Seks

Dziś już nawet nie potraficie ani się kochać, ani pieprzyć… Smutny ten seks, ja jednak podziękuję

Femme fatale
Femme fatale
28 lutego 2016
Fot. Pexels / Adrianna Calvo / CC0 Public Domain
 

Dojrzała kobieta potrafi brać sobie seks – czytam… Być może. Dziś słucham przyjaciółki przez telefon „miała świetny seks”, w ogóle często seks „uprawia”. Ale jakoś tak mało radości z tej uprawy w życiu. Tylko na chwilę. A może ja jestem taka niepostępowa, bo nie nęcą mnie oczywistości?

Nie uprawiam seksu – uprawiam zioła na kuchennym oknie. Nie umawiam się na seks. W ogóle okazuje się, że nie umawiam się zbyt często na coś, tylko z kimś. I gdy już się umówię słucham wielu historii, są smutne. Seks jak mecz ping ponga… tylko krótszy. I czasem nie do końca wiemy, z kim gramy.

Sałatka czy szybki numerek? Fucking friends czy karnet na siłownię? Te wybory… A ty masz już plany na wieczór? Może zamiast „dodaj do znajomych” zrobimy guzik „pieprz mnie”? Będzie jeszcze szybciej, łatwiej, pewniej. Nowocześniej – jak na wyzwolonych ludzi przystało. Bez tego śmiesznego udawania…

Przeraża mnie ten świat. Świat, który sami odzieramy konsekwentnie ze wszystkiego, co ma smak, również z seksu. Seksu na miarę zdobycia swojego Everestu. Dobrego, najlepszego. Nieśmiałego kochania i odważnego aktu. Pewnego lub drżącego na granicy, czy w ogóle  się zdarzy.

Sztuka kochania

Już samo słowo „kochać się” napawa grozą. Kochać… to z miłością, albo chociaż krótkim zakochaniem, motylkami w brzuchu. Uniesienia znacznie trudniejsze do złapania niż sex health. Nie mierzoną ani jakością, ani ilością damskich orgazmów. Coś więcej, coś co zobowiązuje… współczesna ohyda. Na co komu tyle komplikacji w życiu? Te wszystkie niepotrzebny sceny, prawdziwy teatr – a przecież wszyscy wiemy do czego zmierza… Kocham ten teatr, stara reżyserka szkoła budowania napięcia potrafi ze smakiem potęgować doznania. Ale się tego nie dowiecie. To wysiłek, a nikt nie da gwarancji sukcesu.

Ona i on. Lata razem. A jednak nigdy nie mieli problemu w łóżku. Jak to w życiu różnie bywało, rodziły się dzieci, seks się zmieniał. Ale nigdy się nie znudził, nigdy nie był tylko seksem. Podczas gdy inni rozpaczliwie próbowali łatać rozdarte małżeńskie prześcieradła nowymi gadżetami, oni byli blisko. W łóżku – najbliżej jak to możliwe. Dla siebie. W różnych rytmach i emocjach. Nie znudziło im się. Zawsze jest niepowtarzalnie. Bo to oni są ważni.

Dla kobiety umówić się na seks, to jak dać jej mikser na urodziny (gdy ona marzy o Paryżu).

Pieprzenie się też ma swoje emocje

Bez nich byłoby niczym.

Smutne to czasy dla romantyków. Ale równie trudne dla namiętnych kochanków i łóżkowych kolekcjonerów, bo namiętność nie jest dziś w cenie. „Jak to się skończy?” – mało kto dziś się nad tym zastanawia, gdy pyta „pójdziemy do mnie?”. Namiętność wisząca w powietrzu – a jednak niespełniona. Podchody. Gra słów. Czas. Uwodzenie.

Ten moment gdy się spotykacie – ale nie macie pewności. Nie – bo tak sobie zaplanowaliście. Bo jest pożądanie, każdy kto was minie czuje rosnące napięcie. Chemię, której nie da się kupić, jak zabawek w sex shopie. Po co komu podniecenie, to tylko seks. Tylko seks. Seks z mikrofalówki. Nie może być wyjątkowy.

Ale też i nie ma taki być. Ma być w ogóle, po prostu. Dla zdrowia, dla sportu, dla własnego ego albo swojej gry w udawanie. Bez względu na to,  jak bardzo to sobie zracjonalizujemy, to tylko półprodukt, namiastka tego, czego nie potrafi się stworzyć, choć pragnie.

Lubię te zobowiązania

Zobowiązanie do miłości albo do pożądania. Do tego, że dajesz siebie albo będziesz długo pamiętać. Nawet jeśli tylko raz, bez hoolywodzkiego story w tle, długo będzie cię budził ten zapach, muzyka, te ciarki na skórze. Tembr jego głosu, rytm oddechu, skrzypiące łóżko. Ten jeden jedyny w swoim rodzaju szczegół. Światło wpadające przez okno i zapach chłodnego poranka. One nie są anonimowe. Tak jak ten papieros po, który wtedy smakował zupełnie inaczej. Zapamiętałaś ten smak.

Naprawdę uważasz, że świetnie jest „uprawiać” seks? Więc po co ci do niego kochanek? Tak kochanek – nie partner.

Seks health można załatwić w pojedynkę, tak samo jak samemu można zjeść kolację. Jeść trzeba, ale to już żadna przyjemność.


Seks

„Chyba bym umarła – pękłoby mi serce…”. Jaka to straszna głupota, kiedy obok ludzie umierają naprawdę

Femme fatale
Femme fatale
1 marca 2016
„Chyba wezmę cię na 7 piętro onkologii, żebyś zobaczyła jak dzieci żegnają się z matkami. Zrozumiesz, co to są prawdziwe problemy”. Ania Szubert – życie po raku
Fot. Unsplash / Roberto Tumini / CC0 Public Domain
 

Dostałam w twarz, jeden i drugi raz. Przeczytałam ostatnio historię Kasi Kowalczyk, parę miesięcy temu Ani Szubert i boleśnie dostałam w pysk. Bez ostrzeżenia. Z każdą linijką musiałam zmierzyć się z sobą, z pozorami, z tym co uważałam w życiu za ważne. Z żałosną i pustą poczekalnią marzeń, bo żadne z nich już nie zasługiwało na rangę marzenia.

Pierwszy raz płakałam, gdy Ania piła kawę z koleżanką

 quote szary ohme2„Chyba wezmę cię na siódme piętro oddziału onkologii, żebyś zobaczyła jak dzieci żegnają się z matkami. Zrozumiesz, co to są prawdziwe problemy” – powiedziała przyjaciółka.*

Zaczęłam wyć. A gdybym ja tam była? Pierwsze co pomyślałam – chyba bym umarła z tego bólu, a zaraz potem, że nie – nie z bólu, mogłabym umrzeć naprawdę. Nie móc nic. Czekać i płakać, patrząc na ich buzie – może ostatni raz. Widzieć i wiedzieć jak bardzo będą cierpieć, a ja nie mogę nic, nic, nic. Nawet dla nich być. Jak wiele razy myślałam, że z jakiegoś powodu jako matka „bym umarła” – pękłoby mi serce, tak bardzo, że nie umiałabym dłużej żyć. Jaka to straszna głupota, kiedy obok ludzie umierają naprawdę, gdy nam się wydaje, że nie możemy czegoś znieść.

Drugi raz płakałam, gdy Kasia jechała na wakacje

quote szary ohme2Pamiętam, to był taki czas, kiedy marzyłam o wakacjach, o oderwaniu się od szpitalnych korytarzy, od zapachu leków, od dźwięku maszyn stojących przy łóżkach. Dostałam zgodę, a Julka wtedy powiedziała: „Ciociu, mam do ciebie prośbę, przywieź mi z tych wakacji trochę piasku, bo ja nigdy nie byłam nad morzem. I dla Wojtusia też, bo on przeze mnie nic nie ma, bo wszystkie pieniądze idą na moje leczenie”.**

Niecały rok temu. Wakacje. A ja się zastawiam – pojechać czy nie? Wiele godzin spędziłam zastanawiając się, czy zabrać dzieci nad morze. Niee – sama z dwójką małych dzieci, pociągiem, bez samochodu – to nie wakacje, to samobójstwo. Zresztą lepiej wydać kasę na coś innego, wydatków nie brakuje. Wybrałam krótki wypad do siostry.

Teraz myślę, ile oddałaby mama Julki – za jeden dzień z córką nad morzem, albo za jeden, dwa tygodnie w szpitalu, żeby zdążyła poczuć w dłoni piasek? Ile? Zarwaną noc, ból pleców, zły dzień, zmęczenie? Chyba więcej. Pewnie codziennie marzy o tym, żeby stracić wszystko – za każdą jedną dodatkową godzinę, oddech.

Jak to boli. To, że jesteśmy tacy mali, zapatrzeni w siebie. Nie rozumiemy, może się nam tylko wydawać.

A ja? Pojadę. Mogę to zrobić dla moich dzieci – tylko i aż tyle. Nigdy więcej nie zmarnuję okazji, nigdy nie wiesz – ile jeszcze ich będzie.

Trzeci raz płakałam, gdy Ania uczyła się życia od nowa

quote szary ohme2Tu toczy się twój świat. Jest najpiękniejszy, bo chłoniak rokuje, ludzie łatwiej się otwierają, jest wesoło, piętro wyżej kobiety walczą z rakiem piersi, a dwa piętra wyżej jest oddział nowotworów twarzy i szyi. Jest tam cicho i smutno. Zupełnie tak jakbyś wylądowała na innej planecie.*

Jestem taka zmęczona, mam dość. Dość napięcia, kłótni, życia w zawieszeniu. Masz dość jak ja? Ale przecież to wszystko twoje (i moje) wybory. Decyzje. Teraz przyglądam im się uważniej – wiem, że sama wciskałam guzik w windzie i nikt nie kazał mi jechać na szóste czy siódme piętro. Nie muszę tam być. Nie musi być cicho i smutno.

Wiem, że mój strach przed zmianą, strach przed podjęciem decyzji jest niczym – w porównaniu ze strachem przed dokonanym. Bo jak trudno jest żyć, kiedy nie masz wyboru. Kiedy wbrew woli, stajesz się tylko obserwatorem swojego życia. Modlę się, żebym nigdy się tego nie dowiedziała.

Czwarty raz płakałam, bo myślałam, że JA jestem silna

quote szary ohme2Mówiłam: „Skończę z tym wszystkim”, głośno powtarzałam, że już nie mam siły. Nawet moi znajomi się przestraszyli, bo ja jestem raczej fajterką, a nie laską, która popełni samobójstwo. Bo pomyśl: chora na raka, a popełniła samobójstwo. Siedem lat walczyła i wzięła się powiesiła. No ktoś by pomyślał: „Jeb**ta laska”.**

Taka wyjątkowa, tak świetnie daję sobie radę – a nawet jak nie – nigdy tego nie okazuję. Po co? Nie jestem silna, nie przeniosłam w swoim życiu góry choć o połowę mniejszej, niż ta, którą ma na barkach Kasia. Nie muszę próbować by twarda, żeby przetrwać sama ze sobą. Moje problemy są błahe, a moja siła? Cóż to za siła, której potrzeba do takich problemów? Czytam i ryczę, bo już wiem jak wiele w swoim życiu źle wartościowałam. Że życia nie da się mierzyć ani czasem, ani pieniędzmi, ani ludźmi… Niestety. Ludźmi, których kochamy też.

Są tylko chwile. Te które możemy zbierać. Momenty. I chyba lepiej jak najwięcej nazbierać chwil, które były. Zamiast spacerów, na które nie chciało się iść. Książek, których nie miałaś czasu przeczytać, miłości, których nie warto było gonić.

Napiszę dziś do przyjaciółki – dawno nie rozmawiałyśmy, a potem upiekę z córką ciastka. I od tych dwóch chwil zacznę na nowo.

Później nie przestawałam już płakać…

Nie nad nimi. Nad sobą.

Przeczytajcie, zanim zaczniecie się nad sobą użalać, kogoś pocieszać albo mierzyć opłacalność czyjejś miłości. Zanim będzie na coś za późno.

*„Chyba wezmę cię na 7 piętro onkologii, żebyś zobaczyła jak dzieci żegnają się z matkami. Zrozumiesz, co to są prawdziwe problemy”. Ania Szubert – życie po raku

**Mam przerzuty na trzustkę… Wiesz, piszę listy do Boga i proszę, by odpisał. Od siedmiu lat wspinam się i upadam, czasem bardzo nisko

 PS: Dziękuję wam, Aniu i Kasiu – za każdy wymierzony policzek, który pozwalał mi się obudzić. Dziękuję za każdą łzę, którą przelałam czytając wasze historie, każdą nadzieję i lęk. Musicie wygrać, bez was ten świat stałby się potwornie zły.

 


Seks

Pytasz, czy miłość istnieje? Tak, jestem tego pewna. Wiem, bo przez chwilę ją miałam

Femme fatale
Femme fatale
14 lutego 2016
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

Jakiś czas temu. Jedziemy do pracy.  – Ludzie w ogóle nie są stworzeni, żeby tak długo żyć ze sobą… Nic dziwnego, że wszyscy się rozstają. Dzisiaj już tego nie potrafią. Całe życie to przecież kawał czasu, kto by wytrzymał? – rzuca znajomy. – Nie – odpowiadam, bo naprawdę wierzę w miłość, choć ta zdarza się rzadko, a i wtedy wymyka się zazwyczaj przez palce. Takie czasy? Nie. To wymówka od wszystkiego.

Czy ludzie nie potrafią być ze sobą – naprawdę? Tak. Bardziej niż kiedyś. Mój znajomy chyba długo w miłość nie wierzył. Chyba nie tylko on. Wielu nie wierzy. Trudno uwierzyć w coś, czego się nie widziało.

Jedni mówią o chemii, drudzy o przywiązaniu. Ale żaden z nich chyba nigdy miłości nie miał szczęścia dotknąć. Choć na chwilę, choć opuszkiem małego palca. Bo czy to w ogóle możliwe, żeby z całym przekonaniem odmawiać jej istnienia?

Takie czasy…

Jakie? Bo łatwiej jest odejść, zostawić wszystko? I dobrze. Dobrze dla wszystkich kobiet, które miłość biła w twarz i nazywała suką. Dzięki Bogu dziś „łatwiej” im odejść – podobno. Bo tak naprawdę wcale łatwiej im nie jest. W tym roku otworzyłam szeroko ze zdumienia oczy. Dwie moje dobre znajome otworzyły usta. Jedną miłość zamykała w mieszkaniu, drugą szarpała i nadal szarpie. I wcale nie jest łatwiej uciec. Takie czasy… Oby nie. Czy to znaczy, że nie ma miłości? Nie. Ona jest, ale prawdziwa miłość nigdy nie jest przemocą – choć czasem głębiej rani niż rzucona w twarz szmata i drzwi kuchennej szafki uderzające o głowę.

Takie czasy…

Czasy może są i bardziej łaskawe dla miłości. Kto dwadzieścia lat temu pomyślałby o terapii małżeńskiej? Ale udawajmy, że czasy są złe. Nie my.

Patrzę na moich rodziców z podziwem, tyle lat. Choć nigdy różowo im w życiu nie było – mieli siebie. Choć nie raz, nie dwa mieli powód, żeby trzasnąć drzwiami… I nie trzaskali – nie dlatego, że nie mieli wyjścia, dlatego, że to wszystko nie było ważne – bo oni byli dla siebie najważniejsi. Nadal są. Każdy problem był tylko problemem, bo mieli siebie. Zazdroszczę im tego. Tej pewności. To właśnie jest miłość. Taką ją widzę. I jestem na nich trochę zła. Pokazali mi coś prawie nieosiągalnego. Jestem zła, bo przez nich wierzę, że można… że się udaje. Wiem, że miłość taka być potrafi. Dobra, wyrozumiała, pewna, ale i wymagająca, cholernie wymagająca. Totalna.

Dlaczego tak bardzo nam jej brakuje? Nie potrafimy jej mieć?

Bo miłości mieć się nie da. Dziś chcemy mieć wszystko. Tego kogoś też. A im bardziej tę nadajemy komuś akt własności, uświęcamy prawowitość do posiadania tej miłości, tym mocniej i szybciej ją tracimy. Miłość nie znosi niewoli, znika w niej szybciej, niż byśmy chcieli.

Takie czasy…

Szukamy miłości rozpaczliwie, a jej przecież nie da się znaleźć. Można w nią wierzyć, można ją czuć, można ją nawet dawać… ale nigdy nie da się jej odebrać, posiąść.

Dziś musimy mieć wszystko, nawet seks „mamy”. A jej jednej nie da się kupić, nawet za najwyższą cenę – całkowitego oddania. Próbowałam, nawet taka cena jest zbyt niska za miłość prawdziwą. Ta jest tylko dla wybranych. A jedyną decyzją, jaką możemy w miłości podjąć – to przyjąć ją lub odtrącić, pozwolić jej odejść, zmienić się lub zgasnąć. Trudny wybór. Takie czasy, że tych wyborów unikamy. Wolimy udawać, że jej nie ma.

Miałam ją przez chwilę – tak przynajmniej mi się wydawało, zanim zrozumiałam że mieć jej nie można. Można ją poznać. Moja mi ucieka, a ja chyba czuję, że powinnam zwrócić jej wolność. Może wróci, gdy zechce. Inna. Wolę puścić ją teraz, bo gdy będę zbyt mocno ją zatrzymywać zniknie na pewno. A wtedy już nie będę mogła w nią wierzyć. Czy była prawdziwa? Z całą pewnością, zawsze. Z nią poznałam wiele miłości, tę matczyną, tę największą również.

Pytasz czy miłość istnieje, jestem pewna, że tak. Wystarczy, że przestaniesz udawać, że jej nie ma. Pozwolisz sobie na brak kontroli, a potem wybierzesz, czy chcesz ją przyjąć.

I czy się to nam podoba czy nie, zawsze gdzieś jest ktoś, kto nas kocha. Choćbyśmy nie wierzyli najmocniej na świecie.