11 dowodów na to, że czasem dobrze być bałaganiarą

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
3 listopada 2016
11 dowodów na to, że czasem dobrze być bałaganiarą
fot. iStock/yulkapopkova
 

Artystyczny nieład, bajzel, chaos – można nazywać go na wiele sposobów. Bałagan jest i będzie częścią naszego życia. A przynajmniej życia bałaganiar! Większość z nas (tak, ja też do nich należę!) powie, że ten cały bałagan to po prostu wyraz jej artystycznej duszy. Są też takie, które twierdzą, że nie uporządkują swojej szafy/biurka/mieszkania, póki nie uporządkują wielu spraw w swojej głowie. Efekt? Żyjemy w chaosie, który tylko my potrafimy ogarnąć. I ma to swoje plusy!

1. Niesamowita wygoda!

Potrzebujesz tej pięknej zielonej koszuli, którą miałaś założoną kilka dni temu? Ah, i jeszcze książki, no wiecie, tej o silnej kobiecie, co to sama dom buduje. Nie ma sprawy! Możesz być pewna, że znajdziesz te dwie rzeczy w tym samym miejscu. No ewentualnie oddalone od siebie o pół metra. A gdybyś bałaganiarą nie była? Musiałabyś szukać w dwóch zupełnie różnych miejscach!

2. Prywatność doskonała 

Nie ma mowy, by ktoś wpadł do twojego królestwa i postanowił poszukać czegoś ciekawego. Niektórzy bałaganiarze uważają, że nie ma lepszej ochrony przed kradzieżami. Coś w tym jest! Bo przecież komu chciałoby się szukać kilkuset złotych, laptopa czy biżuterii pod stertą ciuchów?

3. Funkcjonalność maksymalna 

Projektanci i dizajnerzy prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowszych, wygodniejszych rozwiązań do małych mieszkań. Nie ma jednak lepszego rozwiązania od ‚tego krzesła’. Bo przecież każda z nas miała krzesło czy fotel, które były najlepszą szafą. Kiedy potrzebne było krzesło, ciuchy wędrowały na łóżko, no ewentualnie podłogę. I voila! Rozwiązanie gotowe.

4. Tylko ty wiesz, gdzie co jest

A niech ktoś ci posprząta… Trzecia wojna światowa gotowa! Bo przecież twój bałagan, to twoje królestwo i doskonale wiesz, gdzie co leży. Nawet jeśli byłoby przykryte stertą starych gazet. Potrzebujesz tylko chwili, żeby odnaleźć się we wszystkim.

5. Porządek? Boże, jak trudno tu coś znaleźć! 

Głupio to brzmi, ale tak jakoś zawsze wychodzi, że trudno ci odnaleźć się w tym porządku. Jakoś tak za czysto, wszystko pochowane… Ogarnięcie się trwa o wiele za długo!

6. Niespodzianka! 

Pamiętasz tę stówę, którą zgubiłaś? Niespodzianka! Wcale jej nie zgubiłaś, po prostu włożyłaś do kieszeni innej kurtki. A może kupiłaś sobie kiedyś kolczyki, ale jakoś tak położyłaś je na biurku, a potem wylądowały na nim książki? Obdarowywanie się prezentami, które tak naprawdę posiadasz od dawna jest naprawdę cudowne!

7. Bałaganiarstwo jest naprawdę stylowe 

Każda z nas przecież wie, że bałagan na głowie nie musi wyglądać tragicznie. Wystarczy trochę suchego szamponu, lakieru do włosów… No dobra, ale co to ma wspólnego z bałaganiarstwem właściwym?! Większość zdjęć, które podpadają pod ‚inspiracje’ jest ustawiana tak, by był na nich zaplanowany chaos. A my mamy chaos na co dzień! I nie musimy się starać!

8. Oszczędność czasu 

To akurat proste i wiadome. Sprzątanie zabiera nasz cenny czas, który mogłybyśmy przeznaczyć na przykład na zrobienie sobie nowych paznokci, lekturę ulubionej książki, a może spacer lub wieczorny jogging? Pomysłów na wykorzystanie tego czasu na pewno nam nie zabraknie!

9. Pobrudziłaś sukienkę? Nie ma problemu, przecież masz kolejną w samochodzie! 

Bo samochód to twoja szafa na kółkach. I całe szczęście! Bo czasami ratujesz tym nie tylko siebie, ale i swoje przyjaciółki. Jeżeli kiedykolwiek marudziły, że do perfekcyjnej pani domu ci daleko… właśnie przestały.

10. Poranek? 15 minut i gotowe! 

Bo wszystko leży obok siebie. Biżuteria, ciuchy, bielizna… Nie ma problemu! Nie spóźnisz się na pewno. A  twoim koleżankom, które wszędzie mają porządek może się to zdarzyć. Dlaczego? Bo ostatnio sprzątała i włożyła ulubione szpilki do pudełka, które miała opisać, ale tak jakoś wyszło, że zapomniała.

11. Nie stresujesz się małymi rzeczami

Bo kiedy twoje przyjaciółki martwią się o to, co powie ich facet, gdy zobaczy bałagan w ich szafie ty dobrze znasz reakcję twojego. ‚Ale mi się dziewczyna trafiła…’ Po czym stwierdza, że to super, bo przynajmniej nie będziesz mu wierciła dziury w brzuchu, że powinien ogarnąć swoje mieszkanie.

Dobrze być bałaganiarą!


źródło:Duet

 


Rząd wycenia wybór kobiety. 4 000 złotych za urodzenie nieuleczalnie chorego dziecka, dziecka, które może nie mieć szans na przeżycie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 listopada 2016
Fot. iStock / PaulBroben
 

Jak widać w naszym kraju wszystko można wycenić. Drugie i kolejne dziecko na 500 złotych, a życie tego narodzonego, które być może umrze po porodzie, na 4000 złotych. Dziś w sejmie omawiany jest zapowiadany przez premier Beatę Szydło projekt ustawy „Za życiem”.

Wszystko ma swoją cenę. Za wszystko można zapłacić. Za cierpienie matki, za cierpienie dziecka, za ból rodziców, którzy żyją ze świadomością, że dziecko, na które czekali, które miało przynieść im szczęście, stanie się bolesną blizną trudną do zagojenia.

Mówi się o przekupstwie kobiet – rodźcie dzieci, nie decydujecie się na aborcję, nawet gdy macie świadomość, że wasze dziecko urodzi się z zdeformowane, że będzie cierpiało, żyło krócej niż wy…

Bo jednorazowo wypłacone 4000 złotych dotyczyć ma rodziców tych dzieci, u których w czasie ciąży zdiagnozowano ciężkie i nieodwracalne upośledzenie albo nieuleczalną chorobę zagrażającą jego życiu. Dzieci, które w wyniku wcześniactwa, czy braku lekarskiego orzeczenia w trakcie ciąży urodzą się z niepełnosprawnością zdaje się ta kwota dotyczyć nie będzie.

Zresztą, co my tu mówimy o pieniądzach. O jakich pieniądzach. Przecież takich decyzji, takich sytuacji nie da się określić żadną kwotą? Projekt ustawy, nad którą notabene w 99% pracują mężczyźni mówi o wsparciu dla matek dzieci, które zdecydują się donosić tak trudną ciążę. Ale jedynym konkretem jaki pada – jest szeroko dyskutowana kwota 4000 złotych. Reszta to ogólniki o opiece, dostępie do badań, wsparciu psychologicznym, medycznym.

O jakiej opiece możemy mówić? Paliatywnej opiece dla dzieci, gdzie w naszym kraju jest tylko jedno hospicjum, w którym rodzice mogą przebywać ze swoimi ciężko chorymi dziećmi zaraz po ich urodzeniu? Gdzie znajduje się jedna sala, w której rodzic obawiając się, że nie będzie potrafił w domu zająć się swoim dzieckiem, może nauczyć się, oswoić z całym sprzętem podtrzymującym życie noworodka. W Pałacu Fundacji Gajusz, bo o nim mowa, jest miejsce dla dzieci, których życie dalekie jest od ideału, których ciężaru choroby nie udźwignęli rodzice pozostawiając dziecko w szpitalu. To w tej fundacji znane są przypadki dzieci, którym już w okresie prenatalnym nie dawano szans na przeżycie choćby tygodnia, a które żyją już kilka lat i pomimo swojej głębokiej niepełnosprawności chcą nadal żyć, ich organizm nieustannie walczy.

Co z tymi dziećmi? Rząd daje kobietom sygnał: nie usuwajcie ciąży. Może idąc dalej za myślą prezesa Jarosława Kaczyńskiego, 4000 złotych otrzymają ci rodzice, którzy oprócz decyzji o nieprzerywaniu trudnej ciąży ochrzczą swoje dziecko? Absurdalne? Mam wrażenie, że w naszym kraju już wszystko jest możliwe. W kraju, gdzie jak się okazuje Episkopat daje przyzwolenie rządowi do takiego a nie innego głosowania nad projektami ustaw dotyczącymi kobiet.

Jakiś czas temu przeczytałam (przepraszam, nie pamiętam źródła), że rocznie do kościoła wpływa ponad 100 milionów złotych ze ślubów, podobna kwota z pogrzebów. Gdyby połączyć chrzciny i pogrzeb… Tak, wiem to daleko posunięta interpretacja. Ale jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A ja chcę zrozumieć. Chcę wiedzieć skąd pomysł uspokajania sumień tych, którzy wymuszają na kobietach narodziny bardzo chorych dzieci. I nie mówimy tu o upośledzeniach, z którymi da się żyć, mówimy o ciężkich niepełnosprawnościach. W jednym ze znanych mi hospicjów dla dorosłych, przygarnięte przez siostry zakonne leżą 8-letnie dziewczynki – nie mają oczu, ani ust, wegetują. Ich życie jest nieustannym cierpieniem, jest czekaniem na śmierć…

Naprawdę ktoś wierzy, że obietnica 4000 złotych złagodzi cierpienie rodziców i dzieci? Rodzice dzieci niepełnosprawnych mówią otwarcie o tym, że ten pomysł rządu to kpina. Że co później, co z opieką nad ciężko chorymi dziećmi? Gdzie wtedy pomoc państwa. Dzisiaj rodzic otrzymuje miesięcznie 153 złotych pielęgnacyjnego. Matka, która najczęściej rezygnuje z pracy, żeby zająć się chorym dzieckiem, otrzymuje od państwa 1300 złotych… A gdzie reszta? Gdzie wizyty u specjalistów, dojazdy, leki, rehabilitacja?

4000 złotych? Każda matka chorego dziecka mówi: takie pieniądze każdego miesiąca życia mojego dziecka rozeszłyby się w mgnieniu oka… Ale tych pieniędzy nie ma. Rząd debatuje nad tym, czy wydawać miliony złotych na jednorazową zapomogę, bo chcą w ten sposób po cichu ograniczyć liczbę aborcji? Bo kupczą życiem dzieci i sumieniem matek, dla których decyzja o przerwaniu ciąży ze względu na głębokie uszkodzenie płodu jest jedną z najtrudniejszych w życiu?

Rodzice dzieci niepełnosprawnych pytają: a co dalej? – Nie byłam gotowa zostać matką dziecka „niedoskonałego”, mimo że miałam 32 lata, 6-letniego wtedy syna i tak naprawdę zero doświadczenia w opiece nad tak skrajnym wcześniakiem, jakim jest Igunia. Skrajne wcześniactwo Igi to ciągle wizyty u specjalistów, to operacje, to nieustanna walka o to, by życie dziewczynki choć zbliżone było do normalności. A środków nieustannie brak – na turnus rehabilitacyjny, na zwykłą pomoc. – To cholernie trudne macierzyństwo, wieczna walka z systemem zdrowotnym, ale i oświatowym. Uratowano mi córeczkę, jestem wdzięczna za to każdego dnia, ale przy wypisie nie było już kolorowo. Plik skierowań do specjalistów poza miejscem zamieszkania i radź sobie sama. W poprzednim przedszkolu walczyłam bezskutecznie o nauczyciela wspomagającego, zmuszona byłam zmienić przedszkole, co też dla Iguni nie było łatwe (przyzwyczajona do pań, dzieci). Mam tylko nadzieję, że usłyszę kiedyś od niej, że też jest szczęśliwa, że ją uratowano…

Może członkowie komisji debatujący nad 4000 złotych i brakiem innych konkretów spojrzą w oczy mamie Igi. Może spojrzą w oczy każdej matce, która zmaga się z ciężką chorobą swojego dziecka. Tak, ja wiem, nie o tym mowa. Nie mówimy o opiece nad dziećmi chorymi, które już żyją… pewnie rząd odpowie, że na nie też przyjdzie czas. Kiedyś.

Trzeba mieć nie lada odwagę próbując kierować czyimś sumieniem i to przy użyciu odpowiedniej kwoty. Trzeba mieć nie lada odwagę próbując powiedzieć kobiecie: nie martw się, że chore, damy ci pieniądze, tylko urodź. Bo przecież powinniśmy się przyzwyczaić, że kobiety są przez rząd postrzegane jak inkubatory do rodzenia dzieci, nieważne zdrowych, czy chorych, ważne, żeby rodziły kosztem własnego zdrowia psychicznego i fizycznego, ale w imię czystych sumień rządzących i złożonych elektoratowi obietnic.

Chciałabym spytać, ile jeszcze trzeba będzie wydać pieniędzy na uciszenie sumienia rządu, który daje sobie prawo do podejmowania decyzji za kobiety, daje sobie przyzwolenie na ograniczenia prawa naszego wyboru?


12 prawd o związku, którym stale zaprzeczasz. Wciąż brakuje nam czasu dla tych, których kochamy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
3 listopada 2016
Fot. iStock / ballero

Jednym z największych błędów, jakie popełniamy w naszych związkach jest zaprzeczenie prawdy. Zaprzeczamy, że potrafimy być wobec siebie okrutni, protekcjonalni, niedostępni… Zaprzeczamy, jak wiele wysiłku wkładamy w najważniejsze w naszym życiu relacje, jedynie po to, by trwały. Zaprzeczamy, że popełniamy błędy, że jesteśmy nieuważni, że nie zawsze mamy siłę i czas, by być dla siebie naprawdę. Kiedy związek się rozpada, nigdy z naszej winy.

Właśnie tutaj, właśnie teraz, możemy uświadomić sobie, że ​​…

Zupełnie niepotrzebnie zdarza nam się osądzać partnera

Skoro kochasz, otwórz umysł i serce. Nie oceniaj partnera, tylko dlatego, że wydaje ci się, że ty postąpiłbyś inaczej. Świat zmienia się przez przykład, a nie dzięki twoim osądom. Bądź miły, dociekaj prawdy. Słuchaj. Być pokorny. Bądź pojętny. Bądź dobrym współtowarzyszem życia.

Niepotrzebnie kontrolujemy się wzajemnie w związku

Czym jest wspólne życie bez zaufania? Dlaczego z nim/z nią jesteś, skoro ciągle się boisz? Weź głęboki oddech. Zastanów się, co was łączy, jak daleko już doszliście. Czy warto nieść ze sobą dalej ten balast jakim jest podejrzliwość i chęć kontroli?

Mamy tendencję do wytykania sobie słabości

Komplementuj osobę, którą kochasz. Podziwiaj ją, wyolbrzymiaj jej mocne strony. Umacniaj miłość, zamiast ją osłabiać ciągłymi pretensjami.

Wciąż wiemy niewiele o najważniejszych ludziach w naszym życiu

Oczywiście, to niemożliwe, żeby zawsze wiedzieć dokładnie, jak ta druga osoba się czuje w danym momencie i jaki rodzaj emocjonalnej walki właśnie toczy. Ale wspólne życie to również okazywanie sobie zainteresowania i wsparcia w trudnych momentach. Bywa, że lata mijają, a my nie wiemy o tym, że jej/jego uśmiech skrywa ból i cierpienie.

Niepotrzebnie dzielimy z innymi tajemnice naszego związku

Chrońmy nasze związki. Nie poddawajmy ich negatywnym osądom przypadkowych ludzi. Tu nie chodzi o „zamiatanie pod dywan”. Chodzi o impulsywne i czasami bezmyślne opowiadanie innym o szczegółach dotyczących naszego wspólnego życia z partnerem, takie pod wpływem chwilowych emocji, nastrojów.

Wciąż brakuje nam czasu dla tych, których kochamy

Kiedy mija pierwsze zauroczenie, „osiadamy” w naszych związkach, biorąc naszą miłość za pewnik. Nigdy nie bądź zbyt zajęty, aby mieć czas dla ludzi, którzy liczą się dla ciebie najbardziej. Naprawdę, najlepszy prezent, jaki możesz komuś dać, to chwila twojego skupienia wyłącznie na nim. Wystarczy być obecnym i zwracać uwagę na „małe rzeczy”.

Staramy się ukryć nasze niedoskonałości

Przyciągasz do siebie ukochaną osobę tym, co pokazujesz na zewnątrz – pierwsze wrażenie rzadko kiedy obejmuje zachwyt nad twoim prawdziwym, wewnętrznym „ja”.   Potem zaczynacie dzielić ze sobą codzienność i nadal chcesz być dla niego/dla niej tą wyidealizowaną wersją ciebie. Wady, niedoskonałości są czymś charakterystycznym, osobistym dla każdego z nas. Jeśli staramy się je ukryć, nie dajemy szansy ludziom, których kochamy, by mogli nas poznać naprawdę i pokochać prawdziwych nas.

Nasze relacje nie są wcale tak proste, jak chcemy, by były

Dobre relacje  w związku wymagają pracy. Dobre relacje wymagają poświęcenia i kompromisu. Rzadko kiedy przychodzą „łatwo”. Wypieranie tego, że mamy właśnie „trudny moment” i „niezauważanie”, że coś jest nie tak albo że jesteś w złym związku tylko pogarsza trudności. Znajdź w sobie chęć, by patrzeć na te wyzwania jako możliwości nauki, pielęgnowania twojego związku.

Staramy się „naprawiać” ludzi, na których nam zależy

Wola pomocy ukochanej osobie, roztoczenia nad nią parasola ochronnego jest zakorzeniona w miłości i szacunku. Miłość i szacunek do drugiej osoby oznaczają również akceptację. Związek nie jest przestrzenią, w której możesz kogoś naprawiać, lecz miejscem, gdzie oboje pozwalacie sobie na bycie autentycznymi.

Opieramy się wszelkim zmianom w naszych relacjach

Zdrowe, autentyczne mają dynamikę uwarunkowaną rozwojem osobistym obu ich stron. Zmiany są częścią związku, tak jak częścią życia. Obawiasz się, że twój związek może rozpaść jeśli coś zmienisz? Jeśli działanie na korzyść jednego z was jest działaniem zagrażającym dla związku, to wasze ścieżki już zaczęły się rozchodzić. Wcześniej.

Przyjmujemy zbyt wiele rzeczy za bardzo osobiście

Sposób, w jaki traktuje cię ukochana osoba to jedna sprawa,  to jak reagujesz na jej zachowanie i je odczytujesz – inna. jest twoje. W emocjach mamy tendencje do przypisywania intencjonalności i negatywnych pobudek najmniej znaczącym gestom. To, co z tego wynika kosztuje nas często zbyt wiele. Zdecydowanie nie jest warte swojej ceny.

Nie potrafimy zapomnieć

Małych, niewiele znaczących błędów. Przeszłości partnera, którą „wyciągamy” przy byle kłótni. To bez sensu. Jeśli już czujesz ból, dlaczego podejmujesz działania, które przysparzają jeszcze więcej bólu? Przebaczaj. Puszczaj urazy w niepamięć. Albo nie bądź w tym związku.

Jesteśmy zbyt rzadko tak dobrzy dla ukochanej osoby, jak moglibyśmy być. Zbyt często obwiniamy się wzajemnie za poczucie, że jesteśmy nieszczęśliwi.Przestańmy traktować ukochaną osobą, jako „wypełniacza” naszej wewnętrznej pustki. Związek tworzą ludzie, więc wymagajmy, w pierwszej kolejności od siebie…


Zobacz także

Myślisz, że potrafisz stworzyć szczęśliwy związek? Jak często zadajesz partnerowi te zwykłe pytania?

Uczę się miłości, tej najtrudniejszej – miłości do samej siebie. Cholernie trudne zadanie!

Wiele już zostało powiedziane. Powtórzę więc najważniejsze: Mówimy NIE