Lifestyle Związek

Święta Godzina Pani Domu

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
12 listopada 2015
Fot. iStock / Casarsa
 

Mówię do niego: pozmywaj kochany po obiedzie. On do mnie na to: za chwilę. Godzinę później zmywam więc, bo za chwilę to trzeba iść spać, a głupio tak górę naczyń zostawić w zlewie. On już w łóżku oczywiście, zęby umyte, coś tam sobie jeszcze w necie szpera. Moment i zaraz usłyszę pierwsze zwierzęce chrapnięcie. Zmywam więc po cichutku, po co go budzić skoro już śpi. Zmęczony.

Mówię do niego: żarówka przepaliła się przedwczoraj, ciemno trochę, może byś wymienił? Żarówkę kupię jutro i wymienię, mówi. No więc tydzień później przedzieram się przez regał światła w pobliskim Home Depot i wybieram żarówki trzy. Zawsze to zwiększa szansę na to, że akurat właściwą utrafię. Nie zmniejsza za to szansy na komentarz typu: po co zabierasz się za rzeczy, o których pojęcia nie masz? No to idę oddać te niepasujące żarówki i tym razem na szczęście strzelam w dziesiątkę. Kupuję właściwe światło i w pokoju od razu robi się radośniej. Więc sobie winko otwieram bo zasłużyłam na małą lampkę (obok tej dużej, która już teraz pięknie świeci).

Kontynuując…

Hamulce w Hondzie piszczą już kilka miesięcy. Podobno to znak, że wymienić je nadszedł czas. No to mu mówię, że od kilku miesięcy, że piszczą, że hamulce, że w Hondzie. W weekend wymienię, mi mówi. Nie pytam w który, bo powie, że złośliwa jestem i że to cała ja. Więc czekam 1,2,3 weekendy. Hamulce w Hondzie piszczą niemiłosiernie. Zrezygnowana, oglądam video na YouTtube ale już widzę, że choć praktycznie niczego w życiu się nie boję, ta zmiana hamulców to brudna robota. Smary, tarzanie się po podłodze…. Kobiecie nie przystoi przecież. Biorę  się więc na sposób i mówię niby to pod nosem, a niby trochę tak żeby usłyszał aż za dobrze: Przemo mówi, że mi te hamulce w Hondzie wymieni w ten weekend. Wiec w piątek wieczorem wymienia on.

No błagam! Kochani! Czy ktoś mi wyjaśni, wyłoży jak w szkole, kawę na ławę po prostu? O co chodzi z tym głupim damsko-męskim odwiecznym tańcem? Bo że to  taniec jest jakiś to chyba każda się zgodzi. Ja krok, on krok, a potem wariacje. Jeśli się nie wysilę i zrobię krok z serii: „poddaję się miły” no to niestety on schodzi z parkietu. Ja dalej tańczę już sama (przy garach, w elektrycznym na dziale żarówka, czy nie daj boże pod piszczącą Hondą). Jeżeli natomiast włożę wysiłek w kolejny mój krok, a zatem jeśli taktycznie do sprawy podejdę, szansa jest taka, że to on się roztańczy, co więcej pod dyktando figury będzie wyczyniał (coby przed Przemem zwinnie zdążyć, a jak! A zatem: raz, dwa, trzy, auto na podnośnik, cztery rzut na ziemię twarzą w dół, pięć, sześć, siedem, trzy szybkie ruchy magicznym kluczem, osiem i dziewięć szybka wymiana starych na nowe hamulców, dziesięć wyjazd spod Hondy w kaskaderskim stylu i wreszcie ukłon głęboki i standing ovation. Prawie czarujący on).

Tyle że mnie się tak tańczyć nie chce. Zmyślnie, przemyślanie, planowo. Tak każdorazowo wojnę zaczepną planować. Nie może on po prostu zrobić czegoś co i tak zrobione być musi? Ja wiem, bo słyszałam. Podobno nie należy powtarzać facetowi, żeby zrobił to o co się go raz już poprosiło. Powiedział, że zrobi to zrobi. Masz jasność? Nie trzeba powtarzać co sześć miesięcy.

Problem w tym, że to mnie nic a nic nie urządza. Takie czekanie na moment, w którym on wielmożnie uzna, że oto czas nadszedł, projekt trzeba wykonać. Nie urządza mnie i już bo brudnych garów nie lubię, siedzenie w ciemnościach to też średnia przyjemność no i co jak co ale życie mi jeszcze miłe więc do diaska człowieku! wymień mi te hamulce!…. Nie wymieni. No chyba ze Przemem postraszę. Taki to gatunek do diaska!

Więc ja się pytam: co to za licho w facecie siedzi, które mu każe taki opór stawiać?

Jakim to cudem wszystkie prośby moje trafiają do kufra z napisem „POTEM”, a niektóre nawet do tego obskórnego, kurzem pokrytego pudła z wielkim słowem „NIGDY” na wieku wymalowanym? Masakra to jakaś panowie mili ta wasza natura opozycjonisty. Strasznie jest ona też nie w porządku wobec nas kobiet, rzekomo równouprawnionych. I fakt, może i chodzimy wszyscy do tej samej pracy, może nawet i płaca czasem się nam pokrywa (chociaż w tej kwestii to pewnie niejeden głos sprzeciwu mógłby się tutaj zasadnie podnieść). Równouprawnienie kończy się w sposób drastyczny po tak zwanych godzinach. Kiedy to on, zasłużony wypoczynek uprawia z pilotem na kanapie, a ona leci z psem, obiad gotuje, wypakowuje zakupy, które notabene sama do domu przytargała, pierze, zmywa, obiad podaje, lekcje z dziećmi odrabia i jeszcze na YouTube sprawdza jak te cholerne hamulce w Hondzie wymienić zanim ich pisk przeraźliwy odbierze jej rozum.

Kobieto równouprawniona, puknij ty się wreszcie w głowę. Jakoś faceci, tak zwani single, którzy sami pomieszkują w całkiem obszernych apartamentach i ugotować sobie potrafią i uprać jak należy i pościel zmienić i kurze zetrzeć. Szokujące? Ale prawdziwe! Bo, ogólnie facet jak chce, to przetrwa i to w całkiem luksusowych warunkach. Jak jednak taki facet ma przy sobie kobietę, to ów luksus nabiera zupełnie nowego znaczenia. Wtedy wystarczy mu wyszeptać: stoliczku nakryj się i w chwilę potem żyje jak w bajce, dając Kopciuszkowi pole do popisu, skoro taka jest nadgorliwa.

Wiem. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Zwłaszcza, że mąż przyzwyczajony, dzieci, pies, nawet rybki mają swoje oczekiwania. Orzech trudny do zgryzienia, więc nie nawołuję do rewolucji. Przynajmniej nie do tej krwawej i nieokiełznanej. Bądźmy bowiem realistkami, na barykady nikt nie będzie szedł. No ale taka mała rewolucja, taka mini mini „vive la revolucion” to chyba już bardziej realna jest sprawa. Wiadomo, taktyka musi być. Trzeba faceta na parkiet wypuścić. Niech tańczy, niech  czuje się wspaniały. Zaradny, męski, pomocny. „Przemo” jak wyżej nadmieniłam, sprawdza się w sytuacjach wielu. Inna opcja to „pani do sprzątania” Też działa. Wystarczyło, że raz zaproponowałam, że poproszę taką miłą panią do domu za pieniądze, a w chwilę potem on na szmacie przez pokój pięknie płynął jak jacht na pełnym wietrze. A zwinny był! Aż miło było patrzeć.

A kiedy już część obowiązków w ramach tych rewolucyjnych zmian uda się wreszcie oddelegować, wtedy pora na etap drugi. Na początek złożony powiedzmy z godzinki. Jednej, małej, sześćdziesięciominutowej godzinki. Takiej tylko dla siebie. Nieważne co i nieważne jak. Choćbyś i miała leżeć do góry brzuchem w tym czasie, albo fejsbuka z maniakalnym upodobaniem przeglądać. Ta jedna godzinka niech będzie święta. I konsekwentna. To słowo klucz. Choćby się bowiem paliło i waliło nie wolno ci oddać Świętej Godziny Pani Domu. Pewnie, że na początku opór może być krwawy ale z czasem zobaczysz… nawet i rybki się nauczą. Trening bowiem, jak wiadomo, mistrza czyni. A Ty kobieto miła, poczujesz się jak człowiek wreszcie. Więc powtórz za mną, może być po cichutku: niech żyje mini rewolucja! Niech żyje Święta Godzina Pani Domu!


Lifestyle Związek

O przebaczaniu w pięciu krokach

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 listopada 2015
Fot. Flickr / AFS-USA Intercultural Pro / CC BY
 

Przebaczanie nie zawsze przychodzi nam lekko. Często traktujemy je jako oznakę słabości, rezygnacji. Zdarza się, że nie przebaczamy naprawdę, lecz jedynie „powierzchownie”. Mówimy „Wybaczam Ci, zapomnijmy ”, a tak naprawdę nie możemy przestać myśleć o tym, jak bardzo nas zraniono: rozpamiętujemy i cierpimy podwójnie.

Kiedy się już uda, też nie jest lekko. – Jak to? Wybaczyłaś mu? Tak szybko? Zapomniałaś już, jak cierpiałaś? – oburzają się, skądinąd życzliwe przyjaciółki. Ale przecież wybaczyć nie znaczy „zapomnieć”. Wybaczyć to przepracować w sobie tę krzywdę i ból i sprawić, by nas już nie dotykały, nie raniły. Wyciągnąć życiową lekcję i pójść dalej, silniejsza, bogatsza wewnętrznie. A dalsze relacje z osobą, której wybaczamy, to już zupełnie oddzielna historia… Dlaczego? Bo w przebaczaniu nie chodzi o niego, o nią. Chodzi o ciebie. To ty masz z tego przebaczenia czerpać energię, mądrość, a przede wszystkim wewnętrzny spokój. To jest twoja inwestycja w każdy następny związek, przyjaźń, sympatię.

Gdy mąż Kariny, 40 letniej właścicielki małego wydawnictwa odszedł od niej z dnia na dzień, świat stanął w miejscu. Karina odesłała nastoletnią córkę do babci i zamknęła się sama w wielkim domu. Godzinami płakała skulona na podłodze w salonie, przywołując w myślach tę samą scenę. Jej mąż i jej przyjaciółka podczas wspólnej kolacji informują ją, że romans trwa już rok. On prosi o rozwód. I jeszcze to uczucie, kiedy Karinie robi  się słabo i niedobrze jednocześnie.

Karina mówi, że zanosząc się od płaczu tam, na podłodze w złości planowała zemstę, życzyła obojgu najgorszego, modliła się o nieszczęśliwy wypadek. Każdego dnia traciła energię. Zaniedbała dziecko, dom, pracę. Czuła dokładnie jak opada z sił, jak nienawiść, bezradność i poczucie krzywdy odbierają jej chęć do życia. Po miesiącu przyszło opamiętanie.

– Tak nagle? – pytam. – Tak,właściwie w jednej chwili. – opowiada Karina, dziś spokojna, zrelaksowana i uśmiechnięta. – Spojrzałam na swoją spuchniętą twarz, zmęczone ciało. Zrozumiałam, jak  sama siebie niszczę. Oni są szczęśliwi. Nie mam na to żadnego wpływu, stało się. Ale nie mogę pozwolić sobie na to, by te wszystkie złe uczucia wypalały mnie od wewnątrz. – Trudno było ci wybaczyć, kiedy już podjęłaś tę decyzję?- pytam Karinę. – Na początku było mi bardzo ciężko. Jak w błędnym kole, wracałam do tych samych pytań: Dlaczego? Dlaczego ja? Co zrobiłam zle? Dlaczego niczego nie zauważyłam? Miałam kilka momentów zwątpienia. Ale potem spisałam na kartce plan: w tym tygodniu pracuję nad tym, w następnym nad czymś innym. To była moja osobista terapia. Udało się.

Karina nie zaprzecza, że dużo dała jej świadomość, że ma odpowiednie zaplecze finansowe, pracę, dom. – Wyobrażam sobie, że kobietom uzależnionym finansowo od mężów jest dużo trudniej – mówi – Wtedy pewnie też trzeba się starać wybaczyć, ale nie wolno  zapominać by walczyć o swoje. Nie z żądzy zemsty, ale dlatego, że nam się to należy. A potem, niech każdy idzie w swoją stronę.
Więc jak to zrobić? Od czego zacząć? Niech te pięć, opisanych niżej kroków, pozwoli wam obrać właściwy kierunek.

1. Znajdz przyczynę

Dlaczego nie umiesz wybaczyć? Potrafisz już teraz odpowiedzieć na to pytanie? Jeśli nie, usiądź w ciszy. Przeanalizuj całą sytuację i odpowiedz sobie na pytanie: Co sprawia, że tak trudno mi wybaczyć? Czy to dlatego, że nadal kocham? Wiadomo, że najbardziej boli krzywda wyrządzona przez tych, których darzymy uczuciem. A może dlatego, że nie potrafię zrozumieć postępowania tej drugiej osoby? Dla mnie ważne są racjonalne argumenty, a tu racjonalności brak… Kogo winię naprawdę: tę drugą osobę, czy siebie?

2. Zechciej wybaczyć…

Wiem, to brzmi banalnie, ale banałem nie jest… Czasem mówimy: – Bardzo chciałabym ci wybaczyć, ale nie mogę, przepraszam. Jeśli bardzo chcesz, wybaczysz. Wiesz dlaczego? Bo prędzej czy później uświadomisz sobie, że ta gra dotyczy twojego szczęścia. On, czy ona, ci „winowajcy” nie potrzebują rozgrzeszenia. Zobacz: mają się dobrze. Ale ty nadal walczysz, tracisz energię, wiarę we własne siły. Odpuść.

3. … i po prostu zrób to

Staraj się odciąć od „złych” myśli. Jeśli tego potrzebujesz, otaczaj się teraz bliskimi, życzliwymi osobami. Oddychaj głęboko, obserwuj. Zobacz: twoja przyjaciółka z taką czułością głaszcze po głowie swojego męża. Tam, za oknem, wysoko w chmurach przelatuje samolot. Przypomnij sobie o radości płynącej z „małych rzeczy”.

4. Zaufaj

W to, że ból minie, odejdzie. Musisz w to uwierzyć. Staraj się przywoływać w myślach jak najwięcej pozytywnych obrazów. Pewnego dnia obudzisz się i stwierdzisz, że masz to za sobą.

5. Otwórz się

Na nowych ludzi, nowe doświadczenia. Na codzienność, na piosenki w radio, książki. Dużo planuj. Niekoniecznie z rozmachem. Jesteś już u celu. Zmieniłaś się: z lustra spogląda na ciebie ktoś silniejszy, lepszy. Ktoś gotowy na nowy związek, znajomość. Na przyszłość.

Pamiętajcie: wybaczając dokonujemy czegoś ważnego dla siebie. Trzymam kciuki. Powodzenia!


Lifestyle Związek

Marzenia Matki Niespełnione. Czyli co ułatwiłoby mi życie, a czego jeszcze nikt nie wymyślił

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 listopada 2015
Fot. iStock / RapidEye

Lubię się czasami rozmarzyć. Pomyśleć o tym wszystkim, co ułatwiłoby mi być matką bliżej idealnej. O tak, już nie mówię o dwóch dodatkowych rękach, ale im dłużej jestem mamą, tym większą przestrzeń odkrywam dla wynalazców. Jeśli kiedyś ktoś wpadnie na pomysł biznesu pod tytułem: „Jak ułatwić matce życie” zbije majątek.

Kiedyś myślano, że wynalezienie pieluch jednorazowych to szczyt marzeń każdej matki. Tylko kasy trochę mniej w kieszeni niż przy tetrówkach. Chociaż gdyby zliczyć liczbę prań. Wodę. Prąd. Proszek. A na przykład takie jedzenie w słoiczkach. Przecież nie raz, każdej nieidealnej uratowało życie. Która gotowała królika swojemu niemowlakowi? Ręką w górę! Bo ja nie. Kurczaczki, zupki i owszem. Ale w góry zabieraliśmy słoiki i odgrzewaliśmy zupki, gdzie się dało.

Brak kaftaników. Ułatwiające życie body i pajace. Wózki, którymi wszędzie da się wjechać. Ale to wszystko na etapie niemowlęcym. A ja się pytam, co z matkami dzieci starszych? Nie jesteśmy mamami tylko przez pierwsze trzy lata życia dziecka. O nie. Na własnej skórze czuję, że im starsze dzieci, tym większe problemy. To 100% racji. Prawda jest jednak taka, że starsze dzieci nie chodzą w pieluchach, raczej brudzą i niszczą niezliczone ilości ubrań. Nie jedzą papki ze słoiczków, tylko mają swój smak i gdy jednego dnia zjedzą marchewkę z groszkiem to nie mamy żadnej pewności, że następnego nie odsuną talerza z obrzydzeniem.

Nie mówię już o czasie. O gdzież ty słodki czasie popołudniowych drzemek. Skończyło się. Pełna dyspozycyjność. I jeśli myślisz, że zabawa klockami zajmuje twój cenny czas, to poczekaj, kiedy twoje dziecko zacznie mówić i prosić, i się domagać.

Kiedy tak się właśnie rozmarzę, to do głowy przychodzą mi rzeczy, które ja z dziką przyjemnością bym kupiła.

Tłumacz nastrojów

Jest dla niemowlaków tłumacz płaczu. Twoje dziecko płacze przyłóż rejestrator a dowiesz, się, czy płacz jest wynikiem głodu, zmęczenia czy kolek. I gdyby dla starszych dzieci wymyślono taki tłumacz nastrojów. Wstaje. Wydaje pierwsze: Mamoooo i już wiesz. W słuchawce dostajesz sygnał: „Jest dobrze”, „Uwaga, potrzebna cierpliwość”, „Uciekaj. Najlepiej zamknij się, w łazience”.

Zegar z funkcją: dłuższa doba

Czego najbardziej brakuje matkom? Czasu. Czasu dla dzieci, dla domu, dla siebie. Ile razy myślałaś: „Gdyby tak doba miała choć dwie godziny więcej”. I zobaczcie, gdyby powstał taki zegar, który potrafi nam te dwie godziny, albo chociaż godzinę potrafiłby wygospodarować. W niewidoczny dla nas sposób skrócić godziny, które się da skrócić, a z nadwyżki wydłużyć dobę. Można by było sobie samemu ustawiać. Dziś godzina więcej, a jutro półtorej. Ale by mi było dobrze. Oczywiście byłyby limit na wydłużenie, na przykład maksymalnie dwie godziny dłuższy dzień.

Ręka a la Inspektor

Oglądałyście kiedyś taką bajkę „Inspektor Gadżet”. On miał taką zdolność wydłużania swoich kończyn. Mi się marzy jedna taka ręka. Jakby na wysięgniku. Długa do 5 metrów. Która pozwałaby mi podnieść kurtki, które dostrzegam akurat siadając na kanapie. Wstawić z daleka kubek do zmywarki zostawiony przez któreś z dzieci na parapecie. Słowem siadam. Ogarniam przestrzeń w zasięgu mojego wzroku i nie ruszając się z miejsca mogę poodmykać szafki czy szuflady, zamknąć drzwi od łazienki, wrzucić do śmietnika zostawione pod stołem papierki, nalać mleka kotu. Bo jedno z dzieci zdążyło wyciągnąć mleko, ale już do miski nalać zapomniało.

Pilot do wszystkiego

I tu do wszystkiego wcale nie znaczy do niczego. Wyobraźcie sobie, że macie w domu taki pilot, w którym jeden przycisk włącza ekspres do kawy, inny gasi niewyłączone światło w łazience. Kolejny uruchamia zmywarkę, a jeszcze następny pralkę. Wiem, że są urządzenia, w których można ustawić godziny pracy, ale ile razy myślałyście: „Kurde znowu pralki nie włączyłam” i czasami przypominacie sobie o tym leżąc w łóżku. A tu cyk. Pilocik. I włączone. I światła pogaszone. I magiczna ręka jeszcze skarpetki mężowi koło nosa położy, żeby nie zostawiał ich więcej na środku podłogi.

Powtarzacz

To jest szczyt moich marzeń. Stawiasz sobie takie urządzenie w centralnym miejscu mieszkania. Przez trzy dni rejestruje najczęściej powtarzane przez ciebie frazy. „Podnieś kurtkę”, „Nie bijcie się”, „Odstaw kubek”, „Nakarm kota”, „Ubierz czapkę”. Po tych trzech dniach wykonuje analizę, ma już nagrany twój głos. I od dziś nie musisz już powtarzać po tysiąc razy tego samego. Do znudzenia zrobi to za ciebie powtarzacz. Naiwnie wierzę, że jego siła tkwiąca w upierdliwości sprawiłaby, że dzieci nie chciałby słuchać po raz kolejny: „Nie krzycz”, „Zamknij drzwi” i w końcu nauczyłyby się nie zapominać o rzeczach, na które zwracamy im uwagę.

Gdyby dłużej pomyśleć pewnie znalazłoby się więcej urządzeń, które byśmy z dziką rozkoszą wykorzystały w macierzyńskiej codzienności. Ktoś szuka pomysły na własny biznes? Przemyślcie to 🙂


Zobacz także

Jeśli tracisz energię na poszukiwanie dowodów nieuczciwości partnera, zdecydowanie coś nie działa. Nawet nadszarpnięte zaufanie da się odbudować

Czy można być samolubnym w związku? Odpowiedź nie jest tak oczywista, jak ci się wydaje

7 etapów żałoby po rozpadzie związku. Pozwól sobie na ich przejście, bez zbędnych wyrzutów

Majtki Bridget, czyli oczekiwania kontra rzeczywistość