Związek

Weronika Książkiewicz: Kiedy jesteś spełniona i spokojna, to czas na miłość przyjdzie. Nie warto skupiać się na szukaniu

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
31 sierpnia 2022
 

– Kobiety powinny zainwestować w siebie w taki sposób, żeby same ze sobą mogły czuć się dobrze. Wierzę, że kiedy jesteś spełniona, szczęśliwa i spokojna, to i czas na miłość kiedyś przyjdzie. Nie warto skupiać się na szukaniu. Może to dziwnie zabrzmi, ale lepiej… skupiać się na sobie, żeby być silną, mądrą, dobrą i uśmiechniętą kobietą – mówi Weronika Książkiewicz, która zagrała właśnie główną rolę w komedii romantycznej „Szczęścia chodzą parami”. Dlatego pytamy aktorkę, czy szukanie miłości ma sens? Czy wierzy, że z pecha może narodzić się coś dobrego? I co dziś pomaga jej skutecznie poprawiać humor?

Mówi się, że komedia jest najtrudniejszą sztuką aktorską. A ty masz do tego niesamowity talent!

– Wydaje mi się, że ludzi wzruszają podobne sprawy, ale każdy ma trochę inne poczucie humoru. Dlatego trudno jest zrobić komedię, która rozbawi wszystkich. Niemniej powiem ci, że „Szczęścia chodzą parami” to film, który może otworzyć nowe ścieżki w myśleniu i głęboko poruszyć. Nie tylko rozśmieszyć. Wierzę, że takie walory mają nie tylko głębokie i skomplikowane dramaty. Dobra komedia, zwłaszcza w tych niełatwych czasach, w których teraz żyjemy, ma wielką wartość. Wszyscy chcieliśmy, by nasi widzowie dostali od nas sporą dawkę śmiechu, dużo relaksu i odpoczynku, bo to właśnie w tej chwili jest nam wszystkim bardzo potrzebne. Dlatego mówimy o tym filmie, że to najbardziej przewrotna komedia w tych przewrotnych czasach.

Na koniec pada jeszcze motto: „Pech czasem przynosi szczęście”. Wierzysz w to powiedzenie?

– Wierzę w to, że my, ludzie, emanujemy energią i w dużej mierze sami kreujemy swoją rzeczywistość. Jeżeli mamy wysokie wibracje, to będziemy przyciągać do siebie podobnych ludzi i sytuacje. Natomiast jeżeli nasze wibracje są obniżone, czyli jesteśmy zabiegani, nieskupieni i gdzieś daleko od samych siebie, to wtedy zdarzają się nam niefortunne wypadki.

Dasz jakiś przykład?

– Opowiem ci coś śmiesznego. Do ostatnich chwil przed wejściem na plan nie było wiadomo, czy wezmę udział w tym filmie, bo właśnie miałam serię różnych nieszczęśliwych wypadków. Zaczęło się od tego, że uderzyłam zderzakiem samochodu w zaparkowany skuter. To nie była wielka kraksa, ale jednak. Potem zostawiłam klucze do mojego domu w zupełnie innym mieście, a ostatecznie musiałam jechać do szpitala.

Fot. Jarosław Sosiński / ZYGFRYD STUDIO

Co się wydarzyło? Dlaczego musiałaś jechać do szpitala?

– Słuchaj, ja wpadłam do toalety! Uwierzyłabyś?

Właśnie miałam jechać na przymiarki kostiumów, a… musiałam zadzwonić do reżysera i powiedzieć: „Bartek, ja nie dam rady przyjść”. „A co się stało?” spytał reżyser i wyobraź sobie, że wtedy usłyszał ode mnie: „Bartek, ja wpadłam do toalety”. Sytuacja była banalna, bo nakładałam balsam na nogi i jedną stopę oparłam o brzeg sedesu. Nagle palce ześlizgnęły się i cała noga wpadła do środka, a druga w tym samym czasie uniosła się i runęłam na podłogę. Milimetry głową od brzegu brodzika prysznica. Leżałam tak chwilę i przez głowę przebiegła mi jedna myśl: „Nie, jest już po filmie w ogóle!”. Moja stopa była potłuczona, sina, spuchnięta i wyglądała jak noga słonia. Bartek Prokopowicz stanął jednak na wysokości zadania i zabrał mnie natychmiast do szpitala. Szczęście w nieszczęściu, okazało się, że tylko się okropnie potłukłam. Gdyby noga była złamana, to niestety teraz byśmy nie rozmawiały o tym filmie. (śmiech).

Jak ci się pracowało na planie z Bartoszem Prokopowiczem?

– Niesamowite było dla mnie spotkanie z całą familią Prokopowiczów. Bartek reżyserował, Jeremi robił zdjęcia, Wiktor, najmłodszy z braci, był drugim reżyserem. Już od samego początku na etapie zdjęć próbnych między nami zaiskrzyło. Złapaliśmy nić porozumienia. Bartek miał swoją wizję, ale pozwalał nam też na wymyślanie, kreowanie i lekkie zmienianie scenariusza. On wierzy, że do dobrej komedii trzeba się dobrze przygotować, bo w tej dziedzinie po prostu pójście na żywioł i improwizacja nie zawsze się sprawdzają. Komedia to tak naprawdę matematyka. Ja to najlepiej widzę w teatrze na przykładzie sceny, podczas której widownia zawsze wybucha salwami śmiechu. Czasem zdarza się, że jak zgubimy rytm, nagle zapada cisza. Dlatego mówię, że komedia, to ścisłe wyliczenia, tu wszystkie puzzle muszą do siebie pasować.

Bardzo przewrotnym pomysłem było wybranie Michała Żurawskiego na twojego partnera romantycznego. Michał zupełnie nie kojarzy się widzom z komediowym amantem.

– I właśnie to było wspaniale. Wybór Michała nie był oczywisty, ale dzięki temu nasza komedia jest zupełnie inna. Michał zagrał Brunona bezpretensjonalnie. Jestem przekonana, że jego dobro i ciepło sprawią, że niejedna kobieta zatęskni za fajną miłością.

Bardzo polubiłam też twoją bohaterkę, Malwinę. Masz krótko ostrzyżone włosy, nie nosisz romantycznych sukienek na ramiączkach i przede wszystkim jesteś kobietą niezależną, która nie szuka miłości.

Moja bohaterka jest skupiona na swojej pracy, karierze i marzeniach. Malwina jest grafikiem, projektantką przedmiotów użytkowych i dotychczas dostawała zlecenia, które nie były dla niej zbyt interesujące. Aż nagle otrzymała możliwość stworzenia karoserii samochodu, co zawsze było jej ogromnym marzeniem, bo od dziecka spędzała z tatą czas w warsztacie samochodowym. Ponieważ na tym etapie życia była absolutnie pochłonięta spełnianiem tego marzenia, to szukanie drugiej połówki nie było dla niej istotne.

Fot Jarosław Sosiński / ZYGFRYD STUDIO

Jest taka teoria, że miłość można znaleźć, dopiero kiedy przestaje się jej szukać. Wierzysz w to?

– Słyszałam o tym, ale tych teorii na temat znajdowania miłości jest tak wiele, w dodatku sprzecznych, że nie potrafię się pod żadną definitywnie podpisać. Mam taką jedna rzecz, w którą wierzę. Miłość bywa naszym lustrem, bo ta druga osoba zazwyczaj okazuje się naszym odbiciem. Jak to wytłumaczyć? Po prostu przyciągamy do siebie dokładnie to, co mamy w środku. Jeżeli nam wydaje się, że partner ma wątpliwości, to może okazać się, że wątpliwości tak naprawdę są, ale po naszej stronie.

Dlatego kobiety powinny zainwestować w siebie w taki sposób, żeby same ze sobą mogły czuć się dobrze. Wierzę, że jak jesteś spełniona, szczęśliwa i spokojna, to i czas na miłość kiedyś przyjdzie. Nie warto skupiać się na szukaniu. Może to dziwnie zabrzmi, ale lepiej… skupiać się na sobie, żeby być silną, mądrą, dobrą i uśmiechniętą kobietą.

A ty jak dziś inwestujesz w siebie?

– Medytuję, choć nie nazwałabym się żadną znawczynią tematu. Wyraźnie jednak czuję, że dzięki temu mam teraz więcej energii, spokoju i widzę wiele rzeczy z dystansem. Od momentu, kiedy zaczęłam tę swoją wewnętrzną podróż, wszystko wokół mnie zaczęło się powoli zmieniać. Ludzie, którzy od dawna byli w moim życiu, odeszli, a pojawili się zupełnie nowi. Nawet zawodowo dostaję teraz zupełnie inne propozycje ról do zagrania.

Medytacja nauczyła mnie też w dużej mierze panować nad swoimi emocjami. Jeśli w moim życiu wydarza się dziś coś smutnego, to nie idę na sam dół, tylko dzięki medytacji i „byciu tu i teraz” potrafię się do góry wyciągnąć.

A na poprawę humoru zawsze najlepsza jest fajna komedia!

– Żebyś wiedziała! Dlatego zapraszam do kin nie tylko singli i poszukiwaczy miłości. Od 2 września.



Związek

A wy, wszystkie dupki świata, uważajcie, co mówicie kobietom na odchodne. One to pamiętają, nawet po 20 latach

Listy do redakcji
Listy do redakcji
31 sierpnia 2022
Fot. iStock / Dzhulbee

A wiesz, co? Mógłbyś mnie jednak przeprosić. Zadzwoniłeś do mnie po dwudziestu latach od rozstania i zaprosiłeś na piwo. Wymyśliłeś pretekst, a ja przyszłam jak mucha do lepu. W sumie tak między nami zawsze było. Tym razem przyszłam z ciekawości, przyznam się. Byłam ciekawa, jak potoczyło się twoje życie, bo słyszałam od znajomych, że się rozwiodłeś. Byłam też ciekawa twojej motywacji do tego spotkania. Ale nie spytałam. Wiem, dlaczego tego nie zrobiłam. Nie pozwoliła mi na to duma. Bałam się, że zaprosiłeś mnie na to piwo, by się przekonać, czy możesz coś jeszcze do mnie czuć.

Mam też inną koncepcję, że zrobiłeś to z nudów. Choć, gdy opowiadałam o tym mojemu przyjacielowi, powiedział, że jesteś w kryzysie i robisz pewnie jakiś rodzaj remanentu w swoim życiu. Powiedział mi, że faceci żałują tego, co kiedyś powiedzieli swoim kobietom. Podobno żałują tego, jak się z nimi rozstawali i to brzemię ciąży im nawet przez dekady. Czy to możliwe, że ty też żałujesz, że byłeś kiedyś wobec mnie tak okrutny?

A więc spotkaliśmy się na tym piwnie…

Byłeś nawet szarmancki, bo przyniosłeś mi koc, gdy zrobiło się chłodno i nie pozwoliłeś zapłacić połowy rachunku. Ale nie powiedziałeś „przepraszam”.

Śmialiśmy się, żartowaliśmy, było fajnie, momentami smutno, a czasem nostalgicznie. Opowiadaliśmy sobie swoje życia. Nie do końca udane. Ale żadne z nas nie było do końca szczere. Mówiliśmy, że podczas tych dwudziestu lat: rodziły nam się dzieci, zmienialiśmy prace, żegnaliśmy umierających rodziców, rozwiedliśmy się. Ale to były tylko opowieści po wierzchu prawdziwe. Ja pilnowałam, żebyś nie pomyślał, że jestem totalną „luzerką”. Ty chwaliłeś się sukcesami w pracy. Tak naprawdę nie wiem, dlaczego miałoby w tych rozmowach być coś więcej. Przecież po czterdziestce wciągasz brzuch, pudrujesz twarz, robisz hipsterski przedziałek i udajesz, że jednak nie jest tak źle, jak źle jest.

Ale kiedy wróciłam do domu, wszystkie obrazy z przeszłości między nami stały się tak bardzo wyraźne. I zrozumiałam, że choć minęło dwadzieścia lat, ja nadal w sercu noszę tę młodą zranioną przez ciebie dziewczynę. Dziewczynę, którą zaprosiłeś na urodziny kumpla ze studiów, którą wsadziłeś do samochodu jakiejś laski, której nie znała i tak w trójkę pojechaliście na Mazury. Wróciła już sama.

To nie będzie opowieść o wielkiej katastrofie

To będzie historia, jakich miliony. I dlatego właśnie ją piszę. Bo myślę, że takich facetów, jak ty, są tabuny. Dwadzieścia lat temu podczas imprezy szukałam cię całą noc, a gdy znalazłam nad ranem i spojrzałam ci w oczy, już wiedziałam, że byłeś z nią.

Może dziś bym inaczej zareagowała, ale ja wtedy miałam 22 lata i byłam dokładnie w wieku mojej córki. Byłam dzieciakiem, który wierzył, że miłość to miłość. Białe to białe. Czarne to czarne. Zdrada mnie bolała do żywego. Spakowałam się i było mi wszystko jedno. Poszłam na piechotę do najbliższej wsi, by szukać jakiegokolwiek autobusu, który zabierze mnie nawet nie do domu. Chciałam być jak najdalej tego miejsca, gdzie ty i ona migdaliliście się pod krzakiem bzu.

Byłam wtedy taką czystą duszą. Superwrażliwą dziewczyną. Zmiażdżyłeś mnie tym, co zrobiłeś na wiele miesięcy. Już nigdy nie potrafiłam oddać się w miłości w stu procentach. Już nigdy tak nikomu nie zaufałam. Położyłam się w domu do łóżka i w zasadzie stałam się jednym wielkim cierpieniem. Spakowałam wszystkie twoje rzeczy i zadzwoniłam, żebyś po nie przyjechał. Byłam samym bólem. A ty, gdy przyjechałeś, miałeś w sobie taką wyluzowaną atmosferę. Nie umiem tego nazwać, to była energia pod tytułem: nic się nie stało. Miałeś fajną fryzurę, nową modną kurtkę i pachniałeś jakimiś perfumami, których nie znałam.

Co wtedy robi naiwna 22 -latka?

Oczywiście, że pyta swojego pierwszego w życiu chłopka, dlaczego ją zostawił. Doskonale pamiętam twoją odpowiedź, która wryła mi się w czaszkę już na zawsze. Umrę, a nadal będę te słowa pamiętać. Powiedziałeś, że jestem silna, a ona jest delikatna i że ty potrzebujesz opiekować się kobietą, a ze mną to nie jest możliwe. Pomyślałam, sobie wtedy: „Pięć lat byliśmy razem. Człowieku, czy ty naprawę mnie nie znasz? Nie widzisz, jak cierpię i jak nagle się rozsypałam”. Ale ty snułeś dalej swoją chłopięcą opowieść.

No więc dziś zastanawiam się, czy po dwudziestu latach ciążą ci te słowa i twoja głupota. Czy zaprosiłeś mnie na piwo, by powiedzieć „przepraszam”, tylko nie starczyło ci odwagi? A może po prostu się nudzisz? Zadzwoniłeś, bo sprawdzasz, co słychać u twoich byłych kobiet. Może któraś z tobą pójdzie do łóżka? Może potraciłeś wraz z rozwodem część znajomych i teraz próbujesz odzyskać ludzi z przeszłości? Pewnie i to ci się niedługo znudzi.

Po co ja to wszystko piszę?

Mam jeden cel! Jeśli ten tekst czyta choć jeden facet, który kiedyś skrzywdził młodą dziewczynę, zdradzając ją lub robiąc jej inne świństwo, niech się teraz zastanowi, co jej powiedział na odchodne. Pewnie – jak twierdzi mój przyjaciel – powiedział jaką straszną głupotę, która w jego mniemaniu miała ją jak najmniej zranić. Ale… jeśli byłeś kiedyś dupkiem, powiedz jej „przepraszam”. Serio, zrób to. Nawet po 10, 20 latach. Bo może te słowa wryły się w jej czaszkę na wiele lat.

Powiem ci, że z tymi słowami: „jakaś zbyt silna dla facetów” długo nie mogłam się uporać. Zastanawiałam się, co robię nie tak. Może powinnam zgrywać mało zaradną księżniczkę? Może powinnam udawać, że czegoś nie wiem, jak wiem? Obudziłam się, dopiero kiedy kolejny facet powiedział mi dla odmiany, że woli silne kobiety i że ma dość moich humorów i wiecznych kłopotów. Ha, ha, ha! Nawet śmieję się dziś, kiedy to piszę. Mam też i dla siebie wnioski: warto być sobą. Dziś już to wiem, że nie ma czegoś takiego jak „kobieta, której pragną faceci”.  Dla jednego będziesz zbyt delikatna, dla drugiego z byt silna, a dla trzeciego… w sam raz. Wiem, że każdy chce odrobinę czegoś innego. I dobrze! Inaczej świat byłby niezmiernie nudny.

A wy wszystkie dupki świata, uważajcie, co mówicie kobietom na odchodne. One to pamiętają, nawet po dwudziestu latach od rozstania.


Zobacz także

8 sygnałów, że dla partnera nie jesteś priorytetem

po czym poznać kiepskiego kochanka

„Byłaś cudowna”, czyli po czym poznać kiepskiego kochanka

6 powodów, przez które tak trudno odejść od partnera