Lifestyle Seks Związek

„Przez rok wzbraniałam się przed związkiem z zajętym facetem. Moi kochankowie nadal prowadzą sielskie życie u boku swoich kobiet”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 kwietnia 2016
Fot. i Stock / teksomolika
 

„Nie łajdaczę się na prawo i lewo, nie wysiedzę długo w jednym miejscu, staram się podejmować racjonalne decyzje, ale tak, by nie musieć sobie zarzucać, że coś dobrego mnie ominęło. Szukam, rozglądam się (…) Wymarzony partner: aktywny, wyważony, mogący pozwolić sobie na nieco szaleństwa. Najlepiej ateista z wyższym wykształceniem, niepalący i nieutłuczony.

W rubryce „szukam” wpisane: „przygody”.

Profil pewnie jakich wiele na portalach randkowych. I pewnie do jego autorki, jak i do wielu innych odzywa się mnóstwo mężczyzn. Czego szukała na portalu? Faceta. Pewnie trochę szalonego, być może też takiego, w którym mogłaby się zakochać. Nic nie zakładała.

Chwilę wcześniej była jeszcze w długoletnim związku z mężczyzną, który jak sama mówi „być może” ją zdradził. Nie może być pewna zdrady, gdyż nigdy go nie kontrolowała, nigdy nie była zazdrosna, nawet podczas jego częstych służbowych wyjazdów. Choć niepokój wzbudziło w niej znaleziona w aucie kobieca rzecz – podobno wiózł kuzynkę kolegi. Nie chciała drzeć szat. – Przecież przez 300 dni w roku zasypiał obok mnie, dbał o mnie, nie miałam realnych powodów, by czuć się zagrożona. Co więcej, po kilku latach powiedziałam mu, że jak ma ochotę na odmianę, to proszę bardzo, bylebym ja o tym nie wiedziała – wspomina Dorota. Mówiąc to miała jednak świadomość, że ona sama dostrzega innych mężczyzn, i ma wielką ochotę z niektórymi z nich przekroczyć granice intymności. Dorota mówi o zwierzęcej chuci, ktoś inny nazwałby, to kryzysem w związku, a pewnie kolejna osoba zastanawiałby się nad sensem monogamii.

To właściwie dzisiaj nieważne, bo Dorota rozstała się i zaczęła poznawać facetów w sieci. Nie, że od razu kandydatów na męża.

– Na portalu spotykałam cały przekrój mężczyzn. Oczywiście nie interesował mnie „emerytowany pan Zdzisio z ogródków działkowych”. Odpadali też ci, którzy pisali: „Spotkai sie na krudkom hwile – zeszmace cie jak k*rwe”  oraz ci, którzy po prostu nie spełniali kryteriów, które wyznaczyłam na swoim profilu. Zaznaczyłam, że szukam towarzysza do zabawy, więc tacy mężczyźni się do mnie najczęściej zgłaszali, z takimi pogłębiałam znajomość – tłumaczy Dorota znana dzisiaj wielu osobom z prowadzenia profilu na Facebooku „Dorota w krainie „Zdrada w Sieci””.

Na swoim profilu, który wzbudza skrajne emocje, a który w dość otwarty sposób mówi o zjawisku zdrady, Dorota podkreśla, że nigdy nie szukała zajętych facetów, ale to oni stanowili większość tych, którzy się do niej odzywali.  – Przyznawali się, że potrzebują tylko „d*py na boku” – oczywiście nie wprost, ale po kilku pierwszych randkach stawało się to jasne – tłumaczy dodając: – Śmieję się, że do 30. roku życia byłam dzieckiem – nie zdawałam sobie sprawy z powszechności zdrady. Było to skutkiem tego, że znane mi pary były na etapie „tworzenia”, a nie „rozpadu” – ze względu na nasz młody wiek (wszak rozwody to domena 30- i 40-latków), dużo wcześniej Internet nie był tak rozpowszechniony, by móc czerpać bezgraniczną wiedzę o świecie, no i ja niczego takiego w nim nie szukałam.

Przez pierwszy okres otrzymywania ofert „niezobowiązujących spotkań” od zajętych facetów czułam niesmak (zresztą zostało mi to do dziś) i niezgodę na taki świat. Jednak po dziesiątkach, a może nawet setkach propozycji od facetów w związkach, otworzyły mi się oczy – tak po prostu jest. Rzuciłam okiem w statystyki i na dostępne publikacje naukowe. Konfrontacja młodzieńczych ideałów z zastanym światem realnym była bolesna, ale pewnie potrzebna. Pozwoliła – w późniejszym czasie – dostrzec wielowymiarowość także takich nieetycznych sytuacji. Doszłam do wniosku, że świata nie zbawię, a niektórzy naprawdę fajni faceci jak nie ze mną to zdradzą swoją „drugą połówkę” z kimś innym.

Portal (randkowy – przypis red.) miał być odpowiedzią na moją potrzebę: kontaktu z bystrym, sympatycznym, nie zadufanym w sobie i bez słomy w butach chłopem, oczywiście stanu wolnego, no i powyżej 30 roku życia, a zasypał mnie ofertami szukających doświadczenia małolatów, brzuchatych panów po pięćdziesiątce, albo 30-40-latków szukających „skoku w bok”. Czytaj więcej

Decydując na randki z zajętymi facetami, Dorota weszła w świat zdrad. Potajemnych spotkań, kasowanych wiadomości, niepewności i czegoś zakazanego – wszystkiego, co niemal zawsze zdradzie towarzyszy. Na swoim profilu pisze, jak dyskretnie zdradzać, tak, by nikt się o tym nie dowiedział.

Faceci, których spotyka są różni.  – Często, kiedy okazuje się, że mają żonę, zaczynają wymieniać jej wady, jakby chcąc się usprawiedliwić z tego, co robią, albo co zamierzają zrobić. Zapytani, po co więc ślub, skoro miłości wielkiej nie było mówią najczęściej: „A jakoś tak wyszło”. Ale nie wszyscy tak zaczynają, co więcej – w bliskie relacje weszłam tylko z tymi mężczyznami, którzy zachowują klasę i nie kalają (zanadto) swojego gniazda. W postach można poczytać, że spora część zdradzających mężczyzn jest zadowolona ze swoich związków i partnerek (potwierdzają to także badania). 

Dorota na swoim profilu podaje statystki rozwodów. Z ponad 5000 orzeczonych w 2014 roku, ponad 1700 było konsekwencją zdrady mężczyzny.

Moi kochankowie idealnie wpisują się w statystykę: mają około czterdziestki. Danych za 2015 rok jeszcze nie ma, ale żaden z rozwodów w 2014, ani w 2015 nie był spowodowany „mną” – moi kochankowie nadal prowadzą sielskie życie u boku swoich kobiet. Jestem dyskretna i za nic nie chcę się czynnie przyczyniać do rozwalania związków. A mogłabym: mężczyźni często nie są ostrożni – mogłabym z łatwością zniszczyć ich sielankę, znając ich imiona i nazwiska, wiedząc gdzie pracują, będąc nie raz wtajemniczoną w bardzo osobiste sprawy, nie mówiąc o wspólnych naszych zdjęciach. Znając szczegóły ich ucieczek od normalnego życia w moje ramiona (i między moje nogi), mogłabym dostarczyć żonom narzędzi do rozwodu z orzekaniem o winie małżonka. Ale tego nie robię, bo po co? Nie potrzebuję łez żon i dzieci, a znając kochanków puszczalski charakter, do „związku” bym ich nie chciała. Czytaj więcej… 

Gdzieś w komentarzach na fanpage’u Doroty można przeczytać, że stwierdzenie , że Internet się skończył, skoro powstają takie profile. Dorota sama zaczepiona o możliwość rozmowy z nią mówi, że dla niej nie ma tematów tabu. – Temat zdrady jest tematem tabu, jeżeli ująć to w perspektywie „otwartego mówienia” o niej. Dlaczego? Bo normy społeczne są takie, że żyjemy w związkach monogamicznych i takich się od nas (mężczyzn i kobiet) wymaga. Ewolucyjnie jest to jak najbardziej zrozumiałe – łatwiej osiąga się cele w stabilnej grupie, którą jest rodzina. Łatwiej o kredyt, o odchowanie dzieci i szklankę wody na starość. Po drugie, myślę, że zdradzani nie chcą się przyznać do tego, że ich zdrada dotyka lub dotknęła – to jak brzemię, które wskazuje, że jesteśmy niewystarczająco dobre/dobrzy, że nasza druga połówka szuka(ła) czegoś poza związkiem. A przecież to nie do końca prawda. Badania (można je znaleźć na mojej stronie) pokazują, że problem niekoniecznie musi być w nas: zdradzający posiada pewne szczególne cechy osobowości czy biologiczne uwarunkowania, które składają się na to, że jest szczęśliwy w związku, ale w życiu jest jeszcze szczęśliwszy mogąc zaspakajać część potrzeb z innymi osobami. Zdrada to temat tabu, bo zdradzanie mało komu dodaje chwały, a w szczególności kobietom. Mężczyźni mogą chwaleniem się swym „skokiem w bok” potwierdzać męskość, ale to także nie jest takie proste. Bo komu się tu chwalić? Kobiety stanowią więcej niż połowę społeczeństwa (a u nich poklasku raczej taki mąż nie znajdzie), a i połowa mężczyzn nie pochwala zdrady. Zostaje więc mały wycinek ludzi, z którymi otwarcie można o swoich doświadczeniach „zdradzieckich” opowiadać. Dlatego zdrada jest tematem tabu i tabu będzie – zresztą spotykam się z potwierdzeniem tego także przez fanpage: ludzie piszą do mnie prywatne wiadomości przyznając, że nie wypada im polubić strony o takiej tematyce.

Dorota pisze o swoich kochankach, przywołuje badania i naukowe artykuły dotyczące zdrad. Nikomu niczego nie chce udowadniać. – Nie chcę mówić o tym, że kobiety zdradzają mniej, choć tak naprawdę mogą sobie z mężczyznami podać rękę, ich przewaga polega na tym, że rzadko się do zdrady przyznają, piszą do mnie prywatne wiadomości proszą o dyskrecję, a ja to respektuję. Nie chcę też wytykać mężczyznom, dlaczego i po co zdradzają. Jestem zwolenniczką teorii, że wszystko jest względne, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i każdy ma prawo do własnych poglądów (nie usuwam komentarzy ze swojej strony). Jedynie co mi faktycznie przyświeca, to obnażanie zakłamania, wkładanie kija w mrowisko przez zadawanie niewygodnych pytań i mierzenia się z tematem przez pryzmat „szkiełka i oka” – a to wszystko w perspektywie, że realny świat nie jest 0-1 i czarno-biały.

Kiedy zaczyna się zdrada?
Czy jak w ukryciu przed żoną dzwonimy do innej kobiety to już zdrada? Z „kolegą z czatu” (nazwijmy go Roman) rozmawiamy m.in. o pracy, związkach, seksie czy kulturze. I o tym, że na pewno nie będzie między nami seksu. Bo ja nie kuszę, a on chce być wierny – tylko lubi ze mną od czasu do czasu pogadać (za plecami swojej kobiety oczywiście. ..) Czytaj więcej…

Kim jest Dorota z krainy „Zdrada w sieci”? Dba o swoją anonimowość. Nie zgadza się na rozmowę telefoniczną, pozostaje nam wymiana mailowa, w której też brak szczegółów i konkretów. Przez chwilę się zastanawiam, czy nie jest to zwykła prowokacja. Taka zabawa emocjami i trudnymi dla niektórych sytuacjami. Dla Doroty zdrada to „nadużycie zaufania”. Podkreśla, że chciałaby żyć w świecie idealnym, gdzie brak przemocy i głodu, a ludzie są na siebie otwarci. – Ale przecież wszyscy wiemy, że to utopia, prawda? Życie to sztuka kompromisów – tłumaczy swoje podejście do zdrady. – Spotykam się z kilkoma facetami. Są to stałe, już teraz nawet kilkuletnie relacje. Oni o tym wiedzą, akceptuje to w pełni tylko jeden, chociaż kuriozalne w takiej relacji jest oczekiwanie „wyłączności”.

Czy sama będzie w stanie stworzyć związek oparty na zaufaniu? –  Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Bo chociaż statystyki są bezlitosne (prawie co trzeci z nas zdradza), to lubię widzieć szklankę do połowy pełną: jest też część osób porządnych, którym można zaufać. No ale właśnie, można? Jak ja sama sobie czasem nie ufam? – odpowiada.


Lifestyle Seks Związek

Najlepszy sposób na nudę w związku? Przestań w końcu nudzić o tym w kółko!

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
14 kwietnia 2016
Fot. iStock / gilaxia
 

– Boszzz… co ja w nim widziałam!!! Kiedyś… kiedyś, to było… eh – znacie? A teraz ten dom, to spaghetti. Jak to możliwe?Jeszcze jakiś czas temu to „spaghetti” było symbolem romantycznego wieczoru – tak, on niby nic innego nie potrafi ugotować, ale wtedy to było „słodkie”. Jak „słodkie” zamieniło się nagle w: „Ileż razy można to samo wałkować?!”. I nagle okazuje się, że to, co kochaliśmy, nas nudzi, wkurza, że nie chce się już wracać do domu – na samą myśl o tym, że wiemy co w nim będzie.

A przecież:
– nie obudziłaś się pewnego dnia i nie odkryłaś, że od paru miesięcy chodzicie w sobotę do kina albo na spacer (nikt tego do licha przed tobą nie ukrywał)
– że on jest „taki powolny” lub poukładany
– że macie swoje łóżkowe rytuały (które oboje powtarzacie!)

Mimo całej racjonalności, którą w sobie nosisz mówisz: basta! COŚ (czytaj: ON) musi się zmienić! Ale zanim wytoczysz armatę na komara – zastanów się skąd ta niby-nuda się bierze?

„Co ja w tobie widziałam…?”

Projekcje w związkach. Tak. To co kiedyś było dla ciebie zaletą partnera dziś budzi mordercze instynkty:
Jest taki odpowiedzialny i solidny Szlag mnie trafi, on nie potrafi w ogóle wrzucić na luz
Jest taki wolny i kreatywny, artysta (aaaach, oooch) Mam dość tej niepewności, dość (!) – dorośnij wreszcie, artysta psia mać, o rachunkach lepiej pomyśl!

… i katastrofa gotowa. A przecież:
Zaczęło się niewinnie. Te wszystkie cechy grozy (dawniej zwane zaletami) niegdyś ci imponowały, były pożądane – być może dlatego, że doskonale uzupełniały ciebie. Brakowało ci stabilizacji lub szaleństwa – a on wprowadzał do twojego życia równowagę. Jednak, gdy sama masz problem z odnalezieniem pewnych cech u siebie – przestajesz lubić je u partnera. Ba! stają się twoim wrogiem – bo nieustannie przypominają o tym, jaką i z czym masz trudność. Nie pozostaje nic innego, jak się ratować (bo przecież nie jego – JEGO trzeba zmieniać!). Musisz szybciutko wrócić do bezpiecznego miejsca – znanego, przewałkowanego milion razy, powtarzalnego. Wracasz do wzorców, które znasz. Zaraz, zaraz – czy to nie ta NUDA?

Cudowna przemiana

„On taki jest – trzeba to zmienić, bo tak nie można żyć!” – myślisz. STOP.

On jest taki i pewnie inny nie będzie, nawet gdy wydasz mu komendę, nawet gdy z miłości będzie obiecywał przemiany niczym z Nibylandii. O ile  w każdym związku można iść na kompromisy ( a nawet należy), można zmieniac przyzwyczajenia, zmienić lenia-bałaganiarza w Zosię-samosię, to nie zmienisz pana „wieczorne warcaby” w superbohatera na motorze. A nawet, gdy go na ten motor wsadzisz i ubierzesz w super bohaterskie rajtuzy – on nie będzie nieszczęśliwy, role się odwrócą. Nudzisz się, wkurzasz – bo brakuje ci pewnych doznań w życiu? A dlaczego sama ich sobie nie zapewnisz? Nie spróbujesz? Chciałabyś, że on nagle stanął przed tobą z bamboszami i wałkami na włosach i oświadczył uroczyście” „Kochanie, bardzo cię kocham, ale dłużej tak nie może być, nie chcę ciągle biegać po świecie i znajomych, potrzebuję swojej oazy – zakładaj szybciutko, fotel bujany przyjdzie w przyszłym tygodniu. Miłego życia (nam)!”… Właśnie.

Kochasz? Jeśli nadal kochasz i chcesz, aby związek trwał, spróbuj skupić się na tym co dobre, co dla ciebie jest w nim najpiękniejsze, najważniejsze. Budowanie relacji i rodziny pomimo różnic jest bardzo trudne. Szczególnie gdy opadną już pierwsze emocje i minie hormonalny haj. Ale wymaga wiele pokory i zrozumienia. „Tacy” różni też mogą żyć szczęśliwie – gdy nauczą się akceptować.

Jesteś obcy

Zupełnie druga strona medalu. „A kiedyś, to…”. Kiedyś było kiedyś, dziś jest coś zupełnie innego. I nie chodzi o zamiecione pod dywan żale – te trzeba zawsze spod niego wyciągnąć, jeśli trzeba znaleźć pomoc do posprzątania w związku na terapii. Ale jeśli dziś wpatrujesz się na zdjęcie i żalisz przed samą sobą – „a kiedyś tak o mnie dbał”, „a kiedyś, to było zupełnie inaczej…” – no pewnie, że było. masz pretensje, że kiedyś na każdą randkę przybiegał z kwiatami,a dziś… A ty równie ochoczo szczebioczesz gotując mu ulubione danie po 10 latach? Mało prawdopodobne. Oboje jesteście dziś już nieco innymi ludźmi, macie zupełnie inny związek i jutro albo za następne 10 lat – ta relacja niczym nie będzie przypominała tej dzisiejszej. Życie się toczy, kształtuje nas zmienia, uczy – czasem dotkliwie rani.

Dzisiaj jest inaczej, tego nie zmienisz. Ale jeśli tylko chcesz, możesz wpływać na to jak jest. Nadal spełniać marzenia – choć może już są inne, nadal się śmiać – choć pewnie z innych żartów i filmów, nadal kochać do szaleństwa – choć już z inną dojrzałością. Pozwól sobie na to. Zanim zamkniesz się błędnym kole rozczarowań, sprawdź czy patrzysz na niego dziś, czy na to stare zdjęcie. I na siebie też.

Jeśli kochacie – walczcie o siebie. O siebie, to znaczy: siebie nawzajem i siebie samego. Bo, gdy ktoś sam jest ze sobą nieszczęśliwy, trudno wierzyć w to, że ktoś inny może mu to szczęście podarować.


Lifestyle Seks Związek

„Ojej, pani taka sympatyczna, a tutaj było napisane, że to spotkanie z feministką”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 kwietnia 2016
Fot. Wojciech Rudzki/Sylwia Chutnik

„Nie czuję się feministką, bo kocham mężczyzn. Po co zresztą ten feminizm? Nie jest już nikomu potrzebny”. Takie zdanie usłyszałam ostatnio w jednym z popularnych programów rozrywkowych. Padło ono z ust kobiety.Pomyślałam sobie, że gdyby nie ten feminizm, to ta pani nie wyszłaby pewnie nigdy ze swojej kuchni i nie zasiadała w programie telewizyjnym na wygodnej kanapie. Opadły mi ręce. Kobieta mówi publicznie takie rzeczy. Nikt –  tym bardziej kobieta – nie powinien umniejszać praw kobiet przez feminizm wywalczonych i tak naprawdę wciąż wywalczanych.

Podobno nie chcemy czytać o naszych prawach. Podobno nie bardzo się nimi interesujemy – do czasu, gdy ktoś nie przestaje ich respektować, gdy nagle po urlopie macierzyńskim zostajemy zwolnione z pracy, gdy okazuje się, że wysokość wynagrodzenia w naszej firmie jest zależna od płci, gdy nasz awans jest bojkotowany, tylko dlatego, że zasługuje na niego kobieta.

Sylwia Chutnik, pisarka od lat działająca w organizacjach wspierających kobiety mówi wprost: „Feminizm wciąż powinien być dla nas, kobiet, ważny”. Rozmawiamy z nią o tym, jak się żyje z łatką feministki, czym naprawdę jest feminizm i dlaczego najważniejsze jest to, że coraz więcej kobiet wie czego chce, a czego nie chce.

Ewa Raczyńska: Czy feminizm nadal kojarzy się z brzydkimi kobietami i nieogolonymi nogami?

Sylwia Chutnik: Cóż jest tak, że już od końca XIX wieku najpierw sufrażystki, później emancypantki, a potem po latach 50-tych feministki zawsze miały problem z dobrą prasa, czy jakbyśmy teraz powiedzieli – z PR-em. Wynikało to z tego, że kobiety , które stają się aktywne w przestrzeni publicznej, łamią stereotyp kobiety, która dotychczas zajmowała się głównie sferą domową – opieką, sprzątaniem domu i tak dalej. Cały ruch walki o prawa kobiet zaczął się zaledwie nieco ponad sto lat temu, trudno więc w jedno stulcie złamać coś, co było normą przez wiele wieków.

Nie jest tak, że my zbyt często mówimy o feminizmie, a zbyt rzadko o prawach kobiet w ogóle.

Pewnie stąd wynikają nieporozumienia w definiowaniu feminizmu. Aczkolwiek mam wrażenie, że obecnie są to często nieporozumienia fasadowe. Nikt nie kwestionuje tego, że kobiety pracują, czy są w zawodach, które zarezerwowane były dotychczas tylko dla mężczyzn. Oczywiście wokół takiej sytuacji zawsze toczy się debata, czy można, czy powinny, ale jakby nikt nie neguje tego, że to już się dzieje.

Podobnie, jeśli chodzi o kwestie dotyczące edukacji kobiet. Większość z nas kończy wyższe studia, dostęp do edukacji jest dla nas czymś zupełnie naturalnym. Oczywiście problemy zaczynają się przy habilitacjach, czy profesurach, gdzie udział kobiet topnieje, kiedy hierarchia naukowa się podnosi. Za to kobiety częściej niż mężczyźni kończą studia podyplomowe, dodatkowe kursy, szkolenia. I tu też widać  bardzo wyraźnie oczekiwania kobiet do tego, by cały czas się edukować, cały czas nad sobą pracować, a przecież sto lat temu nie mogły tego robić legalnie.

Ale to jest poziom, który przez większość jest akceptowany, a przynajmniej tolerowany – że uczymy się, pracujemy.

Zgadza się, wszystkie te kobiety, które robią to, co robią, to jedno. Natomiast, kiedy kobiety zaczynają mówić, że są nierówności w traktowaniu ze względu na płeć, kiedy zaczynają walczyć o prawa innych kobiet – zaczynają się schody. Tak, jakby to co robią po kryjomu, było w porządku, natomiast, kiedy mają jakąś refleksję polityczną, no to już zaczyna się problem.

Ale myślę też, że coraz więcej kobiet przestaje zastanawiać się: „Ach nie powiem teraz, że jestem feministką, bo to będzie oznaczało to  i to i tak czy inaczej zostanę odebrana”. Kobiety teraz komunikują wprost: „Jestem feministką”, bo są coraz bardziej wyedukowane i coraz więcej rzeczy świadome, wiedzą też, że pewnych rzeczy nie da się już odwrócić. I choć środowiska konserwatywne mówią o klasycznym podziale ról, gdzie to mężczyzna jest głową, a kobieta dba o ognisko domowe – to już jest XXI wiek i pewnych procesów społecznych nie da się już teraz spowolnić czy zawrócić. Jest tak, że kobiety są w przestrzeni publicznej i tyle.

Tylko tu często zaczyna się zgrzyt. Kiedy wychodzimy spoza kanonu naszych praw, do których już wszyscy się przyzwyczaili i wołamy o respektowanie innych. Wtedy feminizm nie jest już tak pozytywnie odbierany.

Można być kobietą, która zna swoją wartość, która upomina się też o prawa innych kobiet, ale słowo feminizm jakby przekreśla to kim jest. Jakby ludziom zapalały się dziwne lampki i alarmy. Doświadczyłam tego na własnym przykładzie. Kiedy zaczęłam działać w ruchach kobiecych, od razu mówiłam, że jestem feministką, to było wiele lat temu i nic złego się nie działo. Kiedy zaczęłam publikować także mówiłam, że jestem feministką. Myślałam, że zadziała to na zasadzie: „Jestem feministką, następne pytanie proszę”. A tu okazało się, że bycie feministką to łatka, którą cały czas noszę.

Mi z tą łatką jest dość miło, natomiast rzeczywiście czasami z jej powodu dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Na przykład, gdy siedzę na jakimś oficjalnym obiedzie czy kolacji i ktoś przez pół stołu koniecznie chce się dowiedzieć, czym jest ten feminizm. No ludzie, mamy XXI wiek! Jak ktoś może nie wiedzieć, co to jest feminizm – jakiś absurd.

To głównie panowie bardzo chcą na ten temat rozmawiać. Teraz dodatkowo słowo feminizm zamieniło się w gender, więc to działa chwilami jak płachta na bykach w różnych emocjonalnych dyskusjach. Miewam poczucie, że ludzie czują się w obowiązku spytać mnie o feminizm. Natomiast rzeczywiście jest to łatka, która zamyka pewne drzwi i bywa straszakiem. Wielokrotnie słyszę: „Ojej pani taka sympatyczna, a tutaj było napisane, że to spotkanie z feministką i że skończyła pani gender studies”. Czyli jest jakiś stereotyp w samym pojęciu feminizmu.

No jest.

Tak, ale już przestałam się tym przejmować i to analizować. Co kto ma w głowie i co sobie wyobraża, to jest już jego sprawa do przedyskutowania z samym sobą. Ja nie będę ze stereotypami i uprzedzeniami dyskutowała, bo nie mam na to ani czasu, ani ochoty. Robię swoje. A jeśli ktoś dziwi się, że jakaś kobieta jest feministką nie mając wiedzy historycznej na temat tego, że to właśnie feministki  dla innych kobiet wywalczyły możliwość edukacji, możliwość zatrudniania się na różnych stanowiskach, to tak jakby nie znał historii swojej matki, babci, żony i całej reszty bliskich mu kobiet. A za to już ja nie odpowiadam.

Sylwia Chutnik/Facebook

Sylwia Chutnik/Facebook

A my jesteśmy feministkami, czy lubimy jedynie o sobie mówić, że nimi jesteśmy?

Ja myślę, że jest tyle definicji feminizmu, ile kobiet. Dla mnie feminizm od zawsze nie wiąże się tylko z moim osobistymi przekonaniami, ale również pracą na rzecz innych kobiet, pomagania im w miarę możliwości i wspieraniem. Ale każda z nas ma pewnie inną definicję tego feminizmu i to jest bardzo fajne, różnorodne i bardzo mi się podoba.

Inna sprawa, że często zdarza się, że trudno jest być feministką i być solidarną z innymi kobietami. Dotyczy to sytuacji, z którymi spotykam się w fundacji (Fundacja MaMa – przypis red.), kiedy rozżalona młoda matka opowiada, że po powrocie z urlopu macierzyńskiego została zwolniona z pracy przez kobietę szefa. I to dla niej jest najgorsza rzecz, jaka mogła im się przytrafić, bo nie dosyć, że straciła pracę, to jeszcze rękę do tego przyłożyła  inna kobieta…

Myślę, że na co dzień trudno kobietom jest być feministkami, natomiast jest to idea, do której realizacji założeń powinno się dążyć. I też daleka jestem, żeby teraz rewidować poglądy Polek, czy one są feministkami czy nie. Jednak samo to, że coraz częściej mówią własnym głosem i wiedzą czego chcą i wiedzą, czego nie chcą, myślę, że choćby same siebie nie nazywały feministkami, to ta ich samoświadomość jest bardzo ważna. Bo o to przecież chodzi, żeby kobiety mogła samostanowić o sobie.

Ja nie będę kruszyć kopii o samo słowo czy pojęcie. Dla mnie największą wartością jest to, że kobiety coraz częściej wiedzą, jak chciałby żyć, a jak by nie chciały.

Czy jesteśmy w stanie mówić wszystkie jednym głosem, wspierać się do samego końca w naszych działaniach biorąc pod uwagę dyskusję i protesty wokół aborcji.

Daleka jestem od pomysłu, by teraz powstała jakaś wielka partia kobiet, która będzie mówić jednomyślnym głosem i będzie miała wspólny pogląd na każdy temat. Wczoraj zostało wydane oświadczenie byłych Pierwszych Dam: Danuty Wałęsy, Anny Komorowskiej i Jolanty Kwaśniewskiej. Trzy zupełnie różniące się kobiety, które piszą w tym otwartym liście, że wiele je różni, ale w dyskusji wokół zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej są zgodne. Dla mnie to jest najważniejsze. Nie zamierzam teraz na siłę być podobna poglądami do pani Terlikowskiej, ale jeśli byłaby jedna taka rzecz, która by nas łączyła, to nie miałabym problemu, żeby podpisać wspólnie z nią list protestacyjny. Jestem zdania, że nie trzeba od początku do końca zgadzać się w pewnych rzeczach, ale są dla nas wszystkich wspólne punkty, o które warto walczyć wspólnie i na nich kobiety powinny się skupiać.

Zastanawiam się, czy my teraz pokrzyczymy o te nasze prawa, a za chwilę o całej sprawie i solidarności zapomnimy?

Być może te protesty, które teraz mają miejsce w związku z zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej mają charakter tymczasowości. Ale to nie ma zupełnie znaczenia, bo już coś się zadziało. Są osoby z różnych środowisk, które mówią: „Nigdy nie chodziłam na protesty uliczne, to nie jest mój styl, to nie jest sposób demonstracji moich poglądów, ale coś we mnie pękło i się tak wkurzyłam, że muszę iść z innymi kobietami na ulicę”. To duża wartość, a ja nie zakładam, że te kobiety będą teraz do końca życia wychodziły na ulicę przy okazji każdego innego protestu.

To był impuls. Ale ten impuls staje się elementem zmiany, a w tym wypadku elementem sprzeciwu wobec kupczenia prawami kobiet. Przecież mówi się o tym , że prezes Kaczyński w zamian za wprowadzenie zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, otrzyma od kościoła prezent w postaci możliwości wprowadzenia religii do egzaminu maturalnego. To są gierki polityczne, których kobiety stają się ofiarami.

A może taka partia kobiet powinna powstać?

Była taka partia, teraz chyba już tylko istnieje marginalnie. Ale ona pokazała, że są rzeczy, które różnią kobiety. Ja co roku biorą udział w Kongresie Kobiet i tam widać, jak kobiety są różnorodne – można powiedzieć od Sasa do lasa. Jednak sam fakt, że chcemy się spotkać, zebrać, że mamy poczucie, że warto ze sobą dyskutować mimo różnic, to jest bardzo duży atut. Nie wiem, czy partia kobiet mogłaby powstać jako realna siła, z tego względu, że jednak mamy różne poglądy. Ale gdyby tak się stało kibicowałabym takiej idei, bo im więcej inicjatyw i aktywności kobiet, tym lepiej.

Te protesty, które teraz mają miejsce da się przekuć na jakieś realne działania?

To, co jest ważne w trakcie trwania tych protestów, to żeby nie odpuszczać, walczyć do końca, mówić swoje zdanie i nie dopuścić do tego, by ta ustawa została zaostrzona. A potem pewnie większość rozejdzie się do swoich rzeczy. Oczywiście spora część kobiet biorąca udział w  protestach na co dzień działa w organizacjach wspierających kobiety. Ale podkreślam, że dla mnie wartość – tę realną,  stanowi już fakt, że komuś się chce zabrać głos. I chciałabym, by te protesty nie ustawały, żeby zadziało się tak, jak w Hiszpanii, żeby to siła kobiet zablokowała pomysły wokół tej ustawy.

A wybory?

Myślę, że przeceniamy znaczenie wyborów. Zawsze dochodzi do zakulisowego kupczenia pewnymi zapisami.

To smutne, co Pani mówi. Że nie mamy wpływu.

Bo nie mamy, gdyż sprawy kobiet i ich prawa są zazwyczaj podczas wyborów pomijane. Przy ostatnich wyborach miałyśmy starcie dwóch tytanek czyli Beaty Szydło i Ewy Kopacz. Od kobiet oczekiwałabym chociaż realnych planów wyborczych na rzecz innych kobiet, a to się w ogóle nie pojawiło. Temat praw i sytuacji kobiet w Polsce nie istnieje, chyba, że zostaje doprowadzony do ekstremum, jak teraz.

Nie ma Pani w sobie wojowniczki?

No raz na jakiś czas krzyczę, na przykład ostatnio pod sejmem. Ale ja na co dzień działam na rzecz kobiet. Spotykam się i rozmawiam z kobietami, robię różne akcje. Dla mnie to taka codzienna praca i refleksja, że to poważne rzeczy, za którymi stoi prawo do samo decydowania i prawa człowieka w ogóle. Ale tak, raz na jakiś czas trzeba pokrzyczeć.

Myśli Pani, że jesteśmy bardziej świadome dzisiaj swoich praw?

Tak, obserwuję to działając w fundacji, która ma już 10 lat, więc mija dekada, podczas której widzę, jak poziom samoświadomości kobiet wzrasta. Pewne rzeczy, o których mówiłyśmy 10 lat temu, teraz stają się oczywistością, na przykład kwestie prawa pracowniczego. Kobiety obecnie wiedzą, do czego mają prawo, odważniej kierują sprawy do sądów pracy, dopominają się o swoje prawa w miarę możliwości. Coraz częściej mówi się o tym, że kobieta, która urodziła dziecko nie musi koniecznie zatracać siebie w tym macierzyństwie, tylko może się realizować. Zaczyna się dyskusja i refleksja, jak to robić, żeby połączyć te dwie sfery – macierzyństwo i karierę zawodową. To są rzeczy, które 10 lat temu wcale nie były takie oczywiste. Mówiło się o tym, ale nie znajdywało to odzwierciedlenia w codzienności. Teraz to się dzieje. To są zmiany, które powoli, ale idą.


Sylwia Chutnik/Facebook

Fot. Wojciech Rudzki/Sylwia Chutnik

Sylwia Chutnik –  polska kulturoznawczyni, feministka, działaczka społeczna, pisarka, laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008. Jest absolwentką gender studies. Kieruje Fundacją MaMa, zajmującą się prawami matek, należy do Porozumienia Kobiet 8 Marca, jako przewodniczka miejska po Warszawie oprowadza po autorskich trasach śladami wybitnych kobiet. W 2008 roku zadebiutowała powieścią Kieszonkowy atlas kobiet.

 


Zobacz także

Nie daj się migrenie. Odpowiednia dieta wpływa na załagodzenie problemu

Delecta - ptysie kawowe z gruszką

Myśl globalnie, jedz lokalnie. Przepisy na słodkie wykorzystanie lokalnych produktów

5 rzeczy dotyczących twojego związku, które powinnaś zachować w tajemnicy