Psychologia Związek

Do związku trzeba dwojga. Za to rozwalić możesz go sama. Rady Ciotki Zło!

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
12 października 2015
Fot. iStock
 

Jesteście piękni, młodzi i tak bardzo zakochani. Idealnie się ze sobą zgrywacie, znając się jak łyse konie. A jeśli dopiero się poznajecie, jesteście siebie tak bardzo ciekawi, że nawet nie zakładacie, że odkryta, czasem nieprzyjemna prawda, może skończyć tę fantastyczną idyllę. Czas płynie, wy się docieracie akceptując, bądź pomijając milczeniem dokuczliwe kwestie. A gdy coś zaczęło mocno zgrzytać, kłócicie się tak, że już pół osiedla wie doskonale, w którą część ciała każesz włożyć jemu te brudne skarpety spod łóżka. Po raz kolejny. Ale żyjecie razem, dzielnie przeciągając linę na stronę silniejszego, który koniecznie chce rządzić.

Gdy masz już dość, i sama nie chcesz rezygnować, sprawdzasz, ile twój facet zniesie. Myślisz nad tym, co tu zrobić, żeby chłop  ogarnął się i poprawił, albo miał cię dość i sam odszedł. Dla tych z was, którym konstruktywna rozmowa jawi się jako nuda i bezsens, mam bardziej hardkorowe pomysły! Zachowaj spokój i pamiętaj, że masz asa w rękawie – pewne działania, które bez pudła doprowadzą twój związek do ruiny.

Zacznij lajtowo:

“Wiesz, bo Paweł…

… to w przeciwieństwie do ciebie sprzątał, prał, wkładał gary do zmywarki….” I jak w mordę strzelił, awantura gotowa! No bo dla faceta to ból nieziemski i dyshonor, żebyś go do eks porównywała. On zdecydowanie nie chce się czuć od niego gorszy, więc jeśli hojnie dorzucisz parę superlatyw, podkreślając że tamten to zrobiłby dla ciebie wszystko, a on śmierdzi leniem, zdecydowanie nie pozostanie to bez echa. Na dwoje babka wróżyła, jak tak pobrzęczysz przez miesiąc, albo dwa to facet, albo pójdzie po rozum do głowy i naprawdę przestanie rozrzucać te skarpety po domu, albo skoro ci tęskno, odprawi cię do byłego.

Zrzędź, i tak wiem że masz ochotę to robić!

Upieczesz dwie pieczenie na jednym ogniu. Wykorzystasz swój kobiecy potencjał do bezproduktywnego gadania i sprawisz że w przyszłości na widok twoich otwierających się ust, będzie chciał uciekać, gdzie pieprz rośnie. Jeszcze lepiej, wypróbuj sposób, który wielu kobietom już dawno sam Lucyfer podpowiedział – zacznij jazdę przy jego kumplach. Nadawaj jak potłuczona, o dupie Maryny, słuchają czy nie słuchają, nadawaj twardo, liczy się efekt końcowy. Masz jak w banku, że na drugi raz odpuści wspólne wyjścia i będziesz miała co najmniej święty spokój  na wolne wieczory z Grey`em.

Następnie wejdź na wyższy poziom…

Miej w nosie swoje obowiązki

Tak, wiem, że jest moda na równouprawnienie i nowoczesne pary dzielą robotę między siebie, ale tym razem pójdź po bandzie. Nie gotuj. Jak chłop wróci z pracy i pomiesza łyżką w pustym garze, rzuć mu snickersem, powiedz, żeby przestał gwiazdorzyć i sam ugotował. Bądź ze wszystkim na “nie”, wyznawaj zasadę wszystko dla mnie, nic dla ciebie, a efekty przyjdą. Będzie chciał się kochać? Niech boli cię głowa, ostentacyjnie łykaj tabletki i kładź się spać. Albo wręcz mu wibrator, gdyby cię napastował, z tekstem że to kobietom pomaga, może zechce sam spróbować? Albo bądź mistrzynią zła i wstaw jego ciemne oraz jasne ubrania na 90 stopni, podziwiając kolorki, jakie powstaną. Ponoć Picasso też różnie z kolorami kombinował. Może przy okazji odkryjesz w sobie nowy talent? Zapomnij o sprzątaniu, karmieniu rybek i wyprowadzaniu psa. Jak tak facet sam z robotą pogania, to może nawet przestaniesz być jemu do czegokolwiek potrzebna.

Z cyklu: Nie próbujcie tego w domu!

Zrezygnuj z prysznica

Ten niecny plan możesz wdrożyć w życie na dwa sposoby. W pierwszej wariacji zwyczajnie zakręcaj mu ciepłą lub zimną wodę, żeby chłopina marzł lub się oparzył. Albo przykręć zupełnie, żeby po kilka razy musiał wyłazić spod prysznica. I tak do czasu, aż nie znudzi się tobie zabawa, albo on zacznie się myć u matki. Druga wersja jest przeznaczona tylko dla twardzielek. Bo zamiast latać do głównego zaworu wody, sama przestań się myć. Weź na wstrzymanie dzień, dwa, nawet trzy, a później zaproponuj mu miłość francuską. PS. nie zapomnij o zakazie używania antyperspirantu i zmiany bielizny 😉

Umawiaj się z jego przyjacielem / bratem

Najlepiej tak, żeby ktoś widział was na mieście. Niech gadają, to plotka szybko się poniesie. Jeśli lubisz ekstremalne zabawy, wszystkiemu zaprzecz, ale działaj dalej. Jak dobrze go wkręcisz, to nawet polezie za wami, sprawdzając co też robi jego panna i najbliższa jemu osoba. Będzie ekscytująco ii z dreszczykiem, bo okaże się, czy jest typem bystrego detektywa, czy naiwniakiem, który wierzy w ciebie jak w najświętszy obrazek.

A Serio?

Po prostu, wiedz że są inne rozwiązania, jeśli on nadal się nie zmienia, nie chce odejść… Zamiast stawać na głowie i wymyślać równie absurdalne metody – może po prostu pogadacie i życzycie sobie szczęścia na nowych (oddzielnych) drogach życia. A jeśli kochasz? Niech nigdy nie przychodzi ci do głowy, któreś z powyższych rozwiązań, ot co.


Psychologia Związek

Jedz, kochaj i NIE tyj! O tym dlaczego tyjemy z miłości

Monika Głuska-Bagan
Monika Głuska-Bagan
12 października 2015
Fot. iStock
 

Rok temu zakochałam się i wkrótce potem… przytyłam. Mówi się, że z miłości się chudnie, ale czy to prawda? Może rzeczywiście coś w tym jest, bo na początku jesteś wiecznie podekscytowana. Ale po kilku miesiącach, gdy poznajesz lepiej partnera, a on okazuje się fajny, wijesz gniazdo, gotujesz lub biegasz po restauracjach.

Idę ulicą, przechodzę obok dziewczyny, która radośnie się do mnie uśmiecha.– Dzień dobry nie poznaje mnie pani? – zaczepia mnie. Po chwili namysłu rozpoznaję, to Ania, koleżanka mojej córki, 24-letnia studentka. Wygląda promiennie, ale mocno przytyła, zawsze była chuda jak patyk.

– Wiem, wiem, jestem gruba – przyznaje Ania z nieśmiałym uśmiechem, łapiąc moje spojrzenie na jej brzuchu.  Czuję się dziwnie, bo sama w tym momencie myślę o swojej figurze, która mocno odbiega od ideału.

Dziewczyna nigdy nie miała problemów z wagą, jadała regularnie, w trakcie przerwy w zajęciach biegła coś przekąsić lub wpadała na obiad do mamy, trzy razy w tygodniu ćwiczyła w fitness klubie. Dopóki nie poznała Grzegorza. W ciągu pół roku przybrała ponad pięć kilo, przez następne pół kolejne pięć.– Przez kilka miesięcy widziałam tylko wpatrzone we mnie oczy Grzesia i nawet nie zauważyłam, że powoli obrastam tłuszczem – mówi. – Pewnego dnia przymierzałam w sklepie sukienkę, ta w moim rozmiarze 36 nie pasowała, ledwo zmieściłam się w 38, teraz noszę 40.

Psychologowie nazywają to syndromem ustatkowania się, wraz ze stanem zakochania przychodzi pewność siebie. Partner zapewnia nas o miłości, a my czujemy się akceptowane. Na początku miłość wydaje się wieczna i idealna, nie widzimy swoich wad, wspaniale do siebie pasujemy i wierzymy w szczęśliwą gwiazdę.W udanym związku uspokajamy się, wyciszamy i cieszymy życiem.

Zakochani zmieniają styl

– Dopóki nie poznałam ukochanego, jadałam głównie warzywa i kasze, prawie zrezygnowałam z mięsa, ale od kiedy mieszkamy razem, przygotowujemy codziennie duże kolacje. On lubi mięso, więc i ja jem, bo nie lubię wyrzucać jedzenia. Często przygotowuje lasagne, czy chińszczyznę, więc zajadam się, bo jest smaczna i dokładam kolejne porcje – opowiada dziewczyna.Dodaje, że nie ma czasu na ćwiczenia, często z partnerem chodzą do kina i restauracji.

Trzeba jednak pamiętać, że niestety w restauracjach nie zawsze podaje się świeżo i lekko. Dania często przygotowywane są wcześniej, zawierają mniej witamin i składników mineralnych, dodaje się do nich zbyt duże ilości tłuszczu. Wrogiem figury jest alkohol, a kieliszek czerwonego wina ma 70 kcal, tyle, ile cztery łyżeczki cukru.

Podobno kobiety łatwiej przejmują nawyki żywieniowe partnera, ciężej im zrezygnować z posiłku. Częstszy u nas brak asertywności, sprawia, że trudniej nam określić własne potrzeby, łatwiej ulegamy i choć tego nie potrzebujemy, jemy tyle samo, co nasz mężczyzna.

Nie przesadzajmy jednak z wadami wspólnego jedzenia, bo ma i ono swoje plusy. To stara prawda, że potrawy przygotowane przez ukochaną osobę dają mnóstwo przyjemności i ukojenia. Seksuolodzy tłumaczą, że popęd płciowy zaczyna się w podwzgórzu, to ta część mózgu, która rządzi też apetytem. Jedzenie i seks są ściśle ze sobą związane. Zaspokajanie głodu i rozsmakowanie się w potrawach może mieć wpływ na wzbudzanie i odczuwanie pożądania. Nasze najwcześniejsze doznania przyjemności związane są właśnie z jedzeniem. Noworodek karmiony piersią jest bezpieczny i szczęśliwy. Jedzenie zaspokaja potrzebę bliskości i miłości.

Związek między kuchnią a łóżkiem, to jednak nie tylko podświadome wspomnienia z dzieciństwa. Wiele spożywanych produktów wpływa na produkcję hormonów i funkcjonowanie narządów płciowych. Duży wpływ na pożądanie ma dieta bogata w białko, owoce, warzywa. Najedzeni czujemy się  spokojni, krew szybciej krąży, narządy są ukrwione, w organizmie wytwarza się więcej hormonów, skóra staje się bardziej wrażliwa na dotyk, wyostrza się wyobraźnia.    

Co wybrać u Chińczyka, co u Włocha?

Kiedy rozmawiam z Anią słyszę: – Dziś, po roku bycia razem, oboje staramy się jeść rozsądnie. Na ulubione przez mojego chłopaka burgery, wychodzimy tylko raz w miesiącu, częściej zabieram partnera na te wegetariańskie, bardzo je polubił.

W miłosnej diecie warto bowiem ograniczyć produkty bogate w tłuszcze zwierzęce, które źle wpływają na układ krążenia i obniża u mężczyzn poziom testosteronu. Pokarmy powinny być mniej kaloryczne, za to zawierać dużo witamin i mikroelementów. Jemy regularnie cztery, pięć razy w ciągu dnia, unikamy dużych kolacji. Wybieramy ciemne pieczywo, kasze pełnoziarniste, ciemny ryż. Ograniczamy też alkohol. A jeśli już pijemy, to najlepiej po posiłku, nigdy przed, bo to za bardzo pobudza apetyt i zwiększa wydzielanie soków trawiennych. We włoskiej restauracji zamawiajmy spaghetti z sosem pomidorowym, a nie śmietanowe, czy serowe. Nie przegryzajmy dań pieczywem, posmarowanym czosnkowym masełkiem. Duża pizza z serem i mięsem to ponad 1000 kcal.  U Chińczyka nie jedzmy wieprzowiny słodko-kwaśnej, naleśników spring rolls, ani smakowitej kaczki. Z karty wybierzmy potrawy gotowane, dania z kurczaka, warzyw, lub tofu i soi.

Ech, trzeba utrzymać formę, w końcu to dopiero początek wspólnego życia.


Psychologia Związek

Chcesz mieć piękne mieszkanie? Wystarczą cztery rzeczy!

Sylwia Smotarska
Sylwia Smotarska
12 października 2015
Fot. Flickr / Emily May / CC BY

Nie znam nikogo, kto nie lubiłby pięknie mieszkać. Serio. Nawet jeśli któraś z moich koleżanek mówi mi: – Ja się tym nie zajmuję, nie mam czasu, nie lubię – nie wierzę! Każdy lubi, umie, chce lub zwyczajnie musí. No chyba każdy wolałby usiąść wieczorem na miękkiej kanapie, włączyć lampkę, cichutką muzykę.  Ale to wszystko trzeba najpierw stworzyć, wykreować, w najmniej wymagających przypadkach wybrać, kupić, dotaszczyć do domu i jakoś ustawić… ściany też raczej trzeba sobie pomalować, czyż nie? A to wszystko „robi” nam dom.  Dla kogoś urządzanie wnętrza sprowadzi się do postawienia stolika, krzesełka i dwupalnikowej kuchenki, dla kogoś innego do wielogodzinnych poszukiwań inspiracji, konsultacji, prób…

Ja też mam kilka takich rzeczy, bez których uważam wnętrza za niedokończone. Chociaż moje chyba na zawsze pozostają niedokończone. Częściej się przeprowadzam, niż kończę urządzanie. Ups. Do tego chyba nie namawiam, to męczące!

KWIATY

Otóż nie ma, według mnie, domu bez kwiatów. Można mieć ogród lub balkon, niektórzy szaleńcy mają i jedno, i drugie, ale absolutnie zawsze warto mieć kwiaty w wazonie,  wazie, słoikach, butelkach. Wszędzie, nawet w łazience. Bo niby czemu nie w łazience?  Nie macie tylu wazoników? A słoik po kiszonych? A butelka po coli czy soku?  A szklany świecznik? Użyjcie wyobraźni, efekt wynagrodzi wszystko. Kiedy najpiękniej czujecie, że zbliża się wiosna?

Fot. Flickr / Stacie / CC BY

Fot. Flickr / Stacie / CC BY

Moja przyjaciółka zawsze odpowiada – kiedy na pobliskim targu pan Adam rozstawia swój kram z tulipanami! Racja. Oczywiście biorę poprawkę na fakt, że tulipany to mogę sobie teraz kupić w szklarni, a w maju nagle potrafi spaść śnieg, ale od czego pozytywne nastawienie? Jest tulipan – jest wiosna i kropka!

Fot. Flickr / brunifia / CC BY

Fot. Flickr / brunifia / CC BY

DREWNO

Taaaaaak, tak, tak! Dom bez drewna, to tylko ściany. Drewno być musi. Choćby mój gust wnętrzarski nie wiem jak ewoluował, choćby mody zmieniały się co sezon. Podłoga, blat w kuchni, łazience. Wiem, wiem, mało praktyczne. Drewno, najlepiej surowe, niemalowane, z widocznymi słojami, sękami, a po wielu latach także pęknięciami. To taki mój dowód i pamiątka, że dom żyje razem z nami. Lubię na mojej podłodze ślady kocich pazurów, choć tamtego kota już dawno z nami nie ma, ślady ciągniętego za sobą metalowego krzesełka, które sama restaurowałam, ślady wilgoci, bo zupełnie nie wpadłam na to, że donica z moją pierwszą wyhodowaną oliwką powinna  mieć solidną podstawkę. I jeszcze jeden plus – po ciepłej drewnianej podłodze chodzi się na bosaka genialnie, pod warunkiem, że nie wdepniesz w klocek lego czy piszczącą zabawkę kota.

Fot. Flickr / markus spiske / CC BY

Fot. Flickr / markus spiske / CC BY

WIKLINOWE KOSZE

Doceńcie ich urodę i funkcjonalność! Warto. Jeśli nie przepadacie za ich naturalnym kolorem, to je pomalujcie, najlepsza będzie do tego farba w aerozolu, zamaluje nawet mało dostępne szczeliny i nada im zupełnie nowy wygląd. Taki kosz może być osłonką na doniczkę, może służyć jako gazetownik,  pojemnik na czapy i szaliki zimą, a czapki z daszkiem latem. Bądźmy szczerzy, czy jak wchodzicie do domu z dzieciakami, to każde z nich ładnie i równiutko odkłada rzeczy do szaf? Czy raczej kluczycie potem z gracją  labiryntem z porzuconych byle jak kurtek, czapek i rękawic? Dużo łatwiej te drobiazgi powrzucać do kosza lub nawet zrobić zawody, kto trafi, a kto nie.  Wiklinowy kosz to też cudowny pojemnik na piłki (ważne dla matek dwóch lub więcej fanów footballu) na narzędzia ogrodnicze, które zawsze się gdzieś gubią w czeluściach garaży i piwnic, albo na koce dla gości podczas nocnego ogrodowego przyjęcia z sąsiadami. Gwarantuję, że jeśli goście nie skorzystają, to na bank zrobi to kot.

Fot. Pixabay / lenny / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / lenny / CC0 Public Domain

ŚWIECE

Świece to absolutna podstawa, nie tylko zimą. Porozstawiajmy je latem na balkonie, tarasie, w ogrodzie, powieśmy w małych słoiczkach na drzewach. Będzie cudownie magicznie. To mogą być zwykłe tee lighty wstawione do słoika po ogórkach czy sosie pomidorowym; słoik dostanie drugie życie,  a wam będzie dużo milej plotkować z przyjaciółką, przeglądać modowe magazyny czy zwyczajnie, witaj przyziemne życie, omawiać z mężem dodatkowe zajęcia dla dzieci lub strategię oszczędności.

Bez czego jeszcze mój dom nie przypomina domu? Bez wielu rzeczy. Bez książek, zwierząt, dzieciaków i krzyku. Bez kurzu i piasku z kuwety, bez rozrzuconych butów i nierozpakowanych zakupów. Bez osadu na kranie i skarpetek zjedzonych przez pralkę.

Taka jestem ja. Taki jest mój dom.  A wasze domy? Jakie są? Co mówią o was i waszym życiu?


Zobacz także

50 sposobów na szczęśliwe życie. Sposób 4 – Serducho prawdę ci powie, czyli rozwijaj intuicję

„Nie zaprzątaj tym sobie główki, Głuptasie”. To nie miłość, to przemoc, którą po cichu zapraszamy do domu

„Dlaczego uważasz, że moje życie się kończy i powinnam ci już tylko służyć?”. List matki do dorosłej córki