Randki Związek

Portrety kobiety zakochanej

Poli Ann
Poli Ann
21 lutego 2019
Fot. iStock / Vasyl Dolmatov
 

Kiedy rozglądam się dookoła i widzę zadurzone kobiety to dziw mnie bierze, ile są w stanie wytrzymać w imię miłości. Do jasnej ciasnej! Na ile kompromisów idą, najczęściej wbrew sobie tylko po to, by nie być samemu, udowodnić światu, że dla miłości warto cierpieć, by ludzie nie gadali, by nie przynieść rodzinie wstydu jak się rozwód weźmie, by dzieci miały pełną rodzinę albo by nie wylądować na ulicy?! Tego „by” jest znacznie więcej. Tyle, ile nieszczęśliwych w związkach kobiet. Kobiet zakochanych ślepo, ufnie, beznadziejnie.

I gwoli wyjaśnienia. Nie mam lat dwudziestu, o życiu sporo wiem. Zaliczyłam wzloty i upadki. Wciąż upadam i się podnoszę. Jestem partnerką i matką, pracuję, i jak napisałam w opisie mojego bloga, wyklikuję o tym, co widzę oraz słyszę wokół.

Portrety kobiety zakochanej

Oto galeria portretów kobiet zakochanych. Rozpoznajecie przyjaciółkę, sąsiadkę, kuzynkę, mamę, ciotkę, babcię, panią ze sklepu, koleżankę z pracy, a może samą siebie?

Zuzanna – Kobieta Zdradzona, Paulina – Pani Domu, Bożena – Kobieta Bita, Karolina – Kochanka Męża / Partnera, Wiesława – Kobieta Współuzależniona.
Która z nich jesteś?

Zuzanna – Kobieta Zdradzona

Zuzanna ma 35 lat, męża, pracę, mieszkanie na kredyt i dwójkę dzieci. Do tej pory przeświadczona, że jest chyba szczęśliwa. Idealnie przecież nigdy nie jest. Zdradę męża odkryła oczywiście przez przypadek, bo zawibrował jego telefon i przychodzące wiadomości od niejakiej pani Joli wcale nie były służbowe, i bez podtekstów. Były jednoznaczne, ociekały erotyzmem i wskazywały na dłuższą już relację.

Oczywiście najpierw jest złość ogromna. Szał, miliony pytań. Potem smutek, rozpacz i pewność siebie na poziomie minus sto. Zuzanna grozi rozwodem, chce unicestwić panią Jolę i obsesyjnie kontroluje męża. Bo ten obiecał, że romans zakończy, ale nieufna żona telefon sprawdza. Laptop też. Żąda haseł do poczty i fejsbuka, i rozlicza z każdej minuty spóźnienia.

Ciuchy niewiernego wącha. Z wydatków też każe się spowiadać. Od męża nie odchodzi, choć na każdym kroku grozi bolesnym rozwodem. Panicznie boi się być sama. Chce, by dzieci miały ojca.

Daje mężowi drugą szansę, ale nie przebacza i nie zapomina. Ciągle drży, czy on kogoś na boku nie ma i mimo, że łatwiej, by było rozstać się, to tego nie robi. Męża nadal kocha, ale nie jest w związku szczęśliwa.

Mąż poprzepraszał, kwiatów nakupował, ale po jakimś czasie przestaje ją nosić na rękach. A Zuzanna tego oczekuje, skoro tak łaskawie przy nim została. On nie rozumie o co jej chodzi i kłótnia gotowa. Godzą się w łóżku, ale w związku nadal jest ich troje, bo Zuzanna ciągle myśli, czego nie miała, skoro mąż skoczył sobie w bok. I tak żyje z dnia na dzień zbyt słaba by zapomnieć lub  odejść.

Paulina – Pani Domu

W języku polskim Paulinę można określić mianem „kury domowej”. W języku niemieckim jest inne pojęcie „Hausfrau” – pani domu. Ono nie stygmatyzuje kobiety, które z różnych powodów zajęły się domem.

Paulina właśnie taką żoną jest. Wykształcona świetnie postanowiła odłożyć karierę na potem i zająć się dziećmi. Mąż nieźle zarabiał, mógł się rozwijać, a ona chowała córkę i bliźniaków. Z trójką dzieci, urodzonych w odstępie 17 miesięcy, się nie nudziła. Było co robić. Nadal jest. A do pracy nie szła, bo bez doświadczenia zarabiałaby mniej niż wynajęta przez nich opiekunka.

Mąż robił awanse, zapewnił im utrzymanie, a ona stworzyła ciepły dom. Gdy dzieci były już w szkole średniej, chciała iść do pracy, ale mąż przekonał ją, że nie warto. Zresztą gdzie by poszła? Co z tego, że na studiach miała pierwszą lokatę? Jak doświadczenia nie miała wcale. A jemu już na dyrektorskim fotelu nie bardzo się widziało mieć żonę kasjerkę, sekretarkę lub w najlepszym wypadku nauczycielkę.

I Paulina, dziś koło pięćdziesiątki, szczupła, zadbana czuje do męża żal. Że jej nie wypchnął z domu, nie poparł, nie zmobilizował, żeby się rozwijała w innej dziedzinie niż dom. Największy żal ma zaś do siebie, że była za miękka, zbyt posłuszna, może wygodna, że nie poszła do pracy. Że kochała za mocno wszystkich innych, a siebie tak niewystarczająco.

Bożena – Kobieta Bita

Dziś jej jeszcze nie uderzył. Bożena się krząta po domu cichutko, by męża nie rozjuszyć. Ma 37 lat. Jest niewysoka, trochę pulchna. Ma ładną buzię.

Chłopcy poszli na dwór. A ona robi żeberka, ulubione danie męża. Może go tym udobrucha. Jej nastroje są labilne. Czasem ma dość, chce wszystko rzucić, powiedzieć teściom, że te siniaki to nie od upadku na rowerze, uderzenia o kant stołu, parapet czy drzwi szafy. Potem przychodzi strach. Paraliżujący.

Bo dokąd pójdzie?
Gdzie będzie mieszkać?
Skąd weźmie pieniądze?
Co powie rodzinie i w szkole chłopców?
A jak mąż się wścieknie, znajdzie ją i zabije?

Przecież nie jest taki zły. Trochę nerwowy, ale ją kocha. Mówi jej to często, nawet jak ją ciągnie za włosy po podłodze. Ostatnio tak jej krzyczał, że tak ją  kocha, a ona go celowo do szału doprowadza. Bożena też go kocha. Szczególnie, gdy on śpi słodko albo kiedy ma dobry humor. Wtedy kupuje jej kwiaty, a chłopcom słodycze. Jest tak normalnie. No przecież nie jest tak źle. Nie ma idealnych rodzin. Ona zaciśnie zęby i wytrzyma, by chłopcy mieli pełny dom. Siniaki znikną, a mąż na pewno się kiedyś uspokoi i jeszcze ją doceni.

Póki co na paluszkach idzie przykryć go kocem, patrzy nań z miłością i zmienia bluzkę z krótkim rękawem na długi, by śladów jego odciśniętych palców wczoraj na jej przedramieniu nie było widać.

Karolina – Kochanka 

Karolina. 25 lat. Bardzo atrakcyjna i ambitna. Dojrzalsza od rówieśniczek. Pragnie mieć mężczyznę, założyć z nim rodzinę. Wśród kolegów ze studiów nie szuka. Są tacy infantylni.

Poza tym już znalazła. Zakochała się. Kocha. Całą sobą. On jest miłością jej życia. Jeszcze pół roku, może rok i będą razem. Bo on bierze rozwód, a jego żona to taka zołza, że na pewno będzie utrudniać i dziećmi pogrywać.

Karolina jest jego miłością, tyle razy jej to mówił, więc poczeka. Na takiego faceta warto. Jest na każde jego zawołanie. Do niego dostosowuje plan dnia, tygodnia i miesiąca. Jest przyjaciółką, kochanką, doradczynią. I niedługo będzie żoną. Musi być cierpliwa, bo on na ostatni przed rozwodem urlop córeczki chce zabrać. Potem remonty pokojów im zrobić, zanim do szkoły wrócą. I na Święto Zmarłych z żoną jechać do jej mamy, żeby zawału kobieta nie dostała. A na Boże Narodzenie dla dziewczynek chce być w domu, żeby traumy nie miały.

Karolina kocha i czeka już drugi rok. Zawsze cierpliwa i wyrozumiała, silna swoją miłością wierzy, że to czekanie zostanie wynagrodzone. Przecież kilka miesięcy jej nie zbawi. Szkoda, że minęło ich ponad 24, a pozew nadal niezłożony.

Wiesława – Kobieta Współuzależniona

Wiesia ma 23 lata. Imię zawdzięcza babci. Kiedyś go nie znosiła. Dziś uwielbia, bo dzięki niemu poznała Vlada. Władka znaczy się, który zaczepił ją na fejsie właśnie ze względu na staromodne imię. Są razem od dwóch lat. Studiują. W sumie to tylko ona, on od kilku miesięcy nie chodzi na zajęcia, bo nie jest w stanie. Znowu była impreza i zaćpał. Ćpa niemal codziennie. Miewał przerwy. Nawet dwutygodniowe się zdarzały, obiecywał, że przestanie, ale potem były czyjeś urodziny, imieniny, zły dzień. Okazja zawsze się znalazła. Kasę na dragi ma od rodziców. Oni nie znają jego zainteresowań, a że mieszkają daleko, to syna nie odwiedzają.

Zresztą Vlad najpierw brał mądrze, jak to określał. Kontrolował to. Obecnie bierze prawie każdego dnia. Nie jest wybredny. Kasę pożycza, czasem ukradnie. Wiesia nie raz się odgrażała, że go zostawi, że powie jego rodzicom, że nie pożyczy mu kasy więcej. Nawet raz odeszła. Po tygodniu wróciła. Bo błagał, bo ją kocha, bo jest mu potrzebna. Faktycznie jest. Robi mu kanapki, pranie i prasowanie. Sprząta jego wymiociny z podłogi, myje, nakrywa kocem, gdy znów ma syndrom. Nawet dziekankę mu załatwia. Kryje go na uczelni.

Kocha go bardzo. Czuje się taka potrzebna. Trochę ją uwiera, że mimo tylu obietnic, Vlad nie zrywa z nałogiem. W sumie to oboje są uzależnieni. On od białego proszku i skrętów, a ona od niego.

Takich zakochanych kobiet jest mnóstwo, prawda? Założę się i pewnie wzbogacę się suto na tym zakładzie, że każda z nas zna którąś z nich albo słyszała o znajomej znajomej sąsiadki z drugiego piętra, która w miłości się zatraciła do tego stopnia, że zgubiła po drodze samą siebie.

A może któraś z Was jest ślepo zakochaną kobietą i może przejrzy na oczy lub przegląda się właśnie w lustrze żałując swojego poświęcenia????

Bo w miłości przecież chodzi o to, by stawać się lepszym, uszczęśliwić drugiego człowieka, dbać o jego potrzeby i nie zatracić w tym wszystkim siebie. I tak sobie myślę, ile jest jeszcze takich siłaczek, dźwigających cały świat na ramionach, dzielnie znoszących zdrady, razy, brak wsparcia i szacunku, uzależnienia, zależność finansową ? Które miłość do niego/rodziny stawiają ponad wszystko? Nawet ponad siebie? W których relacjach miłość tak naprawdę zastąpiła niemiłość.

Tylko że one tego nie dostrzegają, bo granica między miłością a niemiłością jest bardzo cienka. Niewidzialna wręcz. Tak zakochana kobieta nie zauważa, kiedy gubi samą siebie, kiedy daje wszystko nie otrzymując w zamian nic lub dostając jedynie okruchy. Niemiłość skrada się po cichu, jest ledwie wyczuwalna, często mylona z egoizmem, bo najczęściej kobieta zgani siebie za to, że w związku czegoś w ogóle oczekuje. Niemiłość wysysa powoli energię, a radość życia zastępuje smutkiem.

Niemiłość to ciągła walka, z gruntu przegrana, bo nie można walczyć o coś, czego nie ma…*


* Portrety kobiety zakochanej zostały zainspirowane artykułem Małgorzaty Ohme, jaki przeczytałam niedawno, stąd pozwoliłam sobie użyć pojęcia „niemiłość”.


Randki Związek

Portret Barbie. Od zachwytu po obrzydzenie

Poli Ann
Poli Ann
24 lutego 2019
Fot. iStock/Bojan89
 

(…) Wpada do sali, a raczej wchodzi Ona. W kubkiem kawy w dłoni i wielką torbą imitującą skórę węża. Na niebotycznie wysokich obcasach. Cholera ja uwielbiam szpilki, ale 8 centymetrów to mój Everest, a tu widzę amatorkę tak na oko co najmniej 12. Idzie prosto, zgrabnie. Nogi gołe, choć w październiku daleko do 20 stopni. Opalona mocno (solarium?). Spódniczka mini, akurat zakrywa majtki. Głowę dam, że stringi. Różowe! Obcisła bluzeczka, wcale niechowająca biustu w rozmiarze D-E. Włosy blond, do pasa, idealnie proste (pewnie cały ranek je prostowała). Paznokcie długie, różowe. Makijaż pełny (Jezu, o której ona wstała żeby to zrobić?!). Powiem tak, kopia Dody Elektrody. Z początków jej kariery. Albo jej następczyni, albo rywalka. Cholera wie. I ta oto chodząca Barbie ani myśli siadać z nami tylko pcha się na katedrę. I się przedstawia. Pani doktor XYZ. Że co? Ona i doktorat??? No horyzonty to ona ma. Dwa. Doskonale je widać. Ale żeby doktorat? Jakim cudem ona go napisała z tymi pazurami???
Wszyscy gęby rozdziawione. Faceci jakby nie było się ślinią, babki albo zachwycone, albo jadem się krztuszą. Że jak? Tak na uczelnię? Ta lala chyba sale pomyliła. Do toalety pewnie pędziła, że makijaż poprawić (choć raczej wytrzeć to powinna niż dokładać). Kto ją w takim stroju na uczelnię wpuścił? Uczyć studentów ma? Jak to prowadzić zajęcia? Chyba z technik makijażu i przedłużania paznokci? No bo z czego innego ten doktorat zrobiła? No może jak cycki eksponować i na tych szpilkach się nie wywalić. (…)

*całość tekstu dostępna w tomiku opowiadań „Portrety” – premiera już w grudniu 2019!


Randki Związek

Niekoniecznie chciałabym zbierać lajki na fejsie pod tkliwym zdjęciem, ale fajnie by było mieć z kim spędzić ten dzień

Poli Ann
Poli Ann
14 lutego 2019
Fot. iStock / andreikorzhyts

Siedzę wkurzona już od rana. Nie dość, że z nosa mi kapie, dreszcze łaskoczą w plecy, a głos zmienił się w pijacką chrapkę, to od rana na fejsie, w tiwi, radiu, nawet sklepie osiedlowym, do którego musiałam zejść, bo lodówka prezentowała jedynie szkielet z półek, krzyczą, że oto dziś są walentynki. Wszędzie czerwono. Serduszka na sznureczkach, na świeczkach, na ciasteczkach, na pralinach. Nawet w windzie jakiś oszołom przykleił naklejki na lustro. Oczywiście, że serduszka, bo przecież nie ananasy.

Na fejsie co rusz ktoś komuś wyznaje miłość, udostępnia ckliwe piosenki i wiersze miłosne. Albo wrzuca fotkę ogromnego bukietu róż. Koloru nie muszę podawać. Wiadomo. Na insta całujące się pary, dziewczyny w bieliźnie wysyłające całusy ukochanym, chłopaki z nagim torsem zamyśleni patrzący rzekomo w oczy tej jednej. Niektórzy meldują, że wezmą udział w wydarzeniu typu: seanse miłosne w popularnej sieci kin, walentynkowa kolacja czy maraton. Także walentynkowy. A jakże.

A ja siedzę w domu. Pod kocem, w ulubionym dresie, bez makijażu, w grubych skarpetkach i nieuczesanych włosach. Gdzie nie zajrzę, tam kolor czerwony bije po oczach i wpycha się jak tylko może do mojego mieszkania. Jakby chciał mi zrobić na złość. Bo przecież mam to na czole napisane, oczywiście na czerwono, żem sama i chora na dodatek. O tym drugim fakcie dumnie informuje mój czerwony rudolfowy nos. A i gardło także w tej barwie zadbało o jakże romantyczną wersję mojego głosu.

Aż mi się chce zbojkotować ten dzień. Znajduję więc mnóstwo kontrargumentów.

Po co obnosić się z uczuciem, jeśli miłość dotyczy tylko tych dwojga? Musi cały świat o tym wiedzieć? Kuzyn znajomego znajomego brata też? No na litość boską! A lajki mają jeszcze świadczyć o sile tegoż zakochania?!

No tak, bycie in lof jest trendy to na fejsie, Twitterze i insta trzeba zameldować taki stan rzeczy, by następnego dnia albo za tydzień najdalej szumnie ogłosić rozstanie. W mediach społecznościowych. A jakże by inaczej!

I do kina iść wypada, do restauracji albo chociaż do kawiarni koniecznie tego dnia, by przy świetle czerwonych świec manifestować swoje głębokie uczucie. I strzelić sobie selfie, i wysłać je w świat. A zapłacić też należy słono, bo na walentynkach się przecież dobrze zarabia. Jak i na kwiatach, i prezentach już niesymbolicznych. Bielizna, perfumy, zegarek, biżuteria. Jakby nie można było tego kupić bez okazji. A kartka sama nie wystarczy?

Siedzę więc na łóżku pociągająca (szkoda że nosem i wcale nie w sexi bieliźnie) i psioczę na ten walentynkowy zawrót głowy, na słodkie serduszka (Boże jak mnie mdli od tego) i klejące się od lukru wyznania. I już wiem, że zaraz znajdzie się masa tych, co ten dzień krytykują, bo uważają, że miłość można wyznawać sobie każdego dnia nawet wycierając kurze. W internetach odezwą się też zagorzali zwolennicy walentynek, wykazując pozytywne strony tego święta.

A ja z czerwonym nosem i gardłem mogę nadal udawać, że bojkotuję 14.lutego, bo nikt mi nie będzie rozkazywał, że akurat wtedy mam wyznawać miłość, kupować prezent i planować romantyczny wieczór. A tak naprawdę w głębi serca myślę sobie, że może niekoniecznie chciałabym zbierać lajki na fejsie pod tkliwym zdjęciem, ale fajnie by było mieć z kim spędzić ten dzień, nie czuć się samotną i trzymać w ręku kubek z gorącą herbatą z miodem i malinami, przygotowaną przez tę wyjątkową osobę właśnie 14.lutego. I dzień przed i po, i jak najdłużej się da…