Lifestyle

Doktorze mąż mnie zdradza! Felieton z cyklu „Przychodzi Baba do Lekarza”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
28 listopada 2019
Fot. iStock
 

Choć brzmienie przysięgi Hipokratesa składanej od czasów starożytności „Primum non nocere” ewoluowało na przestrzeni wieków wraz ze zmieniającą się rzeczywistością, nadal zawierają się w niej podstawy dzisiejszej etyki lekarskiej, które zobowiązują nas lekarzy  do  traktowania pacjentów z bezwzględną starannością. Lekarzem każdy przy odrobinie samozaparcia,  zostać może, ale ponad 30 lat praktyki chirurgicznej przekonało mnie, że ta specjalizacja to wyższa szkoła jazdy wymagająca od nas nie tylko wszechstronnej wiedzy medycznej, wybitnie sprawnych dłoni, umiejętności przewidywania rezultatów naszej sztuki, ale i co trudniejsze, przenikania zakamarków ludzkiej duszy, by nie rzec psychiki.

Gdybyśmy żyli w czasach Pitagorasa, którego to uczniowie faktycznie stoją za przysięgą Hipokratesa, nigdy nie moglibyśmy pod żadnym pozorem „kroić” ludzi – gdyż Pitagorejczycy sprzeciwiali się wszelkim operacjom. Kiedy w latach dziewięćdziesiątych, w dobie przemian politycznych, społecznych i światopoglądowych, zakładałem pierwszy w wolnej Polsce gabinet chirurgii plastycznej, wystarczyło mieć talent i „warsztat krawiecki”, co oznaczało mniej więcej tyle co – fach w ręku i dyskretny, choć elegancki gabinet.

Kolejka chętnych pacjentek i pacjentów ustawiała się pod naszymi drzwiami. Dziś oprócz znajomości sztuki „krojenia”, zasad etyki lekarskiej, czy dyscypliny skrupulatnego sprzątania narzędzi pracy z czeluści cielesnych pacjenta, każdy chirurg musi antycypować czeluści jego myśli. Nie wystarczy już też eksperckie komentowanie na kanapach telewizji śniadaniowych, ani rzędy dyplomów ukończonych szkoleń, zdobiące ściany designerskiej kliniki. Dzisiejszy szanujący się chirurg musi łączyć w sobie specjalizacje różnych dziedzin, począwszy od chirurgii, przez laryngologię, ortopedię, kosmetologię, rehabilitację, dermatologię, ginekologię estetyczną a na psychologii skończywszy. Musi  być zaufanym spowiednikiem i doradcą pacjenta, a nierzadko nawet kimś w rodzaju „adwokata diabła”.

Zdarzyło się   pewnego razu……

Uprzejmy, acz tajemniczy głos męski zadzwonił, by umówić wizytę, jak to nazwał „partnerską”. Z tonu rozmowy wynikało, że problem jest delikatny. Na wizytę stawiło się małżeństwo z ponad 20 letnim stażem. Podczas wywiadu pan mąż zwierzył się, z lekką dozą nieśmiałości, z ich pożycia, które podczas wielu lat wspólnego życia, zmieniało się sukcesywnie na niekorzyść. Początkowo pełna satysfakcja obustronna, w wyniku kilku, porodów jakie przeszła ukochana pani żona, stała się pasmem rozczarowań. Skoncentrowana na głównej roli, jaką stało się wychowanie dzieci, para odłożyła problem pożycia lub jego braku na bok, by nie rzec wprost – zamiotła go pod dywan. Gdy dzieci wyfrunęły z gniazda problem stał się ponownie aktualny, więc już nie tacy młodzi, ale ciągle zakochani stanęli przed dylematem: kochaj albo rzuć…

Na szczęście miłość okazała się silniejsza, niż wszelkie dylematy i para zdecydowała się sięgnąć po pomoc specjalisty, choć o dziwo wcale nie seksuologa. Ponieważ to defekty poporodowe wpływały na jakość relacji seksualnych pary, pan mąż chcąc okazać pani żonie swe największe wsparcie w tej niekomfortowej sytuacji, siedząc przede mną opowiadał w sposób najbardziej delikatny jak potrafił, jakie są ich spostrzeżenia i oczekiwania.

Po badaniach pani żony, już bez udziału pana męża, została u niej przeprowadzona tylna plastyka pochwy oraz laser ginekologiczny na poprawienie śluzówki pochwy. Jednocześnie laser usunął poporodowe nietrzymanie moczu, które pani żona sama zdiagnozowała lata wcześniej skacząc radośnie z córką na trampolinie, gdy na oczach innych rodziców wymsknęła jej się, powiedzmy „fontanna radości” (o czym skonfundowana zabroniła córce kiedykolwiek wspominać).

Dodatkowo i trochę z rozpędu, para poszła za ciosem i zdecydowała się naprawić skutki grawitacji działającej na piersi pani żony, a jakby tego było mało na lipo-transfer tłuszczu z własnej fałdy brzusznej we własne pośladki. – Raz się żyje! powiedziała ośmielona pani żona – Ostatecznie przysięgał pan doktorze „primum non nocere”. I tak podpisywała zgodę na totalną transformacje swej seksualnej atrakcyjności.

Po zabiegach i wygojeniu śladów, para stawiła się na finalną kontrolę likwidacji defektów, a zapytani o odczuwalność efektów mego dzieła, mąż wyznał coś czego dokładnie się spodziewałam – Doktorze wszystko jest cudownie, ale mam lekkie poczucie winy.Doprawdy? – zapytałem udając prawdziwe zdziwienie. – Gdy kocham się z moją żoną, odnoszę wrażenie, że ją zdradzam z kimś kogo nigdy nie znałem….

Dr Adam Gumkowski

Dr Adam Gumkowski – specjalista II stopnia chirurgii ogólnej – w 2009 roku w Cambridge zdał egzamin z zakresu chirurgii estetycznej. Jest członkiem International Board of Cosmetic Surgery, European Academy of Cosmetic Surgery oraz International Society of Lipolysistherapy.

Od 1992 roku zajmuje się chirurgią estetyczną. Specjalizuje się w zabiegach mało inwazyjnych: w szczególności modelowania sylwetki za pomocą liposukcji, przeszczepów własnej tkanki tłuszczowej w dowolne miejsce ciała oraz w zabiegach bezbliznowego podnoszenia i powiększenia piersi.

Jako pierwszy w Polsce chirurg w zakresie chirurgii estetycznej i certyfikowany członek International Board of Cosmetic Surgery przeprowadza zabiegi podniesienia piersi za pomocą siatki, szkoli lekarzy w zakresie implantacji nici wchłanialnych i niewchłanialnych w celu podniesienia twarzy i szyi oraz obsługi laserów.

Dr Gumkowski uzyskał wiele prestiżowych tytułów i dyplomów, ukończył specjalistyczne kursy, jak m.in. II International Course Advances of Plastic and Aesthetic Surgery w Barcelonie, Advance International Course of Aesthetic Surgery w Rzymie, II International Course of Rhinoplastia w Madrycie i wiele innych. Uczestniczy w licznych szkoleniach w kraju i zagranicą stale podnosząc swoje kwalifikacje i przenosi swoje doświadczenia szkoląc lekarzy w Polsce i za granicą. Stworzona przez niego AGKlinik-klinika sztuk pięknych to miejsce , w którym od ponad 27 lat pacjenci i pacjentki poddają się zabiegom dzięki, którym pooprawia się ich samopoczucie i samoocena, a co najważniejsze często jakość życia.

 

 


Lifestyle

Cztery indyjskie prawa duchowe. Po czwarte: „Co się zakończyło, to się zakończyło”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 listopada 2019
Fot. iStock/Madhourse

Jeśli jesteś obecnie w takim momencie swojego życia, w którym czegoś żałujesz, myślisz o tym, że pewnym osobom nie powinnaś była nigdy otwierać serca, że już nigdy nikomu nie zaufasz – powinnaś koniecznie wziąć sobie do serca te kilka starych, hinduskich prawd, które odkryte na nowo nadadzą twojej historii i twoim miłościom nowego znaczenia. Nie załamuj rąk i nie trać nadziei. Nic, naprawdę nic, nie dzieje się bez powodu. Jeśli kochałaś, nawet głupio, tak właśnie miało być.

Pierwsze Indyjskie Prawo Duchowe: „Osoba, którą spotykasz w życiu, jest osobą właściwą.”

Żadne spotkanie nie jest przypadkowe, każde ma jakiś głębszy sens. Nikt nie pojawia się w twoim życiu „bez celu”. Wszyscy, z którymi łączy nas jakaś historia, są „po coś”. Spotkanie z nimi ma nas czegoś nauczyć, poprowadzić dalej, pozwolić coś zrozumieć. Pozwolić nas zrozumieć.

Drugie prawo: „To co się wydarza, jest jedyną rzeczą, jaka mogła się wydarzyć.”

Nie mogłoby się potoczyć inaczej. Nie gdybaj, nie żałuj, idziesz dokładnie tą drogą, którą miałaś iść. Tylko dzięki temu, co się wydarzyło możesz iść dalej. Wszystkie sytuacje, które miały miejsce są same w sobie doskonałe, nawet jeśli nie chcesz tego przyjąć do wiadomości, zaakceptować. Nie było innego wyjścia, to wszystko musiało się wydarzyć.

Trzecie prawo: „Każda chwila, w której coś się rozpoczyna, jest chwilą właściwą.”

Nie ma „lepszego” momentu. Wszystko dzieje się dokładnie wtedy, kiedy powinno – ani za wcześnie, ani za późno. Kiedy jesteś naprawdę gotowa na coś nowego, to „nowe” pojawi się samo. Niczego nie przyspieszaj.

Czwarte prawo: „Co się zakończyło, to się zakończyło.”

Więc pozwól odejść ze swojego życia tym, którzy nie chcą już być jego częścią. Może jeszcze tego nie wiesz, ale za każdym razem, gdy jakaś relacja się kończy, to służy to naszemu rozwojowi osobistemu. Idz dalej, korzystając z doświadczenia, które dał ci ten związek, ta osoba, te wspólne dni, miesiące, lata. Nie opłakuj w nieskończoność, ciesz się, że dane ci było coś przeżyć. Koniec. 


Zobacz także

Dobra, przyznaję – ja też nie byłam idealną żoną. Odeszłam, dzisiaj rozumiem i biorę odpowiedzialność za swoje błędy

Jeśli mówią ci, że jesteś zbyt wrażliwa...

Jeśli mówią ci, że jesteś zbyt wrażliwa…

Znaki zodiaku, z którymi lepiej nie zadzierać…