Związek

Po 20-tu latach małżeństwa już nóg co drugi dzień nie golę, obiadu z dwóch dań nie gotuję. I wiecie co? Dobrze mi z tym!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 marca 2017
Fot. iStock/:teksomolika
 

Siedzę rano skupiona na odpisywaniu na maile. Dzieciaki już w szkole. Kawa obok, w brzuchu burczy, ale śniadanie jeszcze może poczekać. Jednym okiem zerkam na mojego męża. Rozbiera się. I stoi w samych slipkach. „No co się patrzysz, rozbieraj się” – mówi i… wybuchamy śmiechem. Bo on wie, że ja próbuję pracować, a ja wiem, że on zaraz wskoczy w dresy, bo idzie ogarniać wiosennie podwórko. I tak faktycznie się dzieje. Ubiera się i wychodzi. A ja myślę: „Ja pierdzielę, kiedyś bym pomyślała, że on tak na serio i też bym się szybko rozebrała”.

No więc robię rachunek sumienia niemal 20 wspólnych lat… Czy wy też macie podobne refleksje?

Obiad z dwóch dań

Tak, robiłam dawno temu. Zupkę, drugie danie, a jeszcze o deserze nie zapominałam. Ciasto w weekend to była norma. Teraz? Poznałam wszystkie tajemnice mrożonek, zwłaszcza jak można do nich ugotować ryż, podsmażyć pierś z kuraka i obiad w 15 minut gotowy. Bosko jest, gdy wystarczy na dwa dni.

Rączka w rączkę

Ja wiecznie gdzieś za nim gonię, zawsze jestem pół kroku z tyłu i drę japę: „Czy ty możesz na mnie poczekać, ja też idę”. Wtedy na chwilę wyhamowuje, by po kilkunastu krokach znowu gnać. A kiedyś? Kiedyś za rączunię wszędzie. „Zakochana para Jacek i Barbara”.

Wspólne wieczory

Pamiętacie to jeszcze? Kiedyś przytuleni na kanapie oglądaliście wspólnie film przez jakieś… 15 minut, by w końcu i tak stwierdzić, że seks jest lepszy od najbardziej oscarowego hitu. Teraz wspólna kanapa służy do tego, by ułożyć się tak, by podczas filmu… zasnąć. Najlepiej jak najwygodniej i z jak największą ilością koca.

Wszystko razem

Oj tak. Jak do kina to razem, jak na spacer (o matko jaki spacer) to wspólnie, na imprezę – no jakżeby inaczej, jeśli nie razem. A teraz? Ja tam marzę, by się wyrwać z domu samej, żeby on z dziećmi został. A jak przyjaciółka dzwoni: „Koncert? W sobotę? Babski wypad” – to nawet mu nie mówię o planach. To znaczy mówię, ale na godzinę przed wyjściem, że wychodzę. On szczęśliwy i ja szczęśliwa. Bo on, jak znowu najdzie go ochota na męski weekend, nie będzie mieć skrupułów, podobnie, jak ja, gdy odbije mi z samotną wyprawą w ukochane góry.

Gra wstępna

Kiedyś mogła przeciągać się w nieskończoność. Ba, trwać pół nocy nawet. A teraz… przyznajcie szczerze, ile trwa najczęściej? 10 minut? Pewnie maks, bo zmęczeni, bo jutro praca, bo dzieciaki rano na wycieczkę. Nie, żebyście narzekali, ale jednak… Różnica jest.

Seks

Pamiętam, jak kiedyś od wiele lat starszej kobiety usłyszałam: „Seks, ja już go tak znam, że wiem, gdzie dotknąć jak złapać, żeby zadziałało”. Myślałam: „O matko”… Dziś będąc niewiele młodsza od niej wtedy, mogłabym jej podać rękę…

Kolacja przy świecach

Tylko wtedy, gdy prąd wyłączą i siedząc naprzeciw siebie klniemy, że telefon niedoładowany, że netu brak i w ogóle czemu ten świat taki zelektryzowany.

Łazienka

Pamiętacie ten czas, kiedy myślałyście, że nigdy się przy nim nie załatwicie i odwrotnie, że byście nie chciały widzieć go siedzącego na klozecie. Po tylu latach jednak się zmienia perspektywa prawda? Jak już was widział, jak rodziłyście, jak wymiotowałyście na imprezie – ba, nawet wam palce swoje wkładał, żeby ulżyć… Tak, intymność nabiera innego wymiaru… zupełnie innego.

Higiena

Nogi golone co drugi dzień, bikini mogłaś nawet woskiem, depilatorem i czym tam jeszcze doprowadzać do gładkości. Cóż, nie ma co ukrywać, że gdy nadchodzi zima, a nogi chowamy pod spodniami albo grubymi rajstopami, to golenie i depilacja schodzą na bardzo, baaaaaardzo daleki plan. I myślisz sobie nawet – przecież faceci i tak nie zwracają na te owłosione nogi uwagi, to tylko nasz, kobiecy wymysł.

I tak sobie pozostałam przy tych porannych rozmyślaniach, kiedy to mąż tylko „zażartował” z tym rozbieraniem się. Cóż, tacy byliśmy jeszcze wczoraj – młodzi, zakochani, zapatrzeni w siebie. Ale wiecie co, wolę to, co dziś. Na szczęście nie muszę robić obiadu z dwóch dań, szorować podłogi, że niby taka pedantka jestem i mogę spokojnie zostawiać nieumyte po kolacji naczynia, bo zwyczajnie mi się nie chce sprzątać. I jeszcze mogę powiedzieć: „Matko, jakie mam nogi już owłosione”, bo wiem, że on mnie przygarnie do siebie, powie: „Kocham te twoje owłosione nogi” i pocałuje w czoło, w czoło, bo chwilę wcześniej zjadł tatara z dużą ilością cebuli… Kiedyś bym udawała, że tego smrodu nie czuję myśląc, jak cudowną jednością jesteśmy.

Nie, brrrrr. Strzepuję z siebie te wspomnienia. Wolę jednak tu i teraz, kiedy mogę być sobą, nie muszę nikogo udawać, być lepsza, mądrzejsza i piękniejsza. Mogę wstać z włosami sterczącymi w różne strony, zasnąć na kanapie, bo on wie, że to nie jest przeciwko niemu, tylko zwykłe zmęczenie. Mogę powiedzieć, że mi się nie chce. Że nie mam ochoty. Lubię ten nasz zbudowany na 20-tu latach dystans – do nas samych, do siebie nawzajem. Lubię to zrozumienie w jego oczach, gdy udaję, że z nim oglądam film, a jednak przysypiam. I gdy mówi: „Przestań te wszystkie 20-tki do pięt ci nie dorastają”. Ha. Wtedy sobie myślę: „Gotujcie te swoje obiady, szorujcie podłogi i dbajcie o gładkie bikini”. To minie i za kilka lat okaże się kompletnie w waszym związku niepotrzebne, bo inne rzeczy będą dla was ważniejsze.

P.S. Ale kolację przy świecach zaplanowałam na weekend. Dzieci do przyjaciółki poślę. 😉


Związek

Czy jak nie umyję okien, to Jezus do mnie nie przyjdzie?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/Lise Gagne
 

Czuję na plecach oddech Świąt. Dziś już czwartek, a mnie od rana ogarnia panika – żesz w mordę jeszcze nic nie mam zrobione – dudni w uszach, a przed oczami staje mi moja mama, która namiętnie co roku, odkąd żyję, tę tezę wygłasza.Żołądek zaciska mi się ze stresu. Bo przecież JA już na pewno nie zdążę. Czwartek. C-Z-W-A-R-T-E-K. A przecież jeszcze w pracy i dzisiaj i jutro. Dzień w mojej głowie nagle skraca się niemal do godziny. Szynka, biała kiełbasa, żurek, jajka. O matko JAJKA. A przecież z dziećmi trzeba choć kilka pomalować, żeby podtrzymać tradycję i babkę świeżą upiec i sernik pewnie cudownie jakby się znalazł.

W głowie robię szybko listę zakupów. Postanawiam, że podorzucę mężowi, on rosły chłop przebije się przez te kolejki, które pewnie po godzinach pracy zwykłych ludzi okalają sklepy.

I te okna… I szafki i kurze. Zakodowane, prawie wrosłe we mnie świąteczne porządki. Zastanawiam się przez chwilę, kiedy moja mama z nimi zdążała. To mycie okien, kryształów pozdejmowanych z segmentów na wysoki połysk, których fronty też trzeba było starannie wyszorować, żeby smugi nie powstały. W szafach ułożone kolorami leżały nasze ubrania, a w kuchni późno w nocy można było jeszcze spotkać mamę, która klęczała nad wyciągniętymi z szafek talerzami, szklankami i sztućcami szorując zawzięcie każdy najmniejszy ślad brudu – i na naczyniach i w samych szafkach. Cały dom pachniał pastą do podłogi. Pamiętacie ten zapach jasnej emulsji rozlanej po podłodze i starannie ruch przy ruchu na kolanach wcieranej, żeby podłoga lśniła?

I te okna. Okna były zawsze najważniejsze. Pamiętam jeszcze te stare, podwójne, rozkręcane. Myte na tysiące sposobów w poszukiwaniu tego idealnego sposobu – gazetą, ścierką, ręcznikiem. To była czynność, która mamę angażowała w 100%. Bo sąsiedzi muszą zobaczyć, że okna czyste, bo tylko tak widać, że Święta w domu, bo przez te okna każdy przechodząc zajrzy, bo jednak w Wielkanoc więcej ludzi na spacerach. Jakby przez te okna miał do nas zaglądać powstały z martwych Jezus. A gdyby były brudne, ominąłby nasz dom? Zawsze jako dziecko mnie to zastanawiało, a grób i zmartwychwstanie nosiło symbol tych czystych okien.

Tyle tylko, że moja mama nigdy nie malowała z nami jajek – wrzucała w łupinki od cebuli i goniła nas z kuchni z farbkami, żebyśmy nie brudziły, że ona się tyle nasprzątała, sałatkę musi kroić, a my w sobotę rano chcemy jaja do święconki pomalować… W piątek na drogę krzyżową – na którą biegaliśmy jako dzieciaki z dziką ochotą, też nie szła, bo ciasto robiła i resztę szafek w kuchni myła. I dwa dni wcześniej zapowiadała, że broń Boże w Lany Poniedziałek nie lać jej rano wodą, bo ona wyspać się będzie musiała umęczona przygotowaniami do Świąt.

I myślę o tym wszystkim leżąc jeszcze w łóżku i czując jak pętla z nerwów zaciska mi się na żołądku, jak rozważam: „A może zadzwonię do pracy i wezmę wolne” oraz „Jak się zorganizuję, to te okna jeszcze umyję, wstanę jutro po 5-tej rano”, myślę, co upiec, co ugotować i w panice odliczam wolne do Świat godziny, które na masę tych obowiązków już wiem, że nie wystarczą.

Dzwoni przyjaciółka: „Otwieramy świąteczną wymianę jedzenia? Bo ja nie zdążę z wszystkim”. Ja też nie zdążę, choć właściwie do końca nie wiem z czym. Ustalamy, że ja zrobię więcej sałatki i część jej oddam, a ona roladę i ze mną się podzieli. Z kolejną wymieniamy się ciastami – za jej babkę pół mojego sernika. I jeszcze żurek w zamian za sałatkę jajeczną i… uśmiecham się do siebie. I już wiem, że wcale nie muszę robić wszystkiego sama i że w nas wszystkich mamy zakorzeniły niechcący przedświąteczne wyrzuty sumienia – że porównując się z nimi my wszystkie za mało się staramy, za mało z siebie dajemy, za mało gotujemy i za mało sprzątamy.

Patrzę przez okno. Pada deszcz. Ma padać przez całą Wielkanoc. I myślę sobie, czy Jezus do mnie nie przyjdzie, jeśli tych okien nie umyję? Czy Święta się nie wydarzą, jeśli zamiast myć okna usiądę z moimi dziećmi i pomalujemy wspólnie jajka, a ja pozwolę im nabrudzić w kuchni, kiedy będą piec babeczki do święconki? Czy wyznacznikiem rodzinnej atmosfery będą równo ułożone w lśniącej szufladzie sztućce? Przecież wyszorować kuchenne szafki mogę zawsze, a Święta będą teraz, zaraz. Co jest dla mnie ważne? Naprawdę te umyte okna?

Na rowery pewnie nie pojedziemy w taką pogodę, ale może rozłożymy się na podłodze i pogramy w planszówki i pośmiejemy się wspólnie, a w Lany Poniedziałek to ja wypoczęta wstanę najszybciej, żeby oblać moje dzieci wodą.


Związek

Przeanalizuj swój profil na Facebooku, a test powie ci, kim jesteś. Kocham te wszystkie: „Jakim żywiołem jesteś”czy „Kto kocha cię naprawdę”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 marca 2017
Fot. iStock/Georgijevic

Phi, na co mi praca wewnętrzna, wróżki, horoskopy. Na co mi wysiłek emocjonalny i fizyczny, kiedy próbuję określić czego w życiu chcę i kim jestem?

Po co mam się męczyć, zadręczać, czy dana osoba to na pewno mój naprawdę najprawdziwszy przyjaciel?

Koniec z tym. Odkąd Facebook odkrył przede mną „nametests” moje problemy rozwiązuję jednym – no dobra, dwoma kliknięciami myszki.

Wiecie, o czym mówię? To te wszystkie testy, które ci mówią, gdzie jest twoje miejsce na ziemi, kto o tobie myśli, ba – nawet jaki jest twój ulubiony kolor. A wszystko to po analizie twojego profilu na Facebooku. Czyż życie nie jest piękne? Masz problem – klikasz i… wszystko jasne. Głowa odpoczywa, nie myślisz, nie analizujesz, nie rozstrzygasz. Ewentualnie możesz się zastanowić, czy jeśli tobie wychodzi, że tylko raz wyjdziesz za mąż, ale przy okazji pokazuje, że jedna z twoich przyjaciółek ślub weźmie jeszcze 17 razy – to czy ją ostrzec, że czasu coraz mniej i niech zacznie za tymi nowymi mężami się rozglądać, czy dać sobie spokój?

Kim jestem? To pytanie już nikogo nie powinno pozostawić bez odpowiedzi. Klikasz i już wszystko wiesz: „zabawa i śmiech stoją u Ciebie na pierwszym miejscu. Z Tobą spędza się fajnie czas, a gdy się śmiejesz, wychodzi słońce. Czynisz swoje otoczenie szczęśliwe i zadowolone. Wieczory z Tobą oznaczają z pewnością śmiech do łez. To pokazuje przede wszystkim, że jesteś absolutnie fajnym człowiekiem, który ma serce ze złota”.

I serce rośnie, bo przecież ja sama nigdy w życiu bym o sobie tak dobrze nie pomyślała i nikt by mi tego w życiu nie powiedział. A tu proszę – same komplementy. Jeny nawet słońce wychodzi, jak się uśmiecham! WOW! Mam tylko nadzieję, że moi znajomi mają świadomość, jak cudownym człowiekiem jestem… Może lepiej to udostępnię na moim profilu, a niech widzą, a wrogowie się pocą.

Hmm no właśnie. Wrogowie. Tych jeszcze nie odkryłam, ale zawsze mogę spytać, kto jest moim przyjacielem. I ciach – gotowe. Odpowiedź może trochę zaskoczyć, zwłaszcza, jak przyjacielem okazuje się teściowa lub kolega z byłej pracy, z którym od roku nie masz kontaktu… No ale zawsze możesz dopytać, kto jest NAPRAWDĘ twoim przyjacielem i dostajesz odpowiedź zgoła inną. Bo tym naprawdę przyjacielem okazuje się być znajoma, którą poznałaś dwa lata temu na wakacjach i wymieniłyście się facebookowymi kontaktami, przyjacielem może okazać się też butik z ciuchami w twoim mieście, który ma profil na Facebooku (nie wiedzieć czemu) jako osobisty. Hmm ciekawe. Ale nie ma co się zastanawiać, wystarczy tylko kliknąć w: „Na kogo ZAWSZE możesz liczyć”. No i jest prościej, bo okazuje się, że chociaż to ktoś z miasta, w którym mieszkasz i kto chodził z tobą do przedszkola. Macie wspólnych znajomych, zawsze jak zajdzie potrzeba zdobędziesz numer telefonu. Ale na wszelki wypadek sprawdzam: „Kto wyciągnie cię z więzienia”. Uff, no tak tę osobę znam bardzo dobrze i wiem, że zawsze mogę do niej zadzwonić. No i sprawa jasna.

Ale gdyby tak jeszcze kliknąć: „Kto o tobie mówi?” – obgaduje, plotkuje? Hmm ciekawe, gdzie tu najlepiej być ostrożnym. Cóż, wynik trochę zaskakujący, bo z osobą, która o tobie dużo mówi, masz niewiele wspólnego, ale wiadomo, lepiej mieć się na baczności.

Och, jak cudownie żyć ze świadomością, że Facebook w magiczny sposób daje odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania. Co więcej odpowiada nawet na te, które w życiu by ci do głowy nie przyszły, a może są istotne, może niosą ze sobą jakąś wartość? Ja się na przykład dowiedziałam, że moje kowbojskie imię (a jakże, wy też je macie) to Virginia Ford. Kowbojką byłam słabą, więc występowałam w piwiarniach jako burleska. Ale, żeby mi przykro nie było, że nie strzelałam i konno nie jeździłam – czytam, że w byciu burleską nie ma nic złego, w końcu nie ryzykuję własnego życia, jestem w dobrej formie, a do tego zarabiam krocie. Że też wcześniej tego nie wiedziałam.

Ale życie kowbojskie można porzucić na rzecz hipisowskiego. Bo okazuje się, że moje hipisowskie imię to Crystal i choć znaczy kryształ, to łatwo je roztopić komplementami i prezentami. Muszę na to koniecznie zwrócić uwagę. Jednak nim to zrobię lepiej jeszcze sprawdzę, kim byłam w przeszłości. Oooo to też wiele tłumaczy. Urodziłam się w 1894 roku, miałam na imię Daphne i nie mogłam się zdecydować, którego mężczyznę chciałam poślubić… Cierpię chyba przez to po dziś dzień, w kolejnym wcieleniu…

A kiedy przychodzi zły dzień, kiedy dopada mnie chandra, kto mi przyjdzie z pomocą? Oczywiście, nowy teścik! Klikam, już mój profil na Facebooku się analizuje i… HA „Jak bardzo seksowne jest twoje zdjęcie profilowe”. No moi drodzy – moje w 272%. Pytanie kto da więcej???

A jak już jestem tak seksowna, to jeszcze sprawdzę w jakim wieku będę uprawiała seks po raz ostatni. Oj 99 lat wróży niegasnący temperament i świetnych kochanków Przez chwilę próbuję znaleźć test, jak długo będę żyła, żeby sprawdzić, ile bez tego seksu wytrzymać będę musiała, ale nie znajduję…

Raz się tylko przestraszyłam. Patrzę – test: „Co wczoraj zmajstrowałaś?”. Myślę: „Oho, coś dla mnie, teraz ich zaskoczę, bo niby skąd Facebook ma wiedzieć, co robiłam”. Ale kiedy wyskakuje mi odpowiedź, że byłam na imprezie i udawałam księżną Kate… Nogi się pode mną ugięły, bo to znaczy, że moja pamięć szwankuje, albo taka impreza była, że po prostu tego zdarzenia nie pamiętam!

Odkąd korzystam z cudownych odpowiedzi „nametests” piję tylko wódkę – bo to mój ulubiony alkohol (tak mi wyszło), słucham tylko Madonny „Like a virgin” – bo to piosenka, która odzwierciedla moją duszę, i zastanawiam się, czy jednej znajomej powiedzieć, że jesteśmy siostrami, ale z innego ojca… To dziwne, bo mama nigdy mi nie powiedziała, że miała romans przed ślubem…