Związek

Zrozumieć kochankę

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
26 października 2016
 

Szanowna Kochanko!
Wytłumacz mi proszę – dlaczego?
Dlaczego decydujesz się na bycie kochanką? Lub inaczej – jestem w stanie zrozumieć ten pierwotny powód: pragnienie szczęścia. Kiedy szukasz i pragniesz miłości, i nagle pojawia się ON. Zwykle obiecuje wiele. Pragnie szaleńczo. Obsypuje komplementami, prezentami, bombarduje uczuciem. Wierzysz, gdy mówi, że na Ciebie czekał. Tego elementu nigdy nie wyszydzałam i umniejszałam, bo to są takie same przyczyny, dla których to my, żony, kiedyś związałyśmy się z tym mężczyzną. Ale my nie wiedziałyśmy o innych kobietach w życiu ukochanego. Z reguły też tego nie akceptujemy. A Ty wiesz – i nadal w to idziesz. Nie mogę już nawet policzyć, ile razy słyszałam historie o małżeńskich zdradach, brak wierności w związkach zdaje się być powszechny niczym katar na jesień. Czy powszechność zjawiska jest i Twoim wytłumaczeniem? Czy wierzysz, że akurat Ty będziesz tą jedną, jedyną, na którą On czekał całe życie? Ale dlaczego tak myślisz, skoro nie tylko Tobie to mówił? Co sprawia, że myślisz, iż to prawda? Dlaczego myślisz naiwnie, że jesteś niepowtarzalna?
Mój mąż miał kilka kochanek. Jednocześnie. Nie mogę powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że poznałam je wszystkie (pod względem ilości jeszcze dwa miesiące temu potrafił mnie zaskoczyć, więc wolę zachować ostrożność), ale uznaję, że poznałam większość. Jak nie osobiście, to wirtualnie, telefonicznie, przez wspólnych znajomych. Świat jest mniejszy, niż nam się wydaje i mam wrażenie, że coraz bardziej kurczy się z każdym rokiem. Kobiety mojego męża, które poznałam, są piękne, wykształcone, z pasjami. Różne. Co nimi wszystkimi powodowało, zastanawiam się? Na każdą znalazł inny „patent”, to fakt – niektórym na początku nie raczył powiedzieć, że ma żonę, innym i owszem. Droga Kochanko, jak mężczyzna Ci mówi, „że żona go nie rozumie, że wcale ze sobą nie śpią” i ogólnie to jest w trakcie rozwodu – to przynajmniej zastanów się, czy żona o tym wszystkim wie. Wersja mężczyzny i wersja jego małżonki mogą się w tej kwestii bardzo, bardzo różnić… Ale rozumiem, że wybierasz Jego wersję – tylko że w pewnym momencie widzisz, że mija rok, dwa, dłużej, a Twój Książę się jednak nie rozwodzi. Nie daje Ci to do myślenia?
Albo wiesz, że nie byłaś pierwsza, a może nie jesteś jedyna, że poza żoną są lub były inne – nie zastanawia Cię to? Kochane kobiety, dlaczego tak bardzo rozmieniamy się na drobne?
Droga Kochanko – tak często myślisz, że jesteś jedyna i niepowtarzalna, a On przy Tobie też taki jedyny i niepowtarzalny, ale rozczaruję Cię. Takich historii poznałam też dziesiątki – mężczyzna, który zdradza, szybko wyrabia sobie swój zestaw żelaznych metod postępowania. Chodzisz do miejsc, w których był z inną kobietą (żoną lub kochanką), opowiada Ci anegdoty, które opowiadał innym, daje Ci prezenty w określonych i przewidywalnych sytuacjach. Gdyby kochanki mojego męża mnie słuchały, mogłabym im z wyprzedzeniem powiedzieć, kiedy dostaną prezent albo kwiaty. Zwykle są to momenty bliskości z żoną. Tak jak żona dostaje „nagrodę”, gdy mąż ją zdradzi. Mężczyźni zdradzający, z upływem czasu, są do bólu przewidywalni. Cieszysz się, że dostałaś kwiaty? A wiesz, że on wcześniej opowiadał żonie, że jest z Tobą nieszczęśliwy i tylko ona, jedna, jedyna, prawdziwa…? Znam to z życia mojego i dziesiątek losów poznanych kobiet.
Po jakimś czasie mężczyzna zaczyna do siebie swoje kobiety nieco upodabniać – zwykle są to te same perfumy, kosmetyki, miejsca, wydarzenia. Po dosyć długim czasie życia z facetem seryjnie mnie zdradzającym, mogę powiedzieć, że trochę poznałam też jego kobiety, a one poznały mnie, poprzez niego, nie rozmawiając na temat innych kobiet ani słowa. Dlaczego myślisz, Kochanko, że jesteś wyjątkowa, skoro On zabiera Cię do tych samych miejsc, w których był z żoną, ogląda z Tobą te same filmy, czyta te same książki? Żona, jak się o Tobie dowie, to już wie, że nie jest wyjątkowa, mimo wszystko – ale Ty to wiesz przecież dużo wcześniej i zgadzasz się na to, świadomie? Jak myślisz, co Twój mężczyzna robi, gdy idzie do swojej żony? Co jej mówi? Czy masz świadomość, że tak, jak traktuje Ciebie, może traktować i kogoś innego?
Są to zagadki ludzkiej osobowości, których nie zgłębię. Nie wiem, Kobiety, dlaczego to robimy przede wszystkim SOBIE.
A może sytuacja jest zupełnie inna, może Ty nie chcesz być „na wieki wieków”, ta niepowtarzalna, a jedynie chcesz się dobrze bawić? Chwała Ci! Ale dlaczego moim kosztem, dlaczego kosztem drugiej kobiety, najczęściej nieświadomej sprawy? Dlaczego zgadzamy się krzywdzić inne osoby? Nie uczyła Cię babcia, że nie czyń drugiemu, co Tobie niemiłe?

Droga Kochanko – dlaczego myślisz, że związek budowany od początku na bólu innej osoby oraz na kłamstwie, ma szansę na przetrwanie?

Drogie Kobiety, same sobie nawzajem fundujemy to piekło.


Związek

O tym, jak nie zasłużyłam na miłość, ale ją dostałam

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
28 października 2016
 

Ja wiem, po co ja żyję. Sensem mojego życia jest zasłużyć na to, żeby mnie ktoś trzymał za rękę, gdy będę umierał. ”

— Mariusz Szczygieł

W ciągu ostatnich 6 miesięcy nauczyłam się wielu nowych słów: gamma knife, cyber knife, escalowany BEACOPP, dekabrazyna, wlew abvd, eshap, agranulocytoza, i inne równie urocze. Nauczyłam się robić sobie sama zastrzyki i rozpoznawać, kiedy mogę wyjść z domu, a kiedy lepiej zostać w łóżku, bo grozi omdleniem. Nauczyłam się prowadzić auto z jednym sprawnym okiem i biegać na jednej nodze. Przede wszystkim jednak nauczyłam się samej siebie na nowo.

Wcześniej myślałam jak Mariusz Szczygieł – żyję po to, żeby ktoś mnie kochał; żebym nie umierała sama. Przy czym śmierć w myślach miałam zarezerwowaną na bardzo stare lata. I nagle NIESPODZIANKAAAA! Świat ci się wali, a ratować go musisz w pojedynkę. Mój życiowy partner w tej sytuacji nie zrobił niczego, czego nie robiłby wcześniej, ale nagle wymiar zdrady przybrał zupełnie inne proporcje. Nagle ktoś, na kim polegałam przez wiele lat, zadecydował, że za rękę mnie nie będzie trzymał. I co, Panie Szczygieł? Dziesięć lat pracy na darmo? Nie zasłużyłam sobie?

Poczucie goryczy w takiej sytuacji można ciągnąć w nieskończoność. Nawet do rzeczonej śmierci. Można stwierdzić, że żyło się po nic. Przeglądając ostatnio katalog z urnami na prochy i spisując testamenty oraz dyspozycje na wypadek śmierci (bo przezorny zawsze ubezpieczony), uderzył mnie bezsens takiego myślenia. Tak, można żyć w gniewie do końca swych dni, tylko… trochę szkoda czasu. Gdy liczysz dni, nie licz smutków, licz błogosławieństwa! Niech zasłużyłam na miłość i wsparcie mojego męża? A no bo na to nie powinnam nigdy zasłużyć! Takie rzeczy mi się należały niejako z urzędu, skoro się zdecydował się przysięgać mi miłość, wierność, uczciwość małżeńską i co tam jeszcze obiecywał. Zauważyłam jednak, że ludzie lubią używać tak górnolotnych frazesów, gdy chcą zakryć swój brak charakteru i honoru. Człowiek wewnętrznie silny nie musi obiecywać, po prostu żyje tak, by samemu sobie i tym, którzy mu uwierzyli, wstydu nie przynieść. Czyny mówią o nas więcej niż słowa. Ale to, że ktoś nie dotrzymał swojej części umowy, nie świadczy przecież o mnie. A na pewno nie przekreśla reszty mojego życia.

W lodówce czekają na mnie butelki i pojemniki, ponumerowane od 1 do 5, z zapisanymi na nich czarnym flamastrem dniami i godzinami, kiedy mam je otworzyć i zjeść. Czasem dołączone krótkie: „odgrzej w temperaturze do 120 stopni” lub „na patelnię”. To moja koleżanka robi mi zapasy, gdy wie, że czeka mnie kolejna dawka chemii lub innych okropieństw, po których nie mam siły stać na nogach. Przyszła raz w okresie po wlewkach, zobaczyła co i jak, od tej pory jej społeczną misją jest karmienie mnie i dbanie o moją lodówkę.
Do drzwi puka sąsiad, krzycząc od progu: „Pani Justyno, ja Pani może kaloryfery posprawdzam, co? Bo się zimno robi, a u Pani się zapowietrzają…”. Sąsiad minął się kiedyś w tych drzwiach z moim odjeżdżającym do nowej dziewczyny mężem, popatrzył na niego, potem na moją łysą głowę i od tej pory co tydzień dokonuje jakichś napraw, konserwacji, ulepszeń. „A może opony Pani pojechać zmienić na zimę? Boję się o Panią, że mrozy chwycą i Pani do lekarza na letnich pojedzie”.
Na pierwszą wlewkę wiózł mnie mój trener. Chciałam ambitnie sama, taka duża i dzielna, ale chłopu metr osiemdziesiąt nie mogłam się sprzeciwić.
Pewnego dnia przyjechała do mnie szefowa cateringu, który karmi moje maluchy. Szef szefów, jak w „Poranku kojota”. Przerażona, że pewnie coś złego się szykuje, skoro aż taka osobistość do nas się pofatygowała, biegnę do niej i od progu krzyczę: „Ależ coś się stało, Pani Kasiu??”. A ona spokojnie: „A chciałam Panią uściskać i oddać Pani trochę pozytywnej energii i otuchy”. Co też uczyniła.
Jeden z moich przedszkolaków, zasypując mnie znienacka uściskami i całusami, powiedział mi ostatnio: „Kocham Cię Ciociu, wiesz dlaczego? Bo jesteś najpiękniejszą łysą ciocią na świecie!”.
I na żadną z tych rzeczy powyżej wiem, że nie zasłużyłam. Nic a nic od tych ludzi mi się nie należało. Nie jestem pewna, czy ja sama dla nich cokolwiek dobrego kiedyś zrobiłam.
Na miłość, wsparcie, dobre gesty NIE MOŻNA ZASŁUŻYĆ. Trzeba mieć szczęście spotkać ludzi, którzy nam to zaoferują, zupełnie za darmo.
I trzeba wybrać, czy się żyje tylko goryczą i złością na tych, którzy najbardziej nas zawiedli i zranili, czy też decyduje się przyjmować rzeczy pozytywne od sąsiadów, znajomych, dzieci, ludzi dookoła.

Oglądając te w cholerę drogie i nietwarzowe urny uznałam, że mój wybór jest banalnie prosty.


Związek

Krążyliśmy wokół siebie, coraz mniej ze sobą. Uratowali mnie dobrzy ludzie! O apetycie na zmiany

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
23 października 2016
Fot. iStock / Martin Dimitrov

Dzisiaj mam ważną rocznicę, a nawet dwie.

Dwa lata temu, dokładnie, po drugim poronieniu, totalnie chora, z wielką depresją, czytając do poduszki seks-korespondencję mojego małżonka z kochankami (liczba mnoga), łyknęłam wszystkie dostępne mi tabletki nasenne, w nadziei, że zasnę i skończy się ból. Wyratowałam się sama, przytomnie, napędzając na chwilę strachu otoczeniu. Tego dnia, gdzieś między podłogą łazienki a dywanem sypialni, zrozumiałam jedno: to nie COŚ w moim życiu musi się zmienić, to muszę zmienić się JA. To JA mam być zmianą, którą chcę zobaczyć w moim małym świecie. To ode mnie się zaczyna, nie od kogoś innego. Na nikogo nie wolno mi patrzeć w tej przemianie, tylko na siebie. Nie wiedziałam jeszcze jak, ale wiedziałam, że muszę się wyczołgać z mojego łóżka i ratować się, jak tylko się da.

Dokładnie rok później, po raz pierwszy od wielu lat, wyjechałam na weekend sama. Trafiłam na warsztaty samorozwoju do Zakopanego, gdzie poznałam grupę cudownych kobiet, które przez ostatnich 12 miesięcy były dla mnie wsparciem – były obok w najtrudniejszym okresie mojego życia. Ale i najbardziej wyzwalającym okresie. Od tego momentu liczę przełomy w życiu. Rok temu poczułam moc…

Inwestycja w siebie nigdy nie jest marnotrawieniem czasu ani środków. Przez wcześniejsze lata wydawało mi się, że jest wiele ważniejszych tematów i zagadnień: skupiałam się na pracy, na domu, a najbardziej na mężczyźnie, który – pewnie dla równowagi – najbardziej skupiał się na innych kobietach i utrzymywaniu gry pozorów. Im bardziej starałam się zmienić ja, im mocniej zaczynałam się o siebie upominać, dokształcałam, szukałam – tym bardziej skupiał się na kombinowaniu i oszukiwaniu, tym bardziej czuł się zagrożony.

Krążyliśmy wokół siebie, coraz mniej ze sobą. Można było pociągnąć tą sytuację jeszcze pewnie długo, podejmowanie decyzji oraz jasne postawienie sprawy nie należały do mocnych stron mojego partnera – to ja musiałam więc zrobić krok, to ja nalegałam na jego wyprowadzkę, to ja złożyłam pozew o rozwód. Kilkanaście miesięcy ciężkiej pracy nad sobą zajęła mi przemiana z bezwolnej, zahukanej i słabej osoby w kobietę, która w końcu czuje, że ma moc sprawczą w swoim życiu. Byłam bardzo silnie zakochana w moim życiowym parterze i, wbrew bezlitosnym faktom, upierałam się długo, że to dobry mężczyzna – jak wielkim krokiem jest w takiej sytuacji prośba, by mężczyzna sobie poszedł, wiedzą tylko te kobiety, które kochają niemądrze i bez pamięci. Zdecydowałam jednak, że dosyć toksyn i że siebie samą trzeba pokochać bardziej.

Miesiąc po rozstaniu, dowiedziałam się, że mam guza mózgu. Mój świat znowu się załamał – oto sama, słaba fizycznie i poważnie chora. Pierwsza diagnoza mówiła – 3 miesiące życia, bezlitośnie. Potem zaczęto dawać mi trochę więcej miesięcy, ale nie było powodów do optymizmu. Czułam, jak siły ze mnie odchodzą, byłam coraz bardziej zależna od ludzi, z coraz słabszą wolą życia. Gorycz we mnie wzbierała, myślałam „Na tym ma polegać moja wolność?”. Byłam zła, że poświęciłam 10 lat życia człowiekowi, z którym powinnam być najwyżej 5, o ile w ogóle – gdybym miała siłę na radykalne odcięcie się od niego, gdy dowiedziałam się o pierwszych kochankach, miałabym szansę na to, by dzisiaj trzymał mnie za rękę ktoś, kto by mnie kochał. Tak myślałam. Torturowałam się. Torturował mnie też mój szanowny małżonek, który na zmiany mówił, że mnie kocha, a potem, że mam się odczepić, raz płakał w słuchawkę albo w kołnierz, za chwilę krzyczał do mnie i na mnie. Raz był nieszczęśliwy w nowym związku, raz był nieszczęśliwy w starym. Odbijało mu, a mi razem z nim. Powtarzałam sobie, że nic w życiu nie osiągnęłam i nie mam po co tego ciągnąć.

Wtedy dowiedziałam się kolejnej rzeczy – inwestycja w ludzi również nie jest nigdy inwestycją chybioną! Mogę powiedzieć wprost: mnie uratowali dobrzy ludzie! Tacy, którzy do mnie pisali; którzy dzwonili z daleka i odbierali telefony o każdej porze; którzy przejeżdżali setki kilometrów, aby potrzymać mnie za rękę na badaniach albo nakarmić mnie i obdarować domowymi powidłami; którzy włamywali się do mojego domu, gdy za długo nie odbierałam telefonu, ponieważ się martwili. Dobra energia wraca – i jest zaraźliwa! Jeśli nie wierzysz w coś dobrego w Twoim życiu – znajdź wariata, który uwierzy za Ciebie i Cię tym pozytywnym myśleniem zarazi i nie zrezygnuje z Ciebie w najgorszym momencie. Moja roczna inwestycja w zdrowe, dojrzałe relacje z ludźmi zaowocowała tym, że zdecydowałam, by się nie poddawać. Moja dwuletnia inwestycja w siebie i w mój rozwój pomogła mi zobaczyć, że jednak MAM po co żyć!

Stanęłam pewnego dnia przed moją domową biblioteczką i powiedziałam „Nie mogę umrzeć teraz, jeszcze tylu książek nie przeczytałam!”. Wyrzucając resztę pamiątek po moim mężu, myślałam: „Nie mogę teraz umrzeć! Jeszcze nikt mnie prawdziwie, uczciwie i mądrze nie kochał!”. Oglądając zdjęcia mojego przyjaciela z Kanady, krzyczałam: „Nie mogę teraz umrzeć! Jeszcze tylu miejsc nie widziałam!”. Zaczęłam mnożyć powody, dla których muszę żyć: filmy i sztuki, których nie widziałam jeszcze, ludzie, których nie poznałam, lęki, których nie pokonałam!”. Zaczęłam wszędzie widzieć powody do życia, nie do śmierci!

Nadal jest to dla mnie pożyczony czas. Za każdym razem, gdy widzę się z lekarzami, dodają mi kolejne miesiące – a ja śmieję się, że pogłoski o mojej rychłej śmierci są mocno przesadzone i nie rozmawiam w kategoriach innych niż lata, bo po prostu nie zdążę inaczej zrobić tego, co zaplanowałam. Pomiędzy kroplówkami, chemią, kolejnymi zabiegami gamma knife – jeżdżę gdzie się da, oglądam, zwiedzam. Mam zaplanowane bardzo dalekie podróże i po prostu wiem, że tam w końcu pojadę. Pokonałam sama siebie, jeżdżąc na motorze i skacząc ze spadochronem. Znalazłam trenera tak szalonego, że zgodził się przygotować mnie do półmaratonu – i tak pewnego, że w przyszłym roku pobiegnę, że jego wiara momentami starcza dla nas obojga. Negocjuję kontrakt na książkę. Realizuję wszystkie projekty, które odkładałam „na później”. Śmieję się tak szaleńczo, jak nigdy w moim życiu. Oddycham spokojniej niż kiedykolwiek. Zrobiłam sobie na ręku tatuaż z napisem „Survivor”, patrzę na niego co dzień i mówię „Tak jest!”.

Jeśli mam być szczera, to żyję bardziej niż kilka miesięcy temu. Mam świadomość, że mojego jutra może nie być, więc staram się sprawić, żeby moje „dzisiaj” miało jak największe znaczenie. Jestem dumna z siebie, że się wydobyłam z totalnego dołu, że oddzieliłam się od niszczącego mnie mężczyzny, że pozwoliłam rzeczom pozytywnym pojawić się. Pod tym względem moja sytuacja jest lepsza od wielu osób – ja już wiem, że uczuć nie można marnotrawić na złe osoby, a dni marnować na rzeczy, które nie cieszą i nie przynoszą poczucia spełnienia.

Mój rok przełomów. Nieważne, jak długie życie, ale jak przeżyte. A ja wiem, że żyję!

„Uparcie i skrycie, ach, życie, kocham Cię nad życie!”.