Psychologia Związek

Zemsto, na imię Ci Kobieta

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
21 listopada 2016
Fot. iStock /
 

– A więc szukasz zemsty?
– Nie, szukam sprawiedliwości! Ale wezmę i zemstę…

„Siedmiu wspaniałych” 2016

 

Elegancka blondynka siedzi naprzeciwko mnie, popija swoje latte i między łykami ciska we mnie gromy.
– Z Tobą naprawdę jest coś nie tak, on cię tak traktuje, olewa Cię, poniża, a Ty to tak płazem puszczasz?

Grzecznie patrzę na moją rozmówczynię i uśmiecham się zdawkowo. Nie mogę już nawet policzyć rozmów, w których udowadniano mi na wszelkie dostępne sposoby, jaka jestem głupia i nieżyciowa, ponieważ nie zarywam nocy i nie zagryzam palców, obmyślając wyrafinowaną zemstę. W zależności od nastroju, na takie wywody reaguję albo słowną umiarkowaną agresją wobec interlokutora (coby się odczepił) lub obracam w żart (rzeczy obśmiane tracą na mocy).
Przyssana do mojego cappucino, tego dnia akurat myślę o tym, że jak znowu zacznę chemię, to kawy przez jakiś czas nie będę pewnie przyswajać, więc postanawiam sobie nie niszczyć miłego doświadczenia. Wybieram opcję numer dwa.
– Ależ co Ty! Pewnie, że robię: co wieczór rzucam klątwę numer dwa z Księgi Zaklęć i Uroków mojej znajomej: „Kuśki nie stojenia, pryszczy i koszmarów bdsm”.

– No daj spokój! Przez kochanki teraz każe Ci się ze sobą kontaktować? No co za [członek]! Zemsta sroga się za takie działania należy!

Moja urocza znajoma uroczo nawiązała do uroczego doświadczenia z dni niedawnych, kiedy to po kilku tygodniach zrodziła się konieczność, bym się z moim eks skontaktowała w sprawie istotnej, a tu okazało się, że Miś Pyś telefonów ode mnie nie odbiera osobiście. Zaangażować musiałam aktualną wybrankę serca, żeby prośbę o kontakt przekazała, grzebiąc tym samym resztki mojej dumy osobistej.
Uśmiecham się znad mojej filiżanki. Kiedy ta właśnie koleżanka mówi o zemście, to wie, co mówi. Kiedy jej mąż, działacz społeczny w ich małej miejscowości, postanowił wejść w romans z sekretarką, jego żona zorganizowała imprezę z udziałem lokalnych oficjeli, na którym to zaprezentowała projekcję filmu zrobionego ze zdjęć zdobytych przez detektywa. Niewierny małżonek z każdym kadrem przedstawiającym jego ekscesy seksualne coraz bardziej przekreślał swoje szanse na polityczne poparcie zaproszonych gości. Od tamtej pory ksiądz nie odpowiada nawet na jego „Szczęść Boże”, co, jak wiadomo, w mikroskopijnych miasteczkach oznacza społeczny ostracyzm i socjalną izolację.

– No, jest pewien problem. Znaczący. – Siorbię to moje cappucino i myślę, że muszę kolejny raz oddać spodnie do zwężenia, bo znowu są za szerokie. Chemioterapia jako środek wyszczuplający, no cóż. – A mianowicie, mój mąż nie ma politycznych zapędów, a księdza na ulicy nawet by pewnie nie zauważył.

– Oj, daj spokój, zrób jak Anka chociaż! Każdy ma czuły punkt!

Hmmm, Anka… Inna znajoma, która zemstę na byłym partnerze podniosła do rangi sztuki. Dosyć psychotycznej, nawet jak na mnie:
za pierwszym razem wykupiła 3 billboardy – obok pracy eks, obok pracy jego wybranki i tuż przy ich wspólnym mieszkaniu; umieściła na nich niewybredne opisy co do wierności i uczciwości nieszczęsnych kochanków oraz nie pominęła faktu, iż oboje porzucili rodziny z małymi dziećmi…
za drugim razem różowym sprayem wypisała na samochodzie partnera „Byłeś dla mnie wszystkim obok syna. Zdrajco, zostaniesz z niczym”

Oczami wyobraźni zobaczyłam hasła na billboardach, jakie mogłabym zafundować mojemu eks i aż parsknęłam śmiechem.
Idźmy dalej: na drzwiach mieszkania wypiszmy mu markerem „Tu mieszka Markiz de Sade, zapytaj o usługi” …
No a samochód ma służbowy, więc odpada, co będę osobom trzecim życie utrudniać…

Blondynka fuknęła na mnie po raz kolejny. Niepoważnie podchodzę do sprawy, ech…

– Nie rozumiem Cię, nie chciałabyś chociaż jego kobiecie na złość zrobić? Wiedziała przecież, że z żonatym idzie, wiedziała o Twoim stanie, tak się nie robi nikomu!

No cóż, to rzekomo pierwotne – w miłości i zemście podobno kobiety są bezlitosnymi barbarzyńcami (to Nietzsche). Jako że nasze (tj. moje i jej, nie moje i Nietzschego) kręgi są tak zbliżone, a świat tak żałośnie się skurczył i nas przybliżył na odległość jednego tylko stopnia oddalenia poprzez znajomych, zszarganie opinii o drugiej osobie może być banalnie proste. I totalnie niepotrzebne.

Ale ja się już na niej zemściłam.
– Taaaaak? – zdziwienie.
– Tak. Oddałam jej mojego męża.

Serio, serio – jeśli wiążesz się świadomie z kimś, kto nie jest znany z wierności i nie wie kompletnie, czego w życiu chce, proponuje ci wspólne życie i mieszkanie natychmiast po wyjściu z długiego związku, którego nie zakończył jeszcze, do tego jest w stanie totalnie zostawić wieloletnią partnerkę z chorobą terminalną i przez pół roku nawet nie zadzwonić z zapytaniem o pomoc – to ech, czy jest czego zazdrościć i za co się mścić?

Regularnie słyszę, że jestem nieżyciowa i głupia, bo nie pałam rządzą zemsty. Tak, czasem złość mnie roznosi. Ludzie lubią podsycać te negatywne emocje. Znam kobiety, które są wiele lat po rozstaniach i nadal mówią „Ach, jak ja bym chciała, żeby mu się coś złego stało! Żeby ktoś go pobił! Żeby w końcu cierpiał!”. I tak latami się tym karmią.

My, kobiety zranione, pragniemy sprawiedliwości, a jak jej nie dostajemy (bo – szczerze – czy jest cokolwiek, co mogłoby się przytrafić mojemu eks, co byłoby porównywalne z tym, co on mi zrobił?), to próbujemy zadowolić się zemstą. Nawet jak się we mnie gotuję, umiem już rozróżnić te pragnienia – i wiem, że nie ma możliwości, żeby zemsta mi dała zadośćuczynienie. W tej wściekłości można się zapędzić daleko.
– Uprzedzam też, że nie będę jak ta kobieta z Rawy Mazowieckiej, co to mężowi za zdradę jądro obcięła!

– Dowcipkuj sobie, dowcipkuj. Rzeczywiście, z Tobą jest beznadziejna sprawa: mają rację ci, co mówią, że jakby Tobie pozwolili bronić Breivika, to by za kaucją wyszedł! – obraziła się chyba.

Spokojnie dopijam moje cappucino i szykuję się do wyjścia.

– Nie. Mojego eks też nie bronię. Tego się nie da wybronić, nijak. Ale ja już wiem, że dla takich jak on jest tylko jedna zemsta.

– Tak? Jaka niby?

– Żyć z całych sił i żyć dobrze. Jedyną godną uwagi i energii zemstą jest dobre życie w zgodzie ze sobą i własnymi wartościami. Jego małość nie umniejsza mojej wielkości.


Psychologia Związek

Pożegnanie z miłością

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
28 listopada 2016
Fot. iStock / 400tmax
 

Dzisiaj nagle wymyśliłem Ciebie
Twoje imię zadźwięczało we mnie.

Andrzej Zaucha „Wymyśliłem ciebie”

 

Ludzie z miłości robią różne dziwne rzeczy. Na przykład wierzą w ludzi, w których nie wierzyliby w normalnych warunkach. Albo sobie wmawiają, że ktoś jest taki, a nie inny. Taki, jakim chcą go widzieć.

Wymyśliłam sobie mężczyznę, który będzie chciał być ze mną w każdych okolicznościach. Miałam tymczasem takiego, który był wsparciem wyłącznie w dobrych czasach, w złych się chował.

Wymyśliłam sobie kogoś, kto będzie trzymał mnie za rękę w młodości i na starość, w zdrowiu i w chorobie. Byłam z takim, który przez wiele miesięcy mojej choroby nie wysłał jednego SMS-a z zapytaniem o samopoczucie, a na koniec wyrzucił z siebie serię ciosów typu „Powinnaś zdychać w samotności, nie wychodząc z domu”.

Miałam nadzieję, że oto jest ze mną ktoś, kto docenia, że wszystkie niejasności i wątpliwości zawsze rozwiewam na jego korzyść i odpłacać mi będzie tym samym. Niestety ten, który mi się przytrafił, potrafił krzyczeć do mnie „To jest zawoalowana groźba!” na moje słowa „Miłego wieczoru”.

Wymyśliłam sobie partnera, który związał się ze mną, bo chciał mieć ze mną stabilną, mocną i wspierającą się rodzinę. Ten, który mi się przytrafił, potrafił powiedzieć, że to nawet dobrze, że poroniłam, bo on jednak nigdy nie chciał mieć dzieci.

Mój wymyślony mężczyzna mówił „Kiedyś mnie zdradzano, więc nigdy Ci tego nie zrobię, bo wiem, jak to boli”. Ten, z którym się rozstałam, twierdził „Kiedyś mnie zdradzano, dlatego ja zrobiłem Ci to samo, to nie moja wina”.

Ten z moich myśli przepraszał, że mnie tak ranił (czas przeszły). Ten stojący naprzeciwko mnie patrzył mi w oczy i mówił to, a robił dokładnie to samo (czas teraźniejszy).

Wymyśliłam sobie męża z człowieka dojrzałego, odpowiedzialnego, honorowego. Okazał się wiecznym chłopcem, który ucieka od rzeczywistości i problemów, a honor i prawdę ma jedynie wytatuowane na ramieniu.

Wyobraziłam sobie mężczyznę, który mnie kocha, a miałam takiego, który nie wiedział, co to znaczy i mówił, że już jest dorosły i dlatego w miłość już nie wierzy.

W głowie miałam też obraz kogoś, kto mówi do mnie „Ale najważniejsze przecież, że się kochamy!”. Postać rzeczywista uznała, że miłość to slogan, seks jest ponad wszystko.

Ten z moich wyobrażeń mówił „Chcę z Tobą rozmawiać o wszystkim”, by potem zmienić zdanie, a finalnie mieć pretensje, że do rozmowy namawiam.

Marzyłam, że w jego oczach będę mogła się przeglądać ze spokojem i akceptacją. Widziałam tylko pogardę i niezadowolenie.

Wymyśliłam sobie człowieka inteligentnego i szukającego odpowiedzi. Na koniec spotkałam się tylko z takim, który ucieka od wszystkiego, co wymaga zmiany i pracy nad sobą.

Najbardziej wierzyłam, że to na wieki wieków, więc walczyłam, ile mogłam. Nie znalazłam wzajemności.

Chciałam zachować w pamięci pozytywne obrazy, dlatego zależało mi, aby utrzymać poprawne, jeśli nie przyjazne, relacje. Wierzyłam w „życie po”. Wierzyłam w porządnego, mądrego i czułego człowieka, któremu dałam 1/3 swojego życia. Aż zdałam sobie sprawę, że wierzyłam w moje wyobrażenie. Tego solidnego, porządnego i czułego mężczyzny z moich wspomnień nie ma, to projekcja. Żegnam się, wznosząc toast kieliszkiem Chianti.

I to jest chyba pierwszy pogrzeb w ogóle w moim życiu, w którym uczestniczę.


Psychologia Związek

Śmierć i dziewczyna

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
3 listopada 2016
Fot. iStock / SrdjanPav

Początek wiersza

Śmierć

(Kto widział od takiego słowa zaczynać wiersz
Nie lepiej od razu
Się powiesić)

Rafał Wojaczek, 1969


 

***

Zasypiałam już i budziłam się w szpitalach. Były wenflony, kroplówki, defibrylatory. Były troskliwe pielęgniarki i, dla równowagi, pięlegniarki z piekła rodem. Byli lekarze wyrozumiali oraz tacy, którym powinni odebrać prawa wykonywania zawodu. Były stosy leków, zastrzyki, jakieś skany i usg. Wszystko było, tak mi się wydawało. I ja to wszystko pamiętałam. Nawet jak na operację szłam, to jakoś pod kontrolą to było i jak się budziłam, to widziałam znane twarze i słyszałam troskliwe głosy. Takie twarze i głosy w jakiś sposób nadają całej sytuacji sens i ustawiają ją w przyswajalnym dla rozumu kontekście.

Dwa dni temu obudziłam się w domu, we własnym łóżku, a jednocześnie nie rozumiałam nic. Na ciele miałam ślady po igłach, napy od elektrod, oznaki ratowania życia i działań medycznych. I zero pamięci z tego, co się stało. Uciekło mi mniej więcej 40 godzin życia. Wyparowało. Nie pamiętałam nic poza tym, że wezwałam ambulans samodzielnie, a potem usiłowałam powiadomić jakichś ludzi z mojego otoczenia, że coś się dzieje. Wydawało mi się, że mam wszystko opracowane na takie okazje, cały system powiadamiania wdrożony. Tylko że zły czas wybrałam sobie na zapaść – długi weekend. Wszyscy z listy podstawowej poza zasięgiem, a na listę rezerwową nie starczyło mi już świadomości.

Jadąc do szpitala, przed zamykającymi się oczami miałam jeszcze wizje, jak wszystko będzie dobrze, na pewno ktoś się zjawi i uratuje, jakiś rycerz na białym koniu albo wróżka chrzestna. W chwili totalnej nieprzytomności umysłu, w ramach latami wyrabianego nawyku, wykonałam nawet serię telefonów do szanownego ex. Szanowny ex miał mnie w szanownym poważaniu. Bo skoro mówiłam nieskładnie, to znaczyło, że żyję, czyli nic istotnego. A ogólnie to przecież wszyscy wiedzą, że jak kobieta traci przytomność, ma zasadniczo tylko na celu odegranie szantażu emocjonalnego.

No więc przytomność i świadomość odzyskałam po 40 godzinach. Rozpoczęłam żmudne wyplątywanie się z diod oraz dokumentacji medycznej, w którą z jakiegoś powodu mnie owinięto. Na dokumentacji zapisano, że żyję, co uznałam za dobry znak. Bezskutecznie próbowałam ogarnąć umysłem, co się działo, co robiłam, co mi robili. I co, do jasnej ciasnej, ci lekarze napisali w tych kartach medycznych! Zrywając kolejne plastry z całego ciała i oglądając kolejne wkłucia i siniaki, myślałam o tym, że jeśli już śmierć ma przyjść, to wolałabym, żeby było jak w „Sensie życia wg Monty Pythona”. Ja surrealistycznie poproszę! Przy obiedzie, w gronie przyjaciół. I żebym jeszcze mogła kostuchę wkurzyć, zanim mnie zabierze.

„Przynajmniej umrze Pani młoda i piękna!” – powiedział mi niedawno 80-letni staruszek na oddziale onkologii.

Pierwsza (i jedyna) rzecz, o którą zapytał mnie dzisiaj mężczyzna, który spędził ze mną 10 lat życia, to czy mogę mu pomóc w sprawie dla niego istotnej.
Pierwsza (i jedyna) rzecz, o którą zapytano mnie w ogóle dzisiaj, to czy zrobię zakupy do pracy.
Dzisiaj, zmywając zaschniętą krew z podłogi koło mojego łóżka (która nie wiem, jak się tam wzięła), walczyłam ze łzami totalnej bezsilności i poczuciem kruchości. I pomyślałam, że ja tam nie chcę umrzeć piękna i młoda. Mam ambicje w tej dziedzinie być pospolita i umrzeć, trzymając wnuki za ręce. Ewentualnie wtulona w jakiegoś pomarszczonego staruszka.

Nikt, naprawdę nikt nie powinien przez coś takiego przechodzić.

Nie, nie umieram jeszcze. Szymborska napisała „Umrzeć. Tego nie robi się kotu”.
A ja mam sześć. Nawet w wydłużony weekend.

Choroby sobie wpiszę w jakiś ciekawszy termin w kalendarzu.