Co musiałoby się stać, żebyśmy chcieli płacić podatki?

Karolina Krause
Karolina Krause
13 stycznia 2017
Fot. iStock / gruizza
Fot. iStock / gruizza

Co to za głupie pytanie – pomyślisz – bo przecież nikt normalny i zdrowy na umyśle nie chce płacić podatków w Polsce. Bo jeśli tylko wychylić nos poza nasz kraj, to płacenie podatków jest po prostu obowiązkiem, który większość akceptuje. U nas większość się miga, jak może. Spójrzmy na Szwecję, Norwegię, gdzie płacenie podatków jest rzeczą świętą. No i zastanawiam się, co takiego musiałoby się zadziać w naszym kraju, żebyśmy do kwestii podatków podchodzili normalnie?

Niemal wyniesiono mnie w tym roku z Sylwestra po tym, jak wdałam się w zażartą dyskusję z przyjacielem, który dumał, jak uniknąć zapłacenia kary w skarbówce, gdzie wina jest ewidentnie po jego stronie! Nie rozumiem. Są przepisy, czy się zgadzamy czy nie, należy ich przestrzegać.

Pamiętam audycję w radiu o podatkach i to co powiedział jeden z ekspertów: nasz stosunek do podatków to przede wszystkim kwestia kulturowa. Wynik tego, co działo się na danym obszarze przez dziesiątki, a nawet setki lat. Kultura ma jednak to do siebie, że może się zmieniać, a razem z nią nasze podejście do wielu kluczowych spraw.

Co by więc musiało się stać, żebyśmy zaczęli płacić podatki?

Niższe podatki?

Każdy się zgodzi, że gdyby podatki, były niższe, rzadziej migalibyśmy się od ich płacenia. Kiedy Milton Friedman (amerykański ekonomista nagrodzony Nagrodą Nobla) odwiedził nasz kraj w 1989, powiedział, że „Polska nie powinna naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Polska powinna naśladować rozwiązania, które kraje zachodnie stosowały, gdy były tak biedne, jak Polska.”

Niestety od tamtego czasu nikt nie wyciągnął z tej nauki żadnych wniosków. I zamiast obrać sobie za cel obniżenie podatków, Fiskus dąży jedynie do tego by wyciągnąć więcej od tych, którzy uczciwie płacą, albo do tego, by lepiej wyłapywać tych, którzy starają się ominąć prawo (zwiększając rygorystyczność systemu podatkowego, liczbę sytuacji, w których powstaje obowiązek podatkowy i liczbę kontroli podatkowych). Nasz rząd zachowuje się jakby przedsiębiorcy byli w Polsce niemile widziani, więc najbogatsi z nich uciekają przed płaceniem zbyt wysokiej daniny rejestrując swoje firmy w krajach uznawanych za raje podatkowe, jak Cypr, Malta, Luksemburg, czy chociażby Węgry.

Jaśniejsze przepisy?

Zdaniem Cezarego Kaźmierczaka, prezesa Związku Przedsiębiorców i Pracodawców prawo podatkowe w Polsce tworzone jest pod przestępców. Na jednej z konferencji prasowych dotyczących możliwości popełniania przestępstw przez urzędników Ministerstwa Finansów, powiedział.

Niemal od 20 lat w Ministerstwie Finansów przygotowywane są regulacje, o których po wejściu ich w życie wiedzą w zasadzie tylko grupy przestępcze, które na ich podstawie przez 2-3 lata dokonują oszustw, a opinia publiczna dowiaduje się o nich po ujawnieniu sprawy przez media. W każdej takiej sprawie sprawcy tych oszustw nie zostają ujęci – co najwyżej aresztuje się kilku słupów – a odpowiedzialnością za to obarczani są uczciwi przedsiębiorcy i MF próbuje ich objąć odpowiedzialnością zbiorową. Więcej

Pozytywny stosunek do płacenia podatków, to w dużej mierze także efekt zaufania społecznego. Kiedy raz zostanie ono utracone, ciężko je odbudować, a takie działania rządu z pewnością tego nie ułatwiają.

Lepszy PR Urzędów Skarbowych

Tego chyba nie sposób kwestionować. Administracja podatkowa w Polsce ma fatalny PR i chyba każdy mógłby się pod tym podpisać. Oczywiście nie da się tego zmienić w przeciągu roku/ dwóch lat/ trzech lat, ale inwestycja w taką działalność powinna stać się priorytetem naszego rządu. Bo z jednej strony jest to kwestia efektywności działań administracji, a z drugiej strony transparentności. Może rozwiązaniem okazałaby się coroczna kampania informacyjna, na co idą nasze podatki? Eh, podatki, to temat rzeka. Moglibyśmy tu wymieniać tysiące przykładów , dlaczego tak naprawdę nie chcemy ich płacić. To są trendy głęboko zakorzenione w historii. Nie od dziś mamy w Polsce do czynienia  z rozmyciem interesów rządu i obywateli. Na przestrzeni lat utarło się w nas przeświadczenie o tym, że Polak tak musi, nakombinować się dziesięć razy, byle by tych podatków nie płacić. Byleby być przeciw rządowi.

Tylko, że to kombinowanie często jest na cienkiej granicy. Przekonujemy się o tym dopiero wtedy, kiedy jesteśmy w czarnej finansowej „d…”. Może więc czas, abyśmy zamiast się migać, czy kręcić, wzięli sprawy w swoje ręce? Łatwo jest mówić o dziurze budżetowej, o braku finansowaniu różnych ważnych dla nas obszarów życia, o tym, że rząd do niczego. Ale czy my pomagamy, by to zmienić?


 

Źródło: wp.plwp.plpolskieradio.pl

 


Weszła do sklepu po zakupy. O czym myślała? Na pewno nie o tym, że za chwilę przyjdzie jej walczyć o życie. Cuda się jednak zdarzają

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 stycznia 2017
Arch. prywatne
Arch. prywatne

Kuba przysyła SMS-y: „Ciociu zrób coś, żeby mama wróciła”.

Nic nie zapowiadało tej tragedii. Dzień, jak co dzień. Karina z dziećmi wyszła do lekarza, bo najmłodsze miało katar. W drodze powrotnej zaszła do sklepu, jak każda z nas – czegoś w domu brakowało. Tyle, że ona już z tego sklepu nie wyszła… Szybko robiła zakupy, bo dzieci z jej bratem czekały na nią przed sklepem. Młoda, piękna, kochająca męża i swoich trzech synach. Uśmiechająca się do świata i ludzi, bo w końcu była szczęśliwa. Miała wszystko to, o czym marzyła – dzieci, miłość, rodzinę.

O czym tego dnia myślała? Pewnie martwiła się o zdrowie pięciomiesięcznego Aleksa, choć pocieszała się, że katar to nic takiego. Może zastanawiała się, jakie sandały na lato kupić trzyletniemu Antkowi. Co zrobić na obiad? Kiedy zadzwoni mąż, który pracuje za granicą. A może z czułością myślała o swoim nastolatku –  Kubie, który choć jak każdy nastolatek sprawia jakieś kłopoty, to jednak dumna była z niego. Może nie zdążyła mu tego powiedzieć?

A może chciała zadzwonić do siostry. Starszej o sześć lat Kasi. Pokłóciły się jakiś czas temu, ale jak to siostry – zdążyły się pogodzić, tylko się nie widziały od kilku tygodni. Pewnie pomyślała, że musi do niej zadzwonić i się spotkać koniecznie.

I ta głowa trochę jej nie dawała spokoju, bo znowu bolała od rana. Ale najważniejsze, że poszła do lekarza. Pewnie to przemęczenie – jak mówiła Kasia. Wymioty to może od migreny, tylko te omdlenia… Rodzina uparta, więc poszła przez ich gadanie się zbadać. Ale już jutro tomograf, to wszystko się wyjaśni… Nie ma co siać paniki.

Upadła nagle. Nie wiedziała, co się stało. Nie widziała, że ludzie się zbiegli, że ktoś zaczął krzyczeć, ktoś wybiegł ze sklepu w popłochu. Nie zdawała sobie sprawy, że leży w kałuży krwi, a jej głowa puchnie do niewyobrażalnych rozmiarów… Karetka. Nie wiedziała, że pękł tętniak, którego nosiła w głowie.

Tych trzech operacji, które przeszła nie pamięta. Jakieś strzępy głosów do niej docierały, jakieś światło przed oczami. Ale nie mogła się skupić. Coś się pojawiało i znikało. Docierał czasami do niej płacz dzieci, stłumione słowa: „Wróć do nas, czekamy na ciebie”, „Mamo, nie odchodź, przepraszam”, „Kochanie, nie możesz nas zostawić”, „Mamo, obudź się”.

Ale nie mogła się obudzić, chociaż lekarze trzykrotnie próbowali wybudzić ją ze śpiączki. Orzekli śmierć pnia mózgu. Spytali rodzinę o decyzję… To nigdy nie jest proste. Pogrzebać nadzieję, pożegnać kogoś, kogo kochamy, kto jest najważniejszy w naszym życiu, a pustki po nim, wiemy, że nie da się zapełnić.

„To cud”, „To cud” – usłyszała. Nie wiedziała, o co chodzi. Kompletnie. Gdzie jest, co się stało, kim są ludzie wokół niej. Poruszenie, chaos jakiś. Nie mogła nadążyć za tym, co się dzieje. Nie mogła mówić, nie mogła się ruszać. Mogła tylko wodzić oczami po obcych jej ludziach, miejscu, rzeczach.

Powoli docierało do niej, że stało się coś złego, że miała wypadek. Nic nie pamięta. Nic. Nie może tego powiedzieć, nie wie jak się nazywa, skąd pochodzi. Ci ludzie wiedzą.

Płacze, płacze kiedy widzi w drzwiach mężczyznę, którego zna! Wie, jak ma na imię, poznaje go, choć nie potrafi powiązać z nim niczego. Wchodzi z obcą kobietą. To podobno jej siostra, a on jest siostry mężem. Nic nie rozumie. Jaka siostra?

Przychodzą jakieś dzieci. Ten kilkulatek płacze, tuli się do niej, mówi „mamo”. Dlaczego? Ona jest jego mamą? Tłumaczą jej, co się stało, dlaczego jest w szpitalu, mówią, że kilka miesięcy była w śpiączce, że już się z nią żegnali.

Chciałaby znowu zasnąć, odpocząć. Chciałaby zrozumieć, zmusić swój mózg do wysiłku, żeby zacząć mówić, ruszać się, a przede wszystkim zrozumieć, przypomnieć sobie.

Pewnego dnia przyjeżdża siostra, a może to mama, znajoma? Mówi, że jest siostrą. Ok. Zabierają ją do ośrodka. Już nie będzie w szpitalu, będzie w miejscu, gdzie jej pomogą, gdzie pomagają wielu ludziom.

Mijają tygodnie, a ona w końcu może mówić. Może w się w końcu porozumieć, powiedzieć: „Zabierz swojego syna”, gdy dziś już pięcioletni Antek chłopiec siedzi jej na kolanach i krzyczy: „Nie wyjdę stąd bez mamy, ja chcę być z mamą”. „To twój syn” – słyszy. Aha, mój syn, no tak… Płacze, bo czuje się taka głupia, taka bezsilna i bezbronna. Widzi te oczy wyczekujące, głaska najmłodsze dziecko po główce, gdy do niej podchodzi. Ma już półtora roku. On jej też nie pamięta, miał pięć miesięcy, kiedy zniknęła z jego życia najważniejsza osoba – mama.

Jedyne czego chcą to, żeby wróciła. Jeden cud się zdarzył, za nim idą kolejne, powoli. Karina mówi, potrafi już sama jeść, ma władną prawą część ciała. Pamięta, jaką piosenkę grali na jej ślubie przy pierwszym tańcu, ale nie pamięta swojego męża…

Nie pamięta dzieci, a one czekają na to, by w jej oczach zobaczyć iskierkę miłości, ten przypływ naturalnej czułości, kiedy już sobie przypomni, że to one…

Tylko najstarszy Kuba, pisze do swojej cioci Kasi SMS-y: „To moja wina, może gdybym się  z mamą nie kłócił”, „Nie wytrzymam tego dłużej, zrób coś, proszę ciociu”. A Kasia walczy o siostrę jak lew. O sześć lat młodszą siostrę, która kiedy skarżyła na nią rodzicom. „Jak zabrałam ją dwa, trzy razy na wagary, to przestała” – śmieje się.

Długi czas przed nimi… Bardzo długi czas leczenia, rehabilitacji i nadziei, że mózg jest tak niezbadany i tak zaskakujący, że Karina odzyska pamięć, sprawność, wróci do swoich dzieci.

Ośrodek „Leśna Polana” w Gryficach, w którym znajduje się Karina, widział nie takie cuda, nie takie beznadziejne przypadku wypisywali dumni lekarze do domu, a rodzina płakała już tylko ze szczęścia.

Bo, żeby dzieci odzyskały mamę, Kasia siostrę, a mąż żonę – potrzeba dużo pieniędzy. Już kilka cudów się wydarzyło w ich życiu… Czas na kolejny. Cud ludzkiej dobroci.


Dla Kariny na rehabilitację i pobyt w ośrodku zbierane są środki na siepomaga.pl. Chcesz wpłacić? Kliknij TUTAJ. Nie możesz, podaj dalej tę historię.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Arch. prywatne

 


Jak w zegarku. Czyli problem ze zbyt wysoką samokontrolą

Karolina Krause
Karolina Krause
13 stycznia 2017
Wszyscy chcielibyśmy być bardziej zdyscyplinowani. Badania pokazują, że osobom z wysoką samokontrolą częściej udaje się osiągać sukces w różnych dziedzinach życia.
Fot. iStock / RoBeDeRo

Każda z nas ma choć jedną taką koleżankę. Codziennie rano opowiada o tym, jaki ma niesamowity przepis na swoją owsiankę (osobiście nigdy w to nie uwierzę – wypróbowałam już chyba wszystkie). Kobietę, która większość swoich zadań kończy przed południem, by w przerwie na lunch móc pobiegać z psem, lub dla odmiany poćwiczyć jogę. Chatę ma wysprzątaną na błysk, wieczorem zawsze odrabia z dziećmi lekcje, a następnego dnia jest w pracy na kilka minut przed 8. Scyzoryk sam ci się w kieszeni otwiera. No bo niby, jak ona to wszystko robi?

Może ty sama taka jesteś, albo tą osobą, która zdaje się chodzić, jak w zegarku jest twój własny facet, który tego samego oczekuje od ciebie? Niejednokrotnie doprowadzając cię takim zachowaniem do szału… Łatwo jest zazdrościć takim ludziom, łatwo też się z nimi nie zgadzać. Okazuje się jednak, że często sami sprowadzamy ich do takiej roli, stawiając im poprzeczkę bardzo wysoko.

Wszyscy chcielibyśmy być bardziej zdyscyplinowani. Badania pokazują, że osobom z wysoką samokontrolą częściej udaje się osiągać sukces w różnych dziedzinach życia. Jako dzieci uzyskują wyższe stopnie w szkole, rzadziej zdarza im się popadać w alkoholizm czy obżarstwo, a do tego są w stanie psychicznie lepiej przystosować się do zmiany. Przekłada się to także na ich relacje z bliskimi. Partnerzy o podobnych poziomach samokontroli są wzajemnie bardziej czuli, mają większe zaufanie do siebie i szybciej sobie wybaczają. Dzięki czemu mniej się kłócą i są ogólnie bardziej zadowoleni ze swojego związku.

Można by więc pomyśleć, że takim osobom jest w życiu zdecydowanie łatwiej. Wszystko ma jednak dwie strony medalu i nawet posiadanie wysokiej samokontroli ma swoje wady. Niesie bowiem ze sobą ryzyko równie wysokich oczekiwań. Poznając prawdę o sobie ważne jest, abyśmy potrafili dostosować swoje zachowania w taki sposób, by się wzajemnie nie ranić.

Oto trzy sposoby, w jaki zdarza nam się traktować silnie zdyscyplinowane osoby, które mogą być szkodliwe dla naszych relacji z nimi:

Oczekujemy, że będą bardziej skuteczni

Takie przeświadczenia towarzyszą tym osobom, już lat szkolnych. Wtedy jednak karmili ich nimi rodzice. „Bo skoro Kasia ma takie dobre stopnie, to na pewno świetnie pójdzie jej na maturze”. Wysokie oczekiwania, sprawiają, że czujemy na sobie silną presję. A niewielu z nas jest wstanie dobrze działać pod presją. Potem przyszły wyniki z egzaminu i przyszło wielkie zaskoczenie. „No ale jak to? Przecież tak dobrze ci szło?”. Rozczarowanie to słowo klucz, dla tych osób. Nie chcą lub nie mogą nikogo rozczarować – ani siebie, ani nikogo innego. W obawie przed nim jeszcze bardziej starają się zacisnąć pasa.

Nakładamy na nich więcej pracy

Kochanie, a czy jak już odbierzesz dzieciaki ze szkoły mogłabyś podjechać jeszcze po te dokumenty, o które cię prosiłem. A i może jeszcze przy okazji oddasz jeszcze tę koszulę do prania? Wiem, że jakoś ci się uda – zawsze ci się udaje”. No właśnie bo jakimś cudem zawsze ci się udaje. Ogarnąć tę listę zadań, jakie sobie zaplanowałaś na ten dzień. Sęk w tym, że ona już i tak jest totalnie zawalona, a każde dodatkowe „to dosłownie kilka minut” mało nie wyprowadza cię z równowagi.

Jak w zegarku. Czyli problem ze zbyt wysoką samokontrolą

Fot. iStock/amriphoto

 

Nie doceniamy ich wysiłku

A może to my nie doceniamy wysiłku, jaki oni (faceci) wkładają w to, że międzyczasie są w stanie dopisać do swojej listy rzeczy, których nam nie udało się zrobić? Albo robią coś zupełnie bez naszej wiedzy, dbają o sprawy, którymi nie chcą zaprzątać nam głowy? Czasami człowiek potrzebuje tylko tego, by ktoś był w stanie go zobaczyć.

Więc jeśli masz w swoim domu faceta, który nadzwyczaj dobrze się kontroluje lub przyjaźnisz się z kimś silnie zdyscyplinowanym, postaraj się doceniać wysiłek, jaki wkładają w to, by codziennie dawać z siebie 100% i nie oczekuj od nich więcej niż powinnaś. Jeśli z kolei sama jesteś jedną z tych osób, zastanów się, czy by nie użyć pokładów swojej samokontroli do tego, by nakładać na siebie nieco mniej obowiązków. Twój związek z pewnością ci za to podziękuje.


Źródło: psychologytoday.com


Zobacz także

Fot.  Screen z Instagrama / Anna Lewandowska

W dupie mam te wszystkie komentarze, że za chuda, zbyt uśmiechnięta i za szczęśliwa. Weźcie się matki ogarnijcie!

Fot. iStock / EmmaKStudio

Manifest o Babskich Świętach. Należy się nam raz do roku, a co! Akcja „A co ty byś sobie podarowała w prezencie”

Screen/ Youtube

Z rodziną najlepiej na zdjęciu? Jesteście o tym przekonani?