mówiły mu tyle razy, przyjedź na dłużej, znajdziemy ci fajną dziewczynę. Taką „swoją”, dobrą. Ożenisz się, stabilizacja jest ważna. A ten co? Po kryjomu, nie wiadomo z kim. Nie wiadomo, kiedy dokładnie. I nawet nie wiadomo co. A przecież one POWINNY wiedzieć. Zobaczyć, skontrolować, zaakceptować. No, przynajmniej wyrobić sobie zdanie. Najlepiej na „nie”.

Ktoś ich widział, przytulonych. Ktoś inny widział, jak szli „za rękę”. Dlaczego Jacek nic nikomu nie powiedział, o tym, że idzie z nią na spotkanie? Przecież mogliby coś doradzić, albo lepiej – odradzić. To niemożliwe, żeby sam umiał zdecydować, kto mu się podoba. Na pewno strzelił jakąś głupotę z tą Kaśką, o ile to w ogóle o nią chodzi. Ale nikt inny do tej historii nie pasuje. No i poznali się jakiś czas temu, to nie jest taka świeża znajomość, wygląda na to, że dopiero teraz zaiskrzyło. Dlaczego wcześniej nie zwróciły na to uwagi? Może można by było go jakoś powstrzymać, jakoś temu zapobiec? Zainteresować kimś innym, bo ta Kaśka to do niego nie pasuje. Na bank, będzie z tego jakieś nieszczęście.

Jacek odbiera telefony od ciotek. Pytają go jak leci, jak tam w pracy i czy przypadkiem ostatnio kogoś nie poznał. Że nie, wcale, absolutnie nic nie wiedza, ale tak pytają, bo się martwią. Nie odpowiada nic. Bo to nie ich sprawa. Bo to coś osobistego.

Jacek nie mówi o tym Kasi, nie chce, żeby się denerwowała, żeby coś zmąciło ich szczęście. A tak na pewno będzie, wie to, bo już raz to przeżywał. Był w związku, był zakochany. I zaczęło się tak samo. Telefony, zaproszenia, propozycje. „Przyjdź z dziewczyną, chcemy ją poznać”. Nie spodobała się. Nie była dla niego „odpowiednia”. Zaczęli dzwonić, dawać rady. „Daj sobie lepiej z nią spokój, to nie jest nikt dla ciebie, zaraz wyjeżdżasz za granicę, tam pewnie kogoś poznasz. Tak będzie lepiej dla was obojga”.

Tamten związek na odległość nie przetrwał. Ona czuła brak akceptacji ze strony jego rodziny, on nie miał w sobie dość siły, by o tę relację powalczyć. Ale wtedy był o wiele młodszy. Dziś wie, że o miłość trzeba dbać, a najlepiej chronić ją przed całym światem. Póki jest taka „świeża”, trzymać w ukryciu. Przynajmniej jeśli ma się taką rodzinę, jak Jacek.

Czemu tak bardzo lubimy mieszać się w szczęście innych? Dlaczego nie pozwalamy im cieszyć się tym ich szczęściem? Nie wtrącajmy się w życie osób, które są nam bliskie. Nie mamy prawa kontrolować niczyich uczuć, wybierać partnerów, którzy naszym zdaniem lepiej do kogoś pasują. Nie przeżyjemy za nikogo uczucia zakochania, nie uchronimy go przed błędami. W miłości niech każdy podejmuje decyzję na własną rękę.

P.S. Wydarzenia przedstawione w tekście są prawdziwe, zmieniono jedynie imiona bohaterów.


Ślub w ciemno, ciąża w ciemno… Przecież to wszystko już było

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 października 2017
Fot. istock/zamuruev
Fot. istock/zamuruev
 

Moja znajoma namiętnie ogląda w telewizji tylko jeden program. Ten, w którym uczestnicy zostali połączeni w pary przez grupę specjalistów. Pełni nadziei, że właśnie za chwilę spotykają miłość swojego życia widzą się pierwszy raz na ślubnym kobiercu i… biorą ślub. Na serio. Zupełnie się nie znają, nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiali, a teraz mają żyć jak mąż i żona. Od „już”. Taki eksperyment. Nowatorskie podejście (choć z zachowaniem polskiej tradycji). Ale czy na pewno?

W głowie robię szybki przegląd doświadczeń życiowych moich koleżanek i swoich własnych też. Wiele z nich (moich znajomych) jest właśnie na etapie: „Jezus Maria, żyłam z nim tyle lat, a nie wiedziałam jaki jest naprawdę, nie znałam go”. Albo: „Gdybym wiedziała, że on taki jest, nigdy bym za niego nie wyszła za mąż”. No i klasycznie: „Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że on taki jest?”. A oznacza to właściwie, że „ślub w ciemno” brała większość z nas. Albo nie zdążyłyśmy naprawę dobrze poznać mężczyzny, z którym związałyśmy nasze życie „na dobre i na złe” albo byłyśmy tak zakochane, że żadne logiczne argumenty bliskich osób, które „widziały więcej” do nas nie dochodziły. Eh, miłość. Naprawdę da się nią wszystko wytłumaczyć?

Bo jak to się dzieje, że facet, z którym spędziłaś kilka wiosen, z którego rodzicami siedziałaś nieraz przy niedzielnym obiedzie, że mężczyzna, z którym masz wspólnych znajomych, ba! Z którym masz wspólne dzieci! No więc, że ten mężczyzna, z dnia na dzień oświadcza ci na przykład, że właściwie to on był z tobą nieszczęśliwy, że go ograniczasz, związek go w ogóle ogranicza, unieszczęśliwia go to wszystko i właśnie ma depresję, więc on sobie już pójdzie. Dzieci możesz zatrzymać.

Co sobie pomyślisz? Że, cholera jasna, naprawdę świetnie udawał? Oskarowo po prostu? Że jeszcze dwa tygodnie temu z zapałem opowiadał twojemu ojcu o swojej nowej pracy, dzięki której stać was będzie na większe mieszkanie i te fajne wakacje, o których marzyliście? A teraz co? Rozchorował się na głowę? Ma chwilowy kryzys z przepracowania? Można mu jakoś pomóc?

Kiedy okazuje się, że kryzys jest koleżanką z liceum, którą twój mąż spotkał przypadkiem pod centrum handlowym pół roku temu, oczy wychodzą ci z orbit. Jasne, jesteś nieszczęśliwa i wściekła, ale przede wszystkim jesteś ZDZIWIONA. Bo myślałaś, że go znasz, a tu taki klops.

Albo taki facet, na którego źle działa papierek? To znaczy, on bardzo chce wziąć z tobą ślub, marzy o tym, najchętniej ożeniłby się z tobą już zaraz. Ty, niestety, jesteś tym zachwycona. No to wychodzisz w tym zachwycie za niego za mąż, chociaż nigdy nie byłaś jakąś zwolenniczką ślubów. A kiedy on już jest twoim mężem przechodzi metamorfozę. Zamienia się w kogoś, kto nie ma dla ciebie ani grama szacunku. Sprawia, że na kilka długich lat stajesz się kimś innym. Taka jesteś zdziwiona, że grasz w tę jego grę. Wciągasz się w to, a nawet zaczynasz wierzyć, że wszystko jest w porządku. Z tego małżeńskiego i osobistego dramatu wychodzisz w końcu, poraniona, niepewna siebie, ale szczęśliwa, że to już koniec. I nieustannie zaskoczona, że się w ogóle znalazłaś w tym punkcie.

Jasne, że nie chcę tym tekstem wam powiedzieć: „zgłaszajcie się masowo do programu, w którym ktoś mądrzejszy od nas wybierze nam partnera, może tym razem się uda, skoro same nie potrafimy”… Ja właśnie chciałam o tym, że miłość to poważna sprawa. Znacznie poważniejsza niż ta biała sukienka, którą zakładasz na kilka godzin. O wiele mniej błaha niż wybór weselnego menu. Miłość szczęśliwa, dobry związek to eksperyment na naszym życiu i na naszym sercu. Bo pozwalamy drugiej osobie wejść w naszą intymność, codzienność, nasze „ja”.  A ślub w ciemno, choć się zdarza, to zły kierunek.

Podobno telewizja szykuje nowy program. Taki, w którym uczestniczki będą zachodzić w ciążę z nieznajomym. I właściwie, to też już było, prawda?